Pan Tealight i Żępozytywka…

Wieść Gminna, a i Ludzkich Głosów Tchnienie, znaczy obydwoje, czasem i ze Skrzeczącą Plotkarą, duchem społeczności mieszanych oraz Gumowym Uchem… właściwie to najczęściej oni wszyscy. Wszystkie te duchy miejsc, w których spojawili się nagke ludzie, okrzepli, zaakceptowali i zostali zaakceptowanie ludzie i postanowili żyć. Wszystkie one się odradzały. Wszystkie… ale tym razem inaczej. Niepokojąco nagle odmiennie, może nawet przerażająco. Razem i do kupy… raczej zwykle stroniące od siebie, kłócące się o to, które to z nich są ważniejsze, które bardziej nieprzydatne, które historycznie uwarunkowane… najbardziej istotne. One. Wielkie Duchy Wszystkich Ludzkich Miejsc. Zasłuchane. Pełzające po podszeptach, czołgające się w mruczeniach, w owych na uszko dmuchanych wyznaniach się pławiące, zawsze zaznajomione z tym, co wypowiedziane poprzez zaciśnięte zęby i zakryte usta… dobrze wiedzące, kto i co wyrzucił z siebie za stodołą, gdy nikt z pijanych gości nie patrzył, a większość z nich i tak była zajęta podrygiwaniem niezbornym pod stołem…

Tym razem słuchały czegoś innego.

Dziwnej, nęcącej je zbyt podejrzanie, niespokojnej, ale rytmicznej, kwiecistej, ale i kroplistej, rwącej się czasami, ale i zaskakująco płynnej, zmuszającej nie tyle do tańca, co raczej modlitewnej refleksji… melodii. Muzyki dochodzącej z głębi lasu, do którego sporadycznie je przywiewało. Od od czasu do czasu, gdy na przykład ponownie, nie bacząc na koszty osobiste, mając całkiem własny ubaw, miejscowy grabarz musiał coś zakopać po okazyjnej cenie, albo też gdy młodzież postanawiała w końcu zapoznać się z dorosłością cielesną. Tak wiecie, z dala od wścibskich uszu i oczu… oj łasili się do siebie, oj też nadzieję płonną mieli… łudzące plemię. Tutaj zwykle spotykały się te dwie kobiety, które miały sekrety tak wielkie, a dłonie tak maleńkie, że gdy szeptał o nich las, nikt nie wierzył… a może i nikt nie słyszał? Nie rozumiał? Nie był w stanie objąć człowieczeństwem owej zwykłej, babskiej, niedefiniowalnej potęgi? A może nie musiał… może po prostu był zdania, iż są sprawy pod niebem i pod ziemią, pod wodą i kamieniem, których nie można objąć myślą? Rozumem? Bynajmniej… nie o tym miało być. Po prostu miejcie przed oczami owo miejsce. Las. Drzewa proste i mniej proste, powalone pnie pozaczepiane koronami o siebie, tworzące szalony dach, liście pozlepiane łzami dryjad i najad, albo i innych tam magicznych stworzeń… podszycie przykryte nierówną, ale szeleszczącą warstwą liściowia, a do tego strumień. Szeroki. Gdzie niegdzie stoją w nim trolle i łowią dzięki treningowym ważkom minitworki. Dziwaczne, przesmaczne stworzenia, które wcale nie są takie łatwe, takie przekonane, że chcą się stać potrawką z grzybami…

To tam właśnie, na ogromnym głazie, wokół którego drzewa przybrały dziwnie poddańczą pozycję, leży ona. Żępozytywka. I oczywiście gra… chociaż… może to nie do końca prawda? Nie gra, a raczej wydaje muzykę. Wydala ją zaskakująco skrytym otworem. Właściwie wygląda jak spora szkatułka, taka, którą trzeba trzymać obiema dłońmi, którą trzeba polerować i nakręcać kluczykiem… ciemna, ale na bokach powleczona dziwną, srebrzystą poświątą. Jeśli się zbliżysz zobaczysz też napis…

Jednak każdy tłumaczy go inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3949 (2)

Z cyklu przeczytane: „Duch na wyspie” – … eee… nie. Znaczy, wiecie co? Czytam i jestem Gerlofem. Jestem nim. Tak samo zbieram śmieci i zrzędzę na turystów. Nie trawię nowego i tęsknię za wyłącznością przyrody. Kocham moje miejsce. Moją Wyspę, dziwny świat, w którym sezonowość wyznacza tak naprawdę pory roku. Spokój. Ciszę. Ptaki. Rozumiem wściekłość na ludzi ze stolicy rozbijających się wypasionymi autami… ale czy naprawdę rozumiem do końca ten tom? Zakończenie historii?

Oto rozpoczął się sezon na Olandii. Turyści zjeżdżają a wraz z nimi dziwni Amerykanie szwedzkiego pochodzenia. Repatrianci. Niepamiętający tak naprawdę. Jednak nie wszyscy przybyli tylko po to, by rozmawiać o przeszłości, jest i ten, który pragnie zapłąty. Pragnie zemsty… w dziwny sposób łączy się to ze wspomnieniami Gerlofa z czasu, którego nie może uznać za młodzieńczy. Dnia, w którym pochowano człowieka dwa razy, a dźwięk z trumny wciąż brzmi w jego uszach.

