Pan Tealight i Potop Foczi…

„Niby zawsze tutaj były, a jednak… ostatnio pojawiały się częściej, pojawiało się ich więcej, pojawiały się… ponadgryzane dla zabawy ryby. Ryby patroszone we wzroki, z dziwnie umęczonymi oczami. Wciąż lśniącymi morskimi łzami. Te wycinkowane, prawie całkiem w jakieś koronki, w jakieś arabeski i inne cuda wianki. Nadziewane magicznie ukonstytuowanymi masami, oraz te… do których nikt nie chciał się nawet zbliżać. Które już z daleka gromadziły chmury, wyziewy i kałuże dziwnych, swądliwych profesji. Zwodniczki i Ciemiężycielki.

Zapowiedzicielki

A ekolodzy na to, że nie, nie wolno. Bo przecież foczki są takie malusie i milusie, cudne i puchate, gdy małe, a potem no śliskie, czyściutkie, no patrzcie w te czarne oczęta, no patrzcie, a czy ktokolwiek spoglądał ostatnio w oczy głodnego Ojeblika? Małej, uciętej główki? Ktokolwiek z was? Nie, bo przecież w oczy małych lwiątek też nie spoglądacie, ino w kółko, że ta gazela taka malutka i chudziutka, ślepia ma wielkie, taka młoda, że nie mieści się w duszy człowieka, co olewa własną, starą ciotkę, jak tak można ganiać biedne zwierzątko…

A co z naturą?

Natura… Tak, to ona. W formie niemłodej, aczkolwiek wyraziście rajcownej damy od dłuższego czasu, tak z pięć dni upłynęło, rozpływała się we łzach i pożerała karmelowe lody z miseczki z zagranicznymi truskaweczkami. Pan Tealight jak zwykle nic nie mówił, tylko wysyłał jedną z Księżniczek do sklepu, a potem wsadzał przyniesione zapasy do Uparcie Barwnej Szafy Złamanych Serc. Wiecie, zawsze lepiej wysłać babę do sklepu. Jakoś on sam nigdy nie dostawał takich upustów jak dziewczyny. A już Wiedźmy z Pieca, to wcale nie potrzebowały kasy, ale wyciągnąć je z ciepłego kącika Białego Domostwa wymagało nakładu pracy. Dlatego Genowefa nie mogła być pewną, iż po tym pojemniczku lodów, będzie coś więcej… a tak, wiedzieliście, że Natura ma na imię Genowefa? Gienia, dla znajomych!!! Podobno łączą ją z Panem Tealightem jakieś rodzinne więzy, ale Wiedźma Wrona Pożarta nie doszła jeszcze do tego, czy to kajdany, dyby, czy ino wstążeczki z lekiej koronki.

Widzicie, Natura kochała swoje foczki, bez urazy, strasznie je kochała, ale wszystko musiało być harmonią. I to nie tą od grania. Nie tą fałszującą, ale tą serio harmonijną… a jak ludzie się w coś pakowali, to wiadomo… no i dlatego na Wyspę, która się na nią bardzo obraziła za nieobronność, szykował się Potop Foczi.

I co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8974 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni Lapończyk” – … zimno. I renifery. I brak Świętego w czerwonym, wesołym wdzianku. Raczje mróz, głód, bieda i picie. I chciwość… Ale są i oni… Saamowie. Lód wciąż jeszcze tak bardzo legendarny.

Tak bardzo dyskryminowany.

Kojarzą nam się z reniferami, ciemnością, zimnem. Lapończycy. Saamowie. Ale tak naprawdę niewiele o nich wiemy, tak naprawdę prawie nic. Chyba dlatego ta zbrodnia jest tak intrygująca. Tak bardzo przejmująca. Bo jaki sens ma zabicie człowieka, który tak naprawdę już nie żyje? Jaki sens, poza politycznym, może mieć kradzież saamskiego szamańskiego bębna?

Co kryje przeszłość?

Książka mogłaby być lepsza. Coś w niej nie spaja wszystkiego, coś się nie lepi, ale i tak wciąga. Jacy tutaj są bohaterowie! Nosz kurcze! Na pewno istnieją! Muszę ich poznać! Tą panią geolog, albo starszych Saamów, posłuchać joików. Zwyczajnie dotknąć ich, posłuchać, pozwolić im odmalowywać obrazy ze swojej przeszłości, pozwolić się oczarować ich osobowości. Wejść w nich głębiej, bo przecież jest tam na pewno tak wiele. Spotkać się na rosołku z renifera… no dobra, może bez ciepłej krwi i tak dalej, ale jednak. W dziczy, w namiocie, w pustce.

Ale nie tylko bohaterowie, nie tylko sama fabuła i zbrodnia czaruje, a właśnie te wplecione w nią mity, szamańskie sprawy. Cała ta opowieść o ludziach, o których nikt już nie pamięta, o których nikt tak naprawdę nie walczy… i tylko coś wewnątrz mnie kołacze, coś szepcze: że czegoś tu brakuje!!! Że coś nie do końca zostało wyjaśnione, odmalowane i odśpiewane… Ale może się czepiam? Bo przecież sama powieśc mnie porwała. Zmroziła codzienność, przywróciła wiarę w dzikość i to, że wciąż można w niej żyć. Że wciąż są tacy ludzie…

Warto!!!

