Pan Tealight i Pan Dziadek…

„Czekał na nią.

Czekał tak naprawdę od bardzo bardzo bardzo dawna, ale nie żeby sarkał i narzekał. Nie żebyrzucał kąśliwe uwagi… Nawet nie marudził. Twardziel taki z niego, kurcze. Po prostu, zwyczjanie i cierpliwie czekał. Na stojąco. Wyprostowany. Ręce przy sobie, lekko zgarbiony w górnych partiach, ale jednak dziarski dziwnie, dostojny, obrodzony brodą z głęboko osadzonymi oczami. Trochę wygląda, jakby coś ukrywał, jakby jego lekko zaokrąglone ramiona skrywały skarb, tajemnicę, dar od Bogów… Przed nim proste pnie, za nim włochaty murek trzymający się na zbyt wiele słów honoru… poniżej niego, jak zwykle marudny, słodki Mały Wnuczek.

Czekał na nią.

A ona nie wiedziała. Nie zdawała sobie sprawy, że jest ich jeszcze tak wiele. Że jeszcze tak wielu z nich nie odnalazła. Tak wielu jeszcze nie poznała, nie wysłuchała… oni nie rozbili sobie nadziei. Czekali już od tak dawna, że pozwalali sobie na zwątpienie. Na brak nerwowości, zaciskania dłoni, marszczenia brew. Jeżeli miało się stać, to się stanie, zwyczajnie.

Ale on czekał na nią.

Wiedział, że tym razem to nie jakaś ściema, jak to mawiali teraz młodzi, nie zwyczajna zmyłka. Czuł, że jest blisko, ale dopiero od kilku dni był pewien, że ją pozna. Że wzajemnie się zobaczą. Obwąchają, poznają, wysłuchają. Ona będzie na niego patrzeć, a on opowie jej historie z przeszłości. Ona go ucałuje, a on się uśmiechnie, bo przecież starsi panowie tak mają, nawet jak całują je już takie, niezbyt młode dziewczątka… uśmiechają się. Dziwnie z tęsknotą, lekkim niedowierzaniem. Niewybrzmiałym pytaniem, zapomnieniem i przypomnieniem.

Gdy przybyła odetchnął głęboko po raz pierwszy. Gdy się przy nim położyła, zwątpił, czy jednak nie śni… może tak naprawdę nie wierzył? Może w rzeczywistości wciąż wątpił? Potem dostał czekoladkę i się rozczulił. No przyniosła mu w ofierze czekoladki!!! Jaka miła! Mogła w końcu przyleźć z zarżniętym, czarnym kurakiem… ale nie, ona musiała inaczej. I był za to wdzięczny!!! Po prostu pozwolił się przytulać, po prostu czcić tak nie do końca po staremu, nie jak przywykł, ale jednak, jak marzył…

A Wiedźma Wrona Pożarta po prostu ponownie odnalazła swojego przodka. W starym menhirze, kamiennym pomniku, we wspomnieniu, nawet i w teorii praktyki… opowieści i modlitwie. W owym dziwnie ukształtowanym głazie, przywleczonym tutaj zwyczajną, ludzką siłą, odnalazła… Pana Dziadka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8449

Cisza.

Kocham cichą Ciszę na Wyspie. Jakoś tak jest to najbardziej normalny, najbardziej odpowiedni, z odgłosów. I oczywiście nie chodzi o to, że jest cicho, bo tutaj cisza definiuje się nawet wtedy, gdy wieje i huczy wichura, gdy pada, a roztańczone krople, serio popiły przed robotą, no i teraz uderzają we wszystko i wszystkich, jak im się podoba. Olewając te dziwne fizyki i inne tam prawa. Na bani tak można!!! A one są. Bo wiecie, mogą. W końcu ile tutaj jest tych ludzików, no ile, tosz nikt się nie poskarży na deszcz! Co zrobią deszczowi? No co mi zrobisz? Złapiesz mnie, nie złapiesz, bo się rozprysnę na tobie, rozbryzgnę i zniknę, a ty zostaniesz ze zbyt wiele mówiącą plamą, w tym owym najbardziej nieodpowiednim z nieodpowiednich miejsc!!! A ha ha ha!!! Bo mogę. Widzisz… no poskarż się na mnie, że cię uderzyłem? Nosz wyśmieją cię i tyle, a na mnie mamusia nie czeka  zobiadem i nie dostanę bicia jak się spóźnię… bom kropla deszczu! Nie rób sobie obciachu, daj się wymtarmosić, o patrz, przerzedzasz się na czubku, zmoczę cię, może i jeszcze coś ci tam człowieczku urośnie, jak myślisz?

