Pan Tealight i Roty oda w Inwokacji…

„Czasem, gdy Wiedźma Wrona Pożarta bledła, ale ino z odcieni… Gdy przynależne jej z dziwnych powodów kolory odchodziły w małe i znikome natężenie, jakby obrażone albo coś, by stała się właściwie cieniem siebie, albo i kogoś innego, w końcu jej własny cień nie do końca się z nią zgadzał na odbijania i podążania, na wieczne przywiązanie i inne takie… Gdy naprawdę zdawała się wyłącznie mgłą, chociaż wciąż jednak sobą… gdy wyprana nagle się okazywała, jakby zużyta nadmiernie, zmęczona może i od środka, materiał w końcu w niej nie najmłodszy…

Wypychali ją.

Nie cierpliwie. Nie ostrożnie. Raczej brutalnie, nie zwracając uwagi, nie bacząc, nie myśląc, w dziwnym pośpiechu, jakby ona sama naprawdę nie miała nic do powiedzenia. Jakby nikt nie słuchał już jej smutnie zblakłych słów. Bo przecież wciąż brzmiała, a może nie… Jednak, gdy to się działo, gdy tylko widzieli pierwsze objawy, gdy welony się wznosiły, a promienie wdzierały się wszędzie dzieląc Chatkę na tęczowe przesztrzenie… wiadomo było, że po prostu trzeba.

Wypychali ją w dzicz. By tam nabrała kolorów. Wypychali ją i całkiem nie bacząc na jakąkolwiek, urojoną na pewno, przynależną jej dostojność czy inne tam polityczne poprawności tudzież tolerancje – czy to się pije z lodem, czy jednak bez, ale oliwka czy cytrynka? I jaki kieliszek? – po prostu baziali Wiedźmą Wroną o kamienie, o owe srebrzystości, błękity, różowości i kupy… O drzewa, zieleniutkie, świeżutkie, o liście stare, by nabrać brązów. O odbijające się w wodzie błękity i biele chmur oraz szarości. Po prostu. Topili ją w kolorach, tych najprawdziwszych. Ocierali i naznaczali. Toczyli i obtaczali nie bacząc na ostre kamienie, na dziwnie niechętne otoczenie, które przekupywali opowieściami… nasycali ją.

A Rota wtedy śpiewała. W całym swoim niewielkim, pękatym ciałku ziemniaczka z oczkami, po prostu śpiewała…

Matko Wyspo
pod Twoją opiekę
uciekamy się
trąc zaspaną powiekę.

Niczym dziecię zbłąkane,
cielę zasapane,
z pełną myśli swobodą,
ku tobie skłaniamy ogon.

Bo tyś jest wszystko,
w tobie niemożliwe,
w tobie nieśmiałe
w tobie nieszkodliwe.

Bo Ty tylko zrozumiesz,
Ty tylko wytłumaczysz,
i Ty tylko Ty znaczysz…
nieśmiertelność dziwnych.

Mawiali, że Rota była pierwszym pluszakiem Pani Wyspy, jeśli ktoś był w stanie zrozumieć, uwierzyć, że mogła byc kiedyś dziecięciem… ale tylko Rocie uchodziło na sucho wszystko.

Po wodzie zresztą też!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Druga burza” – … i czas odbić ziemię. Świat, który był niegdyś nasz, a który przestaliśmy tak nazywać. Bo nam go odebrano, bo przestaliśmy odnajdywać nadzieję. Ale oto jest ona… nadzieja. Tylko, czy naprawdę? On uwierzył, że można wszystko zmienić, problem w tym, iż ów on nie jest typowym bohaterem. Serio, całkiem nietypowym raczej…

I oto drugi tom cyklu o Madsie. O mężczyźnie, co się niczemu nie kłaniał. Znaczy całkiem niczemu. Właściwie, to jego buta jest niesamowita. I w tym można się zakochać. W owej jego prostocie w ogarnianiu wszystkiego, w wierze w samego siebie, w desperacji pewnej, że kurde przecież gorzej być już nie może. Nagle stał się zbawcą, ma na podorędziu i elfy i krasnoludy… i walczy. Co gorsza, musi przekonać do siebie wszystkich, nawet tych, którzy go znają.

