Pan Tealight i Koniec wakacji…

„Jak myśleli, tak się stało.

Wakacje Chowańca były, były, były, przeszły no i wiadomo… się skończyły. Jak zwykle przepowiednia Wiedźmy Wrony Pożartej się sprawdziła i byli w robocie. Ale widać te typy tak mają. Z drugiej strony jedli przecież lody, chodzili na wycieczki, kąpali się, trzymali za rączki, robili rzeczy, które to wyłącznie niektórzy pensjonariusze Białego Domostwa zdolni byli podglądać… no i spali długo. A właściwie to tylko spali dłużej niż zwykle, bo cała reszta toczyła się jak zwykle i zbyt szybko minęła. Chowaniec musiał ponownie oddać się ciężkim robotom w Kamieniołomach Roboczłowieczków, gdzie niezdolnych nagminnie strofował – tylko w myślach – łoił ich pałami – też tylko w myślach – i złorzeczył im – wyłącznie w języku, którego nie znali – i tworzył dziwne ciągi Cyfroliczboliter, które pakowały w pudełka trolle i skrzaty i zmuszały je do niewolniczej pracy. Wiecie, wyzyskiwacz i sutener lekko, ale jednak podobno opłacalny. W dobie trollonetu, cóż, świat go potrzebował…

Wakacje…

Pan Tealight wiedział, że nic o nich jednak nie wiedział. Wiedział też, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nosiła w sobie jakieś wizje owego stanu rzeczy zwanego wakacjami, ale serio, całkiem nie potrafiła się do nich przypasować, dlatego… z dziwną lekkością, ale i ckliwością, bo przecież znowu świat ją z Chowańcem rozdzielał, a wiecie niewolnik jest dobry, gdy jest blisko i nie bije pana, więc… ckniło się jej. Ckniło się jej do babskości względnie wyględnej, która mówiła, że chce się jej herbaty, a owa herbata sama do niej przychodziła. Sypała listkami dookoła, zalewała się wrzątkiem, znaczy takim wiecie nie do końca, bo przecież to zielone liście, no a potem… była.

Po wakacjach życie oczywiście na Wyspie wróciło do wakacyjnej innych normy. Wciąż się po niej przewalała Turyścizna sprawiając, że każda podróż Panem Nutkiem, tudzież zwykłe łażenie dookoła było większym, niż zwykle, koszmarem. Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta, tak bez dostępu stałego do Chowańca, wolała się bunkrować w Chatce i malować kanwy swoim strachem, przerażeniem i łoskotem serca… na niebiesko oczywiście, ale w każdym dostępnym jej rozmairze. Marzyła o bukietach z pędzli, o kolorach w tubkach, o wyciskanej do nich ważce, skrzydłach muszych i wschodach księżyca, no i o Chowańcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2313

Z cyklu przeczytane: „Kolonia diabła” – … hmmm. USA dla mnie to tylko chwila. Oj wiecie, małe zboczenie archeologa, inne postrzeganie czasu. Starzenie się jako ulepszanie modelu! Ale kocham Indian, ekhm, rdzennych Amerykanów? Ech te poprawności polityczne! Kocham ich historię, bohaterestwo, magię, religię, kulturę… wszystko, łącznie z tańcami, pieśniami… wszystko. Chyba dlatego tak bardzo zaintrygowała mnie ta powieść Jamesa Rollinsa.

I jest o Indianach, a dokładniej o przeszłości, wielkiej tajemnicy Thomasa Jeffersona, Diabelskiej Kolonii, a nawet – wybuchu Rewolucji Francuskiej… i o wielu dziwnych wydarzeniach, któe mogą zagrozić światu… PONOWNIE!!! No i oczywiście mamy sensację, naukę, ponownie współczesność obrywającą za tajemnice przeszłości i garść indiańskich, pięknych legend. Do tego intrygujących bohaterów, z których każdy ma przeszłość zazębiającą się z tą tajemnicą.

Jak zwykle u Rollinsa najpierw coś wybucha, a potem wszyscy muszą sobie z tym radzić. Są źli i ci tak zwani dobrzy. I oczywiście jest kobieta i mężczyzna i pewne organizacje. I… właściwie cały szkielet jest niezmienny, więc łatwo się domyśleć pewnych śmierci, jeśli czytało się poprzednie powieści, ale… i tak się człowiek wciąga. Bo przecież takie tajemnice skrywa cały świat. Jesteśmy jedną kulką, co wyście wybuchli, nas pewno bombnie też!!! Ale jednak, czy to jest możliwe?

Dobra sensacja z odrobinę historycznej prawdy, kilkoma teoriami, coś do przemyślenia, coś do zbadania na własną rękę… rozrywka.

