Pan Tealight i Uciekająca niePanna Wiedźma…

„Nie żeby ją ktoś związywał, czy inaczej motał, zaszywał jej członki lub ekscytująco istotne, grzeszne otwory, upijał dekoktami, raczył naparami spowalniającymi, tudzież pigułkami, groszkami owymi odbierającymi całkowicie świadomość… wiecie, akurat z tymi ostatnimi to serio nie należy przesadzać, bo jak traci się jedną świadomość, to istnieje spore ryzyko zainfekowania obiektu całkiem inną, całkiem rąbniętą może i bardziej dziwacznie skonstruowaną, brudną i niepoukładaną, ogólnie obcą i serio obstrukcyjnie ohydzką… No wiecie, lepiej nie przesadzać. Czasem lepiej przecierpieć. A nawet i żartować o tym tak niezbornie. Bynajmniej, znaczy jak dotąd, bo po dziś wiele się zmienić może, Wiedźmie Wronie Pożartej nikt niczego nie ograniczał, ale i nie ułatwiał jej nadmiernie, ale i nie ograniczał…

Poza nią samą oczywiście.

Bo dziś ona się wymknęła. Znaczy wymknęła się wszelkim strażom, nawet owym pluszowym, które lekko zmęczone jej nocnym zatrusiem… spowodowanym oczywiście przez magię złośliwą, podrzuconą coby jej bytność ukrócić forever and ever… Dokładnie mówiąc chodziło o złote, zaczarowane ząbki Biltzkriegowej Kukurydzy. Podrzuconej przez Zawszoną Wściekłą Dłoń.Większość nie poddaje nawet urosnąć w sobie myśli, że coś poza fasolą i różami, jabłkami w starczych dłoniach i może pętem kiełbasy, może być zabójcze, ale cóż, magia też nie śpi. Często macki zanurza w tym, co zdrowe i bez cholesterolów, wiedząc jak ku ntemu wielu łaknie… i zmienia w brońc wszystko od listka sałaty po pomidorka i ziemniaczka. I w ten sposób dostała się do wnętrza Wiedźmy Wrony Pożartej. Jako zdrowie… I dzięki temu wnętrze Chatki Wiedźmy ujrzało spektakularną fontannę. Połączenie nosorożca z rzygaczem, wypełnione wszelkimi kolorami nietęczy. Czasem to aż mury i okna nie mogą się nadziwić jakże bogate mają wnętrza ci, którzy w nich mieszkają. I jakże nieczęsto je pokazują, pewno z powodu owej ich specyfiki…

Możliwe iż właśnie wciąż unoszona ową trucizną jeszcze dławiącą jej wewnętrzne kartki… może nakryła sę Cieniem Ostatecznym? Nie wiadomo. Bynajmniej wysmyknęła się im jakoś. Nawet Chatka była pewna, że nie wychodziła, przez żaden z jej otworów… Ale jakoś przecież chyba wyszła, przepełzła, przeniknęła. Nie żeby jej ktoś bronił, bo to serio może tak brzmi, ale nie o to chodzi… raczej o to, że zwyczajnie, przez wredny przypadek, przez całkowite skołowacenie losu, no coś mogło się za jej przyczyną zacząć… a potem skończyć całkiem niefajnie!!!

Powlokła się – zgodnie z zapisem przypadków – na polanę. Na polanę, na której właśnie odbywał się zlot Melkebottenów. A ci panowie ze słonecznymi, puchatymi główkami są aż nadmeirnie goscinni. Aż nadmiernie chciwi wszelkiego towarzystwa, w swej elegancji i prostocie, zdolni są zrobić wszystko, byle tylko zwabić do siebie JAKĄKOLWIEK kobietę… a potem ją zwyczajnie zjeść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki na dziś – znaczy wiecie, dokarmianie ptaków zalecane nie tylko zimą… Ptaszydeł szczególnie, znaczy tego jednego, bo w końcu taka może być ino jedna, z większą ilością świat by się nie kulał!!!

Z cyklu przeczytane: „Takeshi cień śmierci” – … aż się napaliłam. I do końca nie wiem dlaczego. Mój związek z literaturą Kossakowskiej zawsze był burzliwy. Raz powalała mnie na łopatki, potem znowu wznosiła pod niebiosa. Ostatnia jej powieść, kosmicznie-kulinarna, poprawiła mi tak humor, że postanowiłam ponownie postawić na Maję Lidię Kossakowską.

