Pan Tealight i Podatnicy i Podatnikowie…

„Od magii?

Ale jak to podatek od magii? Bo niby, że co, że od interesu nie możecie, bo Sklepik ino sklepikiem z nazwy, to co, to podatek od magii? A juści mamy jej w nadmiarze i pewno, że niekoniecznie chcemy się nią dzielić, boście nie zasłużyli, ale podatek… asz jak dorwę, jak zamienię ci odbyt z ustami, jak nagle flaki ci na druty nawlokę, i choć marne me umiejętności, to sweterek bez wycięć udziergam i z golfikiem na dodatek ci ją zrobię i nosić ją będziesz! Asz jak sprawię, że uszy zamiast oczu będziesz, miał a gały zamiast małżowin, zobaczysz jak fajno będzie, albo sprawię, że pokochają cię wszyscy. Co? Nic w tym złego? Tak myślisz? Chcesz spróbować? Chcesz zobaczyć jak to jest, że kochają cię tak bardzo, że aż chcą… cię zjeść?

Chcesz ciołku jebany?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4513

Z cyklu przeczytane: „Władca północy” – … najgorsze? Że trzeba poczekać na ten tom trzeci! Bo w tej opowieści, mimo iż wiecie, co sie wydarzy, jeśli nie, to serio zazdroszczę! to wszystko kręci. Wszystko jest jakieś takie nietypowe.

Z powieściami historycznymi jest tak, że potrafią zaskoczyć. Nie tylko pozwalają wejść w przeszłość, przekonać się, że ludzie serio się nie zmieniają, a cała reszta, to tylko gadżety i religie… pozwalają nam uczyć się na cudzych błędach, a i potrafią oczarować i omagicznić. Nawet jeśli jest się tym, na którym wszyscy opierają swoją przyszłość. Nawet jeśli jesteś władcą…

Czas dla naszego głównego bohatera w końcu stać się musi lepszym. W końcu kocha, jest kochanym i może ją poślubić. Tylko? No widzicie, przeszkody jednak nie ustępują. Ale o miłość trzeba walczyć, czyż nie? To tez się nie zmieniło. Walki wewnętrzne, ciągłe groźby spoza granic Anglii, czyli jak zwykle. Do tego niesamowite opisy, cudowne dialogi, a przede wszystkim ona przeszłość… oj można się zakochać w tamtych czasach. Ale też i mogą nas one przerazić.

Dobra książka. Naprawdę dobry środek trylogii. mocny, zmienny, trzymający w napięciu nawet tych, co wiedzą, jak to wszystko się skończy. Dobrze napisany, sobrze złożony i kończący się w takim momencie, że chcecie spakować wszystko, nabyć bilet i stalkować autorkę pod oknem. By dowiedzieć się, co dalej z Anne i Ryszardem. By może ubłagać ją, by zmieniła historię…

IMG_1527 (2)

Świat dookolny nadal wieje, ale nic to.

Świat dookolny nadal pędzi, jakby mu płacili na akord, ale nic to.

Nic to nawet, że kurcze z tą jesienią cos nie tak…

Bo coraz bliżej święta!!! Ha ha ha!!! No dobra, dobra, dobra. Tak wiem, większość unika tego myślenia, ale mój czas dzieli się na ten przed… i potem oczekiwanie na czas przedświąteczny. A co. Tym bardziej, że wiecie, u nas one świętowanie jest całkiem inne i jeśli tylko unikniecie kolejnych pytań: czy wyjeżdżasz do Polski na święta, to jest super.

W dziwny sposób Duńczyk nie potrafi zrozumieć tego, że nie jeździsz do Polski. Że nie kochasz, czycisz, że masz duńską flagę w oknie, na skrzynce, na aucie i kopertach wysyłanych do znajomych. Nie może zorzumieć, że można kochac kraj, w którym się nie urodziło.

IMG_0272

Opowieść o patronimikach.

IMG_4625 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podatnicy i Podatnikowie… została wyłączona

Pan Tealight i Na wietrze…

„Znaleźli ją rano bujającą się na Strażniczce Czereśni. Tak po prostu wiecie, dwa sznurki, niby huśtawka, a na niej Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… buj buj buj. Się buja. Niczym dzieciak, lekko bladawa, bo wiadomo, u niej każde poruszenie to od razu rzygolot żołądkowy, ale jednak… buja się. Jakby nie pamiętała, że boi się nawet stanąć na palcach, bo od razu zawroty głowy, jakby cofanie się i wariacje żołądkowe też nagle zeszły w zapomnienie… jakby…

Buja się.

Wszystko oczywiście przez Wiatr.

Bo widzicie, Wiatr odwiedził Panią Wyspy i robią razem te dziwne rzeczy, o których dzieci serio nie powinny wiedzieć. Serio. Wiecie, nadmiar wiedzy w wielu przypadkach nie jest dobry… bardzo jest niedobry. Ale… przez te wszelkie powiewy, podrywania doniczek, poruszania śmietników, fal burzenia, gałęzi tańce i macańce i oczywiście… przez ono ludzi pochylanie nad zeschniętą glebą, jakoś tak się bardziej wariacko Wiedźmie Wronie pod deklem zrobiło i z tego wszystkiego, zaczęła się bujać, więc tak patrzyli na nią się bujającą i nie wiedzieli… przynosić wiaderko, schowane torebki żygotki szukać, czy jednak… po prostu czekać na tragedię, która musiała nastąpić, bo przecież pewne rzeczy na świecie mają tak określone początki, środki i końce, że serio nie da się inaczej.

