Pan Tealight i Babinka Jakośtakoś…

„No właśnie jakoś tak… serio, nikt nie wie dlaczego do końca, jak, po co, na co… nikt nie wie, ale nikt też nie wyraża sobą jakiegokolwiek zdziwienia. A powinni… chyba? Bo widzicie, w tej sprawie się dziwić nie można, zwyczajnie nie warto krzywić ryjka, czy innego otworu, serio. Po prostu przyjmujecie to i idziecie dalej ze szczotką, czy szmatą, płynem o zapachu świeżych, zielonych jabłuszek albo jaśminu, zmywać swoją nudną, ale polerowaną, codzienność.

Tutaj na Wyspie byty wszelakie, mocno tubylcze, przyzwyczaiły się, że ona zaczyna, gdy ona chce. Świętuje jak chce i serio nie znosi uwag w stylu: czy to nie za wcześnie. Po ostatniej takiej uwadze, kiedy tamta modelka straciła brwi, a stary grubas lekko niewymownie i nadzwyczaj niespodziwanie, boleśnie potłukł sobie ogonową, nikt się nie wtrąca. W zestawie klątw są jeszcze podobno wiekuiście smrodliwe stopy, wielkie bączury i tym podobne, wymyślne aktywacje, więc… po prostu uśmiechają się i myślą swoje… albo nie, bo czasem możnaby przysiąc, że ona nawet myśli widzi, więc nućcie sobie głośno ulubioną piosenkę i zmykajcie do domu!!!

Pan Tealight przeczuwał, że TO może nadejść w każdej chwili, taka pora roku, więc już od miesiąca piekł pierniczki i wszelakie tam ciasteczka, a Ojeblik, mała ucięta główka, mimo braków kończyn nieźle dawała sobie radę w sprawie lukrowania. Może i jej obrazki były dopuszczalne wyłącznie powyżej osiemnastego roku życia i za zgodą lekarza pederasty, ale co tam.

Przecież idą święta!!!

Nawet oderwana od losu główka być musi uśmiechnięta!!!

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była w tym nastroju. Zapadła na niego i nie zamierzała się leczyć… JUL!!! Mimo sprzeciwu innych światów, mimo złego nastawienia, pomijając wszelakie dziwaczności kosmiczne oraz te sklepowe zbieżności, korporacyjne zawroty i innych upadki… postanowiła zawsze w tym czasie mieć swoje własne święto. Usz przecież kurna się należy każdemu, a co jak co ona to się najlepiej czuła w okolicy zera, albo i nawet poniżej. W objęciach Panów zwanych: Mrozu, książę Szron, sir Szadźawski i hrabia Sopelski. Bo w końcu co jak co, ale miała naprawdę niezłe konekcje. Nawet koronowane. Zresztą… widzicie, z tym całym okresem jest jeden problem chyba. Dziwny, podejrzany, lekko zaśmiardły, serio dla niej samej, niewytłumaczalny. Bo widzicie, ludzie zdają się nie lubić zimy. Ani owych powiewów, ani pieszczotliwych, mroźliwych podszczypywań, ani stóp nagle lodowatych, ni kry, ni zwisających z nieba wodnistych chwil… na zawsze unieruchmionych, albo do momentu, gdy na nie chuchniecie.

Dlaczego ludzie tak nie lubią zimy? Owej wybaczającej wszystko szarości, rozgrzeszających wiatrów, wilgotności, słonecznej, miejscowej palnikowatości, chłodu, który stara się dotknąć najgłębszego jestestwa i oczywiście niesamowitych płatków śniegu. Cudów pojmowanych lekko niedotlenionym ciałem?

