Pan Tealight i Pierwsze Sezonu Golasy…

„Właściwie, to chodzi chyba o nadmiar skóry. Nadmiar widoczny, nazbyt namacalny szczególnie odczuwalny nazbyt depresyjnie w wąskich przejściach, których nie da się wyminąć. Tam, gdzie czubeczki włosków zdają się kurczyć, kręcić, a nawet rosnąć z powrotem, coby ino tylko nie dotknąć obcego… A przecież to tylko drugi człowiek. Tak samo spocony, podobnie zmechacony, no dobrze może nie w stosunku do Wiedźmy Wrony Pożartej, bo ona hopla na punkcie depilancji ma, ale wiecie, dwie nogi, dwie ręce i głowa… więc o co chodzi? O aury, siły, a może obcych bogów, co z potem wydostają się ze swoich wyznawców, gotowi i napaleni, coby ino kolejny świat swoimi normami i tak zwanymi prawdami napełnić? Może chodzi o owo pojmowanie nadmierne poprzez niespodziewane zetknięcia? Nową metodę transmisji fanatyzmu? Dlatego może jakoś nie chce by jej dotykali. By ich skóra stykała się z nią całą… chociaż możnaby to wykorzystać – ku pamięci… A już szczególnie owe przypadki… niby przypadkie, ot jakieś otarcie, niby ino muśnięcie, włosy i włosy tylko przecież, owe ledwo widoczne, całkiem tylko czasem wyczuwalne, jakieś dziwnie… inne, złe i kosmicznie obce! Wtargnie w ową i tak porąbaną tożsamość i co wtedy?

– Nie chcę by ktoś mnie dotykał, a na dodatek tak na golasa? Mnie uczyli, że błąkając się po city trzeba mieć na sobie koszulkę, a nie tak z sutkami do klienta!? Ale widać tylko mnei uczyli, innych nie… więc gdzie jest ten mój świat, do którego savoir vivre’u mnie przygotowano? Bo raczej nie z Turyścizną… –

No i są jeszcze „przytulacze”!!! Doprawdy epidemia jakaś z nimi!!! Mimo całej szerokości chodnika – plus jeszcze ścieżka rowerowa i miejsce na mijanki – idą tak, by tylko się z kimś zetknąć. Piersią wypiętą do przodu, prą całą mocą swych kilogramów na czołowe cyckami zderzenie. I nawet jak ty już spełzłeś, na wszelki wypadek czując co się zbliża, do rowu, to oni już są tam za tobą… bo przecież świat się tak przeludnia, bo przecież wspólnota chwiejna, bo internet, i te sprawy, wzajemne ciepło chłodzi w owe upalne dni… oj przepraszam, podsiadłem?

– Koniuszki mojego jestestwa są gwałcone!!! –

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, się znaczy Ptaszydło i tyle… nie była istotą zdolną jakkolwiek żyć gromadnie…

Pan Tealight nawet nie podniósł znad notesu swojej mechatej szarej główki, już nie zwracał uwagi na telepiącą się wszelkimi swymi koniuszkami Wiedźmę Wronę, która zakamuflowała się pod kuchennym stolikiem, tym samym co mu wszystkie nogi dawno temu brutale – których przydusił w zemście – wyłamali, i stał na dziwnie chwiejnej konstrukcji z tych, co pod nim czuli się bezpiecznie… i pisał. Notował ponownie dziwne zachowania swojego jedynego obiektu badań i zastanawiał się co jeszcze można z niej wydusić. Mając na uwadze upał, możliwe iż wiele…

Tylko czy to nie nadmiar wiadomości. Czy wiedza ma swoje granice? A naukowość? Czy można ją ograniczać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Hide out” – … nie czai się w mroku. Tutaj zło jest blisko ciebie, zaraz obok. Malutkie, niepozorne, blimkające… właściwie chce dla ciebie jak najlepiej, więc może nie jest złem? W końcu samotność to ból, choroba wspólczesnych czasów… więc może dla ciebie koherencja to zmiana na lepsze?

Ale jednak, czy jesteś gotowy nie być sobą, nie mieć własnego zdania, być wyłącznie częścią czegoś wielkiego bez indywidualności? Częścią wielkiej mądrości, bez zmartwień, gdzie zawsze powiedzą ci co jest dobre, a co złe, gdzie ktoś powie ci co jest słuszne, jaką drogą masz podróżować, gdzie nie musisz nic mówić, a każdy wie o czym myślisz…

W gruncie rzeczy w dziwnie zimnej emocjonalnie codzienności nie wydaje się to AŻ tak przerażające? Nie dla wszystkich, są ludzie, któzy za brak tego bólu codziennego bycia tylko z samym sobą, są w stanie oddać siebie samych…

Drugi tom cyklu… i wielka zmiana. Tym razem autor pozwala sobie na zwątpienie. Jakby tracił siły, a może jednak po prostu chciał ukazać problem nadmiernej komputeryzacji świata z każdej strony. Wysłuchać wszystkich za i przeciw? Nasi bohaterowie wciąż uciekają. Ale jak uratować mają rodziny? Jak powiedzieć im, że ludzie z czipami w mózgach chcą z nich zrobić nie do końca robotów? No przecież kto w to uwierzy? Sama chyba bym nie uwierzyła, a może…

Ponownie niezwykła powieść sensacyjna, przygodowa, ale bardziej… wrażliwa. Tym razem autor kładzie nacisk na psychikę człowieka. Na to w jaki sposób ugina się ona pod naciskami. Co tak naprawdę jest bolączką codzienności? Opowiada o wolności wyborów, oraz o zdradzie i bólu… o głupocie i naiwności. Ale też o rodzinie, bo w końcu to ona jest dla wielu najważniejsza.

