Pan Tealight i Andruty z Księżycową Masą…

„Słodkie?

Nie, raczej jak chropowaty śnieg. Jak lekkie iskierki, dziwnie naiwne… może słodkie, a może jednak i cierpkie? A może mające wszystkie smaki w sobie? A może jednak… będące czymś więcej?

Na pewno są chrupkie i łamliwe. Znaczy same andruty wypiekane były w jednym ze szwajcarskich klasztorów, do których chodziły wyblakłe krówki Milki. W końcu musiały się czymś zająć, bez roboty nawet im odbija, a i fioletowość jakoś nie powraca… oczywiście wypiekano je z jednego rodzaju traw, znaczy zboża, ale do końca nikt nie wiedział jakiego, tylko stara Ksenia. Ale ona nikomu nie wygada, bo kiedyś przypaliła sobie język… podczas stosunku z trzepaczką do jajek. Andruty… Tak specyficznie ukształtowane, a przecież rozpływające się w ustach. Niczym coś, co zawsze powinno było tam być. Co należało do Bogów Smaków i Rozkoszy Podniebienia. Cudowne, dziwnie niemożliwe do opisania. Niesamowite!!! Wszystko w jednym kawałku, nic dziwnego, że Ojeblik – mała, ucięta główka, po prostu się od nich uzależniła. Ale oczywiście, jak w każdym życiu, miała z ową przyjemnością problem.

I nie był to diler.

A raczej nie był to on, tak do końca.

Widzicie… masę można było zebrać tylko przez trzy noce pełni, potem należało wepchnąć ją w srebrne słoiczki, zatkać skarpetką z prawej nogi podmostowego trolla… tak, chyba tak, prawej, a potem zwyczajnie wsadzić gdzieś w piwniczny suchy, ale chłodny klimacik. Taki, co to mumie niezbyt konserwuje, ale za to mięsko długo się w nim i namolnie, maceruje. Wiecie. Gdzie więc problem? A w tym, że masę mogła ściągać z poświaty księżycowej ino Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która, jak wszystkim wiadomo, miała nieprzemijalny i wszelaki, przerażony nawet wyższym materacem na łóżku, lęk przestrzeniowej wysokości. No i te skarpetki. Trudno znaleźć trolle, które je noszą. Zwykle od razu zakłądają te wielkie buciory, a latem napieprzają na bosaka, w końcu mają piękne stopy!!! Mówię wam, żadnych nagniotków!!! Nie mają ni łuszczycy, czy żółtawej skórki, a paznokcie malują co tydzień!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3976

Po wszelkich wyspowych lesistościach o tej porze roku błąka się mgiełka. Czy to havgus, dziwnie zimny, czy ino pierdnięcia wróżek, i tak fascynuje. Wszystko przez nią się tak niesamowicie skrzy, wszystko dzięki niej takie bez zmarszczek. I chociaż mroczniej trochę i słonko przygrzewa, to jednak jest inaczej. Promienie całkiem śmiało starają cię dotknąć każdej nitki owej mglistości, ale nic z tego, nie rozpędzą jej. Ona chce tutaj być i już pozostanie. A przynajmniej na razie. Gdy ja odwiedzam Bębniący Głaz wciąż mnie otacza, gdy wpadam w błocko jest przy mnie.

Cierpliwie się uśmiecha, gdy ponownie zaliczam glebę z powodu cudownie omszałego trolla… znaczy wiecie, kamienia, a nawet lekko się kielczy, gdy zahaczam o lekko pączkujace gałązki. A juz ubaw ma pełną parą, gdy nie udaje się mi dotrzeć do Wiedźmich Wrót. Ups sorry, może następnym razem. No mimo tabliczek wszelakich i oznaczeń na szlaku, czasem nie wszystko można znaleźć.

