Pan Tealight i Wiedźma z Wyspy…

„Wiedzieli, że to kiedyś nadejdzie.

No przecież te kilka lat nie mogło trwać wiecznie. No po prostu, zwyczajnie, nagabywana przez Chowańca i pewne wkurzająco-jątrzące braki w utensyliach, na łonie swej krainy… no musiała w końcu wyjechać. Na chwilę, na moment tylko, azaliż mgienie oka… ale wyjechać!!! W świat. Może i świat mniejszy, może tak naprawdę niezbyt odległy, ale na pewno… niebędący Wyspą!!!

Wiedźma Wrona Pożarta… po raz pierwszy od swoich ponownych narodzin tutaj, musiała na chwilę wyjechać i nie chciała wziąć wszystkich ze sobą. Dlatego po względnych przygotowaniach, czyli: ciasto, herbata i coś mocniejszego… wszyscy niebędący nią, zebrali się w Białym Domsotwie, by zwyczajnie ustalić to, w jaki sposób wyjadą wszyscy. Znaczy na tę chwilę. Ot i zwierzęta i ludzie i ci pomiędzy nimi, wiedźmy i niecne czarownice, księżniczki, królewny i zwykłe niewolniczki. Ci będący bardziej domami, niż chodzicielami i ci całkiem latający. Całkiem owi niedopasowani i ci, wciąż lubiący podyndać jako elementy ozdobne wszechświata.

Znaczy wszyscy…

W końcu wiadomo było, że bez nich sobie Wiedźma Wrona na pewno w szerokim świecie nie poradzi. A jakby nawet sobie poradziła i się by jej spodobało, to… mogłaby nie wrócić, a do tego nie można dopuścić!!! Dlatego musieli coś ustalić. Ugadać się. Na pewno też spakować i dyskretnie, choć wiedzieli, że to raczej niemożliwe, udać się za nią. Ale najpierw trzeba było, ot na wszelki wypadek, stworzyć dyskretną pomoc na czarną godzinę. No wiecie, coś takiego, że jakby jednak ją zgubili, jakby się im gdzieś zawieruszyła, no niska w końcu jest, jakby znikła… to coby ten, co ją znajdzie, wiedział, gdzie ją odesłać. Dlatego po kilku godzinach jedzenia i picia i gadania, w Dziwnych Komnatach Nietypowości rozbrzmiały stuki maszyn do pisania… i maszyn do szycia. Podobno pojawił się też Bezkresny Tatuażysta, ale Pan Tealight stwierdził, po dłuższym namyśle i zerkaniu na co roślejszych pensjonariuszy, że nie ma takiego złego, który by Wiedźmę Ptaszydło utrzymał podczas… Ale może tak obroża z wizytówką? Albo coś w rodzaju smyczy, tudzież lejców, albo chociaż opisać każdy element jej garderoby? Albo wiecie, zwyczajnie wszczepić jej chipa?

Wiedźma Wrona Pożarta dokładnie wiedziała, że coś się działo w Białym Domostwie. W końcu nawet tutaj, domy nie podskakują aż ponad krzaczki i dziwacznie nie zakasują sobie piwnic, gdy tylko podchodziła. A przynajmniej nie aż tak wysoko. Ale w końcu i ona miała swoje problemy, więc zwyczajnie… odpuściła. Wiecie, czasem lepiej odpuścić i nie dociekać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2652

Z cyklu przeczytane: „Dziennik. Rywalki” – … nie rozumiem. Nie pojmuję magii „Zniszcz ten dziennik”. Po prostu nie. Za moich czasów były i dzienniki i pamiętniki. Pamiętam, że te drugie dawało się nawet nauczycielom. Ech! To były takie zabawne czasy, pamiętacie: Na ostatniej stronie wpisał się mąż żonie, żeby żona pamiętała, że dobrego męża miała. Ha ha ha… A dziennik, wiadomo, ukryty pomiędzy poduszkami, same sekrety. Tylko moje…

To, co mam w rękach, to jakieś połączenie. I tego i tamtego. Trochę wyznań, trochę zadań, trochę zabawy, a wszystko oczywiście na różowo, z kokardkami, babeczkami i tiarami. Może i cały wystrój raczej nie jest zbyt wymyślny i aż prosi się o fajne dialogi, cytaty, czy w ogóle więcej seriowej treści, ale… dzięki temu możecie zrobić z tym dziennikiem co chcecie. Zdecydować, czy będzie to bardziej pamiętnik, czy dziennik. Może będziecie się wymieniać z innymi przyjaciółkami zakochanymi w serii Kiery Cass, a może powierzycie mu najgłębsze swoje sekrety? A może po prostu… będziecie się nim bawić. Zrobicie z niego coś całkiem nowego…

Raczej dla młodszych czytelniczek.

IMG_5566

Gdy otwieram oczy, widzę niebo.

