Pan Tealight i Jarzębinowy Odpał…

„Są.

Pomiędzy zielonkawo-słonecznymi, nakrapianymi gwiezdnym blaskiem, wąskich skudlonych, krętych czasem liści wyzierają one. Ot wiecie, jagódki. Jagódki w tej czerwieni, co łudzi, że jest cegłą, lub dachówką. Czerwieni krwi bardzo świeżutkiej, dziwnie gorącej wciąż, jakby otwarte żyły wciąż jeszcze nie odczuwały bólu, jakby wciąż jeszcze nie dotarło do nich, że ktoś je otworzył, wtargnął w ich szum. Zbeszcześcił owe zamknięte, podskórne, śpiewające, szemrzące dla wewnętrznych organów potoki, a może uświęcił po raz pierwszy? Rozkuł z kajdanów? Może tak naprawdę dopiero teraz zacznie się dla nich życie? A może tylko przygoda?

Świat dookoła nanizał sobie na sznurek korale i pyszni się bielą swej łabędziej szyjki. Ach! Jakimżem piękny i zgrabny, jaki ze mnie naj naj naj świat jest! Bezimienny może, ale przecież niesamowity! Tylko co to za nowe uniesienie ma pod skórą, cóż za dziwne łachotanie pod jesienną już warstwą traw i liści… nie wiedział. Nie wiedział jak co roku, bo tak musiało być po prostu…

Pysznią się jarzębinki na gałęziach. Jedne w grupach, inne znowu samotnie, tamte do dopiero związały się w niezłe stadko, a te, podobno z jednego plemienia, ale dziwnie autonomiczne? Jedne okrywają się wstydliwie listkami, inne mają krętę, świnkowe ogonki, ale nic to… wszystkie mają jedno pragnienie. Od zawsze i na zawsze, wypełnić swoje empiryczne przeznaczenie! Do końca. Dobrze znają swoje obowiązki. A jednak, rumienią się tak dziwnie jednakowo, jakby były pewne tego, że po prostu im się uda, że zwyczajnie, w taką pogodę, obdarzone ostatnimi, późnoletnimi nasłonecznieniami, zmęczone parną lepkością i dobrze napojone tygodniem nocnych deszczów… są pewne pójścia do jarzębinowego nieba. Tylko jedno musi się stać, tylko jedno musi się wydarzyć, owo jedno dzieli je od wieczności i odrodzenia… ludzka dłoń.

Ludzka dłoń zbliża się i maca. Głaszcze i pieści, a one się cieszą, uśmiechają owymi gwiazdkowatymi zakończeniami. Niby mikroskopijne jabłuszka, w których ktoś wytępił owłosienie tamtych okolic. Niby obietnice i grzechu i wybawienia zarazem, a tak naprawdę haj i ochrona na zimowe ciemności. Maleńkie, wesołe, krwiste światełka, które zapewnią ochronę, jeśli tylko dasz się im przekonać, odpowiesz na zagadkę i uwierzysz… a może tylko pozwolisz, by garść kuleczek poszła za tobą, do domu?

Prawda jest taka, że już samo powietrze wokół jarzębinek nabiera dziwnej mocy, wcale nie przerobowej… tej zwodniczej raczej, procentowej, owej, co to nagle daje nam kopa w bebechy i zmusza do olania spraw, do uśmiechu, a nawet potępieńczego rechotu, do skakania, chociaż cycki o czółko uderzają. Nagle tańczysz i wiesz, że jest to normalne, nagle śpiewasz i chociaż zdajesz sobie sprawę z tego, że fałszujesz, to jednak wcale a wcale nie wydaje ci się to szkodliwe, a co tam szyby, się naprawi… a ten czas zdarza się przecież raz do roku…

Mawiają, że Jarzębinowy Odlot był darem od Śniących Bogów dla pewnej niezbyt młodej damy, której ofiarowano tylko strach. Bogowie poczuli się marnie z powodu przeznaczenia, jakie jej narzucili i postanowili to, po pijaku oczywiście, schlali się na smutno, zmienić. Dlatego ofiarowali jej korale. Ale dziewczyna w wieku średnim spojrzała tylko na nie, leżące na zmrożonym śniegu niczym krople krwi z zamrożonego mamuta, któremu nagle się w zamrożeniu kichnęło nie z tej dziurki, znaczy wiecie z dziurki od grota… i tyle. Sięgnęła po nie, tak po prostu, zadziwiona. Podniosła je, zaskoczona, że nie przywarły do podłoża i zabrała je do domu… Do wiosny coś się stało ze sznurkiem spinającym koraliki i rozsypały się po ogrodzie. Wyrosły z nich oczywiście jarzębinki, ale poprzez boską interwencję obdarzone dziwacznością taką, co to nie do końca wymaga procentów, aczkolwiek i z procentami są super…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Taniec śmierci” – … bo tańczy. Bo ona tańczy, w końcu jest oną nią. Więc sobie tańczy z kosą tą swą? Ekhm… no tak mi się jakoś rymuje no!!! Po prostu tak dziwnie, po tym cyklu człowiek ma inny stosunek do umierania, albo raczej nieumierania?

Oto tom o namiętności. O decyzjach, podejmowaniu ich i życiu z tymi podjętymi… czyli ogólnie mówiąc: seks, krew i nadmiar sierści między zębami, oraz pewne zlecenie. Oj maleńkie, aczkolwiek suma zawrotna, dla tego kto zabić zdoła niesamowitą, a i zawsze na to gotową, Anitę Blake!

