Pan Tealight i Koniec Pieśni…

„Ona była końcem.

Nie refrenem, nie wstępem, niczym, co nie jest oczekiwane. Znaczy jest, ale ona była onym ZASKAKUJĄCYM Końcem Pieśni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Policja.

No więc…

… widzicie, u nas policja – politi – ma takie białe autka. Wiecie, by lepiej widzieć, czy coś? A może by nie być widzianym, no ale… Jeden gość, 18 lat to w końcu tak niewiele, ale i wiele, więc gość, pomylił sobie takowe autko. No pojazd niekosmiczny z taksówką. Żeby nie było nie jechałam jeszcze nigdy ni jednym ni drugim, więc sorry, nie wiem jaka różnica. Poza napisami, oczywiście… no ale… młody sobie wiecie, drzwi otworzył, usiadł i… tak się zastanawiam kiedy tak naprawdę to do niego dotarło?

No wiecie…

Wzruszająca prawda. LOL

Ale, nie oceniamy, każdemu się może zdarzyć. Ekhm, no dobra, mi nie, ja raczej polazłabym z buta, ale wiecie, tym takim bardziej zasobnym. Hihihi!!! Ciekawe ile czasu by mi zajęło takie łażenie w ciemności. Tak sobie teraz myślę, bo przecież u nas jest ciemno tak serio, na maksa!

Tak, że widać nic.

Naprawdę… poza oną ciemnością i może jakimiś kształtami na niebie czy morzu… oczywiście, że zależy to od księżyca, ale poza tym, czarność. Ciemność. Dziwny coś poruszające się przy drodze. Te wszelakie kształty i cienie nieistniejące, a jednak dziwnie jesteś ich świadomy. I te dziwne dźwięki… tak głośne, donośne, a potem się okazuje, że to ino mały ptaszek.

Ale czy zawsze możesz być tego pewny?

Przy każdym takim dźwięku?

Nie… w końcu i u nas są zboczeńcy i u nas są wszelacy popaprańcy i pomieszani ludzie. No naprawdę. Szczególnie teraz, jak wciąż wieje. Wiecie, gdybyście przegapili, to nadal kurna wieje!!! Ja już nie wiem jakie oni mają baterie, ale może jak wianiem ktoś se prąd robi, to wiecie, może se wiać do woli.

Perpetum mobile!!!

No ale…

Jak wieje, to człek się nieczęsto śmieje.

No i wiecie, tak iść jeszcze jak wieje, jak czasem i popada, jak ona ciemność człeka tak otula… i nagle światła samochodu, po prostu ze strachu można się… pokupciać się. Naprawdę. Bo człek w pewnym momencie się przyzwyczaja i ta ciemność staje się coraz bardziej jakaś taka znajoma, przyjazna i see through.

Nagle widzisz wielkiego jelenia po prawej.

I gigantycznego Mikołaja po lewej.

I naprawdę, uwierzcie, żadne nie jest jakąś wizją z przyszłości, przeszłości, czy też efektem zażytych emulsji, dymków czy jednakowoż płynów. Albo ciał stałych mniej lub bardziej. Wiecie, co komu. Bo ten po prawej, to jest całkowicie prawdziwy i czeka na swoje sarny. I tak naprawdę pewno całkowicie go nie obchodzisz i kompletnie nie ma na ciebie chrapki, azaliż woli stada nie pokazywać twojej, i tak ślepej, postaci… a ten po lewje. No wyględnie też prawdziwy ino, że dmuchany.

Albo co gorsza taki, co wciąż dmucha…

Dmuchają w niego, by żył!

Oto i metafora życia jest.

Albo jesteś tym po prawej albo tym po lewej. Albo sam decydujesz czy cię dmuchną, albo gadasz ino wtedy, jak w tobie dziurkę zrobią. A dmuchają jak im się podoba. Albo cię wcześniej, już w listopadzie wystawią, albo wiecie, zapomną i dopiero zaraz przed Wigilią, bo to w końcu był prezent od teściowej. A potem się okazuje, że teściowa jednak nie przyjedzie, a na dodatek przysłała trochę kasy, to stoisz tak do marca jak jakiś dziwny… no obraz nieszczęścia.

Choć na ulotce pisali, że zabawka dmuchana i świateczna.

Takie życie.

I to jeszcze w ciemności, co zaczyna się teraz w okolicach 16tej… by trwać do siódmej rano. No bo przecież… chyba, że jednak mroczny dzień jest, to nie odróżnisz rana od nocy i wiesz, że tylko łóżko to zrozumie.

Ale mu nie pozwalasz…

A potem sny dziwne masz.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koniec Pieśni… została wyłączona

Pan Tealight i Pomigotliwianie…

„Unosiło się w powietrzu, jakoś tak niby nad horyzontem, niby na wyciągnięcię łapy… unosiło się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr…

Czasem, a może ostatnio boleśnie nazbyt często, zdarza się, że wieje tak, iż człek już nie daje rady. Zaczyna go nosić, co w nocy raczej nie jest sprawą pożądaną… i naprawdę się nie daje, no nie daje istnieć, gdy tak wieje już od ponad miesiąca. Naprawdę od ponad miesiąca nie mieliśmy takich kilku dni kompletnej ciszy.

To takie dziwne.

Widać po ludziach, że są bardziej podenerwowani i jacyś tacy zadziwieni. Rozbici, potargani wewnętrznie i ogólnie mówiąc rozwiani. Tak naprawdę. Bo gdy nagle czujecie, że coś w ściany wali, a dach trzeszczy, to jednak się nie daje tak jakoś wytrzymać dłużej. Jakby się w człowieku coś naprawdę załamywało. Jakby się coś naprawdę kruszyło i wszelako nietrzymało pionu i poziomu tam, gdzie poziom i pion być powinien.

No naprawdę.

Sami sobie przypomnijcie, kiedy to ostatnio taki mocny wiatr czuliście na sobie i ścianach dookoła siebie. Gdzieś w psychice i wszelkiej wewnętrzności, która zaburzona oną całą cywilizacją odłączającą człowieka od natury, no jakoś tak nie kuma o co loto, i że to prawdziwa zwyczajność, i że naprawdę tak się właśnie człek winien czuć. Bo tak po prostu jest i tyle.

Jestemy my jedno…

… czy jakoś tak, by już nie brzmieć jak jakiś wielce stary i praszczurowaty szaleniec wszelakiej bezmyślności.

Chociaż, może lepiej pobrzmieć takoś jakoś?

Może?

Ech, wszelako przyznaję, że jednak do wiatrowości nie da się przywyknąć. A może raczej nie da się nauczyć ciała, by dawało sobie siana w te dnie, kiedy strasznie wieje z tej „psychicznej” strony.

No bo… człek oną wiatrowość nosi w sobie i nas sobie już od dawna. Na pewno przywykł do niej w taki sposób, iż jak za zbyt długo nie wieje, to pierdolca dostaje z całkiem innej strony. Jak wieje w ten sposób dodający energii i pedzący do działania, to się cieszy i robi co ma, ale ostatnie wiatry są takie bardzo mocno właśnie oddziaływujące na mózgownicę, więc… więc się człek męczy.

Ciekwe, czy w końcu jakoś to się unormuje chociaż?

Wiecie… no choć na tydzień? Że będzie wiało, będzie chłodno, ale może i zimowo jakoś tak? Prawdziwie? Tak by można było poszaleć w lecie i połazić i jakoś nie czuć się dziwnie i jakoś odetchnąć duchem pełniejszym, no i jeszcze na święta, czy jak to po mojemu brzmi, to wiecie, na cały grudzień, było śnieżnie i wszelako mroźnie czasami może nawet? No bo serio, naprawdę… zimy mi się chce.