A może na wszystko jest czas…

Mgiełka sprawia, że wszelkie pajęczyności naprężają się dziwnie. Nie ociekają kroplami, jak po ciężkiej rosie, ale raczej wypinają pierś jak na musztrze. Dzięki temu pierwszy motyl tego roku, jak byk cytrynek, co mam nadzieję oznacza złoto, się znaczy kasę… a to dla mnie serio mogłoby się wiązać ze sprzedażą mej malowaności!!! A co!!! Marzenia dobra sprawa!!! Szczególnie w takich okolicznościach przyrody. Nie da się niewierzyć, że się nie spełnią…

IMG_3958 (2)

Kwiatków w lesie jeszcze brak. A może po prostu zbyt wiele tutaj skał? Część z nich niczym ciasto równo krojone ostrym nożem, a inne znowu tak gładkie, że zdaje się, iż szlifowane milionami kroków, czołgań i ogólnych pielgrzymek. Wdrapuję się coraz wyżej podziwiając spory uskok po lewej, ale boję się… Jeżeli się poślizgnę, jak nic wprasuje mnie w skałki. Szkody wielkiej by nie było, ot zeżrą mnie robale, ale popsuję tę całą sztukę. A szkoda. Taka jest baśniowa. Szczególnie przez te dziwnie otoczakowe wyrostki skalne. Jakby głaskano je, ocierano, muskano i łzawiono. Jakby masowano je i smarowano dokładnie olejkami, masłem, a może i miodem. Jakby… ktoś chciał w każdy sposób powiedzieć: jesteś moim bóstwem. Może więc nie jestem pierwsza? Może rzeczywiście moja toria ma potwierdzenie w skalistości? Że od zawsze Wyspę kochano i czczono… że była i jest Bóstwem, z którym należy się liczyć?

Każdy kamień tutaj, dziwnie samotny, w jakiś sposób powiązany jest z podziemnym ludem. Jakby nic się nie ogło wydarzyć bez ich opieki, przeszkadzań i zgody. Każdy samotnie stojący mógł być ołtarzem, każdy mocniej wyszlifowany, poznaczony pamięcią, dotykiem, łzami… krwią. Każdy zdaje się być święty. Nawet ta kamienna ścieżka, po której idziesz… bo przecież czy sama droga do świętości, do miejsca świętego, może być profanum? Nie!!! Świętość w świętości i wszystko jest świętość. Każdy kamyk, ten samotny na wrzosowisku, co się aż uprasza o dziewicę, albo chociażby baranka mlecznego, ten zagłębiony w lesie, którego przecież tak niedawno tutaj jeszcze nie było. Te kamienie poukładane w pilty, znaczące, informujące, a może tylko będące iskierką dla pogoni twojej wyobraźni? A może tak naprawdę świat potrzebuje niewyjaśnionych i niewyjaśnianych tajemnic? Może…

Wchodzę w las i za każdym razem widzę coś nowego. Głaskam nowe pnie… bawię się w nowym kopach mchów. Obserwuję wróżki, no wiem, niektórzy mówią, że to chyba robaczki, ale co oni tam wiedzą!!!? Trollom rzucam cukierki, a potem po prostu siedzę i się gapię. Chyba tutaj naprawdę potrafię być czasem bezruchawa. Nieruchoma a jednak kompletna bez wciąż zajętej głowy, rąk i duszy. A może tutaj dopiero jestem sobą? Od nowa, a może tak naprawdę po raz pierwszy? Zresztą, zapytajcie o to mojego Jednorożca. Już czas żeby znowu hasał po kamienistym brzegu… Ciekawe czy w tym roku narodzą się nowe?

Nadchodzi noc, więc zamykam drzwi i budzę knoty świeczek. Czasem się wydaje, że wystarczy na nie dmuchnąć, tak są gotowe, by płonąć, a czasem… nic nie jest ich w stanie obudzić. Czy tylko mi wydaje się, że tutaj wszystko jest jakoś bardziej żywe? Świadome siebie samych i wszystkiego na wzajem, dotykające się nie tylko ciałami, ale i myślami, może nawet połączone gdzieś tam korzonkami, albo niewidzialnymi nićmi… pomiędzy chmurkami? Kto to wie? A może nie ważne jak, ale ważne, że są połączone. Inne, tykalskie, zmienne. Myślące, marudne czasami, a często nadmiernie pobudzone… nawet dachówki zdają się mieć własne życie płciowe.

Nawet słoma na tych kraciastych domkach…

Tutaj chyba nic nie jest takie, jak jest w innych miejscach…

IMG_6070 (3)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.