Wiedźma Wrona wiedziała, że tylko ona tak naprawdę tęskni, tylko ona tak naprawdę cały rok czeka… i Babinka. To dlatego, gdy nadchodziła ta pora, spotykały się obydwie i w pełnym milczeniu, czekały na pierwsze przymrozki. A potem latały całkiem nago, całkiem frywolnie, bo ktoś musiał!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1710 (3)

Z cyklu przeczytane: „Tak krucho…” – … moda? Taka moda na te spojrzenia spoza kamery, znad rękopisu, spod autora, znad autora… Wszystko musi być jawne, więc dlaczego nie wziąć jednej historii i najpierw pokazać ją z jej, a potem jego strony? Dlaczego wciąż nie obracać się w jednym świecie, jednym wymiarze czasu, ale mówić różnymi ustami? Nie pierwszy raz przecież… i nie ostatni.

Tak, Tammara Webber postanowiła lekko pokręcić pierwszym tomem, czyli: „Tak blisko…”. Trudno się jej dziwić, w końcu jeśli pierwsza część się sprzedała tak dobrze, była na tyle zaskakująca, inna, może i drażliwa, ale jednak… to dlaczego nie pociągnąć tego dalej? I pociągnęła. Teraz to on mówi. On opowiada swoją historię. Z jednej strony odzierając ją z pewnego czaru, z drugiej oddając od siebie tak wiele… może aż nazbyt wiele? Bo widzicie, cenię sobie tajemniczość. Owo coś, co pozwala nam na pewne dopowiedzenia, na pewną manipulację.

Ale…

Właśnie, jest i ale… bo jeżeli nie czytaliście „Tak blisko…” wtedy niczego nie wiecie, wtedy ta powieść będzie dla was pierwszym spotkaniem z Lucasem, więc… chyba jednak warto!!! Bo przecież to jest niesamowita opowieść. Młodzieżowa, a jednak troszkę inna. Mniej przesłodzona, mniej głupkowata, mniej trywialna, choć i bardziej brutalna, a w niej ten bohater, taki odmienny. Jakoś tak bardzie zaskakujący, na pewno przemawiający do niewieścich serc!!!

… więc czy warto?

Cóż, same musicie zadecydować, bo nie ukrywajmy mimo wszystko, ta powieść jest bardziej dla nas!

IMG_1405 (2)

Wietrznie.

Cudownie wietrznie, a w powietzu wiszą maleńkie gradowe piłeczki. Takie drobinki, jakby się wiecie, komuś styropian rozpełz… i nagle, wszystko mija. Nagle wiatr cichnie, piłeczki miniaturowe się zmniejszają i nikną i zza chmur szalonych, jakby lekko przybrudzonych pyłem, wyłania się słońce… Jakby i zimna nie było i gradu i siapiących nosów. Pierwszych choinek pojawiających się pod sklepami i oczywiście światełek!!! Bo przecież Jul nadchodzi!!! A może juz nadszedł, coby tak po raz pierwszy przyjrzeć się lepiej temu okresowi wyczekiwania, na niego? Bo widzicie, to moja Wyspa, a tutaj wszystko być może, wszystko się zdarzyć, wszystko…

W świecie, w którym już nie ma wiatru, wciąż pod zadaszeniami tańczą elementy wypranej garderoby. Jakby za bardzo zapamiętały się w owych rękawów wymachach, w owych fałdek rozpraszaniu… Bo przecież normalność też tutaj istnieje. Może i dla was to wciąż mali ludzie w malutkich swych domkach, ale jednak… i skrzaty i gnomy, trolle, mewy wielojęzykowe, syreny, topielice, diabelnice, wszelkie świętości, bogowie śniący i kamienne chrapacze, widzicie, cała menażeria. Może… i morze. A jednak i pranie i zmywanie, pewno jakaś telewizja i szydełkowanie, malowanie, mycie, a nawet wydalanie. Gotowanie, szykowanie, spanie. Trudno jednak tylko i wyłącznie tak opisywać wyspowy świat. Jakoś tak dziwnie nie wypada!!! Jakoś tak dziwnie się na nią nie zgadzam. Jakoś tak… a jednak, przecież my to wciąż ludzie! My, to wciąż jakieś tam byty ludzkie w wymiarach. A może nie? Może z Wyspą pod skórą coś się w nas zmienia?