Sklepowy update.

Powiem tak, jak zwykle klepię się po pleckach, że co trzeba było zrobić i skołować, to zrobiłam i skołowałam w listopadzie. Serio. Bo teraz jak się wchodzi gdziekolwiek, to nie ma nic. I nie że obniżki tego, co zostało, nie… oni zamawiają ino tyle, by z początkiem grudnia mieć puste pułki i zadziwienie na ryjach tych, którzy sobie pomyśleli, ech moż by jednak dodać tych lampek.

Bo choć wieje, to chce się przecież światełek.

Świąteczności.

W Lidlu pustki, w innych sklepach też. Znajdziecie pojedyncze rzeczy, najczęściej te najmniej lubiane, wiecie, albo i najdroższe… albo te kompletnie niechciane i tyle. Oczywiście, że może i niektórzy liczą na to, że zamówienia internetowe jednak dotrą na czas, może jednak wolą zakupy robić on line, ale…

… biorąc pod uwagę jak nasza poczta NIE działa, to wiecie…

Dziwne to wszystko.

I jak tu się uświętować, jak i świąteczmości nie ma w sklepach, ale też i jakoś ta wietrzność, no serio, nic ino stanąć i krzyczeć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomigotliwianie… została wyłączona

Pan Tealight i Miś, co był za morzem…

„I był za morzem, lecz nie za górą, no wiecie…

Nie każdy może mieć wszystko.

Nie.

Ale on był za morzem i naprawdę oczekiwał czgoś więcej. Wiecie, po tym, jak mu powiedzieli, ze to koniec wycieczki był skołowany, wiało i bujało, było zimno i w ogóle, ale jednak miał być za i jak spojrzał w tył, to ono morze, morze, które przepłynął w onym metalowym pudełku na zapałki – ale te większe – rzeczywiście było za nim, lecz gdy przeszedł parę kroków znowu było i obok niego i przed nim nawet, jak go poinformoali, ogólnie mówiąc wciąż dookoła…

… więc, jak można przepłynąć morze?

Może można przepłynąć go kawałek, wytyczoną ścieżkę, która mniej faluje, której fale udało się kapitanowi wyminąć, bo popłynął kawałek dalej na północ, a potem wymanewrował tak, by nikt nie spawiał na wyczyszczoną tapicerkę. Może… choć wątpliwe, jak ono czyszczenie tapicerki.

Bleeee…

Puszka na ludzi i samochody kompletnie się mu nie podobała. Była jakoś tak dziwnie za mała na niego. A przecież nie był małym misiem, a jednak ni pięter, ni szaleństw, po prostu użytkowość i miejsce z kawą i ciasteczkami i kiełbaską… wiecie, podobno miały być frytki, ale jakoś wciąż im nie wychodziły…

Może to wina olejów?

Miał naprawdę nadzieję, że nie silnikowych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czarny Piątek.

Wciąż nie rozumiem.

Ten cały poniedziałek cybernetyczny… nie wiem, może zwyczajnie, ponieważ mnie nie stać, więc wiecie, może gdybym miała masę kasy i tak dalej?

Może byłoby inaczej?

W końcu co ja tam wiem o tym świecie ludzi nie patrzących na ceny? Nie myślących, że nie, nie mogą, nie teraz, może kiedyś. I wiedzą, że ono kiedyś nigdy nie nadejdzie, że przesrane będą mieli zawsze, a jeszcze na dodatek łeb ich tak rąbie i zatoki i naprawdę, naprawdę… Naprawdę!!!

Co ja wiem?

Nic.

Niczego nie wiem, a może raczej nie rozumiem w tym świecie. Onego pędu ku niektórym rzecom, onego pożądania najnowszego… no dobra, są książki, oczywiście, ale przecież, no weźcie no… przecież czas i tak jakoś to poskłada. Przecież to dziś będzie wczoraj jutro i naprawdę… nic się nie zmieni z nową, wielce modną parą gaci… A właśnie, jeśli o ciuchy chodzi, to o co loto z tą modą na ciasne i przykrótkie spodnie u facetów? Wiecie, te w wersji: „czy masz wodę w piwnicy?”? Serio? I do tego albo dziwne skarpetki albo gołe kostki, które u facetów nie są czymś…

Dobra, nie gadamy o fetyszach!!!

No więc… albo ta cała reszta jak kurtki dżinsowe z futerkiem białym, modne za czasów mojej podstawówki. Jeszcze ino piramidy i mój świat modowy zatacza koło. No naprawdę!!! Czemu ludzie zakładają ciuchy, w których wyglądają dziwacznie. I to jeszcze wiecie, trza ich klepać po pleckach, bo one szmatki drogie i firmowe, a teraz tylko to się liczy, że coś takiego masz na dupie czy cyckach…

… więc…

Przecież wyprzedaże dają więcej, więc dlaczego akurat… czy znowu jest to jedna z tych rzeczy, której nie umiem zrozumieć w ludzkiej stadności? Lubieniu wspólnym jednego boga, rzeczy, przedmiotu. Posiadaniu akurat onego typu dziwnego krzesła w kolorze dziwacznie żółtym, co to do niczego nie pasuje i liście monstery oczywiście i złoty ananas… tyle lat już to modne, wciąż czycone w designie i…

… nie rozumiem.

Tyle się mówi o byciu wyjątkowym.

Wyspa na pewno jest wyjątkowa.

Wciąż…

Nawet po tylu latach.

Wietrzna, goła teraz taka, może i świąteczna, ale jednak, jednak

A w ogóle, to obchodziliśmy rocznicę wielkiej wichury… Tak, jakby ktoś wątpił wciąż w wietrzne moce. Znowu odwołane promy, promy wymienione na wolniejsze, znowu strach. Czasem sobie myślę, że ten strach przed wiatrem, sztormem, jakoś tak tkwi tutaj w ludziach. Bo przecież oni wiedzą, przecież ich dziadkowie jeszcze polegali tylko na onym morzu…

A może pradziadkowie?

Nie wiem, czasy stały się tak porąbane, że już niczego nie wiem.

Ale ten Czarny Piątek… Szwecja. Lund, Malmö… ludzie wszędzie, wielkie wózki, matki i ojcowie, wrzeszczące dzieci, i to serio takie maciupkie, pieluchowate, co nie chodzą, już ze swoimi, kolorowymi, wielkimi ipadami, ich matki z telefonami i… każde jest w jakimś świecie i każde jest, ale go nie ma… Staje toto w przejściu i ni yminąć ni zabić. Same problemy no!!!

Serio, dziwna była ta Szwecja ostatniej podróży. I chociaż padał pierwszy – dla mnie – śnieg, to jednak. Nic jakoś nie wychodziło, nic się nie udało. Nic nie świeciło. Jak się okazuje, Szwedzi nie rozświetlają się tak wcześnie jak Wyspa. Hmmm… muszę to przemyśleć, ale i tak cieszę się, że nie popłynęliśmy w Mikołajki, bo sztorm ma być znowu jak nie wiem co. Jakoś… nie wiem, ale w tym roku ona jesień taka mocno smutniejsza, przygaszona. Jakaś niejesienna. Jakbyśmy nie zasłużyli na kolory, światło i cały ten kruszący się aromat.

Albo wiecie, może już nie będzie jesieni?

Wyspa

Dla mnie jedyny świat, gdzie wciąż nie wszyscy przyklejeni do urządzeń, gdzie wciąż jeszcze pewne sprawy są trochę bardziej naturalne. A może ostatnie takie miejsce? I to nie tylko dlatego, że w wielu miejscach u nas zwyczajnie internet nie dochodzi. LOL Serio… ma się wciąż te czarne dziury.

