Pan Tealight i Wielce Sądny Dzień…

„Pojawił się jak zwykle.

Mazy barwne, różowo-fioletowe na nieboskłonie, zwyczajne pojaśnianie wszystkiego. Zamiatanie ciemności, spojawianie się jasności. Ot trochę słonka, mgiełka poranna, może nawet i przymrozek… Bo wiecie, mimo iż był to już marzec, to wciąż w powietrzu czuło się jakąś lodowatość. Jakby wszyscy, zarazem i zielone, jak i czerwone i żółtawo-brązowe pąki, miały nagle zmienić zdanie. Jakby krokusy zamierzały pochować swoje wygrzane łebki z powortem w trawniki i trawy, liście i wszelakie gałązkowości, ranniki zwyczajnie je pozamykać i wtulić się w zieleń swojej poddańczej, niskiej korony-krawatki. A przebiśniegi, zwyczajnie przestać… dzwonić. Widocznie owa cała wiosnowatość unosząca się w powietrzu… przygasła. Jakby naprawdę miały się spełnić prognozy o zawieruchach i śnieżycach i mrozach nastostopniowych?

Jakby widząc to wszystko, i czując, Dzień ten wstał bardziej rdzawo-pomarańczowo-różowy. Niebo na chwilę zapłonęło, a w powietrzu rozeszło się to dziwne uczucie strachu, jak wtedy, gdy miało miejsce zaćmienie słońca… gdy w nagłą letniość wdarł się mroźny powiew i odmienił dusze… znaczy zwyczajnie przeraził wszystkich myślących bardziej, niż muszka owocówka. Dzień może i miał za zadanie dopełnić swego przeznaczenia, no i chciał zrobić to jak najlepiej, więc wierzył w pomocność naturalnej grozy otoczenia… ale przede wszystkim był sobą. Szesnastolatkiem w krótkich portkach z obniżonym krokiem, jakby kupę zrobił, z tatuażem na kostce, koszulką z dziurkami i słuchawkami w uszach. Zapatrzonym w telefon, obutym w coś, co przypomniało kosmiczne twory… brzmiącym przez cały czas dziwnym, niespokojnym rytmem.

Wielce Sądny Dzień miał zapełniony karnecik na dziś uczynieniem Apokalipsy, spotkaniem z Armagedonem i kawką z Fatum. Ale widzicie, wprowadzili nowe appsy, no i jakoś tak przysiadł w porcie na łódeczce chybotliwej, lekko obdartej, dzięki temu można było prześledzić jej całą historię dni, w których była: białą, czerwoną, żółtą, zielonkawo-niebieską, aż w końcu stała się dziwną, buraczkową mieszanką z morelowymi nalotami. Co raz sięgał do kieszonki po orzeszka w polewie, ale poza tym po prostu się bujał, nie zwracając uwagi na zewnętrze. A to… mimo całkowitej nieobecności duchowej pana swego, wiedziało oczywiście, co ma robić. Najpierw nadeszło południe, potem popołudnie, a wkrótce zapomarańczowił się wieczór i słoneczność dnia zaczęła opadać. Zmrok wkradł się jak zwykle umysłowym cichaczem między zmęczonych mniej lub bardziej żywych… i nadeszła ona. Dama w wieku słusznym o słusznych krągłościach i blond krótkiej fryzurce… Noc.

Długo jeszcze opowiadano, że coś się miało wydarzyć tamtego dnia. Narodziło się tyle legend ile było ludzi i ile ich nadeszło po nich… Jedno jest wiadome. Niektórzy widzą czasem nastolatka na łódeczce, zapatrzonego w płaską płytkę. Ale tak naprawdę nikomu i niczemu niczego nie udowodniono.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7339 (3)

Z cyklu przeczytane: „Dziwni” – … zaskoczenie. Bo w końcu autorem jest dzieciak, nastolatek. Niewinny, a jednak z wyobraźnią? Pewno, że pamiętam jak to było, gdy sama byłam dzieckiem, ale jednak… taka inteligencja? Taka wyobraźnia? A może po prostu dobra redakcja? Pomoc? Natrętne wciskanie się dorosłych w zbawę małolata? A może… po prostu marzenie?

Ten niewielki tom, to jednak zaskoczenie. Jak dotąd, chociaż unikam recenzji, spotkałam się tylko z tekstami: nie czytaj, nie warto. Problem w tym, że nie lubię się słuchać innych… i jak zwykle się opłaciło!!! Bo ta niewielka opowieść, mimo młodego autora, jest zaskakująco… gotycka. Znaczy taki tam steampunk, trochę magii, maszyny i wszelaka tam angielskość z jej wadami i zaletami. Ale poza tym, nadzwyczaj rozwinięta i bogata. I chociaż możnaby się czepiać nie do końca opisanych bohaterów, nie do końca jasnych sytuacji, to jednak gdy popuścić wodze fantazji… da się wszystko ogarnąć. Zresztą sama historia jest prosta. Fairy najechały część Anglii i nie mogły powrócić. Dlatego… z czasem może nie tyle się zasymilowały, co stały się cząstką owego świata. A magia, wiecie, z magią zawsze jest coś nie tak…

Bohater główny to młody mieszaniec… a nie jak wieszczy treść podrzutek… nie tyle dziwny, co inny. Z jednej strony nadmiernie zwykły, z drugiej, atypowy. To on zdaje się być rozwiązaniem problemów z magicznymi w tym świecie. Powrotem do domu, tylko gdzie tak naprawdę jest ten dom? No właśnie… drugim bohaterem jest człowiek, który zadaje zbyt wiele pytań i mimo dorosłości zachowuje się jak dzieciak! A co! Przecież to tylko opowieść!!! Wokół nich zaś kłębi się tajemnica dwutwarzowej damy, dziwnych kręgów i porywanych dzieci…

Może nie nowatorska treść, ale i nie śmieć. Czarowny przerywnik codzienności, naprawdę ślicznie wydany. Coś, co po większym dopracowaniu mogłoby być niesamowitą powieścią! Ale do tego trzebaby kogoś trochę bardziej dorosłego.