I nie wiem co powiedzieć…

Z jednej strony powieść ogromna, widać, że było to marzenie autorki, subtelnie pokręcona i niesamowita, wydanie piękne, rozpisanie, układ, fabuła, wszystko jest… i zaskakuje. A z drugiej, nie wiem, ale może to nie moja po prostu bajka? Chcoiaż w niektórych bohaterach się zakochałam, skaradli mi serce, sponiewierali i już jestem tylko ich… a cała reszta? Cóż, krainy wiśni wciąż pokwitających nigdy mnie nie ujęły, w Kill Billu też się nie kochałam, więc… a jednak mimo wszystko mnie zaintrygowała, wciągnęła, zawiała owym kimonem, mieczem ogłuszyła. Może to poprzez owe tajemniczości? Umiejętność rozkładu akcji tak, by wciąż trzymać biednego czytelnika w szachu… że jak nie zostanie do końca, to się nie dowie?

Nie wiem, ale coś w tym jest. Może to ta współczesność w języku i ruchach bohaterów? A może jednak skąpe krajobrazy, cudnie surowe jak być powinno… Moim zdaniem znajdzie się wielu, którzy się w tej prozie rozkochają, ale i wielu, którym coś nie podejdzie. Ale w końcu o to chodzi w literaturze, o wybory i dostępność zadowalaczy dla każdego. I choć to nie moja historia, za bardzo przewidywalna, trochę przyciężka miejscami, potem znowu skacząca pod powałę w kolejnym krwawym rozbryzgu… to jednak polecam. Bo w tym coś jest… a coś, to często dziś zanikający byt.

Miejscami wiosna przekształciła się już w listki. Jedne dziwnie są nieśmiałe, inne znowu wściekle pewne siebie i zadziorne. Jak się zbliżycie nazbyt nagle, to rozedrą wam skórę bystrym pociągnięciem. Dopiero w domu, pod prysznicem, ostry ból w ramieniu uświadomi wam, że owa woskowo zieloniutka niewinność też m pazury. I całkiem sprawny układ zębowy! Dlatego nie należy wierzyć Wiosence. Oj nie… tym bardziej, że w tym roku serio jest z niej podejrzana baba!

Cała reszta Wyspy tkwi w kwieceniu się. Tutaj przylaszczki i zawilce dopiero się roztwierają, lekko zaspane, zdziwione, że spóźniły się na tort i zapomniały wziąć ze sobą prezentów. Na krzakach porozpierały się Wszelako Młode Panny. Maleńkie bielutkie gwiazdeczki kwitną szybko, powoli i dostojnie opadają płatkami na trawę, a potem nikt już o nich nie pamięta. Ale przez chwilę były wszystkim… głównie to dla siebie, dla siebie na wzajem. I wystarczało im…

… ale za zakrętem, za zakolem, dzierżąc w jednej oszronionej macce potęgę Wszelkomożliwości i w drugiej z milionów bicz Bosięmitakpodoba… jest on. Przemrozek.

Oj tak, w powietrzu czuć Ją. Zimę. Co zabawniejsze, w oczywista pokręconym ino moim umyśle, to nie czuć jej było tak w grudniu! Nie przeszywała tak płuc dziwnym, czystym i ostrym tchnieniem. A przecież teraz… przez chwilę wydawało się, że to Wiosna pomyliła perfumy i spryskała się nie tym co trzeba. Ale teraz, jakoś po tym całym czasie, nie wydaje się to być pomyłką roztrzepanej… więc o co w tym wszystkim chodzi? W majówce, która całkiem iż możliwe, że stanie się śniegową? No dobra, może nie na Wyspie, ale i tutaj tyłki może nocką zmrozić. Czy to dlatego teraz tak słońce pali? Wszystko stara się dotrzeć jak najdalej w płodzeniu, by po prostu nie nadganiać potem?

Nie mam pojęcia, ale korzystam. Korzystam z jasności i światła, z owych nocy, które już powoli stają się tak dziwnie jasne, z owych prysznicy branych w ramionach zachodzącego słońca i dziwnie ciepłych płytek na tarasie. Ale też jednocześnie staram się pamiętać, by schować tyłek, bo czasem Przemrozek się przepchnie, zawieje i capnie za dupsko!!! Zboczeniec! Może i to ino brat bliźniak Pryzmrozka, ten, którego mamusia nie kochała i ogólnie mówiąc ma tylko mnie… bo jak dla mnie to Zima jest tą najpiękniejszą… ale i tak… boli capnięcie!

Wyspa rozbrzęczała się pszczołami, w dziwny sposób, strasznie natrętnie ganiają mnie wielkie bąki, jakieś chiba na GMO pędzone… więc mówię wam, ten rok nie będzie zwyczajny, oj nie!!! Tylko szkoda, że nie wiem, czy owa niezwyczajność będzie okej bardziej, czy mniej okej? W tej sprawie jak na razie moja Wyspa milczy przekornie… ech, przekomarza się, czy co?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.