Czarnych Piątków raczej nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miś, co był za morzem… została wyłączona

Pan Tealight i Bujak Wołowy…

„Bujał się w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane taki wiecie, no wołowy koleś z grzywką.

Rudzielec kompletny, ale jeśli chodzi o fryzurkę, to nie dość, że grzywka, loczki, podcięte, wyczesane… Po prostu perfekt. To jeszcze dodatkowo takie lśniące, takie prawdziwe, naturalne i całkowicie chemicznie nie rozjaśniane, czy coś. No zwyczajnie ideał, ale na czterech i wszelako z zacięciem.

Mocnym zacięciem.

Muczącym nawet.

Dobra, ponieważ mieszkał dość daleko, to wiecie, zwykle łapał ją tak z przyczajki. Gdzieś jak była na spacerze niedaleko jego sadyby, po Wyspie. Gdzieś jak odeszła dalej od domu i… bo widzicie, Pan Tealight niezbyt go lubił.

I to z wzajemnością.

Tak jakoś nie umieli się polubić. I naprawdę nie wiedzieli, czy to przez ich wzajemną, całkiem odmienną naturę, czy jednak coś więcej, coś innego, coś demonicznego a może coś… boskiego nawet? Nie wiedzieli. I to nie wiedzieli obydwoje. Próbowali raz to obgadać pod Stosownie Starymi Ruinami, ale jakoś im nie wyszło. Najpierw on dołem tamten górem, ppotem niby miało być na górze, ale Bujak Wołowy nie mógł, więc chcieli dołem, ale ludzi tyle było… i nie wyszło.

Jakby wszelakie moce przeciwko nim spiskowały.

I jeszcze nie cierpialy na brak połączenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podróż.

Wiecie, jak się bidok w podróż wybiera, jeszcze taki, co mieszka w miejscu, który własny kraj jakoś mocno pomija… więc by mieć tańszy bilet rezerwujecie go miesiące do przodu. Inaczej nie da rady. Znaczy, inaczej mnie nie stać. Niby na to też człeka nie stać, ale człek wie, że wysłanie poczty ze Szwecji to po prostu albo wysyłanie dwa razy tyle, albo zapłacenie połowy tego, co tutaj…

A pamiętajmy, że poczta ta sama.

Ale widać bidnemu zawsze w oczy wiatr i… oczywiście, że akuat się okazało, że w dzień, który wybraliśmy nie dość, że sztorm, to jeszcze kurna ten piątek. Wiecie, ten, co to jest czarny. Chociaż nie wiem, czy w ogóle można wymówić to słowo, czy jednak używać czegoś jak: mocno grafitowy, tudzież ciemnoszary?

Poprawność polityczna w mordę siebie mać…

No więc człowiek liczy te dni, liczy, potem widzi, że tu bilety wykupione, tu wykupione, kurcze, tam też już nie ma… oj pewno, że to w końcu się okaże znowu ściemą i one bilety pojawią się magicznie bo Fjolslinjen robią takie rzeczy od zawsze, ale prasa już o tym nie pisze, bo kocha ich szalenie… wiecie, władza się w gazecie głównej zmieniła, to i podejście nagle lizodupne…

No więc bierze co jest.

Bo na to tylko go stać… i czeka.

Może zlożyć w ofierze to i tamto, ale nigdy nie wie. I pewno, jak tylko się budzi, to od razu słychać ono buczenie, wycie, walenie. I już widzisz, że informują cię o tym, iż jak najbardziej ludzi mogą wieźć, ale jednak psy nie, świnki te nie… bo wiadomo, chociaż, wiecie… ekhm…

Everybody lies!!!

No więc ładujesz się na prom z lękiem w duszy…

Wiesz, że buja.

Po prostu wiesz.

Będzie źle, musisz to przetrwać, słuchawki w uszy, wyłącz nos, wysikaj się nim prom wyjdzie z portu – serio polecam podobnie jeśli chodzi o drugą stronę… eee, znaczy stronę podróży, nie człowieka, wy świntuchy!!! No weźcie no!!! Po prostu idźcie siusiu czy numer dwa, szczególnie w żeńskich przybytkach, przed wejściem promu w okolice portu. Bo potem kolejka taka, że szok!!!

Aaaaaaaa!!!

I panika od razu!!!

I buja.

Rzuca człekiem z prawej na lewą. Spoglądasz przez okienko i niby nic, ale rzucasz okiem w prawo, przez całą małą, ciasną niepotężność promu i widzisz jak to, co zwą horyzontem… tańczy. I już wiesz, że lepiej nie patrzeć na te światełka. Bo oczywiście wciąż ciemność. Świt wstanie dopiero w Ystad. A może i kawałek przed… a przed tobą jeszcze tak wiele. A czasem…

No właśnie, czasem, a pamiętajcie, że ja bez avio się nie ruszam, błogosławiony Bóg Aviomarinu niech będzie – i ten, co go stworzył… ale jednak, mózg wciąż pracuje, on wie, że coś nie jest tak z oną „ziemią”, po której łazisz, czy też, na której siedzisz… no i jakoś takoś przesuwa się z prawej na lewą.

Jakby no, chciał ci przypomnieć, że nie uciekniesz przed strachem i tymi, co popuszczą. A wielu popuści. Na szczęście w ten rąbany piątek udało się bez wielkich zapachowych bomb. I rozbryzgów i tak dalej.

YAY!!!

Ale i tak najfajniej było zjechać z promu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bujak Wołowy… została wyłączona

Pan Tealight i Cynamon…

„Przylazł Pan Cynamon.

Znaczy wiecie, przylazł…

Najpierw tak się bardzo czaił pod Zagrodą Jednorożców, a potem, no cichaczem, zapukał. I wciąż Wiedźma Wrona Pożarta nie wiedziała, gdzie kurde on miał nóżki? No bo, czy on skakał? A może się toczył? Nie no, chyba nie, przecież czyściutki taki, nagusek, brązowa pałeczka.

Wystarczająco falliczna, więc po co mu coś innego.

Ale miał mikołajkową czapeczkę i rękawiczki na takich bocznych zadziorkach swojej cielesności. Wiele ich miał. Czerwone z białym futerkiem. Takie wiecie, z jednym palcem i czymś, co właściwie nikt nie wiedział czym jest, co ma robić okay, ale jak naprawdę to nazwać, no i czemu się to nazywa: z jednym a palcem, a nie z czterema w kupie? Albo osobnością dziwną?

Albo kciukowe?

I serio, patyk mu nie marzł, a one zadziorki tak? Naprawdę? Ale przecież, no naprawdę… serio? Ekhm, dobra, to dziwne pytanie.

Lepiej czasem nie pytać, kto ci zrobił tyle rękawiczek i skąd masz tyle babć i dlaczego one wszystkie siedzą w tej piwnicy i takie przykute łańcuchami są, i ogólnie mówiąc w nie najlepszej kondycji i czerwone… kurde, ale skąd masz takie perfekt,  miękkie czerwone nici? A pożyczysz? Bo mi by sie sweterek zdał…

I w ogóle…

Że babcie?

A co to, ja wścibski menel?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gotuję, nie marnuję” – … marnuję. Marnuję papier na książkę, która dla mnie jest oczywista, ale wiecie, dorzucili do zamówienia, więc jest. Jak ktoś chętny i będzie w okolicy, to może sobie ją wziąć.

Czy polecam?

Nie.

