Pan Tealight i Pielgrzymkowa Panienka…

„Kapliczki, stojaki, wazony z kwiatami i ołtarzyki…

Porozrzucane gdzie niebądź girlandy dziwnych frędzli i oczywiście świeże płatki kwiatów, rozsiane po wszelakiej powierzchni… zawsze zdawało mi się to takie okrutne, żeby kurcze fryzjerską bezlitosnością w religijnym zapędzie naznaczać biedne kwiatuszki… Kastrować, dekapitować, golić… Może i miała Mała Wiedźma śliczną, nazbyt króciutką sukieneczkę białą, koszyczek i żółte buciki – sorry takie były czasy, innych nie było – ale jednak… bolało mnie to. Pewno, pięknie było, ale jednak!!! Nawet w owym zapale sypania ich, w owym całkowitym zacięciu bycia w końcu kimś ważny i potrzebnym, nie zwracaniu uwagi na gościa z monstrancją, pewno król jakiś, i całym tym korowodem, na te flagi i posążki, na te niby świętości…

Tylko te kwiatki!!!

Niby była w tym jakaś specjalność i wyjątkowść, ale jednak… coś było nie tak. Owo dziwne niezrozumienie pulsowało i bąbliło się w główce Małej Wiedźmy, ale nikt jej nie słuchał. Nikt nie rozumiał, nikogo nie obchodziło. I wtedy, w cieniu owej malutkiej Małej Wiedźmy, pojawiła się ona… Pielgrzymkowa Panienka. Dziewczątko pyzate w falbianiastej nader spłowiałej kiecce, z koszyczkiem zawieszonym na szyi pełnym dziwnych chrupek, czy też pianek, z loczkami blond na główce, oczkami błękitnymi, rumieńcem wydętym… gryką zaplątaną w owe jaskrawo śnieżne rajstopki i świerzopem. Czy też świerzopą? Pod ogon nikt nie zaglądał. Walić tam, że niektórzy uważali, że to była roślinka, w rzeczywistości był to malutki, młodziutki prosiaczek. Różowiutki niczym świt i pieszczotliwie tłuściutki z blond szczecinką. Zawsze biegł dookoła jej gołych, znaczy nieobutych stópek.

A ona się o niego nie przewracała.

Pielgrzymkowa Panienka mogła się zdawać dziecięciem anielskim, ale w rzeczywistości była naczyniem zła specyficznego… Boginią Procesyjnej Celebracji. Pocieszycielką wszelakich do wyznań zmuszonych, niechętnych spacerowiczów… ożywicielką dusz płatków ukrzywdzonych. Tą, która gotowa była spopielić słonecnzymi promieniami tych nadgorliwych, a nie chcących zrozumieć co czynią, ale i tą cieniem obdarzającą owych, którzy pragnęli obecnością swoją ucieszyć kochanych. Była po prostu. Wraz ze świerzopem przechadzała się wzdłuż rozgniewanej śpiewnie celebracji i spluwała przeżuwanymi gdzieś w głębi siebie chrupkami. Jej koszyczek zdawał się być owym Stoliczkiem, co Samsięnakrywał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7627 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niewidzialny strażnik” – … no nie wiem. Na początku zaczęła mnie irytować. Już nie wiadomo, czy to serio kryminał, czy jednak opowieść o kobietach dla kobiet, z kobietami i ich problemami. Rodzinami… a potem zrozumiałam. I troche mnie to oszołomiło. Dotarło so mnie, że tutaj wszystko ma swój cel, swoją drogę i swoją parę butów.

Ona, to młoda inspektor gdzieś w krainie Basków. On… to idea, legenda i mit. Religia, którą starało się zabić chrześcijaństwo, ale chyba nie do końca zwyciężyło. Problem? Ciała młodych dziewcząt upozorowane w przerażający sposób. Jak najszybciej należy odszukać sprawcę, a przynajmniej tak by się wydawało. Widzicie, to główny problem tej książki, że w rzeczywistości samej pracy policyjnej nie ma tutaj wiele, ale za to opowieści o rodzinach, wymykających się tajemnic z przeszłości, aż nazbyt wiele. Jest wiekowa ciocia z kartami tarota, są trzy siostry i masa problemów. Oraz pragnienie… Czy rzeczywiście na wszystko są w stanie odpowiedzieć mity i legendy? Magia? A może tak naprawdę, tutaj, w tym miejscu, to co tak określamy, wciąż jest codziennością?

Magiczna i szalona opowieść, co do której niektórzy powinni się przekonać. Może i nie do końca policyjna, może i akurat ta jej strona nie zniewala, ale jednak wciąga, porywa i matacze naszą zmysłowością. Nagle mamy ochotę zapoznać się z własnymi mitami, wejść głębiej w sny i cienie, które się poruszają, choć nie ma nikogo lub niczego, co miałoby w sobie taką moc.

