Pan Tealight i Cała Moc Bóstwów…

„Na Wyspie każde okno, to mały ołtarzyk.

Chociażby najmniejsze, kuchenne zwykle tak ciepłe, to od łazienki, czy nawet dobudówki. To pokojowe, dziwnie ruchome i wielkie, no i sypialniane… śniące nawet wtedy, gdy słońce go męczy… W owych otwartych oczach, pozbawionych zwykle firanek, z dziwnie duchowymi rzęsami i brwiami, a jednak jakże nie mrugających, zawsze wpatrzonych, zawsze obserwujących, zawsze nazbyt widzących, odbijających inny świat… chociaż czasem nadmiernie łzawiących… Na tych lekko czasem zagubionych parapetach, pomiędzy framugami, pomiędzy ramami i wspomnieniami, nadzieją na to, że pogoda pozwoli zostać w środku… siedzą sobie świętości. Wszelakie i różnorakie. Jakby ktoś im powiedział, że adyskryminowalni wyznajemy wszystkich i wszystko, więc najzwyczajniej w świecie szukają roboty, leżą i stoją, wiszą i lśnią…

Pomiędzy zagubionymi kawałkami wodnych drewienek, pomiędzy kamiennymi cudami z zapomnianych świątyń, krzemiennymi kuleczkami, kolorowymi otoczakami, kawałkami kwarcu i granitu, lekko zmurszałymi dziwactwami z magmy i miki, narzędziami z zaprzeszłości, kamieniami z dziurką, przez które tylko kurz spogląda, patyczkiem w dziwnie fallicznym wyobrażalnie kształcie, gdzieś poza mchem, ale obok dziwnie wielkiej szyszki… są zawsze one.

Bóstwa.

Cała ich moc.

Moc dziwna, niespójna, a jednocześnie tak podskakująco radosna, tak niesamowicie wycieńczona, beznadziejnie wypluta z nadziei… aż dostała się tutaj, tak bardzo spragniona człowieka, który byłby jej naczyniem. Swojego własnego awatara, ludzkiego nośnika, lekkiego odbicia w codzienności. Gotowa dać tak wiele, jeśli nie wszystko, to ponad wszystko! Bo przecież może. Bo przecież bez wyznawcy nie ma bóstwa, a te małe, ruchome ołtarzyki, dzięki szybom odnbijające się w tych, któzy tu mieszkają, ale i w tych, którzy przechodzą i zagapiają się na chwilę, i chociaż wiedzą, ze to takie niegrzeczne, to jednak patrzą i gubią krok i mamroczą nagle litanie z dziecięcych paciorków, owe zdrowaśki i ojczenaszki, te matczynych i babcinych słów odbicia noszone w sobie nagle z nich wychodzą, po latach i półwieczach… a może i dłuższych okresach, znowu wybrzmiewają. I poruszają się usta i nagle pojawia się atawistyczne pragnienie…

… wierzyć, być uwierzonym…

To im się codziennie składa ofiary… z owych knotów i parafin, z wosków i aromatów. Ze światełek i zapałkowych dymków, z duchowości i cielesności. Z kolejnych przytarganych liści, kwiatów i kasztanów, jabłek, gruszek i dziwnie pokręconych, nie mających nigdy dojrzeć fig… Z żołędzi i płatków ostatnich jesiennych kwiatów. Stoją tutaj na ołtarzykach, dumnie się prężą w ręcznie wyklejanych i zdobionych malutkich doniczkach i wazach, w miseczkach niewielkich, ociupinkach i orzeszkach, łuskach i wazonikach… byle tylko nie gniły i nie suszyły się nadto.

By dawały życie…

Ofiary…

Ze słów i spojrzeń. Z oczekiwań na ukochanych, którzy przecież wyszli rano z dom z naszym pozdrowieniam i zaklęciem mającym ich przywrócić nam wieczorem z powrotem, z owym pocałunkiem i dotykiem, z ciepłotą łóżka i zapachem nas samych… by cali wrócili, tacy jak byli, ni lepsi ni gorsi, ot znajomi nam tylko… albo z owych wstydliwie i niemożebnie lękliwych mrugnięć zza węgła, czyż to nie owa znienawidzona ciotka znowu się do nas ukradkiem i powoli skrada, czy jej wkredny kundel ponownie i nazbyt obficie nie obsikuje nam drzewka?

A bóstwa? One się cieszą. Bo mimo niewiary… ktoś w nie wierzy. Może i na siłę, może i całkiem przypadkowo, ale nie ważne to… wierzy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8737

Mokrość nad mokrościami i wszystko jest mokrość na Wyspie.