Polecam rozmowy ze starszymi osobami, one wam powiedzą co i jak. Polecam wam studia i brak kasy, wtedy nauczycie się jeść nawet trawę. I polecam posiadanie nauczyciela z wytatuowanym numerem na przedramieniu, który dokładnie opisze w jakim czasie jaką połać trawnika objedliby więźniowie z Oświęcimia.

Rozumiem, że to jakiś hipsterski myk, ale serio… tyle papieru i to kredowego, taka oprawa graficzna, piękne zdjęcia, serio, co do układu mam wąty ino dlatego, że za eleganckie to i dużo białych plam, miejsca… na… sorry, ale jeżeli już zagłębiamy się w ekologię, to bądźmy konsekwentni!

Papier nich też będzie czerpany!!!

Ale dobra…

no więc przepisy… oczywiste dla tych po 30stce. Może dla młodszych i bogatszych dziwy to wielkie, ale dla większości normalnej wiadomość o tym, że głąb kapusty jest jadalny to… ech! Przypomnienie, że jest się biednym. Poniżenie. Nie wiem, ja tak się właśnie czuję. I tak, dziękuję, że Empik zauważył, iż moje Premium nie obejmuje przesyłki za granicę, więc pewno dorzucili to coś. Naprawdę jestem za to wdzięczna. Ale za zawartość onej pozycji już nie. Bo to nie jest opowieść o niemarnowaniu ino o tworzeniu dziwacznych posików. A raczej projekt fotograficznych, który ma cię…

… poniżyć.

Nie no, nie mogę się wypowiadać o tej książce. Za biedna byłam i jestem. Sorry. Wiecie, był i czas kiedy żywiłam się dziwnymi pigułkami aspartamu dzięki czemu dowiedziałam się, że jestem na nie uczulona… skrobałam pleśń z sera niepleśniowego i wiem co z kurą zrobić na zimno i na ciepło. W znaczeniu z piórami, wnętrznościami… i wiem jak to śmierdzi… Kurde… czasem naprawdę wydaje mi się, że wszyscy wciąż nażarci, wciąż napici, nawaleni i tylko ja jakaś dziwna.

I kij wam w mrowisko.

Nie polecam.

I tak, doceniam, że nie ma przepisu na bulion z pancerzy krewetek i badania autorki i tak dalej… ale, serio? Co do mięsa, bo wiem, że książka spotkała się z hejtem z tej strony… Serio ludzie? Serio? Kuźwa, serio?!!! Zróbcie sałatkę z warzyw z rosołu i nie marudźcie. Jak nie ma co jeść, to się kuźwa wszystko żre!!!

Nie, nie mogę…

Słońce…

Nagle, gdy tylko pojawił się grudzień, wróciło i słońce. Dziwne słońce, niskie światło, chwilowe, zachmurzone zwykle, wiecie, zachodzące gdzieś zaraz po trzeciej… znaczy piętnastej. Gdyby ktoś wiecie, tłumaczył to na inne języki, to się dziwnie nie poczuje, czy coś. Ekhm… No ale… jest nagle to słońce po miesiącu właściwie wiekuistej padalności i pochmurności, nie żebym marudziła, bo lubię oną chmurność, ale ta nagła światłość jest taka dziwna, nienaturalna kompletnie, że…

… że człek nie wie co myśleć.

Jak działać?

I gdy tylko o szesnastej znowu wszystko zachodzi i widać światełka na sąsiadowych domkach i one choineczeki i całe to szaleństwo. Oną latarnię z Christiansoe… to jakoś tak jest lepiej. Nie wiem dlaczego. Może serio ja mam jakiś problem z tym słońcem. Tak naprawdę?

Słonecznoniechętność, czy coś?

Wiecie, jest światłowstręt, więc czemu nie?

I jeszcze te pola, albo wciąż orane, użytkowane, albo zielone. I te trawy i kompletnie nagie gałęzie. Oj, ten czas jest taki dziwny. Tak mocno przejściowy. Tak wywalony w kosmos wszelako. Tak…

Naprawdę, jeśli gdyby tylko jeszcze śnieg na tym wszystkim leżał. Ech… ale człek by wariował. A na razie po prostu sobie popatrzy na te gałęzie i ponownie odkryje, że drzewa naprawdę są wszelako różnorodne. Nawet w kolorach gałęzi i ich kształtach i ich lekkim się poruszaniu, tudzież ciszy, bo po ostatnim sztormie znów nagle zrobiło się cicho. Dziwnie cicho… i wiesz, gdzieś pod wątrobą ono uczucie się kryje, że znowu zaraz zacznie wiać. Znowu… bo przecież my są takie wichrowe wzgórza.

Ha ha ha!!!

Słońce prawie już zimowe nadaje wszystkiemu taki złoto-żółciasty poblask.

A może i kolor, nie wiem.

Nawet i porostom, krzaczkom wszelakim i gałęziom. I jeszcze pniom, ścianom i oczywiście szybom!!! Bo przecież to one tak uwielbiają odbijać jego poświatę. I wszystko staje się jakieś takie… cięższe z tym słońcem. Naprawdę cięższe. Jakby światłość sprawiała, że przytłacza Wyspę coś…

… niewytłumaczalnego.

Zakazanego, a może i nawet grzesznego.

Ino, z której religii?

Bo wiecie, nie wiem jak u was, ale u nas światełka w większości może i pozapalane zostały trochę wcześniej, ale choinki, one choinki porozrzucane w portach i na rynkach miasteczek, to dopiero teraz. Co do julemarketów w tym roku, poza tym, że mnie po raz pierwszy ktoś rozpoznał… nieźle, jak po tylu latach 4 blogów i tak dalej, wiecie, po miśku oczywiście… więc oto i jest dowód na to, że ino Instagram sławę wam da. Taka dygresja, jak ktoś sławy pragnie. LOL Co dowcipne, był to ten julemarket, z którego ostatnio mnie wykopano, znaczy rok temu. No nie doslownie, ale wiecie…

Prawie.

Ale… julemarkety raczej smutne.

Zaliczyliśmy ten u nas w Gudhjem, czosnkowy aromat bardzo i ciasno oraz ten przy latarnii i w Sandvig. Wszystkie jak zwykle odorobinkę dziwne, bo człek jednak odwykł od onego kontaktu sprzedawca – kupujący. Wszędzie wsio maszynowo, sam się możesz zeskanować – okay, strasznie często to zwyczajnie nie działa, więc i tak kończy się na kasie, ale w kasie kontakt ino w wersji: czy to wszystko? Tak? Chcesz rachunek? Chcesz… no to masz.

Pa.

I tyle.

Taki to świat.

Mi odpowiada, bo mam problemy z ludźmi, ale się tak zastanawiam, czy ona potrzeba stadności, którą zwykle mi antropolodzy i socjolodzy wmawiali, zaczyna być w zaniku. No serio… Może ci starsi to tak, ale średni wiek, młodsi… nie wiem, ale jakoś tak… a może to tylko chodzi o Wyspę

Wiecie, ona wzywa takich samotników.

Co im słońce przeszkadza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cynamon… została wyłączona

Pan Tealight i Drugi Raz…

„Podobno, to w ogóle braci onych było trzech: Pierwszy Raz, Drugi Raz i Trzeci, któremu już Raz nie dali na drugie, bo przestali się lubić z wujkiem Razem, on przestał przyjeżdżać i dostarczać miłych towarów i wszelkiej kasy, więc… no wiecie, Trzeci czuł się bardzo odrzucony.

