Pan Tealight i Jesiennie…

„We wszelkich przejawach i poziomach, ekspresjach i rozdziałach, wymiarach i szleństwach, w owych jesiennościach skupiała się liściowatość pojedynczych stron Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Ksiażki. Jakby nagle chciała wszystko w sobie rozdzielić, wszystko wymacać, przeprowadzić dziwnie niewrażliwą ekspansję do własnego wnętrza, może i remanent. Tylko komu złoić skórę za brakujące akapity, komu natrzeć uszu za pogięte rogi, komu tutaj zaraz wybatożyć skórę za literówki i byli wszelakie? Sobie samej? Oj nie, w końcu co jak co, ale ona chciała zawsze i wszędzie być damą. Może specyficzną, ale kurna damą!!! Przecież jesienność, nawet tak dziwnie mroczna i ciężka, nie może jej zmusić do ostrego zaintrygowania się BSDM. Do malowania paznokietków i maseczek kładzenia, do owych sukien i tak dalej też nie… ale jednak, istaniały pewne granice w jej postępowaniach…

A może nie?

Może chodziło o coś innego? Może tak naprawdę jesienność wzbogaciła Wiedźmę Wronę nie tylko o zwyczajowe nastroju bardziej wahania, nie tylko więcej błota na butach i poczucie zmiennej niepewności… ale też i coś więcej. Coś nieznajomego, a jednak nie do końca nieznanego i nowego… Nie, no nie chodzi znowu o te pejcze, kajdany i wszelako wykładane różowym futerkiem więzy i pętania. Raczej o jakąś ułomność, która się nagle w niej ujawniła, odkryła, odrzuciła liście wieloroczne, wypędziła pająki i dwa jeże, wiewriórki i rodzinkę bażantów i znowu.. zabiła.

Ale o co chodzi?

A może biega?

Albo pełza, li też zwyczajnie lata, tudzież jeździ wielce tam wypasioną bryką, albo rowerkiem, starym i rdzewiałym…

Wiedźma Wrona wpatrywała się w migoczące drzewko, które nocą wyrosło w lekko już usypiającym, niknącym na zimę, krzaku Rozpasanego Bluźnierczo Seksualnego Lubczyku. I tak naprawdę sama nie rozumiała co się z nią dzieje. Zresztą, tak było lepiej. Gdy strony zaczynały szeleścić nazbyt pojedynczo i głośno, gdy nagle ujawniały swoją obecność i ogrom ilości… lepiej było nie myśleć o tym wszystkim. Nawet więc nie spytała skąd to drzewko i dlaczego… Po prostu wpatrywała się w migoczące żółto-kremowe drobinki i zastanawiała się tylko, czy tych świetlików karmić nie będzie trzeba i co owe mikruski jedzą? A potem zamigotały trzy białe, śnieżnie białe i już wiedziała. Wiedziała na co czeka, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak to będzie…

Bo czasem lepiej nie wiedzieć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5982

Z cyklu przeczytane: „Józefina” – … oszołomiona. Naprawdę… Jestem oszołomiona, wstrząśnięta, ale nie zmieszana nadmiernym ekshibicjonizmem, raczej zauroczona sposobem narracji, ową elegancją. Nadzwyczajnie zaskoczona sposobem w jaki autorka przedstawiła naszą bohaterkę. Przyszłą cesarzową…

Na razie Różę.

Oto i jest ona. Ma w sobie tylko pragnienie i swoją już powoli blaknącą dziecinność. Tak bardzo niewinna, nacechowana światem, w którym się wychowuje, nie wierzy w przepowiednię o koronie… a może jednak wierzy? Gdy w końcu przychodzi jej opuścić dom rodzinny, wciąż ma w sobie słodką naiwność, która oczywiście prędko zderza się z brzydką, cuchnącą i marną dorosłością.

Oto jest prywatny, osobisty portret spisany ręką dziecka, młodej dziewczyny, wczesnej kobiecości. Oszukanej, zbrukanej, nie rozumiejącej… ale uczącej się. Wciąż wzbogacającej się otaczającymi ją madrościami. Kobiecości, która odziewa się w końcu w grubszą skórę. Tak naprawdę pozbawiona przyjaciół i podstawowej wiedzy nasza bohaterka dość późno zderza się z codziennością dorosłych. Ale wzrasta i rozwija się, a wraz z tym kończy się pewien, nadzwyczaj istotny okres życia Francji.

Niesamowita, wciągająca, powalająca opowieść. Na początku wydaje się być niczym, by już po kilku stronach wciągnąć nas i chociaż wiemy, bo przecież wiemy jak to wszystko się skończy, to jednak łykamy, chłoniemy całą hostorię spisaną w formie nie do końca pamiętnika, całym ciałem, sercem i duszą. Naprawdę niesamowita. Miejscami parna, jak Martynika, kolorowa i pełna smaków, by potem zmienić się w brudną, dziwnie okrutną Francję. Jakże nazbyt naturalistyczną opowieść, jakże… odstręczającą, gdy ma się takie geograficzne porównanie. CUDO!!! Po prostu. Niesamowita podróż w taką niezbyt odległą chronologicznie przestrzeń. Cudowne zderzenie się z inną mentalnością, z inną kobiecością… z jednej strony naiwną i rozmemłaną, z drugiej, szybko uczącą się, że jest czymś, czymś wartym walki o…

IMG_5780 (2)

