Pan Tealight i Wiedźmy Areferencje…

„… nie pytała.

Nie chodzi o to, że nie chciała być chwalona, no nawet może i czasem pogłaskana po pleckach, klep klep klep, kilka pokłonów, jakaś hosanna, jakieś allelujki, może i litania, wspominki wypominki, psalmik i hymn nawet… Czasem wywyższona, może mały pomniczek ino na chwilę, ulotny, z czekolady czy cukru niczym baranek wielkanocny… chociaż nie, raczej chyba nie, bo wtedy zaraz przychodziło zawstydzenie i cała masa wątpliwości, skrępowanie i dziwna osowiałość, a nawet gniew. Czy zasłużyła, czy nie, czy powinna, czy nie, a może jednak, gdyby było inaczej, gdyby było lepiej, a gdyby… Jednakowoż w jakimś stopniu była człowiekiem, więc chciała usłyszeć dobre słowo, ale nie prosiła o nie. Po prostu żyła, nie oceniała innych, zwyczajnie albo coś ją głaskało w środku w Wiedźmie, albo nie… Nie mogła walczyć z tymi wszystkimi stronami w sobie, nie dałoby się wytrzymać tego szelestu, a już wyobraźcie sobie to… koszmarne zagrożenie pożarowe!!!

Ale gdyby Wyspa ją zwolniła z roboty, oj nie byłoby referencji…

Nie żeby się szykowało, chociaż… Bo widzicie, w Wiedźmie Wronie Pożartej najwięcej było strachów i lęków, łomotań serca, uderzeń gorąca i zimna, potów i trzęsawek, telepań i najbardziej apokaliptycznych wizji. Jakoś tak zawsze lepiej było widzieć świat z najgorszej, i to najgorszej nader pokrętnie, strony. Zresztą należy jej przyznać, że nie skupiała się wyłącznie na potknięciach i meteorytach, na armageddonach i spadających z niebios fruwających, zaostrzonych myszkach komputerowych. Jakoś tak potrafiła wynaleźć wszystko, ale mówię kompletnie wszystko… łącznie z kwestią bakteryjną, wirusową, czy też po prostu skręconą kostką, albo ogłoszonym alarmem. Bo serio, no po co się ograniczać? Zresztą, szczególnie jak się ma z czego wybierać!?

Problem w tym, że nawet jeżeli wymyślisz wszystko, to i tak zawsze coś cię zaskoczy. Sporadycznie nawet to, że wszystko obraca się w nienajgorszą jednak stronę… ale to wiecie jedna na milion!!!

To nie było tajemnicą, ale jakoś umykało zawsze i wszystkim, niczym odłożona klątwą niewidzialności i niesłyszalności wiadomość, sekret stworzenia – że Wiedźma Wrona Pożarta zawsze uważała się za naj… najgorsze, najbardziej marne i najprawdziwiej niepozorne niestworzenie. Doprawdy nie da się jej umieścić już niżej. Ona już tam jest. W owym nisko. Tam, gdzieś w odle, który pogłąbiła dostarczoną łpatką i saperką, a potem dłońmi i skrzydłem metalowego motyla i łzami i potem i rzęsami, z których da się upleść niezłe worki na ziemię.

Tam, gdzie ona siedzi, tak naprawdę wszystko znowu się zaczyna, bo przecież i tak wsio kółkiem jest.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Światła pochylenie” – … w promocji była. Nie żeby był to jedyny powód, bo od dawna miałam na nią chrapkę, ale ostatnio jakoś smutne opowieści, prawdziwe i drążące nie znajdują we mnie przychylności. Może tak się dzieje, gdy codzienność nazbyt jest przygnębiająca? A może po prostu trzeba zwiększyć dawkę antydepresantów? Nie wiem… przyznam, że bałam się sięgając po te cieniutką książeczkę i… nadal się boję.

Oto opowieść ze świata, który na nas czeka, którego nie unikniemy… po życiu. Kolejna fantazja, a może nawet wizja zza owego welonu, który wciąż nie podał nam nic pewnego. Ze świata duchów… A dokładniej świata jednego ducha, dziewczyny, która błąka się podglądajac życia od ponad stu lat. Niepewna, zagubiona, samotna. Tak naprawdę dla niej to, że ktoś ją w końcu zauważa, jest prawdziwą transformacją egzystencji.

