Pan Tealight i Księżniczka Mopotka…

„Nie śpiewa się o niej pieśni i nie klepie w jej imieniu książowasiek, nie ma dla niej psalmów, ani wyświęconych relikwyj czy wspominek. Nie ma litanyj ku jej dobroci i świętości, ani godzinek wychwalających jej historię. Nie ma o niej opowieści, ani nawet jednej bajeczki, wierszyka, czy rymowanki… jest tylko zapomnienie i wszelaki smród brakowania, unoszący się dookoła innych historii. Widzicie… niektóre bohaterki zwyczajnie były aż nazbyt niewygodne, by je opiewać we wszelako dopuszczalnych hymnach pochwalnych, lub tam innych, wiejskich przyśpiewkach, całkowicie odartych z umoralniających dygresji… Ona jest jedną z nich. Tą główną, ową najważniejszą, pierwszą i ogólnie mówiąc dziwnie…

… wyzwoloną?

Księżniczka Mopotka urodziła się… bo jakże inaczej być miało, no i żyła. Jak większość osobowości jej poziomu społecznego została zamknięta w wieży, w wokół której wytyczono wszelaki park rozrywki, harce rycerskie, turniejownie, łamanie kołem, madejowe łożnicy popiskiwania, lodowe góry, fosy bezdenne, potwory niemilusie, lasy cielesności rozrywające i inne tam przyrody pomniki. No sami wiecie, piece gadające, jabłonki – to oczywiście napływ inspiracji zza wschodniej granicy… a z zachodu, no to raczej nic. Tak. Były jeszcze brzydkie staruszki co się okazywały młodymi dziouchami, ale i staruszkowie, co się zmieniali w żaby, a i żaby, które w głębi siebie wyłącznie były żabami, ale bawiły je kontakty międzygatunkowe…

No i był smok oczywiście!!! SMOK!!! S M O K!!!

I to była jego tylko wina!!!

Tej gadziny o gładkich, świecących przeraźliwie kłach. I tych łusek utrzymanych w dostojnych grafitach i karminach, zdobionych, odpowiednio w tonacji dobranych, połyskujących, wyszlifowanych, zdolnych odbić nie tyle odbicie, co raczej wnętrze, duszę, serce… odbicie przeszłych odbić… i się zakochała. W tym ogonie spiczastym, w owych jadowych kolcach i zawsze łzawiących, olbrzymich, ropiących lekko gałach ocznych… w tym podbrzuszu jajowatym, poznaczonym ospowymi czopami i w łapach jakże ogromnych, z poogryzanymi pazurami i oczywiście w skrzydłach. Pięknych, niesamowitych i ogromnych, bo w końcu kloca takiego unieść…

Ale potwór i księżniczka, to nie historia dla dziewczynek, więc klątwą Mopotkę obrzucono niczym łajnem i na taczce ją wywieziono, a Smok na to nic nie powiedział… i to było tak, że klątwa owa zadziałała od razu. I od dziś jak tylko mopujecie w kiblu podłogę, pomyślcie o niej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1540 (2)

Z cyklu przeczytane: „Inicjały zbrodni” – … eee nie. Oj wiem, ale nie. No nie. Po prostu.
Najpierw powinnam wytłumaczyć, że Królowa Kryminału to dla mnie bóstwo!!! A może i coś więcej. Wydawane w maleńkich, kieszonkowo słodkich rozmiarach, jej powieści były dla mnie wszystkim przez długi czas. Do dziś są czymś w rodzaju mitu. Podkładką dla najważniejszych wydarzeń mojego dorastania… magią. Nikt nie mógł dorównać temu napięciu i niesamowitym obrazom z niezbyt dawnych, a jednak zamierzchłych, innych, czarownych czasów. I on… Poirot.

Kocham go!!!

… więc dlaczego? Bo to nie jest Agatha Christie. To jakaś popłuczyna, siódma woda po kisielu, co to nawet nie widziała garnka, w którym go mieszano. Mamy tutaj Poirota, ale bez szarych komórek, odartego z elegancji, niby wtykającego francuskie słowa, a jednak… to nie on! I jeszcze ten upierdliwy młodzik! Żesz nie zdzierżyłam skurkowańca. Detektyw Catchpool – gość z traumą, który może byłby intrygującym dodatkiem w postaci mrocznego żniwiarza w innej opowieści, tutaj po prostu wkurza. Nie drażni, ale zwyczajnie prowokuje. Chce się wleźć w książkę i pierdolnąć go kamiennym, ciężkim i zbrojonym, chropowatym dzbankiem!

Nie.

Może gdyby to był zwyczajny kryminał, może… ech, chyba się oszukuję i tyle. Nie ma tutaj tego aromatu, nie ma smaku, nie ma dyskretnych elementów przeszłości, pisarki, co to przy garach mordowała najlepiej, co powtórnie wyszła za mąż, za młodszego!!! i świetnie się na wykopaliskach bawiła… nie ma.

Nie.