Ciszę definiuje brak urządzeń mechanicznych, wyłączone komputery, jakoś tak cisza sama w sobie wyłazi z nas. Nagle możemy myśleć o niczym, albo marzyć o tak szalonych rzeczach, że gdybyśmy im pozwolili wybrzmieć ze słowami, nikt by nam nie uwierzył, nawet my sami!!! Cisza oczywiście nie obejmuje ptaków. One są ciszą, nawet jak drą się niczym opętane dusze, które ktoś pragnie wepchnąć w przyciasne, różowe śpioszki z cukierkowymi pomponikami, a wiecie one za życia były wielkimi, owłosionymi mężczyznami kochającymi broń, wielkie motory, no i wszelakie rozrywki co to wliczały w siebie grill i chrupki! Bo cisza ma to do siebie, że potrafi odnaleźć nas samych w sobie. Dopasować jakoś do okolicy, dorzucić nam kory, listków i gałązek i już… szumimy… W równym rytmie ciszy…

Tutaj cisza to cały zbiór dźwięków, które nie sprawiają, że nagle kuchenny tasak  z fioletową rączką, staje się narzędziem krwawej przemocy, a zestaw igieł do haftowania elementem wystroju laleczki! Tutaj cisza, owe bezgłośności dźwięków, to coś, co sprawia, że po prostu nie śpimy…

IMG_5546

Taka cisza Cisza powinna być pod ochroną, a jednak… większość z nas robi wszystko, by tylko ją zagłuszyć. Złamać jej zaklęcie. Zatkać jej oczy i uszy, nie pozwolić przemówić, nie pozwolić nawet nas dotknąć. Tak wiem, dla wielu jestem starym paszczurem, który zwyczjanie nie chce tak zwanej modernizacji. Bo nie chcę. Nie chcę tuneli na Wyspę i z powrotem, nie chcę kominów ani dziwacznych instalacji, nie chcę wieżowców i gigantycznych marketów… i nie chcę torów corssowych, czy innego badziewia. To nie modernizacja, to upadek! Bo ciszę trzeba chronić i dzikość. Dziwaczne jelonki, które upierdliwie kroczą za mną w stosownym oddaleniu, pewne tego, że zobaczę je dopiero w domu, na zdjęciach. Bo widzą, że ta ślepa wrona zwyczajnie chce ino dziczy. Bez wprowadzania w nią zmian. No dobra tak, jak najbardziej kocham kibelek nie drewnianą wygódkę! Ha ha ha, winna. Chociaż sikanie w przyrodzie mi nie przeszkasza, bez urazy jak kiedyś zobaczycie w oddali światłość…

… wielką.

Ziemia jest sporawa.

Są miejsca mniej dzikie, dzikie i takie średnio dzikie. Są takie, gdzie macie swoje wieżowce i spaliny, więc się w nich duście. Wolna wola. Wara od mojej dziczy kurde!!! Ja chcę ciemności w odpowiedniej porze i światła, gdy ono w końcu zdecyuje się na wschodzenie… po prostu. I Ciszy!!! Dlaczego ludzie nie mogą po prostu się zdecydować? I pozwolić tym, co nie chcą wymuszonej nowoczesności, na ową naszą, wcale nie amiszowość wyględną? Na owo olewanie promocji? Na brak kolejek w sklepach? Na uśmiechanie się i pozdrawianie na spacerach, mimo że tak naprawdę chodzi tylko o to, by przejść się dalej i dalej i dalej. By pocałować stary kamień, złożyć ofiarę trollom, przygarnąć na zimę skrzaty do chałupy… by wciąż wierzyć w zapomnianych bogów, by wciąż nucić pieśni duchom zagubionym, by po prostu być. Trochę inaczej, może i trochę na dzikusa, ale jednak być. Po swojemu. Z rowerem między nogami, z zawsze dobrymi do chodzenia butami i morzem, które nie straszy chłodem. Z malutkimi otoczakami opowiadającymi swoje historie sprzed milionów lat, a może i dawniej…

Bo tak…

IMG_5064 (3)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.