IMG_4920

Włażę w las, a tam kurna kwiatki i kwiatuszki. Takie, co to człeka uczyli ino rosną w ogródkach, no wiecie… a tutaj dzikusami się stali. Podobnie z ludźmi jest. Serio… wchodzisz w las, a tam cudo, co to Mać twa własna w doniczce hodowała jako cud jakiś z krain zamorskich… i co, no jest tutaj, pleni się pod drzewkiem i pręży swoje serduszkowe listeczki. I delikatne kwiateczki… ludzie tak samo. Dziczejemy tutaj. Łazimy do lasu nie tylko po grzyba, czy kleszcza, ale i przede wszystkim po czosnek niedźwiedzi. Wonieje misiowo już od kilku tygodni, więc jeśli się komuś marzy czosnkowa pizza, to zapraszamy. Pleni się tego pod nogami cała mnogość!!! Dziki jest taki!!! Szczerzy zębiska i pazurzyska i oczywiście jeszcze futro grube i zimowe pręży.

A co… głodny jest taki waszej… uwagi.

Mijając się ludzie się do siebie uśmiechają. Dziwnie tak jakoś, jakbyśmy mieli swój własny język. Z jednej strony nie chcąc naruszyć owej leśności i ciszy, słoneczkowatości świeżutkiej nie porwać, z drugiej, jednak wciąż być cywilizowanym humanem. Uśmiechasz się do znajomego mniej lub więcej człowieka, w końcu nas tu ino niecałe 40 tysiączków, no nie da się żyć wciąż nie znająć wszystkich poza seoznem. Uśmiechasz się i idziesz dalej. Bo przecież każdy tam potrzebuje swojej chwili sam na sam z lasem i Wyspą. Z ową dzikością przenikającą skórę i kości, wdzierającą się w organy wewnętrzne i zakładają im takie skórkowe przepaski Tarzana. Wiecie, dziko ma być. Nawet w okolicach wątroby i śledziony!!! A w tym czasie wiatr się zajmuje ruchomymi częściami garderoby i włoskami oczywiście… na dziko.

Pewno, że Wyspa się zmienia.

IMG_6681

Obok Melstedgaardu powstaje jakaś taka szklana stodoła. Podobno edukacyjna ma być, czy coś. A zaraz obok niej odremontowali zgrabną ceglastą chatkę, obok której, przytulony do niej, zrośnięty jednym boczkiem stoi mikrodomeczek strzechą kryty. Nosz słodycz normalnie wam mówię!!! Nowe i stare wciąż się kochające, no i wciąż, że tak ujmę dwuznacznie, ze sobą współżyjące. Nowe trawniczki, nareperowane murki, nowy kolor rzucony na ściany… nowy mostek, nowe mury, nowi ludzie. Ci akurat najbardziej głośni. W lesie nowe krzaczki i nowe pąki się rozbijają wrzeszcząc: ja pierwszy wyłażę, ja ja ja!!! Wiosna pełną parą mimo północnego, mrożącego wiatru. edukacja też jest… w końcu swoją Wyspę znać trzeba, czyż nie?

Koty już zaczynają.

Nosz wredne sierściuchy. Łkają, ryczą i płaczą, bo miauczeniem nie można owych jęzków specyficznych nazwać. Leci człowiek mając nadzieję na dartą z małolata skórkę, a tam na chodniku siedzi se rudy delikwent i wyje. Żesz pytam się go do kogo, tudzież czego tam uzurpuje sobie ciszę zagłuszać, a on nic… pewno, że mnie olewa. Jak zwykle. Koty są straszne serio!!! I nie chcą myszy jeść. Nie jak wrony. Wrony są przynajmniej jakoś tak normalne. Siedzą na drzewie, układają ciała w romantyczne wzroki ciesząc się wciąż jeszcze istniejącą bezlistością… i czekają, aż człowiek będzie miał coś dla nich na ząb. Znaczy na dziób, wiecie. Bez obawy, oczywiście, że zapłacą. Wrony zawsze ładnie dziękują za jedzenie. Albo orzeszkami, albo piórkami, albo wszelakim błyskającym śmieciem… bo skarb to skarb w końcu! A koty… cóż, jakoś serio, może to przez ptaki, ale idźcie sobie srać gdzieś indziej!!!

Na wzburzonym, gniewnym dziś morzu Bałwany się kotłują i naparzają z Grzywaczami. Jakiś wrestling, czy coś? Nie wiem, klub tajny mordobicia może mają? Ale kolor morza taki piękny, taki zmienny. Tam seledyn, gdzie wciąż piasek leży na dnie, tam znowu szmaragd. Po prawej lekko fioletowy niebieski, a po lewej znowu kobalty i granaty i inne niebieskości, lekko takie miękkie, czerwonawe. Wszystko w jednym miejscu. A ponad całą ową niespokojnością mewa stoi w powietrzu… szybuje, znaczy się. Cudna taka, leniwa, korzystająca w pływów powietrza, niemęcząca się… zdawałoby się, olewająca świat, a jednak wiesz… że ona wciąż patrzy, wciąż ma na wszystko baczenie, nie ustaje w swojej walce. Walce o każdy kąsek i każde ukochane miejsce. Może i niezauważalnie, ale pilnuje, by nikt niepowołane nie wtargnął na jej teren. Dobrze wie jaką bronią jest jej spory, zakrzywiony, pomarańczowany dziób.

IMG_5936 (3)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.