Między jego rodzeństwem było coś, czego on nie miał. Coś, czego nie rozumiał. Ono coś, czego pragnął, bo głupio tak nie rozumieć żartów i przez cały czas myśleć, że śmieją się właśnie z ciebie, a przecież wcale tak nie musi być, bo pępkiem świata nie jesteś, ale jednak, tak może być, bo jesteś blisko…

I łatwo cię zranić.

I patrzeć jak krwawisz.

… więc nie był miłym osobnikiem. Zawsze ubrany na szaro, unikający i czerni i bieli, zwyczajnie nie chciał się z nikim kontaktować. Z nikim spotykać, gadać… niczego rozumieć. Po prostu nie chciał. A ponieważ w końcu tak ucichł jakoś, zatopił się w onej swej szarości, to pewnego, późnojesiennego dnia… zniknął. W onej mgle otaczającej ich zielony domek z czerwonym dachem.

W onej nicości miękkiej…

I czasem tylko z mgły dobiegał ich jego śmiech… i nagle to oni nie wiedzieli, czy ono szare i niewidzialne śmieje się z nich, czy kogoś innego, bo przecież żadne nie jest pępkiem świata, choć czasem może i by chciało, ale jednak…

… więc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A u nas Batmanowe autobusy i ekologiczne banany.

Wiecie, każdy ma swoje, by jakoś tak oną listopadowość i grudniowość roześmiać. Jedni mówią, że wsio wyleczą banany. Od acne po raka. Wystarczy je jeść, wcierać, pocierać torby, buty, pierun wie co jeszcze. No ogólnie mówiąc, banan to lek na całe zlo i jeszcze taki jest żółciutki, więc wiecie, słoneczny owoc, jak nic…

To, że u nas banany raczej nie rosną, ale słyszałam o sąsiedzie, na szczęście mieszka dość daleko, że jego legwany i węże mają się super. Niegdyś jeden mu spierniczył i było ballade, ale jakoś takoś się rozeszło po kościach. Tak szczerze, widziałam dom, w którym ono swoje skupisko gadziny trzyma i przyznam, że już więźniowie mają więcej miejsca w celach niż on. No naprawdę. Nie wiem jak on sobie z tym radzi. Ale raczej widać jak one sobie radzą, mają dość i spierniczają. I się im nie dziwię.

Oj nie.

Takie maciupkie domki, że bardziej buda dla psa…

No ale, wracamy do bananów! Oto i one… od niedalekiej przyszłości będą w Netto wyłącznie ekologiczne. Cieszycie się? Bo ja tam nie wiem co to znaczy. Naprawdę, ostatmio kompletnie nie rozumiem co znaczy EKOLOGICZNY.

Brak mi wiedzy, zrozumienia i ogarniania współczesnych umysłów. No serio. Jakoś tak. Przy okazji, ciekawe czy pozbywają się chińskich mrożonych groszków? No wiecie, bywały tam często, do dziś boję się wsadzić łapę do zamrażarki mając wrażenie, iż coś z onej menażerii sąsiada tak sobie żyje… za wiele horrorów chyba?

A może nie…

A może?

A co do autobusów, to wiecie, jeżdżą z napisem BAT i znaczkiem Batmana. I nie zrozumiałam żartu. Po pierwsze zawsze znaczek widzę jako to coś czarnego, a nie nietoperek, a po drugie BAT to dla mnie zwyczajowy skrót. Czyli Bornholms Amts Trafikselskab, więc wiecie… he he he.

Znaczy nie no, zabawne, naprawdę…

Ale nie załapałam.

Ostatnio serio nic nie łapię z radosności.

Widać osiągnęłam już taki poziom depresyjnego dna, że nie ma dla mnie ratunku. No naprawdę. A może to ten ciągły deszcz i wiatr? Bo tak wieje i pada. Ale przecież ja lubię taką pogodę. Nawet oną mroczność, właściwie prawie ciągłą ciemność, która wyzwala we mnie pokłady wszelkiej pracowitości.

Czyste szaleństwo!

Nie wiem jak to opanować, no!!!

Ale nic to… w końcu to już grudzień!!! Czas na wszelaki Yuletid i tyle. Ale jak to pogodzić z ciągłą presją nadgonienia tego i tamtego? Popracowania nad tym i tamtym? No naprawdę? Związać się, czy coś? Może i to miałoby jakiś sens? Dobrowolne unieruchomienie, dostępne jedynie wyjścia do kibelka? Bo spać na kibelku to się chyba raczej nie da. Wiecie, jak kołderkę i poduszeczki? No nie…

Głupie wizje.

Ekhm.

Jednakowoż, to przecież czas odpoczynku. Czas na wszelakie zupy gorące, ciasteczka, herbatki, no i może czekoladę gorącą? Wiecie… takie tam różne sprawy. Takie jak w tych reklamach, czy coś. I jeszcze śnieg za oknem… ha ha ha, no przecież sama w śnieg nie wierzę, no! Weźcie, to klimat nadmiernie cieplnie miarkowany.

Śniegu pewno nie będzie.

Ech!

Ale grudzień, to jednak czas niesamowity. I go uwielbiam. Chwastów wyrywać nie trzeba. Nie żeby ich nie było, no ale… trawa wciąż zielona. Liście nadal na drzewach w niektórych miejscach, no co się dzieje, no?

Ech!

To wiecie, merry everything! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drugi Raz… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwszy Raz…

„Pierwszy raz czuł się sprawny i wykorzystany do granic swych niteczek.

Bo tak, Pierwszy Raz był zwyczajną, rąbaną Zuzią z oczkami z guziczków, zszytą dość krzywo, ale odzianą w wymyślną kieckę, czapeczkę i paltocik oraz nieodłączne, niezależnie od pogody, wysokie, różowe kaloszki. I ten szaliczek w paseczki, a każdy z nich inny, z końcami z frędzelków zakończonymi koralikami…

Naprawdę.

Co jak co, ale stylizację miała wypasioną. Na pewno dobrą na późnojesienną pogodę, ale jednakowoż odrobinę walącą po oczkach, chociaż… wiecie, z drugiej strony, to jakoś takoś była widoczna na ulicy i w okolicy dzięki onym wszelkim neonowym wstawkom w ubraniu i odblaskom, które miała poprzyczepiane do włóczkowych włosków. I to takich wiecie, wersja afro!

Widoczna nawet mimo czapeczki.

Czapeczki z pomponikiem i nausznikami.

No wiecie… Pierwszy Raz.

Idealna nieświadomość i wszystko co nowe zbugowane cuzamen do kupy. Bo przecież była pierwszym razm. Onym czymś, co się wydarzało ino raz, ale też, z drugiej strony, to wiecie, jak nic wiele tych pierwszych razów, więc miała doprawdy sporo do roboty i… no właśnie, wciąż jej się lewe oczko z czarnego guziczka odpruwało, więc przychodziła wciąż i wciąż i wciąż… Bo tylko tu Pan Tealight wiedział jak to zrobić, by znowu normalnie widziała. Znaczy wiecie…

Po swojemu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w lesie…

Jak można żyć bez lasu?

Bo przecież tutaj jakoś tak… to nie jest, że człek się ładuje, jednak nie to. Po prostu, jakoś tak, te drzewa… no tutaj człek czuje się na miejscu i wiem… Robaki. Oj dobra, każdy ma fobie i tak dalej, ale jednak, ten las, ten aromat, te liście, gałęzie, ścieżynki, miejsca podmokłe mniej lub bardziej, lub i całkowicie…

Bo przecież u nas lasy takie niesamowite.

