Pan Tealight i Niebiańskie Homunkulusy…

„Właściwie, to Chochel myślał, że to będzie taki gołąbek, co nie? No wiecie, potrawa w liściu, z intrygującym nadzieniem… albo może takie tam ciasteczko z zaskakującym środeczkiem i powalającym finiszem? Polewką, posypką i może jeszcz ekruszonką i lukierem może… albo takimi finezyjnymi cudami, co to nie wiadomo jak je robią, a smakują jak… radość w cukrze. Nic na to nie mógł poradzić chochlik pisarski stopnia najniższego, że głodny był po tych truchtach w strugach deszczu, zdyszany, mokry, spocony i zdeszczony… ogólnie skapcaniały, markotny i szczególnie silnie podenerwowany… a ona leciała z powrotem. On już widział owe obiecujące czerwoności ceglane dachu Chatki Wiedźmy, już czuł sok w lodówce, cierpki może, ale odświeżający i prysznica chłodek i miękkość dziwną podłogi chociaż… a ona leciała z powrotem? Co robiła? Zwariowała? Nie, no to już się zdarzyło, więc…

Tylko Wiedźma Wrona Pożarta zauważyła upojoną lotem i deszczową rosą jaskółkę, co wiosny nie uczyniła, ale która w totalnym upojeniu przypierniczyła w białą ciężaróweczkę. A widziała ją oczywista przez obiektyw, jak zwykle lepiej. A jak zobaczyła ów opadający nieorła lot, to oczywiście najpierw ją zamurowało, a potem zaczęła działać… w mało sporawym liściu zerwanym przy drodze przytargała z życia narażeniem, ciepłe wciąż ciało. Nie czując kpiących uśmieszków tworów szczególnych, mniej lub bardziej, zaczęła myśleć, aż iskrzyło. Co miała zrobić? Jeżeli umiera, to dobić? A może nie umiera… ale jeżeli umiera, to przecież… co zrobić ze śmiercią, do kogo przyszyć tego ducha, komu za koszulę wrzucić odpowiedzialność?

I potoczyły się łzy wiedźmie, słone, zmieszane z kremem do twarzy, deszczem, potem i siuśkami psotnych cherubinków – znowu widać obcięli w niebiosach dotacje na dopieluszenie fruwaczy – i opadły na dziwnie granatowe i brzoskwiniowe piórka. I otworzyły się czarne, przerażone oczęta… i mimo, że stuknięta dwoma samochodami, to jednak jaskółka ożyła. I wzleciała, nie podziękowała, po prostu umknęła z dziwnych niewielkich, spoconych dłoni.

Od wiedźmiego, siąpiącego nosa…

A wiecie, że wszystko zaczęły Niebiańskie Homunkulusy? Bo wiecie, chmurznie jest ostatnio na Wyspie. Ale chmurznie nie oznacza, że to co widzicie w górze, to jest ino puchate coś. Jakieś takie cudne takie, niby wata cukrowa, niby puchate te dmuchane marynarzyki pianki, no wiecie, co je smażyli w „Ghost Bustersach”! Ale nie u nas zamiast cumulusów… znaczy tam tych chmurków, to są homunkulusy. Bo przecież po co się ma przestrzeń marnować. A i to różne są różniste, z wyraziście zaznaczonymi elemntami płciowymi, niegrzeczne, wypięte i zaokrąglane w specyficznych miejscach. Jakby się jakiemuś niebnemu magowi słoiki z pomocnikami potłukły. I one wiecie, takie naguśkie z nich wyleciały, rozlały się i rozbiegły i od razu do żarcia się zabrały i rosnąć oczywiście zaczęły… a jak zaczęły, to nie mogły tego zatrzymać, to w końcu nie „Alicja po drugiej stronie lustra” i ciasteczek nie było, więc… wypchnięto je na niebo. Ot by se żyły tam. Wielkie, ogormne i cudacznie świntuszne…

No i im robiła Wiedźma Wrona zdjęcia. Pogaduchy też uskuteczniała, nagle jakiś plan miała, nagle coś ją w nich zafascynowała, a nie jak wszystko po prostu sprzeraziło… i dlatego zauważyła ową jaskółkę… i dlatego płakała…

A może wszystko to sprawka nadmiernej czytliwości opowieści o zimbiach i zombich? A może teraz Zombiskółka nocą się pod oknem kołacze, może i chociaż skórka się jej łuszczy powoli, to wciąż wie kogo mózgu chce sobie uszczknąć? Ekhm. Może jednak Chochel nie zdecyduje się na ten obiad. Podobno głodówka nie jest taka zła. A i gołąbki… ech, jak je zrobić bez utensyliów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa Tutanchamona” – … i nie żyją. I on i ona, a nawet ten, który tam był, ale go nie było… Jednak prawda to, czy ino złudzenie? Czy klątwa istaniała? A może tak naprawdę wciąż istnieje karmiąc się dziwną chciwością współczesnych i dziwnym postrzeganiem świata? A może tak naprawdę nigdy jej nie było? Może nic nie jest prawdziwe? Albo…

Joyce Tyldesley mierzy się z tematem „oklepanym”, uznawanym w egiptologicnzym świecie za ten „celebrycki”, za ten, którym się nikt zajmować nie powinien, jeżeli pragnie być prawdziwie naukowcem. A jednak ona postanawia się z nim zmierzyć. Jednak tym razem nie jest to tylko opowieść o faraonie i Egipcie, ale przede wszystkim o tym jak współcześni, nasz świat, zareagował na odkrycie jego tajemnicy. Opowieść o dziwnych mechanizmach, które wprawiła w ruch złota maska i o ich następstwach. Bo odkrycie owego grobu, dziwnie w miarę całego, tak naprawdę rozbudziło w tak wielu wiarę w coś… neinamacalnego. Wiarę w dorosłą baśniowość. Zrodziło mity i legendy, pobudziło opowieści…

Autorkę poznałam uuu… wieki temu, jeszcze buszując w jej oryginalnych dziełach. Zakochana byłam w tym jej sposobie pisania, w owej łatwości docierania do czytelnika. Owej cudownej mocy łączenia faktów, bycia wciąż naukowcem, a jednak… też umiejętności docierania do odbiorcy. Po prostu. Zwyczajnie. Jest w niej owa miłość, ukochanie tego, co się robi, owa elektryzująca pasja, ale też i naukowość.

