Pan Tealight i Padajpadajpadaj Papapapataju…

„Kocham zimno.

Wkrada się we mnie i wymazuje całą niepewność. Włazi w buciorach, nie bacząc na nic i na nikogo. Po prostu. Jakbym do niego należała, jakbym kurcze do niego należała… ale nie robi ze mnie niewolnicy. Nie gwałci zmysłów, nie taranuje granic. Sama je chyba otwieram? Po co? Bo wszystko się zmienia. Wszystko… Nagle owo wszystko jest jawne i wiadome. Mróz w swej mocy i krasie, włazi do środka mnie samej, całej i wielkiej dziwnie nagle, utytej i opuchniętej, kiełbasi się zręcznie najpierw w płuckach, dokładnie wszystko czyszcząc, robiąc miejsce na nowe, by potem jakoś przesiąknąć się dalej. W trzewia wszelakie. W niezimno moje własne. Spragnione, utęsknione, zamroczone nadzieją. Bo wiem przecież, że w środku, tam gdzie srony, kartki, słowa i zdania są tropiki. Niegdyś, gdy rozpłątali mi brzuch czułam je i widziałam jak się unosi, roznosi, jakimi mackami jest we mnie wbite…

Kocham uczucie to zimno-parzące, cały proces kocham.

Owo nim namakanie i sztywnienie też! To wdzieranie i wkradanie się, to wtłaczanie i rozczepywanie moich osobowości. Jakby brał każdą cząstkę mnie, rozumiał jej odstępczość od gniazda i… wiedział jak ją wyobracać. Jak sprawić, żeby po oczyszczeniu znowu pasowała jak idealny puzel.

No i płatki kocham.

Bo zimnienie się nie może istnieć bez Padajpadajpadaj Papapapataju Bóstwa Jedynego. Choć rozproszonego!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3448 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kult” – … niemożliwe. A może jednak tak naprawdę tylko niezauważalne. Dziwnie wybaczalne, bo przecież wszystko obecnie to wolność wyznania i tolerancja? Tak naprawdę wielu się wybacza to, co całkiem ohydne, obrzydliwe i wzbudzające łańcuch cierpień?

Tym razem Pendergast i D’Agosta mają wyjaśnić krwawą, koszmarną zbrodnię. Zbrodnię, która doprowadza ich do Ville. Dziwnego, dzikiego miejsca na Manhattanie. Samowolki budowlanej, od wieków nie poddawanego prawnym sankcjom miejsca kultu, o którym nikt niczego nie wie. Kultu, który spływa krwią i… możliwe iż wykorzystuje zombie? Ekhm, no sami pomyślcie. Zmarli wstają w grobów, a potem mordują innych, którzy też powstają i takie tam perpetum mobile się napędza.

Problem w tym, iż pierwsza a ofiar, sławny dziennikarz, prawdopodobnie wpadł na jakiś trop, który odbić się może na jego – wciąż żyjącej – małżonce. Ale czy zombie są możliwe? Cóż, Pendergast jak zwykle niczego nie wyklucza!!!

Przerażająca i wciągająca opowieść, przez którą do końca nie wiemy, czy swobody religijne to dobra rzecz? A może jednak zwierzę to tylko ziwerzę? Kto jest wart więcej, człowiek czy kot? A może tak naprawdę jest w tym coś więcej?

Powieść nie tylko wciąga i mami, zapewnia rozrywkę i wnosi wiele do ogólnego pojęcia magii, ale i zadaje pytania, na które sami musimy sobie odpowiedzieć. Czy naprawdę to ludzie są szczytem łańcucha pokarmowego? A jeśli tak, to czy mają prawo sprowadzać cierpienie na maluczkich? Bo chociaż autorzy rzucają nam w twarz obrazy podrzynanych kardziołek maleńkich źrebaczków i owieczek… to jednak, do końca wciąż nie jesteśmy pewni czy człowiek nie staje się elementem zapominanym?

IMG_5474

Śnieg, śnieg, śnieg…

Oj pewno, że znowu większość olała zmianę opon na zimowe i kuleją. Biedne autka wspinają się na wzgórki i wzgórzyska ruchem lekko wężowym. Ruch ogólnie mówiąc, raczej w wersji ślimaka na prochach, niż zwyczajowego tutaj przekraczania nakazanej prędkości. Ale ludność tubylcza oraz ci wszelako mniej znajomi co to się zjechali na święta i poświętności, chcą do lasu. Do dziczy chcą. W zabytki mniejsze lub większe. By pieski wyprowadzić, a i swoje cielesności na spacery wynieść. No i są biegający. Tych to kurna nic nie spowalnia. Ja rozumiem uzależnienie, ale ludzie przerażacie mnie!!! Ha ha ha… no dobra nie przerażacie, bo sama zamoczyłam się po kolana, zchetałam jak nie wiem co i dobrze mi z tym.