Na pewno fajny materiał na film!

IMG_7486 (2)

Powoli zaczynam słyszeć te dziwne, głębokie powarkiwania i pobrzękiwania, buczenia i pierdnięcia…

A tak, może i znowu chyba mamy nowe żubrzątko, może i serio się nam stadko już podwoiło i ogólnie mówiąc po raz pierwszy dowiedziałam się, że zające mamy pod ochroną! (Wiedzieliście, że zajączki, owe bystre kłębuszki z długimi łapami, skokami się znaczy, te mądre cuda, długouche o mądrych mordkach są gatunkiem zagrożonym?) A może jednak to smoki się przewalają pod Wyspą? Albo… albo powoli, ze wzgldu na zapowiadane ochłodzenie i deszcze, powoli zbierają z pól zboża? Na pewno coś skosili, na pewno zniknęły rzepaki, na pewno niskie zboża zdają się być całkiem już – do spożycia. Poznikały maki i bławatki, fiolecą się mocniej lawendy i szaleją coraz wyżej malwy. Oj, widać już sierpień za pasem, a może nawet za rogiem?

Czyli wakacjonowanie się dociera do momentu par trochę bardziej dorosłych, statków wielkich krążowników mórz i takich tam spraw w portach! Czasem jak się patrzę na to wszystko, to serio cała fizyka wybiega mi z głowy z wrzaskiem, nagle pragnąć dogmatycznie udownodnić mi, że serio żelazo tż umie pływać. Nie tylko warcheć i gdakać na polach. Nie tyko kołować owe wielkie bele… siana? Kurde! Kiedyś jeździło się na wozach drabiniastych, żuło ziarenka, a jednak jakoś nawet wiązanie snopków poszło gdzieś w pole moich pamiętliwości. Za to ściernisko boleśnie pamiętam wciąż, podobnie jak pokrzywy w krzaczkach, w których człek szukał zwodniczego ukojenia. Ale najważniejsze jest to, że pomiędzy polami, na owych łączkach mamy i owce i krowy i koniki w różnych rozmiarach i o maściach różnistych. I takie to wszystko… odświeżające. Bo wiecie, kupy ładnie wysychają na słonku, więc nie ma takiego zapachowania!!! Ha ha ha… wdepnęłam w jakąś ostatnio, ożeszkurde!

Ech, niby wszyscy to robią, ale jednak lekko obciach.

IMG_3042

Wyspa zdaje się wszystkich przyjmować – pożerać starych i nowych, a potem ich wypluwać.

Przyjeżdżają do nas Turyścizny, szczególnie, gdy po raz pierwszy, z jakąś taką niepewnością. A już nastolatki we wczesnym etapie nastolatkowania, to wiecie, na maksa wkute. Bo wiecie, w tym wieku już tak jest. A tutaj nie ma gdzie na chłopaków się czaić, internet jest, ale przecież familia, no i sklepów mało i ogólnie mówiąc jest to bardziej intrygujące… dojrzewanie. Ale rodzice kazali, więc są. No a ich rodzice, chcą najczęściej zwyczajnie odpocząć i się polenić. Jednak kimkolwiek jesteś, czegokolwiek pragnąłeś, jakoś tak… wkraczasz w Wyspę czy chcesz tego czy nie. Stajesz się jej częścią. Może pewnej nocy, może któregoś dnia, ona cię pożera, trawi, wypluwa i niczym Usuwacz Chorób, wyrzyguje i zlepia na nowo. Chociaż miałeś gdzieś ten cały spokój i przyrodę, jakoś to w ciebie włazi i już tam zostaje. I wiecie co? To widać! Ludzie wyjeżdżający, ciągnący swoje torby do autobusu, walizeczki na kółkach i plecaki, ci zdążający na prom z rowerami i śpiworami, namiotami… są inni. Jacyś tacy. Może nie mają dodatkowej głowy, czy nagle uszu na czole, albo gratis pięciu par rąk, tudzież chociaż dodatkowych oczek, albo ino palców i nagle dziwnie lekko błotniastych stóp? Czternastu na przykład? Nie… to coś siedzi w środku. Siedzi i całkiem się nie odzywa. Nie robi cyrku przy obiedzie, nie wyrywa się nagle z klatki piersiowej nosiciela, nie… po prostu tam zostaje, zaraża całe ciało i już nie daje się wyrwać.

Nigdy.

Jakoś tak Wyspa zostaje w każdym. Można jej nie lubić, można czuć się lekko oszołomionym pewną maleńkością, brakiem sklepów, wioskowością, niskością, dzikością… można, pewno. Ale jeśli byłeś tutaj chociaż raz, to coś w tobie zostaje. Coś się zmienia. Coś…

IMG_3046 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.