W tym tomie odnajdziecie znajomą, a jednak jakże inną nekromantkę i ostrzegam, wcale się wam owa inność nie musi spodobać!!! Bo Anita w końcu podejmuje wybór, w końcu, po owych miesiącach ganiania pomiędzy wampirem a wilkołakiem… decyduje się na coś. Ale nie tylko serce wybiera, bo i umysł też. Egzekutorka w końcu staje się też nekromantką, a moc rośnie…

Kolejny tom, jak zwykle futro lata, kły szczękają, ale… tym razem ponad zwrotami akcji są wybory jej i ich. Bo przecież nawet jeżeli świat się wokół niek kręci, to oni też mają swoje demony, a dokładniej chyba bestie? Oto nadszedł czas na podjęcie kilku decyzji, na prawdziwe stanie się Ulfrykiem i lupą… i oczywiście na wampirze sztuczki, bo nowy Mistrz Miasta też się ujawnia… Oto od dziś gramy w otwarte karty, ale pamiętajcie, z tym też trzeba będzie żyć… więc stay tuned!!!

Słońce wróciło. I ciepło.

Może nie zaskakujące, dominujące, ale ciepło wróciło. Dziwnie niskie, dziwnie ciężkie, jesienne takie, pachnące liśćmi i jabłkami. W wodzie tylko desperaci starają się brodzić. Jakoś tak po zimnej nocy skwapliwie unikają moczenia. Liczba namiotów zmalała jedynie do tych, najbardziej wytrwanych wielbicieli zieleni. Ale spokojnie, znajdziecie jeszcze na polach jakieś samochody. Bo przecież turyści są, ale wolą już domki i pokoje, w których można się schować i z bezpiecznej, wygodnej suchości podziwiać wschodzące i zachodzące słońce, sącząc na balkonie piwo wdychać inność Wyspy.

A Wyspa? Pierun wie co robi… ale ma w zwyczaju raczej nie zdradzać zasłyszanych ploteczek i wydobytych z innych wiadomości. Widać taki egoistyczny jest i jak najbardziej go rozumiem. Bo świat dookoła tak naprawdę musi wiedzieć niewiele. A już nie na pewno o tym, co całkiem mu do oddychania niepotrzebne jest. Nie oszukujmy się, czyż rozmiar tyłka jakiegoś celebryty sprowadzi nam chleb na ziemię? I to chleb, od którego nic nikogo wzdymać nie będzie? I masło ze zwykłej krowy, a nie mutanta roślinnego… albo czegoś, co nawet chemik wytrawny nie jest w stanie opisać…

Wiecie co, ale dobrze jest. Ludzie robiąc zdjęcia jedzenia z knajpek, a ja biorę fotkę i znajduję wszystkie produkty na półkach sklepowych. A co! Zero inwencji. Może i wszystko potrzebuje gościa od „it’s fucking raw”? By sobie uświadomić, że żyjemy w jakimś popierdoleństwie? No serio… bo wychodzi na to, że teraz nie ma twórców, nawet kucharzy, a tylko mistrzowie wkładania garów do zmywarek, oraz ci, co potrafią otwierać opakowania jednym machnięciem scyzoryka. I to się nazywa sztuka, nawet tuaj… sztuka kulinarna. Ale za to jakie ceny!

Myślę, że z chęcią bym sobie pozrzędziła, ale jaki to ma sens? Ludzie ludzi traktują jak śmieci, ale bądź pieskiem, czy kotkiem i od razu będzie lepiej. Usz taka niereformowalna jestem, czyż nie? Płody do przodu, a co z żyjącymi? Co z dorosłymi, oraz tymi, którzy chcieliby godnie dotrwać do końca? Co z nami? Kolejne numerki na żółtyk, plastikowych karteczkach. Dla ubawu teraz mamy i żółte i niebieskie, ot takie tam dowody osobiste. Jeden do okazania tutaj, a drugi, no cóż, na owe zagramanice. Czyli dla innych… I po co to komu, w tak ekologicznym światopoglądzie?

Mniejsza… wiadomo, człek za głupi na te wynalazki i widać sensu w nich nie widzi. Ale może gdyby się w reklamach wyedukował, wiedziałby więcej? Nosz sama sobie winną jestem, bo nie mam telewizji! I nie tęsknię za suką!

Na Wyspie wszystko ostatnio kręci się wokół świnek i żubrynek. Te ostatnie podobo wygenerowały 80 tysięcy turystów więcej w tym roku. Nie wiem w jaki sposób i nie mam pojęcia jak to wyliczono. Czy pytano przy promie: czy pan do żubrów? A może jakieś pikacze wmontowali przybywającym? A może to jednak magia? Bo stworzonka wolno i godnie, płodząc się szalenie, kroczą sobie wolne po lasach… i zobaczenie ich wymaga umiejętności i rozwagi. Sorry, jak nabroisz to zwyczajnie zrobi ci pan Żuber kuku, bo tak. Tak się powinno robić, jak atakują… broń się. A świnki? No świnki przesrane mają. Jechały sobie ciężarówką, niedogodnie, przeładowanie, do Polski sobie jechały i co… i nie dojechały. Się okazało, że napakowano ich tam tyle, że już żadne normy tego nie obejmują. I tak za ściśnięte świnki kierowcy 11 tysięcy kary, a temu co firmę miał 25! A co!!! Fajne mamy mandaty Wam powiem. Bardzo skutecznie oduczają łamania prawa, ale nie oszukujmy się… tylko tych skąpych, no i biednych.

Usz te wyspiarskie rozrywki, a ryb to nie ma komu łowić!!! Ale może jak foki się utuczą, przejdziemy na polarne misie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.