Ludziska uśmiechnięte, szczerzą się do śniegu jak do sera myszowce.  Możnaby pomyśleć, że nigdy nie widzieli tego stanu wodnego. Jakoś tak lżej jest i lepiej. Każdy przechodząc pozdrawia, a niektórzy już wpadają w szokujące: Dobrego Nowego Roku. Ech!!! No utopia, gdyby tak popatrzeć z daleka. Nie wchodzić w umysły i żołądki, nie zagłębiać się w kolejne złe wieści. Wiecie, że podobno nawet myślą o sprzedaniu mojej Wyspy. Żesz kurna, że też człek taki biedny… w cholere z tym!!! Kupiłabym sobie piękną Onę i dosadziła drzewek i zaczęła batożyć za durne pomysły i marnotrastwa oraz śmiecienie. I dowiesiłambym lampek co świąteczności i jeszcze bardziej otwarła muzea, coby miejscowi się mieli gdzie wystawiać i trochę mocniej zbanowałabym to wszelakie Mejdinczajna. Bo na cholere nam te śmieci? U nas są ludzie, co cuda potrafią robić, reszty nam nie trzeba. Tej takiej, co jest wszędzie ta sama, a ino napisiki jej zmieniają…

I wiecie co jeszcze, no to jedzonko co się u nas robi to najpierw dawałabym nam, a nie tym w Stolycy! I już. Przecież to nawet nie byłaby utopia. Ot życie by mogło być wciąż z Turyścizną, wciąż z przyrodą i fokami na kresach Wyspy, tymi, co to serio robią popłocha w rybołóstwie. Nadal byłyby sezony i wszelakie szaleństwa możliwe. Nadal pogaństwo, ale i dziwne domowe kościelności. Nadal wolność, ale i więcej żuberów miast krowinek. A co…

Bo wiecie. Życie jest proste…

IMG_3568 (2)

Serio całkiem proste!!!

Najpierw wschodzi, potem kwitnie i owocuje, potem powoli barwi się cudownie i umiera, by znowu się odrodzić. I tak wkoleMaciejki!!! Nic więcej nie trzeba. Ino tego kogoś blisko, gołego najlepiej, aczkolwiek może nie na śniegu… ja tam rozumiem morsy ludzkie, ale jeżeli o mnie chodzi, to kostki mi strzelą z nadmiaru wilgotnych, mroźnych wrażeń. Chociaż jak sobie przypomnę moje gołe ostatnie tańce w snestormie… to było tak cudownie! Może jednak wprowadzić do seksualnościw własnej ten wymiar śnieżno-nacieralny? Może się skusić?

Ekhm…

No to śnieg mamy.

Nie wiem wiecie, czy wspominałam. No mogło mi umknąć w tym całym zamieszaniu, owej poświąteczności, co jej nie zauważyłam właściwie, no i w końcu gile człekowi dziś troszkę się w kriogenice pomięszały. Spacerował se człek po wzgórkach jeszcze ludziem nie otrzepanych i dolinkach całkiem wodnistych i liściami jesiennymi pod pierzynką chrupiących. Pięknie było. Te kryształki na gałązkach, te ludzie dziwnie rozmarzone. Owo znajome widziane inacze i nowe widziane po raz pierwszy… Te kolory, a w szczególności owe niebieskości…

Po raz kolejny dziś zauważyłam jak bardzo szalona i zakrzywiająca czas i przestrzeń Wyspa jest. Bo to jest tak. Jedzie się długo. I jedzie i jedzie i jedzie. Potem się z autka wychodzi i się robi krok lub dwa i się jest na jednym krańcu Wyspy, potem znowu robi się trzy kroki i znowu się jest w domu. No serio. Człowiek się mota. Łazi sobie spokojnie naturalność natury chłonąc, ową skomplikowaność rozumiejąc nagle, wdychając wszelaką leśność i lesistość, a potem… się nagle okazuje, że zaszedł w miejsce, co to myślał, że do niego to są jeszcze mile całe!!! No serio. Nie wie jeszcze jak to dokładnie działa, ale dziś to mną zwyczajnie łupnęło. Idę sobie i co i Lilleborg. Wracam, a tam już na ręki wyciągnięcie Golasek znajomy na postumencie. Widać bidulek serio śniegiem zaskoczony, bo nawet czapeczki nie ma na… główce. Trzęsie się i telepie, loczki na główce się mu nastroszyły. Asz szal bideuleńka, prawie już mu uwierzyłam, prawie już podeszłam, przytuliłam… nie, oj nie, nie skusisz mnie swym mikrym przyrodzeniem kiepski ty Adonisie!!! Dobrze wiem, że przy pierwszych ruchach by mi jezyk przywarł i jak tutaj ozorki robić w chrzanowym sosie… Kurde pamiętam ozorki z dzieciństwa, żesz jakie to było dobre. Obrzydliwe zarazem też, ale jakże cholernikowo przesmaczne. Cudne takie i chudziutkie. Jakby to jedzenie złotem jednak, zaraz miałam powiedzieć, że owo mówienie jednak złotem, bo organ mówiony smakowy taki…

Było o Golasie? Było. Widzicie… on kusiciel jest straszny. Niekoniecznie ino na dziewcie, serio. No i metalowy jest. Śniedziany lekko, ale nadal owa patyna spełnia warunki kuszące. Ech!!! Dziwna moja ta Wyspa?

Czy nie?

IMG_4787

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.