Oto opowieść fascynująca, piękna, romantyczna… Opowieść z pogranicza światów, opowieśc o samotności i dopełnieniu, jakie może ofiarować tylko drugi człowiek. O zrozumieniu, zauroczeniu i spełnieniu. Powieść tak pełna wrażliwości, owego zaciekawienia życia życiem… pełna pytań i nadziei. Opowieść o egzystencji, która bardzo łatwo popada w skrajności.

Historia miłości, która się nie dopełniła.

W tym debiucie jest wszystko i bóg i nadzieja i wiara i miłość. Umieranie i ponowne ożywanie. I konsekwencje, ciągłe wybory, bo może życie to jednak coś więcej… może to wszystko? Bo śmierć, to widać zawsze dopiero przysłowiowy początek. I to właśnie ona najczęściej uczy jak żyć…

Słońce pali. Czasem się zastanawiam, czy przez tą ową całkowitą światłość nie przygasa subtelne, dostępne z narodzenia Światło Wyspy. To przenikające każdego i wszystko, tylko tutaj, nadające aurom subtelne, drastyczne zabarwienia i kształty. Dziwne, niesamowite, namacalne. Niczym subtelne, a moze drażliwie nagminne i natrętne błogosławieństwo? Kto to tam wie? A może każdy inaczej to odbiera? Może zwyczajnie nie każdy może je dojrzeć… a jednak jakoś w to nie wierzę, bo Wyspa potrafi się dopasować do różnych szaleństw, sama rozumiejąc jego jądro. Jakoś tak wybiera zawsze marną nienormalność. Może tak łatwiej? Może tak naprawdę bez ram i nakazów, zwyczajnie spodziewasz się wszystkiego, więc ni się nie zawiedziesz, ni nie poczujesz się zraniony… zwyczajnie trwasz?

Nie lubię nadmiernej słoneczności. Może lubię być wyjątkowa? Kto to wie? Wyspa na pewo jest, wiec jakby co, jeżeli się zdecyduję, to mam od kogo się uczyć. Na razie obserwuję. Jak wszystko mięknie w owym żarze. Jak gałązki róż, jeszcze nie zdrewniałe, o mięsistych, cudownie lakierowanych liściach, takie czerwone, krwiste, jakby pochodziły wyłącznie z krwinek niechcianych… gotują się. Wszystko jest takie gorące. Takie dziwnie nie tyle wysuszone, co napuchniete i zmęczone. A może Wyspa nie potrzebuje aż tyle słońca, bo jest w stanie sama, własnym światłem wyżywić każdego?

Nie wiem… wiem tylko tyle ile widzę, słyszę, czuję… ile jestem w stanie poukładać w małym łbie i jakoś to przetrawić. Tym razem nie wydalam.

Światło Wyspy jest niesamowite, ale nie lubi konkurencji. Toleruje chyba tylko i wyłącznie ogień. Światło świec, ową subtelność pochodni, tę chwiejność i poddanie się pływom powietrza i westchnieniom zakochanych. Coś, co czuje myśli i potrafi podgrzać naprawdę nastroje. Tak po prostu, jako owa siła przedwieczna, jako coś ofiarowane przez niebiosa wraz z dźwiękiem i światłem. Ale skąd tak naprawdę pochodzi? Skąd berze swoją siłę i czym się karmi…

… może lepiej nie pytać?

Wykorzystują światło wszyscy. Pani Wyspy je kocha. Pławi się w nim i pląsa. Odziewa się w suknie wykonane wyłącznie z jego nici i to je wplata w swoje bujne włosy. A jednak… mimo owej powszechności i sławy, turyści nieczęsto zdają sobie z jego bytności sprawę. Z owej odmładzalności. Z możliwości czynienia cudów, chociażby tylko utrwalonych na fotografii… owych min, które już nigdy nie będą tak promienne jak w tej chwili. Uśmiechów, które doprawdy błyszczą radością. Które po raz pierwszy są w odpowiedniej chwili i miejscu. Nagle, niesamowicie po prostu pasują. Światło Wyspy pozwala każdemu, nie proszone, spojrzeć na siebie po raz pierwszy naprawdę. Ale czy podoba się wam to, co widzicie? A może owa nagła świadomość wad i głębokiego zakłamania… jest aż nazbyt przytłaczająca?

Może lepiej nie ryzykować siebie?

Znanego?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.