Ponownie pełna duchów, fascynująco skandynawska, pełna historii, faktów, dopracowana… a jednak, to już nie to. Nie poprzednie tomy. Jakby z autora coś uszło, jakiś czar się wymył, wywiało magię… Bo przecież wszystko inne jest. Wspaniały starszy pan, o umyśle, którego Poirot by pozazdrościł. Młodość i starość przenikająca się i w kamieniach i w ludziach. Przeszłość domagająca się zadośćuczynienia i sekrety, które zawsze w końcu zostają ujawnione… i mały chłopiec, który widział zombie! I pewien grób, jeszcze starszy niż ten, w którym stukała trumna, w którym duch tylko czeka, by nawiedzić wszystkich… i więcej. Dlaczego więc to wszystko się jakoś nie spaja? Nie ma tego dreszczyku, jakbym wiedziała jak to się skończy… ale przecież wszystko jest…

Nie wiem, ale i tak warto. Bo słabszy Theorin, to wciąż cholerny geniusz! A powieść jest ciekawa, tak jak ciekawi są ludzi i ich historie. I niesamowity Gerlof, który potrafi wszystkich wysłuchać i każdego zrozumieć!

IMG_5786

Czasem ten cały patriotyzm wyspowy to może przytłoczyć. Bo widzicie, serio chce się wziąć ten jeden łeb z drugim, co puszki wywalił do rowu, no i chce się je wzajemnie zetknąć z wielką mocą… bo to jest mój czas, moje miejsce. Nie chcę by go zepsuto! Robię wszystko, by zostawiać po sobie tylko odbicie w kropli rosy, odcisk dłoni, tudzież coś tam, co pozostało na róży po moim kichnięciu…

Kocham Wyspę!!!

Jest w odnalezieniu swojego miejsca dziwny strach. Koszmar przerażenia. Gdy nagle uświadamiacie sobie, że tak naprawdę nie możecie wszystkiego. Nie możecie wszystkiego zrobić i wszystkiego ochronić. To, że sami zbieracie po sobie papierki nie znaczy, a raczej bardziej niż jest pewne, że nikt inny tego nie robi. Jak z tym walczyć? Z miłością do miejsca? A może z owym poczuciem winy? Chyba się nie da!!! Jedyne co można, to żyć i dalej robić swoje…

… i kochać.

Bo kochane miejsce, jest jak kochana kobieta. Kwitnie i owocuje, a potem seryjnie opluwa pestkami wszystko dookoła. Bo może. Bo chce… a może zwyczajnie nie ma już siły, by po prostu być grzeczną dziewczynką? Bo widzicie, grzeczne dziewczynki to zaraza jest! Grzeczne dziewczynki są bardzo niedobre dla samych siebie!!! A to tak naprawdę grzech największy z możliwych! A Wyspa jest kobietą. Damą i królową tak naprawdę. Boginią i czymś, co wykracza poza wszelkie granice pojmowania, co odziera definicje se swoich własnych wartości…

Co nie tłumaczy! Bo przecież nie chodzi o to, by kurcze zadowalać innych, no!

Nie o to chodzi!

IMG_5545

Wyspa ma to do siebie, że nie przebiera w środkach. Daje wszystko od razu. A potem się nagle okazuje, że tego wszystkiego i tego od razu jest coraz więcej, i to codziennie. Bo w jakiś dziwny sposób nie chodzi o to, co Wyspa pokazuje, ale raczej o to, na co my jesteśmy gotowi. To, co nagle możemy zobaczyć. To, co kiedyś nie istniało, ale nie to, co nie było tutaj, co było zakryte…

Świat dzieli się na to, co widzimy, oraz na to, co dopiero będziemy w stanie zobaczyć, zrozumieć, poznać… docenić. Na szczęście na Wyspie i czas jakoś uprzyjemnia codzienność. Nawet jeżeli owych jasnych godzin o tej porze roku jest tak niewiele, to i tak można się nacieszyć światem. Można na przykład przyłapać kilkanaście minut z ciepłego, zachodzącego raju. Na plaży, gdzie drobniutki piasek stara się dostać w każdy zakamarek ciała, nawet jak okrytego, gdzie fascynujące, żelaziste kamyczki lekko o siebie się ocierają. Gdzie słychać tylko wiatr i fale. Z jednej i drugiej strony Wyspa zdaje się wyciągać swoje skrzydła ku toni… Otula morskość i mnie. Czuję się bezpieczna. Dziwnie wolna, ale i dyskretnie chroniona. Wynurzam się z lasu aż nazbyt barwnego, spowitego od góry błękitem, a dołem podpartego nagimi pniami, pięknego, ale niezbyt pełnego. Schody w dół… ale wcześniej owo dziwne wrażenie, które mimo upływu lat, wciąż się nie zmienia. Wrażenie oszołomienia. Pięknem. Odgłosami i kolorami. Falami, które z jednej strony leniwie, z drugiej dość rytmicznie wbijają się w piaszczystą powierzchnię. I te pobłyskujące otoczaki, tym razem żelaziste w kolorach.

Majaczące potęgą i ogniem.

Jestem tutaj po raz pierwszy… a jednak, mimo niewielkiej powierzchni, tutaj każda plaża jest inna. Każde miejsce, gdzie woda styka się z kamieniami, ma swoją magię i swoją siłę… więc się ładuję. Na żelazisto się ładuję. Wpatrują się we mnie oczy z rud i dziwnie mrugają, jakby chciały mnie skłonić do czegoś… złego? E tam! Zło i dobro też ma tutaj inny, zagłębiony w postrzeganiu, wyraz. Inną definicję… dzikość. Słucham fal i coś we mnie gra nowego. Jakby strony się inaczej ułożyły, jakby tak naprawdę zrzuciły z siebie okowy numerków i postanowiły ułożyć całkiem inną historię…

IMG_3938

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.