Jesienność w tym roku może i trochę ciemna, ale niesamowita…

Jakoś tak tutaj to zapowiedź odrodzenia i prawdziwości. Dyskretne przypomneinie o tym, że każdy jest prawdziwy gdzieś tam pod zielonościami, no i zwyczajnie jakoś tak owa prawdziwość w końcu z każdego wylizie. Dlatego, nie ma co się wciąż stroić i plastycznie upodabniać do Kena i Barbie, bo ty zawsze wyliziesz z samego siebie. Jakkolwiek byś się nie dokształcał, malował i pacykował, jak masz słomę w butach – do dziś nie do końca wiem co z tą słomą – to i ona cię będzie dzień w dzień smerać w piętki!!! Znaczy nie chodzi o bycie wieśniakiem, wiecie to Mniejszy Kraniec Świata, tutaj właściwie wszyscy są innomiastowi… Bo z jednej strony żadna tam wiocha, chociaż i ekologicznie wiadomo z pola często jedzie kupeczką, ale też z widłami nikt nikogo nie gania, kury na wolności ni kankana ni poloneza nie drapią, ale jeśli chodzi o bażanty, to wystarczy łapę wyciągnąć, poleżeć trochę w sytuacji całorocznie polno-ogrodowej, czysto sprzyjającej i, już macie coś na obiadek i do wypchania poduszeczek!!! Może i ci sprytniejsi wiedzą, kiedy zbierać wodorosty, coby mieć coś tłustego do wsadzenia do pieca, ale jednak… co to za wioskowatość. Nosz przecież to ino ekologia. Może ekologia to obecnie synonim wieśniakowatości? Ech… pierun wie co ten świat obecnie po stronie wysublimowanego dobra i nie mniej obraźliwego zła umieścił.

No nie mamy wielkich miastowości na Wyspie, ale wiecie, jaki rozmiar terenu takie i mieastowości. Tak serio, to w owej jesienności nic nie ma znaczenia poza tymi listeczkami, kasztankami i ptaszkami dobierającymi się do karmnika. Leniwce jedne. Kurcze myślałby człowiek, że one też wolą być ekologiczne, ale widać nie! Na krzaczkach tam przecież wciąż jeszcze co nieco wisi piórkowce!!! A nie łaska biegać za ostatnimi kuleczkami słodkiej czerwieni? Nie!!! Wy sobie wolicie piórka na moich dachóweczkach ostrzyć, potem w słoneczku krótkim, niskim się powygrzewać i przygotowane kuleczki w driveinowym feederze dziobać, co nie? Ech! Lenistwo no… ale co im się dziwić. Przecież o to chodzi w naturze, żeby przy jedzeniu tracić jak najmniej energii, co nie? No wszystkim chodzi o to, by jak najmniej się narobić…

A u nas niezależnie czy miasto to, czy jednak osada, a może zwyczajowy gaard, niegdyś sam w sobie będącym niewielkim państwem… wszyscy karmią ptaszka. Znaczy no wiecie, wszystkie karmią, co nie? Ekhm!!!

IMG_7193 (2)

Jeżeli ptaszki wiedzą, jak się nie narobić, to chyba w końcu czas brać z nich przykład. A co… w końcu jesień mamy. Czas odzierania się z dziwacznych przyzwyczajeń i narzuconych nam barw!!! Oj tak!!!

Oto i atakuje nas naturalność.

Wszyscy pozbawienie w końcu parcia na totalne bycie modelką najchudszą, my, te w końcu rozgrzeszone przez szersze ciepłe bluzy i koszule, swetry, płaszcze i szale, możemy po prostu być sobą. Sobą w wałeczkach, albo sobą w owych innych niepewnościach cielesnych. Tak serio, to co to kogo obchodzi, te ciała, tłuszcze, mięśnie i inne tam otoczenia wnętrzności… worki, jakbyśmy nagle padły martwe, to ptaszki by się nami zajęły nie bacząc na to, co nie? Jakieś to pocieszające, oj wcale nie jestem AŻ TAK sarkastyczna… że zawsze znajdzie się ktoś, kogo nasza cielesność zainteresuje. Widzicie, tacy padlinożercy to nie wybrzydzają. Czy ubrana w sweter z sieciówki, czy lumpeksu, czy jakiegoś tam innego Armaniego, smakuje cielsko darmowe tak samo!!! Znaczy tylko przez te ciuchy się pazury i dzioby przedrzeć muszą!!! Pewno, że aż dusi mnie i odpowietrza, coby rzec, że Lecter tez by może aż tak nie cmokał z niezadowoleniem, ale jesteśmy przy ptaszkach… i wcale się nam ptaszki jednoznacznie nie kojarzą!!!

Nie? Chyba nie?

Ale o czym to ja miałam? Aaaa… jesienność w tym roku uboga w świateło. Liściejów nadmiar na ziemi już leży, a kolorowatości wyleźć nie chcą!!! Ech! Może zima za to będzie ciężka, śnieżna i zajebiście puchata? A może jeszcze, przecież jesień wciąż trwa, coś się odmieni i zaszaleje w kolorwach, kształtach filuternych i innych tam odgłosach szlestności? Bo mi się ckni za szalonymi kolorowościami. Jakoś tak, za pierwotnym szuraniem w liściach, za bukietami niepotrzebnymi całkiem i tymi innymi tam fascynacjami okryciem tych, co stają się nadzy…

Czy zbieranie liście to nie jakaś odmiana tęsknoty za ekshibiconizmem? Bo widzicie drzewom wolno, a ludzie jakoś za BARDZO CYWILIZOWANI by nago latać… chociaż im tego się chce, tego brakuje… Cywilizacje. Ech! Ostatnio najgorsze grzechy się tłumaczy tymi słowami: no weź no, nie bądź taka niecywilizowana-prostacka-wieśniacka… taka moda, wszyscy tak robią…

Może trzeba polatać na golasa w liściach? Ku przestrodze? Ku pierwotności zwyczajnej i najmądrzejszej?

IMG_2970 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.