Pan Tealight i Stukot o Zwiewnej Północy…

„Niczym muśnięcie, mgnienie, niczym nicości tchnienie. Bardziej oddechu odbicie od szyby, niż jakikolwiek łoskot zderzajacych się z szybą paliczków, raciczków, łap, piór, czy czego tam innego. Ot po prostu odgłos w braku brzmień, w totalnej cichości, której nie mącą nawet jej własne poruszenia; braku odgłosów, jakiś taki mocno nawet dziwaczny… jakiś dźwięk?

Nawet nie dźwięk, raczej jakiś odległy pogłos, echo pukania zza przeszłości, sprzed czasu dzwonków i tamtamów, sprzed ery kołatek i grzechotek, fujarek, brzęczydełek i innych poruszanych oddechem muzyczności. Sprzed dni wszelkich, nadmiernych, zdradzających pozycję brzmień.

Właśnie owo niedźwięczenie, owo raczej dyskretne poruszenie cząsteczek mniejszych od owych znanych, obudziło Wiedźmę Wronę Pożartą. A może nie oudziło? Może tak naprawdę wciąż spała, gdy sturlała się z posłania, założyła błękitne, grubiaste skarpetki i lekko pociągając nosem, trąc oczy i przełykając noc, poszła szukać nierówności w ciszy. Owego wybrzuszenia dziwnego, które swoim jakże niesłyszalnym dla innych łoskotem, wybiło ją ze snu… lub nie… Może to było piórko, otarło się o drzwi, albo okna, może jednak tylko cięższa myśl sąsiada, odbiła się od przechodzącego niespokojnie kota? Może od tego durnego nowego? Rudzielca, który ze wszelkich sił stara się wprowadzić do kogoś w okolicy? A może zwyczajnie któremuś z krasnali, które zaczęły już powoli wracać z przedzimowych wojaży na strych, zaczęła szybciej broda rosnąć?

A może tak naprawdę nic to nie było?

I wtedy dźwięk niedźwięk się powtórzył. Niczym kwiat otwierający się w ciemności. Gotowy na to, że nikt go nie zobaczy, pragnący rozwinąć się tylko i wyłącznie dla swojego własnego wrażenia… trawa rosnąca, zdobiona w rosy klejnoty, kropla wody, łza strącona z liścia… lot nietoperza, sen ważki, lekkie poruszenie w ogromnym, gotowym na zimę, mrowisku. Pośród drzew sotjących prosto i dumnie…

Ktoś pukał.

A może coś tylko lekuchno muskało powierzchnię, może tylko chęcią, zwątpieniem… Zawahała się Wiedźma, czy otworzyć? Zdziwiła, mrugając z przerażenia, że żadne z zaklęć, ni założonych przez Chochela nie zawsze nocnych tylko pułapek, nie zadziałało… podeszła i przyłożyła ucho do drzwi. Zapomniała o sobie… i rozdzwoniły się jej kolczyki, pukanie umilkło… Drzwi Chatki, brązowawe, silne, ale i wrażliwe bardzo, zadecydowały za nią… czasem tak jest lepiej!

– To jestem tylko Ja. Czy Ja mógłby z tobą pomieszkać?

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0522 (2)

Z cyklu przeczytane: „Deadline” – … i zombie!!! Oj pewno, że sięgnęłam po tę powieść z powodu zombich. Ale zombich, co to miały być inaczej pokazane. Tak całkiem podobno inaczej. No szkoda, że od drugiego tomu zaczynam, ale nic to… w końcu wiem o co chodzi! O życie w strachu wiekuistym, o pewien impas, życie po życiu… bo po śmierci wiadomo i… o spiski! Bo to nie opowieść o wojnie i naparzaniu umarłych nieumarłych, ale o świadomości i państwowości.

O klikach i kliczkach i półprawdach…

… wot sensacja!!!

Oj tak, bo oto macie powieść (a dokładniej trylogię, jej pierwszy tom to „Feed”) sensacyjną. Szpiegowską i wybuchającą. Taką, od której nie da się opędzić, ale jednocześnie też przeraża. I to nie umarłymi, co zjadają żywych, ale żywymi!!! Żywymi, którym pasuje trzymać innych żywych w strachu, zamknięciu. Bo przecież tak o wiele łatwiej się nimi kieruje, tak bardzo lepiej się nimi zwiaduje. Gdy za każdym razem czerwone i zielone światełka manipulują poziomem adrenaliny, gdy tak naprawdę nigdy nie możesz byc pewny, czy wciąż jesteś człowiekiem, czy już zombie…

Nasi bohaterowie, to Irvingowie. Grupa blogerów gotowych dokopać się do najprawdziwszej z prawd. Tych, co pragną statystyk i odsłon, a w których postępowania my wierzymy inaczej, bo przecież tak bardzo chcemy nadać im status bohaterów. Ale czy oni są nimi naprawdę? Czy w ogóle mogą nimi się stać? A może tak naprawdę w ogóle nie odbiegają od naszych czasów. Czasów, które dla nich są najgorszą przeszłością, początkiem zarazy… Nawet ich przywódca ze zmarłą siostrą w głowie, nawet on, czyż nie jest tylko szaleńcem pragnącym, by ktoś zapłacił za jego ból.

Skomplikowana powieść, a tak naprawdę prosta historia. Rok 2040. Ludzie pozamykani w betonie, jak dziś, siedzą w internecie… potrzebują sensacji, więc znajdują się i tacy, co zabijają nieumarłych. Ot rozrywka niebezpieczna. Oczywiście do czasu… Gdy pojawi się więcej pytań, gdy braknie odpowiedz… Tylko co jest prawdą? Co nią nie jest, choć tak wcześniej myśleliśmy? Spiski państw i pojedynczych osób, ból osobistych strat i specyfika innego istnienia… warto.

