Pan Tealight i Zagon Zabobonów…

„Kwitł zimą.

Ot tak zwyczajnie. Przeciwko sprzecznościom i nadziejom na uśpienie, na przekór, ku pokorze, tudzież zwyczajnie chciał się wyróżniać, czy coś? Może i miał jakieś ukryte powody, może i coś go gnało, goniło, nie pozwalało na zmiany… Może i buntował się przeciw słońcu, wysokim temperaturom i takim tam zielonkawościom narzucanym, rozpłodowościom wymaganym… Może? Ale wiecie, nie ważne to takie, bo było w nim wszystko. Magiczne wszystko, niewyobrażalnie niemożliwe wszystko. I kolory i kształty, i nawet zbereźne owocki, chociaż te ugrzecznione, całkiem się na myśl nie nasuwające teraz, też podobno tam były, ale kurde kto by na nie uwagę zwracał? No nikt, co nie? Nikt kompletnie!!! Jakoś tak…

Grządki były proste. Lekko niepewnie trzymające się pochyłego pola, jakby w ugrzecznionej pozie witajacego się całą swą długością ku rzeczce, ale proste. Jakby wytyczone linijką pewną swej poslugi. Z drugiej strony miał drogę, a może tylko przedzielała ona pole na dwie części sobie nierówne? Może tak naprawdę była za ową mgłą jakaś dalsza część Zagonu? Nie wiem… za mgłę nie mógł przejść nikt, chociaż wielu twierdziło, iż czasem się podnosiła i coś stamtąd się wycuwało. Coś macało długą, brązowo-zielonkawą macką, by potem nagle zadrżeć i cofnąć się szybko. Jakby nic nie zaszło, jakby niczego nie było. Nic się nie stało.

Tu obok Białego Domostwa grządki pojawiały się już w listopadzie, kwitnąć zaczynały z końcem grudnia. Uwijały się na nich całe masy zabawnie odzianych myszek, które wydawały się być lekko większe niż te od Popiela. Ale najpierw rosły te grządki. Widzicie… po łączce było nic, potem wszystko nagle znikało, wszystko zielone, brązowawe, czerwonawe i kremowe… znikało by pokazać ziemię. Dziwnie miękką, lekko srebrzystą. To z niej wybijały się grządki, a pomiędzy nimi śliczne ścieżynki znaczone białymi kamyczkami. Sadzonki jednak nie wyskakiwały same, ale którejś nocy wszystko spowijała mgła… a potem były już tylko myszki w strojach małych, czystych nazbyt ogrodników, z czapeczkami na uszy naciągniętymi, fajkami w zębach, okularkami na rzemykach, cukierkami w szeleszczących torebeczkach. I czekanie. Nasionka, które mgła zwiastowała oczywiście wydawały na świat sadzoneczki, a te znowu rosły i kwitły i owocowały. A owoce, cóż… zabierały myszki jako wynagrodzenie z początkiem stycznia. Co z nich robiły… nie do końca wiadomo. Ale pozwalały Panu Tealightowi na dziwne spacery owymi ścieżynkami i zbieranie niektórych kwiatów, listków i płatków…

Suszył je wyłącznie w notatnikach, w których opisywał życie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… jakoś było to takie odpowiednie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0193

Z cyklu przeczytane: „Na wojnie nie ma niewinnych” – … anioły, diaboły i wiedźmy. Wilkołaki, wampiry i wszelakie bóstwa. No cokolwiek w mitach się pojawiło, objawiło, religiami się stało, tutaj jest. W owej heksalogii. Usz z tymi szóstkami to tyż jak z wiedźmami, no wiecie… Sześć i sześć i sześć, no i jest tam coś dla wiedźmy, co się da smacznei zjeść.

Nasza wiedźma, Dora Wilk, teraz ma na sumieniu wszystko i nic. Z jednej strony koniec, z drugiej początek. Bo widzicie, ten czas był dla niej czymś niesamowitym. Dowiedziała się o sobie cudów, wzbogaciła się i o stado i o dziwnych przyjaciół, niepozornie nieprzystających nieprzyjaciół i nieznajomych, ale i o synków o długich kłach. W końcu kocha i jest kochaną, ma rodzinę… może i dziwaczną, ale jednak akceptującą ją taką jaką jest. Ma pracę… ale…

Zawsze jest jakieś ALE, co nie? Tym razem Dora musi się rozdwoić. Nie tylko zrobić wszystko by odnaleźć wilka, partnera jej wilczycy, strasznie wkurzajacego gościa, ale i uzdrowić swoją duszę. Podjąć decyzję, która może wszystko to, co ma, co kocha, zniszczyć na zawsze!!!

Powieść nie wciąga jak poprzednie.

Nie ma w niej nazbyt wiele aniołów ni diabłów, ot same wilki. A jak psowate, to wiadomo… będzie włochato. Będzie też męsko! Groźnie. Ale i bardziej opisowo. Tym razem autorka rezygnuje bardziej z dialogów i wszelakiej akcji, na rzecz opisów i CSI. Rozumiem wiedzę, chylę czoło przed drobiazgowością i zaskakującym pedantyzmem widocznym w pisaniu, ale… to zdaje się odbierać fantazję. A bez fantazji w fantastyce biednie. Bez niedopowiedzeń jakoś tak smutno. Może dlatego, przez ów perfekcjonizm w tworzeniu całej serii, ten ostatni tom jest najsłabszy? Gdyby nie szeptunka, gdyby nie owe misterne babskie postacie… byłaby kicha! Gdyby nie owa zadziorność wilków, chyba bym nie dobrnęła do końca…

Końca? No właśnie? Czy to jest koniec? Bo nie wygląda!!!

