Pan Tealight i Niemowlę…

„Od jakiegoś czasu coś leżało Wiedźmie Wronie Pożartej na wątrobie. Coś, dziwne i niedefiniowalne, ale już naznaczające przyszłość kopem w wiedźmią tożsamość, czasem nocą spędzało nie tylko sen z jej powiek, ale przede wszystkim nasączało otoczenie wyziewem – nie nie tym wyziewem! – dziwnego, tnącego, duszącego i skalpującego z przerażającą umiejętnością, radosność podejrzliwą, strachu… Miała nadzieję, że Panna Wiosna, jak to ma w zwyczaju, wkurzy ją ową swoją młodzieńczością, ową plastycznością, wszelaką nadpobudliwością… ale tak się nie stało. Za to nagle wrzące i duszące dni, wprost przeciwnie, skonfundowały ją. Nie była w stanie rozpostrzec stron, jakoś tak ich rozłożyć, nasączyć odchodzącą wiosną, jakoś tak zwyczajnie przyzwyczaić się na przyszłość… znaczy na lato i całą tą lepkość…

Chyba dlatego nie pomyślała o tym wszystkim. Jakoś nie wzięła pod uwagę, umknęło jej w krzaki, potem wiosna krzaki oliściła i gówno widać! Znaczy może nie tyle widać, ale cuchnie jak nie wiem co… nie żeby ludzkie, no nie, ale kot sąsiadów zwany Przekąska przez Chochela i pilnie reaktywowany przez Pana Tealighta, gdy tylko się zdarzy pisarskiemu chochlikowi zbłądzić, znaczy za każdym razem, łatany z części spiżarniowych i w ogóle… znaczy mu się pobłądzić… no po prostu jak zwykle zostawił prezent wyraziście i bardzo niechciany. Aromatyczny…

Dopiero kupsko, a potem nagły, rozdzierający ryk przypomniał Wiedźmie Wronie, że sąsiadów jej przybyło!!! W znajomą hałaśność, do której zdążyła jakoś, mniej lub bardziej boleśnie przywyknąć, wdarły sie nowe dźwięku. Potęgowane żarem i wietrzonymi Chatki oczami… I za jakie grzechy?!!! Nie wiedziała, ale świadoma po wszelkie czasy swojej nieustępliwie pobłąkalności, zwyczajnie… westchnęła.

I teraz, o zwyczajnie śpiących porach drze się jak opętany, wystawiany, widać, że serio wcale go w domu nie chcą, omiata wrzaskiem niebotycznym okolicę… Kurde młody gniewny, czy co? Kot z nerwów sra gdzie popadnie, Chochelowi gacie trzasnęły na półdupku, gdy przyłapał go wrzaskun na niecodziennych czynnościach… wszyscy chodzą podenerwowani. A o poranku, gdy dopiero każdy zasypia, gdy tak naprawdę najlepsze się śni… Niemowlę Cudzej Niechcianej Nieopieki i Rozpaczy otwiera paszczę i budzi… niczym kogut, którego chcesz zwyczajnie potraktować cegłówką. Bez współczucia, w amoku niewyspania, w owej sile prawa dżungli, które serio nawet nie notowało, że po pierwsze: NIE BUDZIĆ!!!

I nie budzi się dzieciątko w wiedźmim łonie, ale masakrastyczny łoczy roztwiera Wkurw Wielki Armagedoniczny… Ten sam, co nie obudził się na drące się worny, nie ocknął, gdy stado mew na dachu kankana ćwiczyło, gdy ponownie stadko wróbli w rynnach utkało sobie gniazda i młode dziwnie skołowane, w szybki Chatki bębniące na świat wypuściło… Nie, dopiero wrzask tego niemowlęcia, narzucony i niechciany, otworzył wrota jego ostatecznego przejścia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tonąca dziewczyna” – … są takie powieści, które w nas zostają. Pośród owych przeczytanych są i takie, które nas zmieniają, udowadniając iż mimo mijających lat wciąż jesteśmy zdolni do czegoś… więcej. W końcu są takie, których nie można połknąć na raz, ale wkraczając w opisany świat pozostawia się tam za każdym razem cząstkę siebie. Ową znaną, albo tą, której nigdy nie będzie nam dane już poznać. Są powieści, które bolą i targają naszą codziennością wymiany tlenu na CO2. Są też takie, które czytamy długo, z przerwami, dozując, jakbyśmy dostali na receptę skomplikowany antybiotyk…

Oto jedna z nich.