IMG_5783

Listopad zaczął się słońcem.

Jak sobie przypominam te listopady, które zawsze wyznaczały kozaki i futra, to się dziwię. Jak ktoś mi mówi, że ostra zima, to taka w okolicach minus dziesięć… uśmiecham się. Uśmiecham się do wspomnień, które rechoczą gdzieś tam we mnie. O tych gigantycznych kopach śniegu, o tunelach i zabawie. O cudach kolorowych mrozów i rysunkach szronowych na szybach… o cudach zapamiętanych… które od dawna już inni wepchnęli między stronice bajek.

Na Wyspie tak serio zima to mgnienie. Znaczy poza ową pamiętliwą z 2010 roku. Ale było fajnie, kurcze!!! Te zwały śniegu, te mroźliwości, owe wszelakie zawieje, które pozwalały, a raczej udzielały od razu rozgrzeszenia, za siedzenie w domu, pod kołderką. Te nieba kolory, te kształty gałęzie, co to doprowadzały do głowy wyłącznie puchate, no wiecie, wszystkie kosmate myśli… Ale cudnie było. Ile się człowiek z gołą pupą nalatał w snestormie, ile się naśnieżył no!!! Po prostu nawdychał i nażarł jak lodowa świnka sopeli i śnieżnych kuleczek. A pieprzyć, nawet żółte jadł! A co… Bo ja kocham zimę! Wiem, że większość świata tego nie rozumie, albo i cały swiat z nielicznymi, potwierdzającymi regułę duszyczkami i bałwanami, ale kocham zimę! Po prostu, dogłębnie. Kocham nawet rozmokłą, rozmiękłą… może i jest tak jak mawiają, że każda wiecie potwora swego amatora najdzie… więc mnie naszła zima. Bo chyba lubi mnie choć troszkę co nie? Za czycenie płatków, za wypatrywanie już latem… za w pieśniach jej opiewanie, no za wszystko, no wiecie, no chyba? Oj…

Bo dla mnie zima to wszystko zamknięte w bieli i szarościach. Bo moje oczy jakoś tak działają, że dziwacznie widzą… bo… czuję zimę. Czuję ją zawsze jakoś tak i za nią tęsknię. Jest dla mnie tym, czym lato dla innych. I jak najbardziej chodzi o śnieg i mróz, jak najbardziej o owe wodne twory, na które się napatrzyć nie mogę, na owe czarowności. Chodzi o to sprawiedliwe okrywanie. Cudowny śnieg, bajeczny, baśniowy, spada na wszystkich równo i gęsto. I rozgrzesza, przykrywa, wybacza… jest cudem, i to cudem, którego nikt nie zauważa. Jest tym, co za friko tworzy wam najbardziej fascynujące kreacje, najbardziej upiększające daje barwy i rozmywa nadmierne kształty. Na tle bieli i czerni wasze kolory w końcu lśnią, błyszczą i wyróżniają się prawdziwie. Zima pozwala na prawdę, ale i zgadza się na przymknięcie płatka na to, co nam nieprzydatne, niepotrzebne, co dla nas zwyczajnie fuj fuj fuj. I jest temperaturką czadową co to podszczypuje, podgryza i zwyczajnie… jest blisko. Niczego nie zabiera, ale za to daje tak wiele. I pozwala zwyczajnie ubrać się w co się da!!!

IMG_4049 (2)

Jaka będzie zima w tym roku? Nie wiem… ale chciałabym śniegu i zimna, coby robale wymroziło, bosz no nazbyt ich wiele i ptaszencje ze spożywaniem nie nadążają, no i ze śniegiem, coby rozkoszy aniołków, orzełków i śnieżnych rożków zażyć… no i sopeli i mazów mrozowych na szybkach i… jak drzewiej bywało chcę. Coby wszystko mogło odżyć od nowa, na nowo i raz jeszcze. Niby zawsze się to dzieje, ale jednak po mocnej zimie jakoś tak człek oczyszczony i dziwnie spokojniejszy taki… może i wyspany, tudziż zwyczajnie odpocznięty, czy coś?

I mam do tego prawo!!!

W końcu te wysokie temperatury, właściwie już od kwietnia, to serio mnie maksymalnie wymęczyły! Przegrzały mi ciało, duszę nadtopiły a umysł mi nosem wyekspediowały w daleką podróż, którą zakończyć może chyba wyłącznie jakiś lodowiec, czy coś w ten chłodniejszy deseń. Teraz czas na pogodę dla mnie!!! Na zimno i dziwne słonko, na to światło podchodzące do człowieka jakoś tak od dołu, nęcące, pokazujące cuda, które właściwie tylko ludzkie oko może docenić. Bo widzicie Wyspa jest troszku bardziej baba niż ino baba. Znaczy czasem po prostu, no dobra zawsze, ona robi co chce. I jak się na kogoś wkurzy, tosz kurcze ręka, noga, mózg na ścianie zlizują zombiaki. Ona po prostu ma humory, ale też piękna jest w każdym z humorzastych stanów. Czasem też serio nie chce coby jej fotki cykać, ale jak rzucicie o niechcenia cicho: osz tak piękna to chyba jeszcze nie byłaś… to znowu was zaskoczy!!!

A zaskakiwać umie… szczególnie poza latem. Poza tym okresem dziwnej, zaskakiwania łatwości. W te późnojesienne dni i noce, w owe zimowe samotności ostatniego polana w kominku… Wyspa jest dla mniej cudem największym. Jak klepie mnie po ramieniu, jak nagle zadmie w wywietrznik, jak zatka okna śniegiem…

Cudem jest!!!

IMG_0520

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.