IMG_4926

Gdy się ma urodziny na Wyspie… cóż, najważniejsze to nabyć ciasteczko. No wiecie, niby można samemu zrobić, ale to specjalne, urodzinowe ciaseczko, raczej należy kupić. Jest wielkie, antropomorficzne, a raczej przypominające kreślony drżącą ręką nowego gliniarza obrys zwłok rozjechanych na… placek. Wielkie, tłuściutkie i kolorowe. Płaskie i tłuściutkie i budyniowe… Czy wspominałam, że tłuściutkie jest? No to wiecie, ot taka duńska tradycja. Nie może też oczywiście zabraknąć flag, bo w końcu one są zawsze i wszędzie, niezależnie od imprezy czy solenizanta. W końcu wszyscy winni wiedzieć gdzie są… No i oczywiście ogłoszenie w gazecie!!! Ha ha ha, najlepiej ze zdjęciem. Ale nie bójcie żaby, nawet jak nie pamiętacie, w którym domku babcia, co obchodzi stówkę, mieszka… poprowadzą was flagi i girlandy!!! A co! Urodzinki, imieninki, wszelakie rocznice, a już szczególnie ta specjalna dwanaście i pół, jeżeli chodzi o małżonków, wymagają oprawy. Dom należy ucharakteryzować, powpinać wstążeczki i dorzucić flag. A najlepiej zakupić całą flagową girlandę. W wymienionych w ogłoszeniu godzinach oczywiście czekacie na życzenia i prezenty. Bo przecież po coś to wszystko się robi. W domu oczywiście kawa gotowa, a i coś mocniejszego… a do tgo ciastka i ciasteczka i ciasta… a najlepiej przy okazji zareklamować jeszcze swoje hobby… I voila!!!

Happy Wszystkotam tu ju!!!

Życzy się oczywiście szczęścia i wszelkiej szczęśliwości, jakby w jednym małym zwykłym tillykke zawierało się wszystko to. Jakby niczego więcej nie było potrzeba, albo raczej wszystko więcej się miało już? Nie wiem. Wciąż się tego uczę. Owej tęsknoty ludzi za człowiekiem. Za wspólnotą, gadaniem… jakby wszyscy tutaj byli nazbyt samotni, wyziębieni w zwykłym, błagającym o plemienność, wspólnotę i ogólne gromadności… człowieczeństwem. Ale wiecie… czasem mi się wydaje, że chodzi tylko o ciasto. Jakby każdy, korzystając ze swobodnej kaloryczności świąt wszelakich, pozwalał sobie na odstępstwo od diety. Dzisiaj u tego sąsiada, za kilka dni u drugiego, a za miesiąc u mnie. I dzięki temu wciąż jemy ciastka!

Może w rzeczywistości Maria Antonina była z Bornholmu?

IMG_4658 (2)

Dziwna ta wiosna tego roku. Niby było ciepło, ale jednak nie było… niby kwiatki wybuchły, ale jednak na krótko, a wszelakim przylaszczkom czy zawilcom, to w ogóle się wyłazić nie chce, pierwiosnków tyż nie ma. A przecież to wszystko zwykle stąpało liniowo po sobie. Jedno stykało się z drugim, jakby przekazywało sobie wzajemnie jakiś olimpijski płomień, tudzież siłę życiową… ale przecież to wciąż wiosna, pąki na drzewach powoli pękaą, forsycje się prężą w swoim lekkim niezdecydowaniu… niektóre wylazły i się żółcą, inne wciąż schowane w zielonkawych skorupkach. Tylko stokrotki, jak zwykle, rosną po prostu. Może w życiu trza być stokrotką. Po prostu rosnąć, gdy można, a gdy nie można i tak próbować, ale na niższym pułapie?

A może po prostu stokrotki tylko przeżyją…

Wyspa tak, jakoś na coś czeka.

Jakby zamarła. Wiatr nią szarpie, a ona nic. Jakby stwierdziła, że nie podda się w tym roku jajkom na drzewach i zajączkom i innym tam kolorowym kazamatom. Jakby czekała na coś lepszego. Na coś słodszego od marcepanowych polew i oklejanek, jakby bardziej łamliwego od pustych jajeczek, co w środku nie mają nic, kompletnie nic? I chociaż w największych ze sklepów zaczął się już ruch i krzyczą nalepki – przyjdźcie już w tę sobotę – to jednak wciąż… czeka. Nie na te lody znowu kręcone i posypywane, nie na te cukierki, nie nawet na ową słodkość wypełniającą swoim lepkim ciężarem porty… na COŚ innego. Nie na ludzi, nie na zmiany, które przecież i tak ponownie ją naznaczą. Nie na te nowe posadzone drzewka, które jeszcze neizbyt mocno trzymają się swoimi korzonkami jej podłoża, nie na nowe rybki, foczki, czy ptaszencje. Na COŚ widocznego tylko i wyłącznie dla niej. Dla niej specjalnego…

Wyspa to czucie.

Uczucie i smakowanie. Wąchanie i nierozumienie… to stan umysłu, bicie serca, dziwne dodatki do powietrza i inne cząstki w krwioobiegu. Jakby coś niezatapialnego, coś nielatającego, a jednak… unoszącego się. To wszystkie te zmysły, które na codzień tak naprawe odstawia się na tor boczny… i cała masa nowyc. Jakieś tam przeczuwanie i jakieś doświadczanie, namacalnowanie i chmurkowanie. Zmysł nierozumienia i potworności, oraz dziwny, zaskakujący zmysł podchowywania się. Ale o tym kiedy indziej. Na razie idę polizać Wyspę w tych wszystkich bardzo intymnych miejscach, bo mogę, a Ona się na to zgadza!!! Ale i tak przecież kurcze mało o niej wiem. Nawet doznając jej całkiem cieleśnie, organoleptycznie, żująco i trawiąco… wciąż się na tym łapię, że mnie zaskakuje, że coś ze mną robi, nie tylko manipuluje, ale przede wszystkim niczym chrzanionym, starodawnym jojem się bawi.

Hmmm… chyba mi to nie przeszkadza?

IMG_6226

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.