„Hide out” (kontynuacja „Black out”) jest niesamowity, wciąga, nie pozwala się oderwać. Niezależnie od wieku, jeżeli po prostu żyjecie w tych czasach, teraz, dzisiaj, odnajdziecie w niej własne lęki i niepewności. Bohaterów, z którymi możecie się identyfikować i takich, których znienawidzicie. Pewne zdania wbiją się wam w głowy na zawsze i już nigdy nie spojrzycie na sieć, jako na coś zwyczajnie zabawnego. Ułatwienie komunikacji, zwykła sprawa, rozwój, cywilizacja… Jednak przede wszystkim tym razem Eschbach zadaje bardzo niewygodne pytania. W końcu o wiele lepiej powiedzieć, że koherencja to zło! I tak spoglądać na ten cykl, jednak co… jeżeli to tylko zwyczajny, po prostu kolejny etap rozwoju człowieka?

Ewolucja?

Przyłączysz się?

Czy ja mogłabym należeć do takiej grupy? Oj nie… wkurnicza mnie zbyt wiele, a jednak i tak ów brak samotności, zawsze ktoś blisko, zdaje się być lekko nęcące. Wizja nieumierania, nie umierania w samotności… Nie wiem. Jednak jeżeli odwrócimiy sprawę, wywalimy flaki na zewnątrz… nagle uświadamiamy sobie jak bardzo wszyscy jesteśmy smaotni. Jak bardzo wydaje się nam, że sieć to rodzina…

Trochę straszne! I to mówię ja – SAMOTNIK!!!

Gorąco mi!!!

Strasznie, strasznie, ale to strasznie kurde mocno jest mi gorąco. Aż mi coś tam wrze, z ciała zdają się umykać w nadmiernym pośpiechu wszelkie oznaki wilgotności. Chyba nawet rdzewieję na uszach!!! Nie wiem dlaczego, ale serio rdzewieję. Może jednak w powietrzu jest nadmiar wilgotności i w połączeniu z palącym słońce, bulgoczacą krwią i wszelaką nadmierną przylepnością, jakoś tak przepuszczam… Na dodatek wymyślili sobie jakiś wyścig, czy coś. Jak i co, nie wiem do końca, bo mnie to nie interesuje, ale wiem jedno… z domu wyjść się nie opłaca. A raczej… boję się, bo będą ludzie. Porozstawiali się już dziwni, zatkali mi moje trawiaste przestrzenie, sklpy otwarte, a zwyczajowo złamana wronim jazgotem cisza… płonie oczekiwaniem.

Rowerzyści. Bez urazy, rozumiem. Ja jestem chodzaczem… wiem, że część chodnika do was należy, ale coby mi odcinać wyjazd z domu? Żebym ja jutro nie mogła wjechać sobie w dzicz na spacer? W jakąś nieznaną jeszcze część Wyspy, bo serio wciąż wiele takich jest… mimo wszystko. Mimo mojego pląsania, chodzenia, truchtania i spacerowania, mimo czołgania się, płaszczenia dupska, a czasem nawet naczworakowania! Już nawet nie chodzi o te pędzące jednośladowce… w końcu co mnie to, może nawet nie będzie mi się chciało jutro nigdzie iść, może upał stanie ścianą zaraz za moimi drzwiami i wyduszając ze mnie ostatnie siuśki zakrzyknie: NIE PRZEJDZIESZ… znaczy się you shall not pass, no wiecie cytatem lecę!

Cóż… więc odetną mnie od świata rowery. Wyścigowce szalone, pędzące i dziwnie nieświadome tych wszelkich górek i góreczek, podjazdów i krętych ślimaczków… Ktoś im powiedział, że to taka łagodna Wyspa… ha ha ha, szaleńcy no!!! Ale niech tam. Po prostu się taka już zamknięta czuję, uwięziona, dziwnie związana, potrząsajaca kajdanami. Ale bardziej dziwnie przerażają mnie ci ludzie. Tacy nienormalnie normalni. Ten pierwszy sort Turyścizny. Zwyczajny, głośny, strasznie śmiecący. Każdy z nich wychodzi ze sklepu z plastikową reklamówką, mimo że niosą w niej ino darmową gazetkę, ze zgrzewką piwa i butelkami, których oczywista nie wymienią na kasę… bo po co. Lepiej je zostawić w piasku na plaży, razem z woreczkami, z gówienkiem i czymś, o czym nie chcę myśleć, niech tubylcy posprzątają.

Wkurwia mnie to!!!

Bo ja lubię moją Wyspę czystą. Ona siebie taką też. Zostawiajcie śmieci u siebie! Dość mam sprzątania! Ale w tym żarze niestety będzie śmieci więcej. Ulotki, pierdoły, plastikowe kubeczki, jakby takim cudem było posiadanie przy sobie flaszki z wodą. Cóż, widać cywilizacja i ekologia nie obejmuje wszystkich. Chociaż… wiem, że gdy wysiadają z tych samochodów i spadają z siodełek, to nagle się zmieniają. Może jednak punkt siedzenia ma w tym wiele do powiedzenia?

A może ciśnienie mi podniósł ten durny pływacz co sobie wyczyścił ładownie i olej do nas spłynął? Nie wiem… ale nagle ten cały recycycling bierze w łeb. Jak widzę jak inni śmiecą i się rozmrażają… znaczy robi się ich więcej, to sobie myślę, że co mnie to obchodzi? Przecież ja tego w planach nie mam. Po mnie nie zostanie nic… I fajno! Pył i proch dla użyźnienia. I już…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.