Pan Tealight i Pan Dunder-Świśnie…

– Dunderland Świśniewski?
– Tak.
– Złodziej, podrywacz i zboczeniec?

W odpowiedzi ino lekki uśmiech i zmrużenie podniesionych brew. Jego dziwnie szczupłe, miękkie i białe dłonie, niczym owe dziewice nietknięte w klasztorach pozamykane, obracają między palcami naszyjnik z bursztynowych paciorków. Wąskie, różowe paznokcie zdają się perłowo migać…

– W jakiej sprawie?

Powinien był odpowiedzieć Ojeblikowi, odpowiedzieć od razu, w końcu wiedział czego chce i z czym przybył do Białego Domostwa – zwykle nie wychodził ot tak tylko i wyłącznie dla siebie samego, ale jakoś się widać mu nie złożyło. Mała, ucięta wciąż główka tylko zobaczyła książkę nazbyt pośpiesznie zbliżającą się do jego wymuskanej głowy, do owych loczków srebrzysto-złotawych, do tych misternych kręciołek… i było po wszystkim. I wszystkiemu było…

Mała, ucięta główka, jako przedstawiciel owej mniejszości, którą już sporadycznie ino cokolwiek dziwiło, sturlała się ze stołka, klapnęła lekko wilgotnymi po porannym prysznicu włosami o suchą, drewnianą podłogę i zadarła nos na Pana Tealighta pełnego winy i niezłomnego braku żalu.

= Ale książką tak? Rozumiem, że ona, ale ty?

Niewybrzmiało jeszcze oskrażenie w dość donośnym dziś głosie główki, gdy drzwi wejściowe ponownie się otworzyły i w pomieszczeniu obecnie biurowym, które serio od dość niedawana takim miało być, gdzie Ojeblik miała urzędować i lekuchno ucierać nosa tym, którzy przybywali tylko i wyłącznie dla szpanu, oraz odbierać pocztę, która często zawierała smakołyki… pojawiła się wyżej wspomniana. Wiedźma Wrona Pożarta Przez KsiążkiPtaszydło.

– Nadal nie wybaczył mu tej choinki?

Jak zwykle wystarczyła jej chwila, żeby nie tylko wyąchać co się wydarzyło, co się dzieje i co nastąpi, oraz dosrać sprawcy. Pan Tealight spłonął rumieńcem, który dziwnie zafioletowił mu jego skąpą szarość i wycofał się do kuch. Tam za Zasłonką postanowił odpowiedzialnie i adekwatnie do sytuacji postukać patelniami.

– To jak go cucimy?

Ojeblik wyszeptała lekko obschniętymi z wrażenia ustami, z nadzieją, która zdawała się tworzyć właśnie dookoła niej nowe ekosystemy i płodzić nadzwyczaj włochatych wymyślnie obcych, o trzech nogach. Tą samą, co niegdyś przypomniała jej o dziwnym wielkim wazonie, prawie pitosie, do którego od dłuższego czasu wrzucała dziwne obierki, skuwki, zasuwki i resztki… i w którym aromatycznie coś od Sylwestra bulgotało deklamując lekko zwichrowane poezje…

– Skutecznie!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7798

Z cyklu przeczytane: „Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni” – … i się nie udało. No nie udało się kurcze zachować pewnego ekhm stonowania. Albo i może przyzwoitości. No wiem, pewno się rzucam, bo w końcu to moja prywatna, pod względem ważności, Królowa, ale… cała książka, która w rzeczywistości jest bardziej biografią, niż tylko opisem tajemniczego zniknięcia, aż jątrzy od dziwnej zawiści i nadmiernego oceniania Christie!!!

Może i się czepiam, ale w końcu chodzi o jedną z największych taejmnic Królowej Zbrodni!!! O sekret pieruński, baśń i ułudę…

Autor w owej nietypowej biografii prowadzi nas dziarsko poprzez dziecięcość szczęścliwą Agathy, potem kolejne jej pragnienia i pierwsze małżeństwo. Uznając zniknięcie pisarki za przełomowy moment, poświęca mu więcej czasu ale… niewiele z tego wynika. Tak, jak najbardziej intrygujące są owe hipotezy, dzieciństwo rozebrane na kawałki, by je poprzeć, garść zdjęć… ale to, co otrzymujemy to bezbrzeżny smutek. Smutek, którego oczywiście nie tłumi kolejne małżeństwo. Z tej książki wyziera na nas kobieta oskarżona. Oskarżona o złe lokowanie uczuć, o kiepską, pełną wyobraźni osobowość… marzenia, na które zdaniem autora nie powinna była sobie pozwolić…

Smutna i dobijająca pozycja, ale… skąd możemy wiedzieć ile z tego tak naprawdę jest do końca prawdą? Nie możemy. Przeczytać warto, szczególne dla tych perełeczek, jakimi jest bibliografia wszczepiona w kolejne wydarzenia. Owe wątki i elementy fabuły, które nagle dla nas, czytelników, stają się jakże bardziej zajmujące… przeczytać dla niej samej, która zawsze do końca, marzyła.

Przeczytać, by lepiej zrozumieć jej, jakże dla wielu trywialne, kryminały.