IMG_8867

Mglistości…

Czasem słońce jest, a jakby go nie było. Wiecie, jedną malutką duszą… i tak dalej. Jest słońce i właściwie nie ma światła. Błękitne zwyczajowo niebo uderza w tony szarości. Jest takie miękkie, takie dziwnie puchate, aż chce się podskoczyć wystrczająco wysoko, by się od niego odbić. A moze nie odbić, tylko w nie wpaść? Zanurzyć się i już pozostać w tej miękkości, w której nikt nie ocenia, nikt nie hejtuje, nikt właściwie nie ma zmartwień, bo jeżeli wszystko jest miękkością, to ani nie wini miękkich odnajdując w nich swoich, ani tych twardych, którym tak dobrze robi na kąty. Zwyczajnie. Ot najbardziej nieseksualne uczucie świata. Dziwnie… akceptujące samym nie dbając o akceptacje i te wszelkie poprawności, o interpretacje i tolerancje. Po prostu jest. Ni się uśmiecha, ni nie, a może całkiem nie dba o wyraz twarzy, no i czy ma twarz tak w ogóle…

A może polizać?

Ugryźć, wgryźć się… w ową szarość? Skaczesz, po drodze łapiesz łyżeczkę unoszącą się gdzieś w niebycie, wyciągasz rękę i nabierasz szarości. Owego bytu, ale i wszelkiego niedbania. Ach, jakie to musi być smaczne!!! Jak świeże ciaso drożdżowe z kruszonką i lukrem, które Babcia upiekła, no i którego nie wolno jeść gdy ciepłe, ale wiesz, że możesz odłamać kawałek kruszonki, tą gókę polaną słodkim mleczkiem… zresztą ot, no i sama odpadła. Nikt nie widział, nikt nie wie. To, że Babcia się uśmiecha wcale nie znaczy, że jest świadoma owej słodkiej zbrodni. Bo przecież nie mogła zobaczyć, nieprawdaż, w końcu to pierwszy raz, ja robiłem to pierwszy raz, więc i cały świat zaluczył złamanie swej niewinności.

Nie mogło być inaczej.

W szarości płynnej, kochanej takiej, niczym lekki opar znad purchawki, który co prawda ma w sobie zarodniki, ale gołe oko, co to wyleciało sobie z oczodoła, co się toczy radośnie w szarości owej, odbija się od jej kolejnych liniii, nie może ich widzieć. A jak nie widzi to wiecie, nie ma tego, co niewidzialne. A może jest?

Może i szarość, to coś więcej?

IMG_9898

Na Wyspę wróciły ławeczki.

A tak, ławeczki są wielce tam w większości wygodne, no i jak tylko sezon się kńczy, tozwijają swoje deseczki i chowają się we własnym zimohusie. Mają tam podobno masę wygód i jakieś spa, wiecie, lakierowanie i podsuszanie, malowanie i lekkie gilgotanie sęków. A co. W końcu napracowały się przez sezon, tyle dup na nich… znaczy pośladków się uspokoiło na ich brzegach, tyle zmęczonych głów się złożyło, ramion odpoczęło na oparciach, a o niektóre to nawet rowery dyszały, pieski przywiązane się ocierały. Wiecie, zwyczajne życie. Stoją przecież i się nie ruszają. Przy drogach i dróżkach, przy ścieżkach i rzeczkach, na polankach, między laskami, w ich wnętrzu, lub przy wielkich kamieniach. Są te nadmorskie, solą poznaczone i te bardziej toczone robaczkiem leśnym. Są takie, które zawsze wybierają tylko jedne miesjce, ale i takie, które kochają przemieszczać się po Wyspie. Brązowe i zielonkawe, takie bardziej drewniane, no i takie, które mają podpórki z betonu. No i są te rodzinne. Piknikowe cuda, dwie zakochane w sobie ławeczki, na zawsze rozdzielone przez stolik. Jak weszły w ten trójkąt? Cóż, nie wiadomo, ale zaraźliwe to podobno…

Wyspa ma ławeczki w tak dziwnych i zaskakujących miejscach, że sama o nich zapomina, ale one nie… one pamietają. Zapatrzone w jej piękno i ową pór roku różnorodność, po prostu są i podziwiają. Siedzą i są… obsiadywane. Niektórzy mawiają, że zawsze na nich ktoś siedzi, że tak naprawdę półdupkiem zostawiasz tam kawałek swojej duszy, ale… kto by w to wierzył? A może jednak. Bo widzicie, coś jest w tych ławeczkach. Coś więcej, niż tylko i wyłącznie miejsce do odpoczynku, rozpakowania kanapek, postawienia butelki z wodą, lub zwyczajnie odetchnięcia. Jednak… Widzicie, bo może jest jeszcze inna legenda, taka, o któej nikt nie wspomina, o któej lepiej nie mówić, bo wtedy zawsze staralibyśmy się dotykać ziemi tylko i wyłącznie najmniejszą częścią swojego ciała, obutą bezpiecznie, najlepiej jeszcze okręconą folią metalową…

… lepiej nie mówić.

IMG_3866 (4)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.