A Klątwa? Cóż, oto macie fakty i dywagacje… sami podejmijcie zdanie. A nawet jeśli nie klątwa, to poczytajcie o młodym władcy, który… może byłby jednym z największych swych czasów… gdyby nie to, że tak naprawdę odkryto go dopiero…

… po śmierci.

Aaaaa… Człowiek zna takich fajnych człowieków. Najpierw mój Boski Elfu, a teraz Dwie Barw Dwu Siostry

No kochają mnie, czy co? DZIĘKUJĘ!!!

Wietrznie nadal.

Po wielce tajemnym trzęsieniu, Wyspę chłoszczą dziwne burze i podkątne, walące, ociężałe ulewy. W ciągu chwili wszystko płynie i płacze, łka wrzeszczy i drze szaty – najczęściej i tak marnej jakości. Ryk rozdziera ciszę, a potem nagle wszystko cichnie. Wydawałoby się, że wszędzie powinny być kałuże, ogólnie mówiąc nagłe potoki, strumienie i wyrzygiwania, ale nie. Poza wybitą kanalizacją, cudnie zwaną tutaj po prostu… kloaką!!! to nie. Wszystko wysycha. Dziwnie nagle, wprost za zmrużeniem oka, znika. Przed chwilą za oknem kuchni roztwarły się wrota do źródeł Mississippi, a teraz znów czarniawa, a nie… już szarawa droga. Nawet błotko nie pozostało, ani szkielety Utopców zdają się być całkiem nieistniejące, więc… ale jak to?

Świat albo tak szybko pije, albo… albo to wszystko to złudzenie. Ale w takim razie, czy owe wynaturzone grzmoty też mi się przewidziały? Nie zrozumcie mnie źle, w życiu człek przeżył ileś tam burz, ale do czas przeprowadzki… szybko się nauczył, iż tutaj burz nie ma. Ot od czasu do czasu coś tam zagrzmi, ale to pewno znowu wojskowe manewry. A w tym roku, jakoś tak po prostu codziennie, no od tygodnia, się coś przewala. Nie wiem, czy tam na górze grają w kręgle, czy też raczej robią jakiś remont? I co z tymi światłami? No błyska się, jakby po prostu mieli zbyt wiele na plusie i postanowili zużyć więcej, coby na podatkach zaoszczędzić. Tylko, czy owa tajemna Góra w ogóle ma podatki? Ech, co ja tam mówię… wszyscy mają podatki!

Nie oszukujmy się!!!

No przecież to zło jest dla wszystkich. Chyba nikomu nie udało się umknąć Panience od Poatkowej Zdzirowatości? A może?

Po ulicach szlajają się dziwne stwory. Jakieś takie błyszczące, zakutane, czasem z ino dziwnie białymi nóżkami wyglądającymi spod owych specyficznych naskórnych tworów. Jakze zabawnie błyszczące i szeleszczące w powiewach szarpiących wiatrów. Nie mają kaloszków, ale mają w rękach parasolki, ale i tak się im po grzbietach leje. Dopiero po bliższym się z nimi zapoznaniu widać, że to jednak ludzie. Bidulki Turyścizny, które za wszelką cenę chcą mieć coś z tego urlopu!!! Bidulki. Jakoś tak serio mi ich szkoda. Jak jeszcze mają spędzać noce w namiotach… posrałabym się ze strachu, szczerze!!! Na dodatek woda w morzu znowu nabrała zwyczajowej sobie temperatury, więc nie pocieszą się w falach. A i same wycieczki nie zaowocują czadowymi zdjęciami, bo jak sobie trzasnąć dobre selfie, jak chmura postanowiła padać tylko na moją grzyweczkę?

Nagle temperatura spadła. Nie zrzędzę… wprost przeciwnie, w końcu mogę oddychać, ale jednak… W powietrzu coś się czai. Coś większego od tego trzęsienia ziemi, coś strasznego, może nawet okrutnego. Coś, co wymaga serio zastanawienia się nad sobą samym i nad tym, czy jest nam choć troche dobrze, czy jednak wcale, a wcale to nie!? Nad tym wszystkim, co nas otacza, oraz tym, co jest w środku nas… a potem spakowaniu tego w plastikowe pudełeczko z Hello Kitty na wieczku, zawiązanie w papier z zeszłorocznych prezentów Julowych i wysłanie do Abudabi, czy w jakieś inne dżungle. Na zawsze. Bo wiecie co? Bo ostatnio to wszyscy tak wszystko wiedzą i w ogóle tacy są oczytani i tyle mają tych gurów i mistrzów, że chyba sie każdemu zapomniało, że sami w sobie mają już to wszystko. Wystarczy siegnąć, no i może tak przez żołądek do serca, wiecie pogmerać w tej mądrości…

… to do roboty!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.