Pan Tealight i Wiedźma Boga…

„Postanowiła nią zostać…

Bez żadnych wyznawców, bez ofiar – chociaż Wyspa jej świadkiem, że przydałoby się brzęczących diengów, ofiar w postaci czekolady i orzeszków, podniet słodkich i szalonych – bez odpowiedzialności, bez chramów, kościołów, no bez światyń. Ale jednak… Bogą!!! Tylko widzicie…

… od czego?

Są bogi od pieniążków, od pechów, ogólnej płodności, są tacy od dróg znajdowania, od ścieżek, bogi od domowej opieszałości. No i są te szalone, te od winka i wódki, od rozumku niedługiego, no wiecie… bożek taki krótki raczej. Są takie bogi od spraw poważnych i te od frywolnych, a jednak ani jednego, ani drugiego nie możesz traktować lekko nazbyt, lepiej wszystkich mieć obok siebie, choć nie do końca za plecami.

… więc kim być?

Bogiem od rogu poduszki, który kurcze mimo największych trzepań wciąż pozostaje tym niewypełnionym? A może tym od zawsze zaginającego się prześcieradła? Bogiem od zatykającego się odpływu prysznicowego, czy też tym, który zabiera sobie na zawsze nasze owłosienia, a jednak wciąż trzyma je na widoku? A może tym, który zawsze źle ułoży dywanik, tym, który gubi ukochaną rzecz, by potem zwyczajnie tak pordrzuciś ją w najbardziej oczywistym miejscu… Może jednak zostać bogiem najwyższym, najbardziej targającym tym wszechświatem, bogiem ponad innymi bogami, z którym nie tyle wszyscy się muszą liczyć, ale… zwyczajnie bez neigo kroku nei zrobią!!!

Być Bogą Od Nadmiaru Bogów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0065

Z cyklu przeczytane: „Ognisty podmuch” – … bajucha!!! A dokładnie siódmy tom serii Septimus Heap. Niesamowitej. Niby wiecie, piszą, że dla osobników powyżej dziesiątego roku życia, no i jakby nie patrzeć jestem powyżej… od dawna, ale kto by tam wyższą matematykę stosował? No kto? Się nawet nie ważcie!!!

Hihihi…

Siódmy tom, a ja nadal nie wiem, co mnie bardziej w tej serii urzeka. Czy wydanie, niesamowite, klimatyczne ryiny w środku, a może jednak bohaterowie? Dopracowani i to niezależnie od tego, czy są młodszymi, dziećmi nawet, czy starszymi. A może inteligentna fabuła? Tajemnice i smok? A może jednak… magia?

Nie wiem.

Bohaterowie dorośli.

Znaczy wiecie, ci co już byli dorośli to się raczej nie postarzeli, ale ci, którzy byli dziećmi… już nimi nie są. Znowu muszą jednak, ale z humorem, stawić czoła przeszkodom. Mając jednak w końcu siebie, rodzinę i przyjaciół, nie powinno być chyba tak źle? Bo przecież happy endy się zdarzają, czyż nie… nawet wśród tak bardzo różnorodnej gromadki. Takiej, która tak wiele przeszła. W końcu niektórzy z nich dopiero od niedawna wiedzą, co to znaczy przyjaźń i rodzina.

Cała seria Angie Sage, to prawdziwa, pełna, niesamowita, intrygująca światami, wciągająca i porywająca, powieść fantastyczna. To saga, wcale nie cierpiąca na zaburzenia wymowy, która nie uwsteczni młodszych w językowym szaleństwie i nie znudzi starszych. Pełna tak wielu zagmatwanych tajemnic, sekretów i zakrętów, a jednak… nie wkurzająca czytelnika. Jakoś za każdym razem, choć może i opowiada o bohaterach mniej przez nas lubianych… i tak czytasz… a potem koniecznie chcesz dom na Mokradłach i Niebieski Płaszcz. I smoka… Bo widzicie, pewne pragnienia wcale się nie zmieniają z wiekiem. Wcale, a wcale. Może i magia włada tym światem, ale nie jest to magia nudna, taka, do której jesteście przyzwyczajeni. To magia… której cząstkę na pewno macie w sobie. Wystarczy sprawdzić!!!

IMG_9878

Czasem tak sobie myślę…

A co jeśli w końcu skończą mi się nowe ścieżki na Wyspie. Wiecie, takie do odkrywania ciągłego, do niespodziankowania miłego, do bycia podróżnikiem, bez kupowania biletu. Tylko z kanapką zawiniętą w chusteczkę, jabłkiem i cukierkiem w kieszeni i butelką wody. Porzebujesz wtedy tylko samego siebie. Swoich nóg i rąk, no i czasem jakiś krzaków, bo serio w końcu zacznie ci się chcieć siku!!! Zawsze tak jest. Zawsze się człowiekowi chce siku, jak już wylezie z domu i serio, nie ma znaczenia, ile razy odwiedzisz Studnię Życzeń przed wyjściem… ni ile wypijesz, ni ile nie wypijesz. Taka budowa chyba, czy coś. Ale nie ważne, gdy chodzi o odkrywanie nowych cząstek Wyspy. Nowych jej kawałeczków, skał wszelakich, powykręcanych drzew, połaci mchów i czosnku niedźwiedziego i oczywiście listków. Tej urokliwej, niewinnej, wiosennej zieleni… a przynajmniej tak było dzisiaj. Bo dziś, zamiast odwiedzić ruiny… minęłam ją i zlazłam ze skał, a tam ułapiła mnie przeszłość. Widzicie, z przeszłością czasem tak jest, że mocniej działa tam, gdzie nie zostały ruiny, kamienie na kamieniach, ludzkie udoskonalenia powierzchni.