Nie narzekam, po prostu taki fakt… gdy reszta świata krząta się wokół fali ciepełka u nas pada w końcu. Pada i wilgotnieje. A może i nie pada, ale wszystko nagle zdaje się wydzielać i pobierać wodę w jednym czasie. Jakby umorusane wciąż jeszcze letnim potem, wszystko się chłodzi i oczyszcza. Oj pewno, że wolałabym więcej słonka, bo światło do zdjęć mi niezbędne, ale obserwowanie owych dziwnych szarości i kolorowatości nasyconych wilgotnością, zaskakuje. A już szczególnie ta zieleń. Bo widzicie te listki, które się załapały na słonko, to zrzuciły z siebie chlorofilność i ukazały swoje kolory. Ech! Nauka. Człek się nagle dowiaduje, że liście to zawsze są kolorowe, ale po prostu, gdy zieleń potrzebna, to zieleń panuje, a gdy nie jest tak potrzebna, to odchodzi – Kali zrobił swoje i Kali może odejść, czy coś w ten deseń, całkiem niepoprawne politycznie w tej niepoprawnej codzienności… Ekhm no i.. dziwnie jest. Bo te liście co się załapały na słonko, pożółkły, sczerwieniły się i skarminiły, no i opadły. A cała reszta wciąż w zieleni!!! I wisi. Taka dziwnie zagubiona, lekko zastraszona i zdziwiona. Jakby spóźniły się na swój statek, a jednak na bileciku wciąż widnieje data, która zaskakująco nie zgadza się z tą na zegarze nad nimi.

A jednak, cóż zrobić.

Na gałęziach w połowie pustych, w połowie zielonych koczują wrony. I inne tam ptaszunie moje kochane. Wciąż jeszcze rzucają się orzechami, wciąż jeszcze wybijają pazurami rytmy piekielne na moim dachu… ale nic to. Bo jesień w powietrzu cudownie człowiekowi robi. Jakoś tak lżej nagle na duszy i sercu, a może i nawet i na żołądku, jakoś tak dosadniej w myślach nieuczesanych i frywolnie rozwalonych na otomanie w tym szlafroczku, co kurna nic nie okrywa, a za to rozkrywa no więcej niż wszystko. Sekcja zwłok więcej by nie ujawniła, wierzcie mi, albo nie. Fale się rozbijają za oknem, kurcze… no raj cholera jasna, no raj! Aż człowiek się boi, że się obudzi i wszystko pyknie jak ta mydlana bańka, oczyska zaleje piekącym płynem…

… i się rozmyje mój cud i zniknie… i się zełzawi.

IMG_3449 (3)

Jakoś tak…

Jakoś tak, często łapię się na tym, na owym strachu dziwnym, paraliżującym, przerażeniu zniewalającym, obawie, że się obudzę. Widzicie… gdy człowiek od urodzenia nosi w sobie potrzebę swojego miejsca, owego Domu Prawdziwego, owego poczucia oddychania tym czymś, co czyni myślącym, dobrym i naprawdę żywym… Gdy właściwie od zawsze go poszukuje, i gdy wcześniejsze nadzieje krzyczące: iż może to w końcu to… też omdlewają, i wszystko to sprawia, że gdy w końcu mityczne owo miejsce znajduje, wątpi w nie, w swoje osiągniecie… Po prostu coś się w nim łamie, coś krzyczy, że nie mógł, nie mógł, nie mógł tak po prostu dopiąć swego… Bo przecież, jeżeli to był sens życia, to teraz go nie ma, czyż nie? Dopóty, dopóki oczywiście nie znajdzie się nowego sensu. Sensu w życiu w miejscu, które jest DOMEM.

Ale przecież jeszcze nie skończyłam. Tak naprawdę do końca jeszcze nie nauczyłam się kochać Wyspy. Bo z miłością wiecie jest tak, że jej się człowiek uczy. Gdy owo uderzenie obuchem dech odbierające, te pioruny i wybuchy inne, nagłe napięcia skoki i ogólna miłość dla owych najdurniejszych przemija, gdy w końcu siły owego uczucia nagłego omdlewają porażone swoją własną, zaskakującą nawet je siłą, gdy w końcu przestaje się kroczyć po niebie, po chmurkach i innych tam pierzastościach miękkich nieuczulających… Gdy jakoś tak człowiek przystaje na ziemi na chwilę, tak myślał, że to ino chwila ma być, a jednak, jakoś się tak kuli i zostaje… zaczyna się uczyć miłości. Bo przecież chemiczne szaleństwa naszej cielesności w końcu przywykną do codzienności i trzeba będzie żyć z tym wszystkim nowym, powoli już mało nowym…

Bo widzicie… ludzie są zdolni do kochania. Do kochania ludzi i zwierzaków, albo i używek wszelakich, ale i do kochania ziemi. Skały i gleby, drzewek i krzaczków, durnych wzgórków i pagórków, a nawet i depresji. Jeżeli w to nie wierzycie, oznacza to tylko i wyłącznie, że jeszcze nie znaleźliście swojego kawałka ziemi. Albo nie dorośliście do owego wiekuistego spętania. Może to i lepiej…

IMG_5448 (4)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.