Pan Tealight i Mamka Wiedźma od Obrazów…

„Wiecie…

… właściwie wszystko i wszyscy są kiedyś tam dziećmi. W mniejszym, lub stopniu większym. Jeśli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, to chyba w jej przypadku jest trochę inaczej, ale… ona jest mało chlubnym i mało raczej zbadanym wyjątkiem. Problem taki, że złapać ją, w celu przeprowadzenia różnorakich eksperytmentów, to nie udałoby się nawet najbardziej latawicznym alienom. Takim wiecie z talerzem, szarym takim z tymi wielkimi oczami i łapkami trzypalcymi o dziwnie wydłużonych paliczkach… bleeeee… Patrzą się tak na człowieka i patrzą i patrzą, a ten ich talerz wiruje i wiruje i wiruje, i już sam sobie wtykasz te ichnie rajcowne probóweczki, te strzykaweczki, igiełki i inne tam. Sam sobie aplikujesz to, co ci podają. Ot widzicie, hipnoza i inne tam…

No z nią by to nie przeszło. Jakoś tak nie pała nadzieją, wiarą i miłością w kierunku służb wszelakich badawczych, a i naukowych też nie! Może to i zwyczajny lęk przed białym fartuchem, a może przed tasakiem w ręku rzeźnika, no kto tam wie… bynajmniej zaciągnięcie ją gdziekolwiek w kierunku szpitalno-przychodniowym, raczej nie przejdzie. Nawet Pan Tealight, mimo iż pobieranie próbek ograniczył do minimum i tylko nocą, jednak jakoś boi się i do czynów owych nie przyznaje. Ale wciąż jednak o niej pisze. Choć nie zawsze ma materialne dowody na poparcie swych tez…

Bynajmniej dzieci…

Czas, kiedy człowiek, ssak, ptak, potwór i mebelek, są oseskami, wiąże się z kimś, kto winien im matkować, a obrazy… cóż, też bywają dziećmi i wymagają całodobowej mamki niańki. W tym wypadku sklonowanej w wieloasób, dziwnoformowalnej, ale i zaskakująco zmiennej i bardziej pluszatej, Mamki Wiedźmy od Obrazów. Kobieciny i gluzdowatego potworka w jednym. Pieska i kotka zmutowanego w jedno, za pomocą cukrowej waty i lizaków z rysunkiem kwiatka, w sosie z gumy Donald z posypką z czekoladowych mysich bobków, tych od Piernikowego Króla… i tam jeszcze pojedynczych skarpetek i rękawiczek wzywających pomocy, wstążeczek i puchatych gumeczek, co się zsunęły z nazbyt miękkich, króciutkich dziecięcych włosków… babeczek, muffinek, sernika z lukrem, różowych czekoladek z truskawką w środku i słodziutkich, pięknych misiowych placuszków, wielkich balonów w kształtach fallicznych… Scypek z bazarku, czy raczej kościelnego odpustu, a może i tych diabołków, którym czerwony jęzorek wyłaził, gdy się im na główkę nacisnęło, no i tych pierścionków ze szklanym oczkiem… udających najdroższe klejnoty, wystarczających wyobraźni…

Siedzi taka Mamka Wiedźma od Obrazów, w tej swojej milusiej postaci, bezpieczna taka i miękka, siedzi przy tych wielkich, już co się wielkimi narodziły i tych maleńkich, co nigdy nie urosną, przy tych z ramami i tych bez ram. Tym pierwszym gładzi owe kąty, a tym innym, mówi, że kiedy dorosną też będą miały ramki. A nawet jak nie dorosną, to może będą miały, a może nie, bo bez ramek też można patrzeć na świat, też można byż oknami do inności… Wpatruje się w ich linie papilarne farby i opowiada o świecie, w którym wszyscy patrzą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2757

Z cyklu przeczytane: „Martwa natura z krukami” – … boska. Niesamowita, inteligentna i nieprzewidywalna. Chociaż z drugiej strony, potem, gdy już skończysz i zamkniesz pytasz się sam siebie – jak mogłem tego nie zauważyć?

Są zwłoki, jest i klątwa, no i GMO. Świat małomiasteczkowej Ameryki kukurydzianej. Pełnej indyków, dziwnie pokręconej, indywidualnej, a jednak… wspólnej. Jak odnajdzie się w niej Pendergast? Czy nastolatka z fiolerowymi włosami mu pomoże?

Jak zwykle inteligencja agenta miesza się z codziennością ciekawego świata. Innego, a jednak przecież tak bardzo samego wszędzie. Ale przede wszystkim może was zaskoczyć specyfika zderzenia małego miasteczka i GMO. U nich czegoś codziennego, w Europie wciąż nowości.

Wymyślne morderstwa, fascynujące osobowości, cała masa specyficznych zachowań, na któe wpłynęły nie tylko mocne więzy społeczne, ale przede wszystkim wszystko to, co wydarzyło się kiedyś… Powieść przez to wciąga, niczym lekka fantastyka, bo przecież takie małe miasteczko, to całkiem wymyślna, inna kompozycja. Może i ludzie podobni, ale o wiele bardziej dziwni, intrygujący, a nawet szokujący. Jak każda z książek duetu, wciąga i nie pozwala się oderwać. Naprawdę warto, tym bardziej, że i kompozycja i tłumaczenie, po prostu umilają całą przygodę.