Tutaj nie ma głównej bohaterki, znaczy jest, ale tak naprawdę jest nią coś innego… oniryczność. Znaczy tam baśniowość wszelaka, przenikanie się czasów i przestrzeni, życie i nieżycie… To, co sprawia, że wszystko jest możliwe i nic nie jest. Zmienność i sprzeczności, miłość i nienawiść, pragnienie i otrzymanie…

Ale najważniejsze jest to, iż ile czytelników, tyle wersji tej książki!!! Tyle opowieści w opowieściach, mitów w legendach, poezji w pieśniach… Bo przecież każdy z nas jest inny i każdy widzi świat odrobinę inaczej.

Wszystko nagle wybuchło zielenią i się zrobiło letnio-letnio.

Czuję się cholernie oszukana, serio. Najchętniej pzakrzyknęłabym: wal się i wyłączyła ową wysoką temperaturę. Bo mi to wcale jakoś całkiem nie pasi. Bo mi jeszcze potrzeba wiatrów i deszczów, zawijasów mgły i przemoczeń, nawodnienia, nawilżenia i lekkich powiewów, które znowu nauczą mnie latać. Dobra, może tylko się unosić ze sznureczkim z tamponu zamotanym wokół Czereśni Strażniczki. W końcu jeszcze odlecę i co będzie? Reszta świata sobie nie poradzi z moja dziwacznością tak, jak jakoś znosi mnie chyba Wyspa? A może?

Chyba serio nadmiar ludzi działa mi na spokojność wstrętnie. A może tylko jakoś wokół mnie się ostatnio pałętają? Pierun ich wie, prawda jest taka, że Gudhjem pełne turyścizny, a jak człek się przejechał do Sandvig… to tam na ulicach pustki. Ja już nie wiem, czy to takowa wybiórczość przedsezonowa, czy co, ale fakt pozostaje faktem. Może i sezon z pwoodu braku zimy – co dało straszliwy amount spiderów dookoła i w środku – przywołał spragnionych większej ilości relaksu ludzi? Kto ich tam wie, jednakowoż u nas wciąż rurki gładą, lulki spawają i tańców ni swawoli na ulicach nie będzie!!!

To zaskakujące, jak nagle Wyspa ujawnia swoją codzienność nudnistą. Ową pełną kabli, ogrzewań, internetów i kupki do czystości spławiania. Dopiero co wielkie larum się podniosło, że gówienka w wodzie pływają… Ech widać ludziszcza nigdy własnej kupy w ręcach nie mieli, coby się no tak sromotnie obmylić? Żeby nie było, empirycznie Wiedźma Wrona Pożarta się przyznaje do babrania sie w kupach… i to nie tylko średniowiecznych! Owa cała głośność oczywista była wywołana durnym statkiem co sobie chyba ładownie przeczyścił, świntuch jeden no! Chociaż może miał sraczkę, czy się mu ulało, no nie wiadomo… ale coby gówno z olejem pomylić? Co ci ludzie jedzą? Albo raczej, czym oni srają?

I tak wielka klęska fekalików kąpanych umilkła. O nurku z Polski tyż już nikt nie wspomina. Jak więc przypadkiem zobaczycie unoszące się gdzieś ciało, albo ino kosteczki w modnym wdzianku, to nie krzyczcie, niech sobie bidok żyje w podwodności Wyspy. W końcu komu oceniać co się komu podoba? Komu bronić mieć własne zdanie i upodobania? Chociażby mało zrozumiałe?

Uprzejmie melduję też, że przetrwałam zawirownia nadmiaru cyklistów. Jakoś. Zwyczajnie gorąco było to nie wychodziłam. Jeszcze mnie najedzie taki, a we mnie łatwo trafić… dla 3 tysięcy koron durnie zginąć!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.