IMG_5478

Wieje…

Łapię się na tym, że kurna się powtarzam. Ale jak się tutaj nie powtarzać, jeżeli znowu wieje. Dawno już tak nie było, żeby wiało wciąż i wciąż i wciąż! Na dodatek dziwnie zmienna natura każdego z wiaterów, sprawia że wszyscy są wielopolarni! Nie dwu biegunowi, czy nawet trzy, wielo!!! Wiecie, no żadnych misiów, za ciepło, ino ta dziwna nastrojów zmienność nas opada.

Najpierw radosność szalona się przydarza, szał ciał i śmiechów, potem ryczenie, łez niekrokodylich strumienie, strach i dziwne emocje, do których nikt się przyznać nie chce… A wszystko przez wiatr. Jakby te masy powietra, owa ciepłotliwość dziwnie niepasująca do zimy, ta dziwna pokłonność i drzew i krzewów, dachów i ludzi, zdaje się nas jakoś nie tyle upokarzać, co zmuszać do pokłonu. Jakby nagle wszystkich nas chciano przymusowo zmusić do modłów. Na kolana czopki i zdrowaśki trzaskać. Każdemu nie po próżnicy różaniec damy, czyli ten tam krzyżyk na łańcuszku z koralikami jak to jeden z glinairzy w telewizorni wspominał… Modlić się!!! Tylko do kogo i czego nie mówią. Wierzą nam, czy jdnak nie ma to dla nich żadnego znaczenia, bo i tak przechwycą wszelakie modły i bitności czołem i wpasują w swoje definicje. Nie ma znaczenia kim jesteś, dla nich jesteś tym, kim oni chcą byś był…

A wolność mamy podobno?

Nie no… czy ja mam coś przeciwko modlitwie i Wyspy boskości wychwalaniu? Nie. Nigdy i w ogóle, ale jednak wciąż chcę być tylko sobą. Chudszą, ale sobą wciąż, więc wkurza mnie, gdy mówią, iż jestem czymś czym nie jestem… Z drugiej strony co mnie to obchodzi co mówią i wieją? Do roboty…

A ty wiaterze se wiej w swych zmiennościach. Ale nawet jeżeli mnei powalisz, gdy latać będę z praniem w tę i wewtę i nazad, to i tak kurna nie pokocham twoich bogów. Za nic! Nawet za talię osy i szczuplutkie łydki i pupcię niczym orzeszek! Kurcze… z drugiej strony? Nie!!! Do cholery nie!!!

IMG_6229

W dziwacznie pokręconym, szaleńczy, może i pozbawiony podstawowych kroków, a może tylko ja nie potrafię ich dojrzeć… taniec się dachówki udały. Znaczy nie żeby je zwiało, nadal są tutaj, może i się nadal trzymają, a może powinnam znowu wyjść i sprawdzić… powiedzmy, że mam nadzieję, ale jednak tańczą. Niektóre to kurcze nawet stepują chyba? A może to zumba w drewniakach? Nie wiem, ale wiecie ta cała mania fitnessu się przenosi też na mniej ożywionych. Bo żeby nie było, jeżeli Chatka Wiedźmy żywa, to przecież i dachówki dychają!!! Bo wiecie u nas to przewidują, że w następnych latach wszystkie żeńskie osobniki staną się muskularnymi fitneskami, więc może i dachówki postanowiły zadbać o tę no… dachówkodycję?

Dania przewiduje, że już niedługo wszyscy będą jeździli niesmrodzącymi samochodami u nas, będziemu muskularni i piękni, no i oczywiście będziemy wszyscy bez wyjątku mieszkać w Kopenhadze. Tak jakoś im wyszło… Nie podzielam owej wizji, ale co tam, nadal oddycham. Może wiatr im wywieje te pomysły z głowy? Na razie serio staje się bardziej niż faktyczną możliwość… odsprzedania Bornholmu. No jak kronprins może się bachać na moście, jak jest zakaz, to i takie cuda są możliwe…

Z drugiej strony jaki to fascynujący kraj, gdzie złym jest wychodzenie przed szereg? Gdzie wszyscy winni być równi, a jednak… nikt nie uznaje komunizmu za fajną sprawę? Ech!!! Za dużo myślenia, wszystko przez ten wiatr i księciunia na moście. Gwoli ścisłości, to kurcze ciekawe czy rzeczywiście zagrożenie było takie, że most trzeba było zamknąć, czy jednak zamknęli, by on mógł przejechać sobie? Ale… zamykają, gdy wieje przecież, więc… głupota czy hardodziobowanie? Kto tam wie…

Równość… taka tam mglista wizja czegoś, czego nie ma. Jedno jest dobre, to, że Wyspa i tak ma gdzieś to wszystko, swoje maceczki wyciąga, końcówki wszelakie, owe łapki, rączki, nóżki i inne wypustki… wietrzy się i myje, masuje tym, czym w nią rzucą i oczywiście milusio postękuje. Dobrze jej widać… a jak jej dobrze, to i nam. Bo przecież świat winno się zmieniać od samego siebie, od otoczenia, a nie zaczynać od Afryki!!! Miło tak popatrzeć na te wszelakie liście zeszłoroczne, które w przyśpieszonym tempie przemieniają się w cudowną, dziarską i żywotność robiącą, glebowatość. Świat jest tak fascynująco samowystarczalny, jeśli tylko zaduwane człowieczeństwo w tym mu nie przeszkadza. Owo człowieczeństwo co to uznało, że wszystko wie, wszystko umie i na wszystkim się zna… więc zwyczajnie psuje!!!

IMG_6227

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.