Wiecie, póki są… one lasy młode takie, wyżebrane, wymodlone, wydarte innym. Po prostu drzewa, które naprawdę walczą o życie, ale jakie drzewa dziś nie walczą o życie? No jakie? Te brzozy i inne. Te dęby i iglaste te. I jeszcze one z innych krain, które jakoś tutaj czują się tak jak u siebie. Bo i przecież są u siebie.

Uwielbiam lasy.

Kocham je namiętnie, od poszycia po czubki drzew. Po one mglistości listopadowe i wszelaką wilgotność. Przez te mgły, które zmieniają znajome ścieżki w czarowne tunele, w które wchodzisz i dech zapiera, gdy nagle oblepia cię ona cała białość i lekka szarość i wszelaka oddychalność. I jeszcze oczywiście lekki chłodek.

Bardzo lekki, bo przecież u nas to raczej ciepło.

Mrozów nie ma.

Mokro jednak… ciemno też, ale nawet jak ciemno, to i tak fajnie. I one porosty wyglądają tak czarownie. I tak niesamowicie i w ogóle. I ostatni muchomor łyska mokrym kapeluszem. I jakieś tam szpety i jakieś tam szmery dziwne i ptaków nagłe zaśpiewanie i jeszcze… jeszcze tak wiele, że chcesz się tutaj tak bardzo zagubić. Zostać. Bez tych ludzi i całego onego cywilizowania.

Zwyczajnie.

Normalnie.

Lasy zdają się z jednej strony tak bardzo tchnąć oną mocą i siłą, a z drugiej strony, są takie strachliwe. Bo te piły wszędzie, ludzkie dziwaczne pomysły… wieża pod Rytterknaegten znowu ma podsłuchiwać Rosjan. LOL Ile kasy na to dostali, to łeb mały ile lasów by się nasadziło, nasiało i tak dalej…

Lasy lasami, ale poważne sprawy oczywiście też na tapecie.

Po pierwsze Grenlandia. I tak, na świecie nie wiem nawet, czy o tym mówią. Poza naszymi mediami jakoś ów grenlandzki Brexit nikogo widać nie interesuje. To, że niegdyś ląd zielony… pewno przy tych zmianach klimatycznych niedługo znowu będą… no więc ów ląd zielony posiadający już autonomię chce się na amen w pacierzach wszelkich odłączyć od Danii. I to wiecie, tak na zawsze, że jakby nigdy nie byliśmy razem, już cię nie kocham i rzucam obrączką…

Ale chcę zachować kasę i płacić mi masz alimenty.

No serio.

Przyznaję, że jakoś polityczne potyczki mnie nie interesują, za to cały ten skandal z wykorzystywaniem dzieci… naprawdę, ludzie kurna, serio myślicie, że wyleczycie swe bolączki podwyżkami na cukier i alkohol? Serio? I nie, nie robi tego Dania, a sama Grenlandia, która nagle zapomniała jakie ma DNA i temperatury.

A przede wszystkim, że no… bidnie się tam żyje.

I ciężko.

I choć mają misie i piękną przyrodę wszelako, to jednak… no nie wiem, naprawdę nie wiem, czy im się uda wsio pociągnąć tak samotnie i po prostu. Bo jak będzie Brexit, to sorry, ale alimentów nie będzie.

W tym wymiarze albo wszystko albo nic.

Chyba… bo kto tam polityków pojmie?

A dzieci… cóż, nie oszukujmy się, kto tam o nie dba? Zresztą, to przecież ino jakiś malutki kawałek świata, co to zdaje się nazbyt baśniowy, by mógł być prawdziwym. Kto chce o tym czytać, co nie? No chyba, że się influencerzy rzucą… oj pewno, że wściekła jestem i sarkazm się ze mnie leje, ale przecież miliony lepiej wydawać na wieżę – i to miliony europejskie – a nie na tych maluczkich.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwszy Raz… została wyłączona

Pan Tealight i Pokrętna Ciemna Siła…

„Różowa.

Pastelowo różowa.

Naprawdę taka była.

Z koszyczkiem, rowerkiem, w fartuszku i wysokich bucikach, jak ona pierniczona pastereczka, ale owieczki raczej szkieletowe takie miała, choć też w pastelowych kości odcieniach. Niektóre miały nawet diamenciki w różnych, może i dziwnych, ale jednak bardzo wybranych, miejscach…

… nawet zaskakujących.

Może?

Ona. Pokrętna Ciemna Siła. Dziewczątko, blondyneczka z kucykami króciutkimi, twarzyczką okrągłą, policzkami różowymi i te rajstopki takie białe, w koszyczku płatki róż i cukiereczki… a może i nie… Wiecie, jednakowoż to była ona, a ta cała reszta mogła być wyłącznie li i maskowaniem, a może…

A może źle ją przedstawili, czy coś?

Nie… to coś, jakieś takie mglenie, a może i coś więcej, COŚ posiadającej własną osobowość, myśl i siły, którymi mogo obracać… Tak. To na pewno była ona. Serio. Byli tego pewni. Nikt inny by nie umiał, nie mógł, a cała reszta, no cóż… moda. Tylko do Największej Azaliż Jasnej Przeciasnej… co ona robiła u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i skąd się unosił ten nęcący, maślano-waniliowy, zapach świeżo pieczonych ciasteczek?

Skąd?

Bo przecież… nie no…

Serio?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A morze faluje…

Bo wiecie, morze sobie może. A ludzie w onych metalowych czy drewnianych skorupkach starają się na nim utrzymać i wszystkim się wydaje, że to małe morze, ten Bałtyk, no ale… no ale może i małe, ale jednak potężne.

I w swej potędze wielkiej.

Bo nie ma to jak zignorować oną potęgę.

Siłę i wszelaką nieobliczalność, co wciąż się jednak ludziom zdarza. Wydarza i tak dalej. A potem ajwaj i łojeryńki… Bo jakoś nikt nie myślał, nie pomyślał, nie pamiętał jakoś… naprawdę. A przecież od małego wiadomo, że utopić się można w szklance wody, więc dlaczego chcecie się ścierać z całą oną potęgą wielką? Dlaczego tak was korci rwać ono dno, pływać łupinami, szaleć…

Skakać wtedy, gdy wszystko szumi i się burzy?

Nie wiem… wiem jedno, nowe pole wiatrakowe się szykuje na morzu.

Tak, tak, no ba, oczywiście, że i miejsca pracy i jeszcze ona ekologia, zielona energia… ech, lepiej o tym więcej nie czytać, bo wtedy człek się dowiaduje, że z oną zielonością to nie tak do końca, prąd ma być dla Polski, Niemiec, części Danii, a tutaj u nas wiecie, zasłoni ten tam widok morski, falowy widok i oczywiście wszelako wietrzny i szalejący pływami i jeszcze usrany odpadami radioaktywnymi…

Czy tylko ja nie chcę o tym myśleć?

Się okazuje, że nie, bo ludzie naprawdę wiele o tym wiedzą i się boją. Nie mówiąc już o samym dnie morskim, które jest, no szczerze mówiąc, dość szalone. Widzieliście makietę Bałtyku? Wiecie, taką oddolną? Jak nie, to polecam. I wtedy pomyślcie ile z tego całego naturalnego życia polegnie dla onych wciąż się psujących wiatraków.

I teraz, kurcze, no jak to wszystko pogodzić?

A co z tymi ścieżkami ptactwa wszelakiego? Onych rzadkich gatunków, które przystają na chwilę, dzień lub dwa, a czasem ino kilka godzin? Na małe papu i odpoczynek. Drzemkę może i jeszcze wiecie, jakieś takie bara bara?

Listopad dopiekł nam mocno deszczem, przed 16tą ciemność… naprawdę jest kiepsko. Takiego braku światła to człek dawno nie widział.