IMG_4931

Pamiętacie jak to było, gdy ktoś pytał się was kim będziecie, gdy dorśniecie? No więc, ja chcę być Angeliną Jolie! Problem w tym, że nie idzie mi dorastanie, ale to nic. W końcu zawsze jest czas na bycie Angeliną, co nie?

Ciekawe kim chciała być Wyspa, gdy była jeszcze malutka. I czy była w ogóle kiedykolwiek malutka. Raczej była kawałkiem skalistości wspólnej, która się potem rozpękła, więc mówić chyba można o wielobliźniętach syjamskich!!! Może i była ową cząstką, ktora tylko obserwowała, wciąż niezdecydowana kim chce być, albo i co robić ze swoim życie? Może i inne cząstki świata się z niej śmiały, może i innym imponowała owym szukaniem siebie… a może po prostu pewnego dnia wszystko było dla niej jasne i zwyczajnie… odpękła się. I otoczyła morzem i postanowiła zwyczajnie olać to wszystko, być sobą, nikomu nie imponować i zachować własną, naturalną dzikość. I kiedyś mieć bizony. A co… W końcu Wyspa też ma marzenia. Może i o kimś, kto ją w końcu tak mocno pokocha, że nie będzie jak Wiater wciąż odlatywał, albo jak fale, ino głaskała, czasem nadgryzał, ale nic pośrednio. Ciekawe… czy gdyby kiedyś inna wyspa się w niej zakochała, no i zdecydowała na zamieszkanie obok, to czy z tego byłyby małe wysepki? Wysepczątka? Wyspunie? A może wyspusie?

Bo Wyspy nie można traktować tylko i wyłącznie jak kamieni, plaży i drzew. Domków, rzeczek i wszelako innych cieków. Chociaż cieki ma piękne. Albo te plaże. Kto to widział, żeby mieć je takie różniste. Kamieniste mniej lub bardziej, albo piaszczyste, od róożowawych, które zdają się być jeszcze niedopracowane, do tych atłasowych. Miękkich, cudownych, słodkich dziwnie… albo te węglowe. A tak, takie też przecież mamy. Jakby serio ktoś poszalał z wyobraźnią, więc jak tutaj myśleć o niej jak tylko i wyłącznie geograficznym aspekcie Ziemi?

IMG_4905

Wyspa, to coś więcej… może i stan umysłu, może i coś w DNA, co po prostu przywołuje nas, dziwnych ludzików lekko oszołomionych codziennością narzuconą, do innego miejsca.
Do domu.

Aczkolwiek serio, czy bażanty muszą się tak drzeć bladym świtem? No ja rozumiem, że złote piórka do czegoś zobowiązują, ale żeby tak drzeć mordy? No dobra, dzioby drzeć? I to oczywista ino faceci! Bo wiecie, baby to mają swoje do roboty, a oni wiadomo, puszą się i rzucają na co niższe gałązki drzew, jakby chciały się pochwalić nowym upierzeniem. A może nowym wybzykaniem? Kto je tam wie… wrzeszczą, skrzeczą, kraczą i tak dalej. Ogólnie mówiąc w ptasiej części Wyspy panuje już niezłe poruszenie. Jakby ptaszencje wiedziały coś, o czym my nie wiemy. Może coś wygadały im wybudzające się krokusy, a może już powoli przekwitające przebiśniegi? Kto to wie. Z ptakami, to nigdy nie wiadomo do końca…

Ostatnio kocham zmrok na Wyspie. Dzień jest już wzlędnie zauważalny, ale nie przytłaczający, więc zmrok zdaje się otulać. Ma owe matczyne uczucia aż namiętnie zintensyfikowane i czepliwie. Nie można nie myśleć o kocu, wtuleniu sie w owe miękkości, zaśnięciu… zamarzeniu. Wyłączeniu otoczenia, chociaż nie, w przypadku Wyspy, to raczej wkroczeniu w jej matczyny aspekt. Ten wybaczający wszystko i zawsze miejący w torebce chusteczki cukierki. Taki kocyk bezpieczeństwa. Coś, co pojawiało się, gdy nad ciemnym wciąż rankiem wysadzano mnie na dworcu. Z tłocznego, ciepłego pociągu pachnącego jajkiem na twardo i herbatą z termosu, wyrzucano w czekające ramiona Babci. I w ten szal, czy raczej chustę dziubaną przez jej dłonie. Czy to szydełkiem, czy innym ustrojstwem. Wielką, która z czasem malała… Taki ostatnio jest zmrok na Wyspie. Nostalgiczny. Bo mimo wszystko wiosny wciąż nie ma, a ów czas oczekiwania, chociaż może i wypełnia moje sny gałązkami wiśni czy czereśni… to jednak wciąż nie jest wiosną ni zimą. A ja serio wolę twarde granice!!! Na dodatek słonko szaleje ostatnio wyłącznie do południa, więc serio intrygująco jest…

IMG_3739 (4)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.