IMG_5475 (3)

Hmmm… dziwna rzecz się dzieje. No wody nam ubywa!

Jakkolwiek spoglądając w niebiosa przepełnione tymczasową wilgocią, jeśli chodzi o morskość, to przy naszym brzegu lekka posucha. Już nie wiadomo, czy się Wyspa powiększa, czy jednakowoż głębi i czeluście morskie postanowiły zrezygnować z toni i otoczki błękitów i zieleni, i zwyczajnie zostać polem. Albo łączką, albo lekko miejscowo mulistym elementem wystroju nabrzeżnego? Łódeczki w porcie lekko dziwnie pochylone zdają się dnem swym morskiego dotykać. Jakaś pokrętna w tym wszystkim seksualność jest, a juści! Kto im zabroni? W końcu nazbyt wietrznie by pływać, na dodatek napady focze ryby rozrywają zamiast je jeść… zgroza w okolicy pełga, pełza i się rechocze, więc muskają się dno o dno. Dnem i denkiem. Lekkie pocieranie, malutkie kamyczki piasków, większe ku mocniejszym doznaniom, a potem z głazu i jest on… orgazm!!! No co! W końcu i łódeczki czasem muszą. Jak ich nikt nie wyciąga na brzeg, jak nie wywraca dnem do góry, niczym owe rozkosznice spragnione postrzegania ich innej, wyuzdanej strony, niczym owe wolne i frywolne damy i pannice… Prezentują lekko bezwstydnie te swoje podbicia, owe cudowne zmarszczki i nierówności, albo znowu oszałamiające równości, cudną polerkę kolejnych warst farby. Oj tak, te wielokrotnie barwione, zmienne takie, wprost urzekają paletą sezonów. Niektóre zawsze w ciepłych kolorach, inne znowu unikające czerwieni. Jedne niebieskie, zaskakujaco morskie, inne niczym piwonie jakieś, aż tętniące zwodniczą purpurą.

Jedne wciąż moczą się w wilgociach, wciąż muskają je fale. Nawet przy owym niskim poziomie tafli, które wzmacnia doznania, wciąż nie pokazują swoich spodów. A inne… te może i zbeszczeszczone, może i nadmiernie uwłaczające pływackim rozsądkom… Ech myśli dziwne człowieka nachodzą, a potem mijają go, bo i po co nam one? Jak łódkom dobrze i tak i tak, to podziwiajmy ich wolność wszelaką. Wsłuchajmy się w owe dziwne, zimowe pieśni rozkochania. W czymś innym, czymś nowym, zaskakująco zadziwiającym spoczynku odpoczynków…

Na poznaczonym leniwie przemęczonymi trawkami nabrzeżu leżą sobie łódki wszelkich kształtów i czasów. Leżą i nic nie robią. Nie płyną, nie przemierzają fal, nie rozcinają toni… leżą i w senności swojej własnej wciąż jeszcze się kołyszą. Bo przecież zapomnieć nie mogą, czyż nie?

Nie mogą…

IMG_4310 (2)

Bo Wyspa jest ziemią, a Morskość jest wodą… i dzięki owej dziwnej, cudownej i prostej normalności, lżej jest jakoś żyć. Wiedząc, iż tutaj jest mokrość, a tam znowu ziemia stojąca, giętka i pachnąca… lepiej żyć.

Człowiek potrzebuje by żyć rzeczy prostych i zwyczajnie normalnych. Zwyczajnych… takich, na których można się oprzeć, odetchnąć, odpocząć w nich. Takich, które nie są niezmienne, oj nie, nie o to chodzi. Przecież i woda i niebo i ziemia współżyjąc ze sobą grają nam czasem i na nerwach i na psychice. Zmienne są jak my sami. Wciąż szaleją, zadziwiają kolorami i tworami, ale wciąż… normalnie. Chociaż czy „normalnie” to wystarczająco normalne jest słowo?

Mniejsza tam!

Jakoś tak natura i grzebanie w ziemi, pływanie i brodzenie w liściach, szmery lasów i strumieni, zdają się robić w nas porządek, więc obniżenie się tafli morskiej nam nie straszne jest. Raczej zmusza do odnalezienia tego, co ukryte. Raczej szepcze nam o skarbach, tylko dla nas nagle się ujawniających. Raczej… po prostu są prezentem pięknie się właśnie prezentującym!!! Czekającym by go rozpakować. Takim, który zawsze się spodoba, zawsze zachwyci, ale który też niekoniecznie zabierzecie do domu. Nie powiększy on grona niechcianych aniołków z kokardkami na szyjce. Prezentem, który może się znudzić, by zrobić miejsce na coś nowego i nieznanego… bo czemu nie? Przecież wciąż się zmieniamy. Niczym te szalone chomiki biegniemy w tym swoim kółeczku, do którego wciąż przylepiają się nowe paproszki. No i rozrzucamy kupki? Ekhm, może i chomiczek to nie najlepsze porównanie, co nie?

Wody mniej w morzu, wody więcej na Wyspie. Tak dla wyrównania. Dla wszelakiej jingjangowości. Dla wzajemności zrozumienia. Odkrycia jak to jest być bardziej mokrym niż suchym, bardziej śniącym niż śpiącym… Bo w końcu nie zrozumie głodny sytego i suchy mokrego, co nie?

Nie zrozumie tłoczny pustego…

IMG_1008 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.