Jeden dobry wschód słońca?

Ojojoj… szaleństwo!!! Dla większości niby nic dziwnego, w końcu to tak zwana północ i wyspa i tak dalej, ale to jednak dziwne miejsce ze specyficzną pogodą/aurą, która jednak nie rozpieszcza ciemnością. Która dowala słonko prawie codziennie, a teraz, od miesiąca nic słonecznego?

Helloł?

O co chodzi?

Nie żebym się skarżyła, ale jednak, stojąca woda na polach znowu sprawi, że się zbożom nic nie spodoba i będzie od nowa płacz i zębów zgrzytanie. A mówiłam nie wycinać tych drzew… się natura mści i tyle.

A w lesie…

No właśnie, w lesie wycinki, co mnie wkurza do punkt, w którym wpad, w szok i dostaję ataku strachowego i chcę jak najszybciej uciec… ale doką? Gdzie ludzie nie durnieją i nie wycinają zamiast dosadzać? Gdzie jakoś tak rozumieją, że las jest potrzebny, że to nie tylko miejsce, gdzie może chowają się one sarny, daniele i jelenie, których ostatnio na drogach cała masa, więc uważajcie i zwolnijcie w rejonach leśnych i polnych.

No a w miastach, to wiecie, uważajcie na tych zakręconych już świątecznie.

Też mogą być rogaci.

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pokrętna Ciemna Siła… została wyłączona

Pan Tealight i Wątpliwość…

„Chodziło właściwie o wiele rzeczy ostatnio.

I wiele rzeczy chodziło dookoła innych rzeczy i się z nimi spotykały i jakoś tak wchodzili we wzajemne konekcje, budowały konstrukcje… ale wciąż największe i najważniejsze spośród onych rzeczy były Wątpliwości.

Czy on, czy ona, ono może… pogoda będzie a może nie, czy wyglądam, źle, nielepiej, a może jednak, niepatrzenie w lustro dostarcza większej radości, niż mi się zdawało? Czy ten siwy włos w brwi znaczy, że to już TEN WIEK? Bo przecież zawsze w onym wieku była, ale wiecie, nie było widać, więc…

… więc czy zrobić ten ktork, czy nie, czy może mnie zauważą, czy jednak nic z tego nie wyniknie? Albo co gorsza się sparzę i będzie tak bardzo bolało, iż tego nie przetrzymam… podobnie jak braku książek…

Widzieli umysł Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, Wiedźmy Prawie Bezksiążkowej. Właściwie posiadającej ich tylko kilkanaście… co dla niej samej było czymć bardziej niż dziwnym, właściwie anorektycznym, zaskakująco bolesnym, ale i pokrętnie wyzwalającym…

… więc…

Widzieli go jak się miotał opętany nićmi Wątpliwości, która wsysywała w niego wszystko to, co mogła. Nawet najbardziej absurdalne pomysły. A on je chłonął, bo Wiedźma straciła swoje osłony. Nie umiała już się bronić i znowu… zanikała. Znowu niszczała. Znowu był definicją nieszczęśliwości wszelakiej i…

… bali się.

… Bali się, że już się z tego nie podniesie.

Może nawet… odejdzie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Penis za oknem.

No wiecie…

… serio. Albo dildo bardziej, bo stale sztywny, tylko czasem się buja… no i jeszcze wali po oczach, a na końcu ma takie coś, co można wziąć po ciemku czy za szarości za wiele, ale nie wimpel. Bo wiecie, on ma moc. Jak te miecze z tych tam wojen, znaczy filmu z kosmosu i przyszłości…

Znaczy tego, no on świeci.

I nie, że tak wiecie, ino świeci. Niczym ten świetlny miecz, ale bez dziwnych dźwięków. Jednostajnym światłem, które jakoś nie przyprawia cię o apopleksję, nie… ten cholernik najpierw jest dziwnie czerwono-pomarańczowy. Albo też w pewnych momentach sraczkowato brutalny. Naprawdę. Światełka jakoś tak przez siebie przechodzą, że czlek się gubi i tyle. I nagle nie wie na co patrzy, ale nie ma boja, bo zaraz czas na mieszankę niebiesko-zieloną. Osobno niebieskie i zielone światełka znowu, jakoś tak przenikające przez siebie dają dość nieciekawy kolorek.

I tak, to mam przed sobą…

I toto…

Świeci.

Jeszcze jak się tak przemienia od ciepłych odcieni w one zimne, to wiecie, no jakoś to człek znosi. Najpierw to, potem to, dociskasz żaluzje i tyle, ale w pewnym momencie wszystko przyśpiesza i przyśpiesza, i przyśpiesza i kurde wiesz, że siekiera, to za mało, bo będzie to bornholmska masakra świąteczka. Taka, co to przejdzie do historii i w annałach się zapisze boldem!!!

I na pewno w końcu będę sławnym artystą, co w końcu na amen w papcierzu i alleluje wszelakie, zwariował.

Serio, to pulsowanie!!!

Na szczęście sąsiedzi zaczęli wyłączać ono cholerstwo na noc, bo inaczej popełniłabym zbrodnię największą, czyli zaatakowałabym duńską flagę. Bo tak, oczywiście, że mówię o onym modnym od kilku lat ozdabianiu masztu flagowego.

Początkowo były to choinki, czy raczej coś na kształt szkieletu tipi, świetlnego, wiecie, miejsca spotkań starszyzny, która wiedziała co powiedzieć i jak zadziałać, ale jednak tak pod gołym niebem siedzieć jak ciągle pada. Bo tak, oficjalnie uznano listopad za najmokrzejszy od lat.

Wielu lat.

Ale wróćmy do masztów.

Po tipi zaczęły się wariacje. Wciąż jeszcze odciągano lampki nitkami od nich, ale jednak jedni bliżej inni dalej, ci zaczęli lampki kręci, tamci kombinować, plecionek nie widziałam i nie rozumiem dlaczego, ale może to problem z wiatrami. Bo wiecie, my mamy problem z wiatrmi. No wieje tutaj i tyle!!! Taki fakt… choinki, które wystawiane są w portach i na ryneczkach, zwykle nie dość, że nie mają ozdób, to na dodatek zawsze mają dziwne, brutalnie prytroczone lamki, są przywiązane, przymocowane, nasza nawet ma metaloewe linki podciągające ją z kilku stron.

Serio…

… no żeby nie odleciała i tyle.

Rozumiem to.

Ale maszty… z czasem nadeszła ona chwila. Może to był moment, może jedna osoba, ale w końcu zaczęli oplatać maszty i… Czy powinnam w tym miejscu wspomnieć o tym, że prawo odnosi się bardzo surowo do flagi na maszcie. Wimpel i wielka flaga mają wyznaczone momenty łopotania i zwisania. To naprawdę jest trudne i musisz pamiętać, by zdjąć to przed określoną godziną, a tamto powiesić i…

Oj nie.

Ale, wróćmy do świąt.

Okazało się, że maszt można obwinąć skąpo, średnio, szalenie, albo ściśle, co naprawdę daje kapitalne wrażenie. Gruby, potężny, ale wciąż dildo. Lepiej, jak flaga nie wisi na tym i tyle. Taka prawda. Niektórzy nawet nakładają jakieś takie świetlne, grube kondomy… skąd oni to biorą? Nie mam pojęcia. W okolicy jednak niewielu zdecydowało się na maszt. Wiadomo. Flaga rzecz święta, więc lepiej mieć ją tylko, wiecie, tak w oknie jak my. I tyle, i już. No wystarczy.

Naprawdę.