Zmienia na zawsze?

Może tak naprawdę ludzkość dawno już wymarła, a zamiast nas są jakieś ino pomiędzybyty. No wiecie, takie w typie ni przypiął ni przyłatał. Dziwna kombinacja, na poziomie gentycznym, co do której tak naprawdę nikt się nie chce przyznać. A może nikt sobie z tego nie zdaje sprawy? Albo zdaje, ale serio ma ważniejsze sprawy na głowie, bo życie wymaga myślenia… Dlaczego o tym piszę? Bo na niebie szaleją cuda niewytłumaczalne, więc jeśli one są takie, to dlaczego ja nie mogę taka być? To by uprościło tak wiele spraw.

IMG_2931

Mimo tego, iż zdaję sobie sprawę z istnienia Tubylców, a nawet Autochtonów tutaj, raczej ludzkich wymiarów, to wciąż nie do końca ich pojmuję. Bo widzicie… coś się w człowieku zmienia gdy pokocha Wyspę. Coś w nim trzaska, coś z niego wylatuje, coś się doczepia, coś doładowuje, a i coś nadzwyczajnie puchnie w miejsce tego, co się zmniejszyło nad podziw wydatnie. Coś staje się mniej ważne, ale i coś ulega wieczystemu, mało bolesnemu, zapomnieniu. Może to właśnie owo pierwotne, wpojone człowieczeństwo? Może i pewne normy ulegają rozluźnieniu? To, czego nas nauczono nagle staje się mało przydatne, a z czasem i śmieszne… więc zanika. Tylko, czy wraz z tym zanika strach, pewne obawy, pewne niepokoje?

Nie wiem. Tak naprawdę wciąż mam cały wór pytań, ale… jakoś nie dążę ku odpowiedziom, bo widzicie, one nie są ważne. Nadmierna wiedza to obciążenie i nowe lęki. Szukanie na ciele małych plamek, wmawianie sobie, że to coś więcej. Choroba, strach, a w końcu uwierzenie w coś, co nie istniało, coś, czego nie było, coś, co było tylko tym dziwnym, pokręconym słowem, siłą… aż się wypełniło? Czyż to nie pokręcone? Ale jak to wszystko inaczej wyjaśnić?

Wyspa sprawia, że istotne są podstawy. Dach nad głową, woda, powietrze, jedzenie. Coś na grzbiet… i wiecie co? To wystarczy. Bo tak naprawdę cała reszta to ułuda, może i dama Wyspa? Ale ja w nią wierzę, a moja wiara też się może ucieleśnić. A co. Jak wszyscy to wszyscy, też sobie mogę być jakąś Bogą!!! A co!!! Może i serio nie przepadam za Wyznawcami, ale kto tam by uwierzył we mnie… Bo widzicie, cały problem boskości, to żyć z własną wiarą. Z wiarą w siebie samego…

I z wiekuistym zdziwieniem, że są na świecie sprawy, a dokładniej rzeczy – przedmioty, za które inni daliby się pokroić, oddaliby swoją nerkę, wątrobę, płucko, a nawet i serce. Chociaż, czy oni mają jeszcze serca na wymianę? Podobno Czary Piąteczek mamy… hmmm, ciekawe. Biorąc pod uwagę, że u nas sezon dawno się zakończył, co mnie to obchodzi? Niech se i czarny będzie, zielony, pomarańczowy, czy nawet różowy w krowie cętki i krateczkę szkocką. Serio ludzie tak wam potrzebne te jabłuszka i telewizorki w formie kołyski? Ech… wiecie, chyba niedorosłam. Jestem całkiem niedorosła i to się nie zmieni. Jako ten pierwszy twór człeka spomiędzy, nigdy nie będę dorosła. Dobrze więc, że żyję na Wyspie, tutaj jeszcze da się z tym żyć…

Chyba?

IMG_2819

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.