IMG_5785

Mgły…

Na Wyspie nawet jeżeli chodzi o mgły, to nie jest jak gdzie indziej… Bo tutaj mgła to tak naprawdę nadmierne myślenie, które się przydarza i ludziom i zwierzętom, i skałom i drzewom. Lekko ciężkawe nie ulatuje, nie zmienia się w chmury o fallicznych kształtach, ale raczej pozostaje w zasięgu człowieka, tego nienadmiernie wyrośniętego. Otula, nie rzostępuje się. Jest i jej nie ma. Wilgotna, ale i dziwnie chłodna zaledwie. Nie tak mroźna jak havgus, nie tak zmienna jak kłębiące się wyziewy. Ot mgła jesienna. Inny rodzaj rozporszenia światła, inny stan nieskupienia…

Wydaje się, że mgła otula i przytłacza wszystko, a jednak oddycha sie tak słodko i w końcu czuć się można jak w bezpiecznej bańce, której nikt i nic nie może przebić, ale która w rzeczywostości tylko chroni, nie izoluje od powietrza i zabawności. Taka mgła, Mgła Jesienna, nadchodzi, gdy ławki letnie powoli skręcają swoje oparcia i fotele, i udają się w miejsce Spoczynku Zimowego Siedzisk. Gdy liście w pewnym sensie już opadły, ale wciąż nie wszystkie, gdy ciemność sprawia, że nadmiernie śnimy i do końca nie jesteśmy pewni tego, czy się obudziliśmy, czy jednak nie… i co jest ważniejsze? Jajko w kurze, czy kura na jajku?

Mgły… tyle ich rodzajów ile sennych mar, nigdy się nie skraplających, zdolnych zawsze pozostawać w zasięgu tego, co się zakopał w pierzyny i śni… całkiem nieświadomy nadchodzących koszmarów. Całkiem niepewny tego, co będzie udziałem stnu pod zamkniętymi powiekami. Unoszących się, ale nie odfruwających, po prostu lekko mrożących promienie słoneczne, jakby nie chciały ich dopuścić do samej Wyspy, bo tej się akurat uwidziało, że bladość lica jest w modzie! I do tego ząbeczki z wystającymi kłami i co… halloweenować się można cały rok.

A na pewno dopóty dopóki się nie znudzi!!! Chociaż może Wyspie się nudzą rzeczy, sprawy i ludzie czasem bardzo szybko, to jednak daje się przecież każdemu nacieszyć tym, co dla niego najbardziej odpowiednie!
Serio!!!

IMG_0545

Zapuściłam się dzisiaj w miejsce całkowicie dla mnie przerażające i straszne i dech odbierające i męczące… nakładające klątwy od razu przy wrotach i odbierające najmilsze marzenia, gdy wydaje ci się, że jednak może nie zgubiłeś się w jego pokręconych, labiryntowych korytarzykach…

Czyli w sklepie byłam.

Takim większym wiecie. Nie żeby jakaś galeria, no bez przesady, większy sklep, to ogólnie mówiąc taki spożywczak no w typie Netto! Miejsce strasznych wydarzeń, krwiożerczych bestii i ogólnie mówiąc zerowych szczęśliwych zakończeń… przy kasie. No wiecie sami… chociaż. Nie no, miło tam jest. Ludzie się uśmiechają, ruch raczej znikomy, bo ino Tubylcy się kręcą pomiędzy koszykami, wystawami, wszelkimi tam szafkami, lodówkami, wieszakami, półeczkami i innymi cudamiwiankami. Co dowcipne, to bez urazy, ale tak jak u nas, to nie wiem czy jest i w innych miejscach. Jedne rzeczy przed kasą, inne sprawy za kasą, tutaj już nieśmiało zaglądają lekko świąteczne rozkosze, a tam znowu ino ciuchy. Buty machają z daleka porciaszkom, a pachniuchy pod paszki szczerzą się kolorowymi nakrętkami. Jakoś tak… no utopia. A na dodatek kasjerzy i sprzedawcy się uśmiechają, co człowieka zniewala od razu…

… a i tak mnie przeraża sklepowość. Ale jak trzeba to trzeba. Zagryzam wyobraźnię w przetrwalnikach i włażę. A raczej wdzieram się w ten dziwny świat promocji i takichtamowatości. Świat w którym już nie ma jakości, bo przecież i tak wszystko robią e same fabryki… serio, ale smutno się w takich miejscach szuka owych skarbów na krańcu tęczy, owych cudów w postaci butów siedmiomilowych, czy sadzonek tych róż, co je Śpiąca Kr. własnym paluchem krwistym spryskiwała… albo tych jabłuszek, no same wiecie których, tych kuszących kurcze, albo znowu krasnali wynajmu, tudzież tego speca, co za jednym własnej głowy odrośnięciem, się przydomowym potworem zająć może i ślicznie pazury mu potrafi spiłować…

No wiecie,
jaka wyspa,
takie i sklepy na niej,
takie ludności i zapotrzebowanie!!!

IMG_0622

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.