Oj tak, olałam dziś Hammershus i wlazłam w dolinę. I chociaż wiało tak, że łeb mi skakał od prawej do lewej, potem z powrotem, a potem dookoła, no kurcze moje zatoki!!! Po lewej skały, szare, niebieskie prawie i różowe we wszelakich odcieniach, granitowe, kryształowe, po lewej mokrość nad mokrościami, dwa zbiorniczki połączone śluzą, a potem rzeczka wprost do morza… skaliste wybrzeże, kamyczki i cudownie granatowo-kobaltowa woda. Wzburzona, z grzywaczami… pachnąca. Pod nogami trawa, stokrotki, kaczeńce i fiołki, niewielkie kępy zawilcowych niedobitków. I ta przeszłość. Dziwne, ale nie czułam wrogości, tych najeźdźców, co to chcieli wspiąć się na skały, potem na mury, którzy widzieli twierdzę w najlepszym jej wydaniu, w czasie, gdy mury nie były ruiną, gdy wszystko żyło bardziej, niż teraz. Gdy wciąż miało nadzieję… nie, ja słyszałam praczki zbiegające ukrytymi ścieżkami, by spotkać się z kuchcikami. By z młodym rycerzem poromansowała zwykła służąca. By… ktoś się uśmiechnął, by był człowiekiem, by zmienił codzienność. Tamta rzuciła swój wianek, inna znowu go straciła na zawsze, a tam ktoś coś próbował ukryć, ale chyba mu nie wyszło, a tam znowu… młodziutka dziewka skradała się na plążę, na kamienisty występek, gdzie siadała i marzyła… o czymś innym. O innym świecie, innym czasie, o innych ludziach…

… o zmienności, przyszłości…

Mając za plecami ruiny wpadłam w szpaler drzew…

IMG_0056

Wiedzieliście, że mogą mieć one tak powykręcane gałęzie. I jakaż to wspaniała geometria takimi je uczyniła? Bo przecież nie mół to być tylko i wyłącznie wiatr, czyż nie? A może mógł. Włażę między te nagie, lekko tylko w górze poznaczone dziewiczą, lepką, lakierowaną i dziwnie puchatą zielonkawością drzewa i… dziwuję się. Bo cały ten kontrast, pomiędzy ową czarniowością, bo to nie czerń, a właśnie kolor czarniawy… a zielonkawością młodą i naiwną, noszącą spódniczki za krótkie, probującą używek i słuchającą głośnej muzyki, jest co najmniej wyraziscie widoczna. I nie przeszkadza mi to, że stąpam wąską, czasem na jedną stópkę dróżką, która wije się w swojej wilgotności, pomiędzy… czosnkiem niedźwiedzim. Usz, gdziekolwiek spojrzysz, czosnek. W większości, gdy rośnie w takich kupach, kwitnie o wiele później, więc to co widzimy, to zielonkawy, gruby i smrodzący, piękny dywan. Zielony, ale inaczej niz na początku, inaczej niż liście w górze, inaczej niż krzewy. Zielony ową dziwną, przerażającą miejscami zielonkawością dostojników, co wpieprzają ino organiczne żarcie. Bogatych burżujów i pierun wie co tam robiących nibymądrych… których ajkju zawsze wynosi tyle, ile saldo na koncie. A czasem to i mniej nawet… bo wiecie, jak się kurna w głowie jest na debecie…

Stąpając tą dziwną granicą między światami, ścieżynką krętą, kamienistą i korzeniową miejscami, wilgotną i żyzną, czuję się niebiańsko. Dla mnie te pąki czosnku są pieruńskimi liljami! Drzewa cudną architekturą, a kwiaty pojedyncze i liście… najlepszym wystrojem. Widzici, tylko tutaj zielony serio pasuje do wszystkiego!!! Nawet do tych owiec, kurna dwa barany? Uciekać, czy co? Ale przecież czyż ja je coś obchodzę. Tyle dobra mają dookoła, no i biegaczy, więc może jednak nie zaatakują.

Co do tego biegu, to kurna albo się skończył, albo ino jakieś niedobitki się mi na trasie przytrafiły. Siedząc pod łukowato sklepionymi, dotykającymi się wzajemnie drzewami, połączonymi ponad ścieżkowym podziałem, jest pięknie. Niezależnie od tego co jesz, czy pijesz, wiesz, że to uczta. I nie ma znaczenia, że troszkę już się zmęczyłeś, bo przed tobą jeszcze tak wiele do odkrycia. Znowu kamienie, głazy i skały, znowu gałęzie i pnie, a każdy kurcze inny, każdy bardziej fantasmagorycznie fantastyczny… każdy… tym razem doprowadziła mnie ścieżka do polany. Kwietnej i niemożliwe. Nagle wyrzuciły mnie z siebie leśne opary, czosnkowe czosnkowości i błękit nad głową, z zielonymi plamkami, jakby kurcze… wysypkę miały nieboskłony, czy co? Jakby… a za polanką plażą. Kamieniesta, otoczakowa, a nad nią drzewo niczym z Szopenowskiego pomnika. Tam to jednak wierzba chyba była, a tutaj coś kłującego… i morze. Niespokojne, szalone, niemożebnie niemożliwe. Bogate, zimne, ale i tak dziwnie przytulne. Piękne i mądre. Otoczone skałami z tylu stron, z tylu tak bardzo otwrte i nagle czuję to, co inni… pytania, odpowiedzi, zamyślenie… pragnienie płynięcia gdzieś, gdzie jest coś innego, nieznajomego. A potem spoglądam na owo pochylone drzewo i już mi przechodzi. Już się nie zastanawiam, bo odkryłam swoje.

IMG_0197

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.