… więc są te maszty, są też i inne ozdoby, bo Wyspa zaczęła się rozświetlać już w listopadzie. I nic w tym dziwnego. Ciemno w końcu!!! Dla nas światełka, wszelako może zwane świątecznymi, to przede wszystkim światło!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wątpliwość… została wyłączona

Pan Tealight i Chochel is back…

„Bo on spał.

Chatka Wiedźmy okazała się nagle kłamstwem i koszmarem, więc musiał odespać oną całą ochronę, którą sprawował nad swoją Wiedźmą Pożartą.

Wiedźmą, która się zmieniła.

… której coś się stało na poziomie najgłębszego wiedźmostwa i ono COŚ było już naprawdę nieodwracalne, a na dodatek, on to wszystko przespał. A nie powinien był. No przecież nie powinien był… od tego pierwszego dnia, gdy tylko się poznali, gdy on jakoś tak do niej przylgnął, wiecie, pozostał tak po prostu i zrozumiał, że to jego wiedźma, że w końcu ją znalazł, choć bez urazy, ale optował ku wyższym celom i rejonom… a ona taka niska… Nie żeby jej brakowało dostojności, ale pod drzewkiem przechodzi wyprostowana spokojnie. Naprawdę!!!

Od tego czasu byli razem.

Cichszy czy głośniejszy, jednak przecież był zawsze przy niej. Pomagała jej, tworzył z nią, a teraz… i pędzle suche i farby dziwnie nietykane. Tylko te słowa wciąż się w niej kotłują, a Książki

Pomordowane!!!

Obydwoje wciąż nie mogli się wydostać z onej matnii i jakoś zrozumieć braku kartek, stron, słów, opowieści na wyciągnięcie ręki. Nie mogli. Po prostu. I obrazów, które zniknęły ze ścian i woli wszelakiej… woli ku czemuś jeszcze większemu, a teraz, a teraz jakoś się to w niej… zmieniło.

Ale już się obudził…

… więc… co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia zmienia” – … oj tak. Przyznaję, że kocham ten świat. Tak kocham. Oczywiście, że w serii są tomy, które podobają mi się bardziej lub mniej i pewne maniery duetu czasem mnie wkurzają, ale wciąż…

Tak, to jedna z moich ulubionych serii fantasy. Z tej gałęzi miejskiej, post-apomagicznej. No i te osobowości, rany Julek no, można się rzucać i nie lubić głównej bohaterki, ale cała jej dookolność, ono czekanie na coś…

Tutaj jest pewne perfekcja oczekiwania na coś, co się stanie. Na coś, co może nas bardziej zaskoczyć, niż opuszczenie Gromady. A tak, spojler? Oj nie, przecież to było w poprzednim tomie, a wiecie, że zawsze zalecam czytanie cykli od początku. Sorry! Inazej się nie da. Pewno, że macie wspominki i opisy – które mnie nudzą, ale jednak… zacznikcie od początku, a ci, którzy czytali poprzednie tomy ucieszą się z tłumacza, dość dobrej korekty, no i całej opowieści.

Opowieści, która mocno zaskakuje.

Gdzie potwory zmieniają się w… ojców.

Gdzie kłamstwo ujawnione w końcu okrzepnięte nagle prowadzi do nowego życia. Życia, w którym nagle jesteście zwykłą rodziną, choć on warczy a ona słowem mocy zrobi z was niewolnika. I tak, będzie miłość… dobra, przewijam te sceny, na szczęście nie ma ich wiele… będzie miłość zakazana.

Będzie walka i kolejne tajemnice i…

I więcej nie powiem.

Jak znacie, helloł, czeka na was kolejna historia!!!

Światło.

Poranne.

Niesamowicie zniewalające…

Widzicie, wschody i zachody słońca zawsze są kolorowe. Zawsze są jakieś, ale nie zawsze są takie same. Czasem potrafią naprawdę zaskoczyć. Czasem się na nie spóźniacie, spektakl na dookolnym niebie, wiecie przyhoryzontalnym, już się skończył. To, co najczęściej widzicie na zdjęcia już się rozmyły.

Fiolety i róże odeszły i zostałam…

Z oczekiwaniem.

I odpływem, bo w tej opowieście właśnie odpływ i nagła cisza między wiatrami, jest naprawdę ważna. To ona stworzyła specyficzną poświatę, odbicia, rozmycia i oną srebrzystość… bo po godzinie… nadeszła straszna mżystość i wszelaka szarość, więc, chyba opłacało się wstać o świcie w niedzielę.

Ale wróćmy do początku.

Najpierw lekkie fiolety, wiadomo było, że nie potrwają i, że gdy dotrę do wody, zmienią się w pomarańcze i lekkie czerwienie przemieniające skały w magię, wybrzeże w coś, co jest nagle wyłącznie linią dzielącą je od wody. Aż w końcu, gdy dotykają wody, gdy słońce wlazło trochę wyżej i z obydwu stron omiotły je chmury…

Coś się zmieniło.

Nadeszło złoto i srebro.

Płynne i połyskliwe.

Po prostu niesamowite. I jeszcze z tym niskim poziomem wody, z której wystawały czyste, czarne w onej przeciwnej światłości kamienie i kształty ptaków, bo wiadomo, pod światło, to wszystko… zmusiło mnie w końcu do założenia drugiego konta na Instagramie. LOL Serio… bo w tej całej mocy zdjęć człek się gubi. Czas na więcej zmian. Jakby kurde człekowi było mało, no ale to światło, ten rozblask, a potem szarość…

Konkurs.

Duński język dziwny język.

Nie żeby trudny, serio. Gramatyka, czy czytanie, spoko wodza… jeśli jesteście w Kopenhadze. Jak na Bornholmie od razu udawajcie, że jęzorem gorąe pyry memlacie i będzie grało. Każdy i tak tutaj ma swoją własną wizję w jaki sposób słowo ma być wypowiedziane, więc bez nerwów… i żeby nie było, to mówią Duńczycy. Podobnie Szwedzi, którzy uznają, że przecież to takie same języki…

Nie no… pewno, że się da zrozumieć jak znasz kontekst, ale jednak, no weźcie no, co region to inne czarowania. Ale KONKURS… ech!

Nic zabawnego.

Hallegaard był przez dłuższy czas onym wiecie, mięsnym znakiem firmowym Wyspy. Pewno, że były problemy i to naprawdę odstawowe, ale wydawało się, iż przejęcie przez Kadeau – to skomplikowane, więc możecie sobie poczytać o tej restauracji i całej, no naprawdę pięknej, jak popatrzeć ino na słowa i papier… inicjatywie tu – miało być pięknie, ale wiecie… wychodzi na to, że kurna u nas jak zwykle. Było pięknie i się posrało. Upadłość, zamknięcie, wszelaka tam depresja i… nie wiem, naprawdę tak to bardzo nieopłacalne, czy jednak Kadeau nie jest tak bornholmskie jakim się przedstawia?

Na dodatek jeszcze Kiełbaskowóz zamykają, więc serio, podejrzewam, iż chcą z nas uczynić trawojedzców. Żeby nie było już były takie numery. Nagle stweirdzili, że za wiele masła jedzą, więc przywalili z podatku, podatek zdjęli, ale ceny wysokie zostały, więc ludzie dookoła polują na tańsze masła i wszelkie promocje.

Podatek na czekoladę nadal jest.

No już nie wiem…

Przymusowe odmienianie człowieczeństwa, czy kolejny eksperyment państwowy na ludziach całkiem tego nieświadomych. A może świadomych?

Tyko, co mamy zrobić?

No tak serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chochel is back… została wyłączona