Czy podoła?

Tego wam nie powiem. Powiem za to, że jeśli tęsknicie za ową fantasy z odpowiednimi rasami, to jest oto ona. Z magią i smokami, z mieczami, koniami, no co tam jeszcze… upierdliwi starsi panowie, bardzo dosadne kruczo-wronie stworzenie i cała masa niespodzianek. A poza tym dobrze napisaną przygodową powieść. Powieść dla dorosłych, takich, którzy są w stanie zrozumieć ze stron trochę więcej…

Kocham uciekać w Wyspę. Tak po prostu, na całego, biorąc ze sobą butelkę z wodą, pewna tego, że jakby co i tak jakiś kibelek ze źródełkiem się zajmie. Bo co jak co, może to i Mniejszy Kraniec Świata, ale jednak toalety mamy. Nie ma potrzeby sikać na plaży, tudzież uganiać się za gęstszym drzewkiem! Więc idę. Uciekam. Przemykam między uliczkami, nielicznymi, ale jednak… znikam gdzieś za zakrętem, wpadam w skały. Pomiędzy drzewka, któe zdecydowały się na ów dziwny stosunek do twrdszych od siebie. A może to tylko przekora? Pokazanie, że ja też mogą?

W srebrzysto-błękitne głazy wpijają się korzeniami i gałęziami sosny. Znaczy nie tylko, są i brzozy. Na przykład te dwie, jakże figlarne, pokochały się na początku swojego świata i postanowiły zostać na zawsze razem. Objęły się w wiekuistym, ostatecznym, wiecznym tańcu i wgryzły w skałę. Ich korzenie raz znikają, by potem się pokazać. Dziwna jasność brzozowej kory ślicznie wtapia się w szorstkość kamienia. Kto jest tutaj górą, a kto doliną, kto miękkością, a kto skałą? Czy się kochają, czy tylko lubią? A może to jakaś umowa, niezrozumiała dla człowieka?

Wiedźma wie, ona rozumie, ona podejdzie, pogłaszcze, zagada i zaniesie w sobie ten obraz, by upuścić go w tych światach, które przychodzą, gdy wszystko znika. Gdy ciemność miękkością otacza każdego…

Kolejna para drzew w leśnej głusy też nie chce żyć osobno, w jakimkolwiek oddaleniu. Przytuliły się do siebie i się… całują, a nawet coś więcej. W dole zeszłoroczne liście, w górze te nowe, czerpiące z mądrości przeszłości. Nic tutaj nie ginie, nic nie jest ni złe ni dobre… A te drzewa? Przytulone do siebie stoją. Zawsze blisko, kor do kory… no tak, tylko w jednym miejscu mają głaz, może niewielki, ale w jaki sposób o je łączy? Czy kamień może być drzewem, a może drzewo kamieniem? Kto jest tutaj teraz, a kto pędząc zanosi opowieść poprzez welony czasu?

Nie pytam, po prostu idę i patrzę, dotykam, poję się, siebie nawilżam mądrością nieplotkowaną. Mądrością namacalną. Taką, która nie krzyczy, nie domaga się pochwał ni pokłonów, nie ma swoich celebrytów ani reperenetantów, ani nawet sklepików z pamiątkami. Bo po co jej? Ten kto widzi i czuje, wie, ten kto nie… cóż, tego nic już nie zmieni. Ni tagi ni teledysk z chwytliwą muzyką. Nic. Bo jeśli nie masz w sobie owej tęsknoty za ucieczką, za byciem z sobą, tylko i wyłącznie… oraz zduchami zamkniętymi w drzewnych korzeniach, w kamiennych rozpęknięciach… to nie odnajdziesz nawet cienia tej siły. Tego dziwnego, pierwotnego piękna.

Nie chcę wracać, chociaż braknie mi już tchu, może tutaj zostanę. Wtopię się w moją piękną Wyspę na zawsze, do końca, nie tylko duszą i sercem, ale przede wszystkim i ciałem… po co mi ono. Ciało.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.