Znaczy no wiecie, jeżeli akurat śpię twarzą w poduszce, to widzę plamy i lekko oślinioną powierzchnię. Jeśli łeb mam na lewym uchu ułożony, to poza damaem kolczykowym widzę książki i miśki… ale leżąc, budząc się na prawym boku, widzę niebo. Niebieskie albo szarawe. Z chmurkami, albo wprost przeciwnie, cudownie czyste, niewyobrażalnie błękitne. Garantowe i pochmurne, wietrne, targające obłoczkami, albo znowu tak jasne, jakby… nie istniało. Słoneczne, albo nie. Chociaż, gdy słoneczne, to sorry, nie widzę nieba ino mrużę oczy i uciekam. Tak walą promyczki. A latem to uciekam, bo parzy i nadtapia mnie!!! Ale wciąż… to niebo mnie fascynuje. Widzicie, człowiek mieszkał i tutaj i tam, jako dziecko miał dostęp do dziczy, wąwozów, wądołów, góreczek i pagórków, rzeczek i innych tam trzęsawisk, a potem nagle znalazł się w mieści. I nie było źle, bo przecież kiedyś te miasta były inne. Mniejsze dziwnie. A potem znowu dostał dzicz, potem mniejszą dzicz, aż w końcu znowu wylądował w mieście. Wielkim i ogromnym, wysokim, gdzie nieba nie było. A odgłosy poranka wiązały się ze wzmożonym ruchem na drodze. Gdzie drzewa pozbawione liście pokazywały jak to jest, gdy nikt nie zjada spalin, a wszystko inne było murami. Wtedy po raz pierwszy chyba dotarło do mnie jak bardzo ważne są te drzewa. Niby zawsze człek je kochał, zimowe gałązki robiły herbatę, a te wczesnowiosenne radośnie nadganiały czas w kubeczkach z wodą… ale jednak tam nagle uzmysłowiłam sobie, że brak drzew oznacza śmierć. Brutalną śmierć, w którą nikt nie wierzy… bo przecież wiecie, to CYWILIZACJA, czyż nie?

Na Wyspie dawno temu – znaczy jak dla archeologa to wiecie, ot chwilka, był ktoś kto pokochał i niebo i drzewa i dzicz. I dzięki niemu mamy lasy. Może i młode, ale jakie prężne, cudowne i różnorodne. Czadowe patchworki. Drzewka bez krzewinek, bez pięter, bez owej naturalności. Ale i takie zbyt ciasne, które wciąż nie wiedzą, co tutaj robią, do czego się pną jednak pamiętają…

Do nieba.

IMG_2529 (2)

A nocą…

No właśnie. Kiedy ostatnio widzieliście gwiazdy? Wiecie, teleskop mi się marzy i tarasik. I jakiś fotelik tam i patrzenie. Z kocem zarzuconym na ramiona, z kocem skulonym wokół stóp. Patrzenie w górę. Nowe możliwości dla zdjęć…

Ostatnio, gdy się kładę, w tej całkowitej, kompletnej ciemności i ciszy – ot jeśli Turyścizny nie ma, to mamy ciszę – głębokiej, grząskiej ciszy, ciszy dziwnie szklistej też, by uzmysłowić nam jej różnorodność… gwiazdy widzę. Planety, Księżyc dziwnie wścibski, wielki, mniejszy, mniej lub bardziej obgryziony. Jasny i ciemniejszy, dziwnie poszarzały, albo wprost przeciwnie, niczym cytryn żółciutki. Wiecie, jajeczko takie… albo rosa żywiczna, albo… wiecie, no siuśki!!! Oj wiem, kiepskie skojarzenie, ale… kiedy wy spoglądaliście ostatnio na księżycowe oblicze częściej, niż raz od wielkiego dzwonu i to bardziej Zygmunta, niż tego, który komuś bije…

Kiedy?

Widzicie, nie ma to jak dzicz. Tak naprawdę, zagubiony między drzewami człowiek w mej skromnej osobie, nagle sobie uświadamia, że boi się tylko i wyłącznie żywych ludzi. Z duchami sobie radzi, ze zwięrzętami też, choć może i podskakuje wysoko, jak zaszeleszczą w krzakach, może i świergot w końcu doprowadza go do pasji śpiewania, ale jednak… tylko żywi ludzie. Może więc nie boimy się niczego poza… sobą w innej postaci? Sobą z innym zestawem cech wszelakich? Sobą?

Na Wyspie nadszedł czas oczekiwania.

Tu i tam powyłaziły żółte kuleczki z ziemi, otowe stać się słoneczkami gdziekolwiek. Najwcześniejsze z wiosennych roślinek. Obok nich przebiśniegi, wiadomo, dźwięczą jak szalone. Zielonkawe w ich środeczkach szlaczki zdają się zaprzeczać wszelakim nowoczesnym modom. Przypominają, o nieśmiertelnej i zawsze modnej, ponadczasowej i zachwycającej, klasyce!!! Zielonkawe początki czosnku niedźwiedziego nasycają powietrze swoim, ekhm, aromatem… a wszelako inne dzieła odrodzenia, wcale nie zalewają robaka, ino też pulsują życie. A wiatr…

Wiatr wszystkim nam śpiewa.

IMG_2036

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.