Tylko może z daleka…

Wiatr chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, co czynił. Nie mogli mu tego wybaczyć, ale jednak nie mogli się też sprzeciwić, więc po prostu, wiecie… patrzyli. Bo czasem tylko tyle można zrobić, czasem warto przymknąć oczy, bo to, co widziane odbija się w czaszce znakiem wypalonym niczym piętno na krowie z którym rozstać się nie można. Które nawet, jeżeli się już wygoi, to pozostaje blizną, znakiem zawsze widocznym i nawet jak zapomnicie, to nocą do was ono powróci…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1593

Z cyklu przeczytane: „Harda” – … dla mnie. Tak, dla mnie specyficzna opowieść. Może i najważniejsza, bo przecież o Danii. A nawet o Bornholmie!!! I to fakty, o których nie miałam pojęcia… a raczej, wiecie, jeszcze nie doczytałam.

Ale o Świętosławie coś wiedziałam. O niej. Wielkiej i specyficznej, dzielnej, a jednocześnie tak kobiecej. Dlatego tak się cieszyłam na tę lekturę. Ale… tak, jest ale i to ale, o które winię wydawnictwo, bo przecież Autorka pod koniec opisała wszystko, w znaczeniu co i jak, dlaczego… Problem? To nie jest książka o Niej. O Sigridzie. Nie. To opowieść o początku. O świecie Mieszka, o Dobrawie i dorastaniu rodzeństwa. Opowieść o przypadkach, drodze, rysiach. O ludziach, którzy tak bardzo naznaczyli Europę. Całą Europę, a w szczególności jej północne ziemie.

… więc nie zdziwcie się, że nie występuje tutaj wyłącznie Ona. Nie zdziwcie się, że spotkacie tak wielu i w rzeczywistości żaden z nich nie będzie postacią pierwszoplanową. Po prostu czekajcie na „Królową”. Autorka obiecała, że tam, będzie Ona. Tylko Ona. Sigrida Harda. Sigríð Storråda, Sigrid the Haughty, Gunhild… i oczywiście on… Svend Tveskæg i Olav. Oj, człowiek nawet nie pomyślał, że tak mogło być…

Autorki przedstawiać nie trzeba. Wtargnęła na półki i zawojowała nas całkowicie. I tych lubiących powieści historyczne, i tych od obyczajówek i tych, którzy grzebią w fantasy, bo przecież nie stroni ona od magii. Mnie… zawojowała prostotą i genialną umiejętnością łączenia tego co ludzkie z tym co jest faktem historycznym. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu tej hostorii.

IMG_1529 (3)

Ten szalony błękit… po prostu powala.

Siedzi sobie człowiek na kamieniach, no i tak patrzy w oną cudowną błękitnośc, w tą przepiękną spokojność, te kormorany, czy coś tam… no wiecie, czaplowate takie ale czarne całkiem! Jak siedzą na białym kamieniu wyglądają całkiem niepoważnie. Jakby wiecie, nie załapały, że na tej umprezie nakazano strój mnie zobowiązujący. Dołem opływaja go łabędzie, a te znowu wiecie… po staremu białe. I tak patrząc na ów spektakl, pomijając pikujące mewy i pływające, mniej identyfikowalne byty, to człek rozumie dlaczego biel i czerń ze soba walczy, ale i do siebie pasuje. Oczywiście, jeżeli otacza to błękit wody i niebios. I ta zielonkawość lekko już więdnąca.

Siedząc na kamieniach – bo to plaża w Salene – człek przypomina sobie one zdjęcia, które mu pokazywano, jak to tutaj kiedyś było. Jak piaskowo było i w ogóle wiecie, wystrzałowo i tez nagle rozumie, że chyba dla ludzi to wszystko obecnie musi być z gwiazdkami i podane na onych srebrnych talerzach, bo inaczej to ludzie nie potrafią sie bawić. Nie kręcą go czyste i bezpieczne drogi, nie mamią liście i kwiaty, a już w ogóle morze nie kręci bez wystrzałowych skakanek i tych tam fruwających cośtamów…

A ja siedzę sobie na kamieniach i wiecie co, kurcze z kamieniami jest fajnie. Może i pewnikiem dałyby mi wilka legendarnego, bo zimnawo już… ale takie są fajne. Ugładzone i układać je można jeden na drugim – wiecie, takie to teraz modne, że wszyscy to robią… kamienie różnorakie. Tutaj coś granitowego, tam pospolite zlepieńce, kilka krzemieni. Coś z połyskiem labradorytowym… ech, kamienie są super! Ale łażenie po nich to serio męka! Nie polecam, łatwo nogę można zwichnąć.

Albo i coś więcej… więc wiecie co? Polezę w górę. Posapię oczywiście, bo ścieżka dzika i stroma i wszelako… no rany no, sapię!

IMG_0108

A górą oczywiście samochody…

Ale wiecie, oto zakończył się najgorszy czas sezonu, więc można zaryzykować spacer poboczem. Może jakiś szaleniec nie zrobi mi z tyłka garażu, takiego na dwa auta conajmniej. Serio… ale takie widzenie świata z góry jest całkiem odmienne. No i sama chcę się przekonać, czy można dojść z buta do Muzeum… a może i dalej? Tak w godzinkę, a może i dwie? Popatrzeć na one panoramy…

Bo ten błękit wciąż tutaj jest.

Idąc szosą, no dobra, poboczem… może człek przyjrzeć się onym kreaturom po markenach. No sorry, ale tak to właśnie u nas brzmi, gdy o oną żywiznę chodzi. I koniki, większe i mniejsze. Te mniejsze puchate, włochate, słodkie takie miśki, ta większe znowu bardziej tak w wersji Królowa Lodu 2.0, ale piękne. No i oczywiście owieczki. Kolorowe takie, włochane mocno, kręcone mają loczki i różniste minki. A i krówki… i te tam, męskie krówki, które czasem mnie mocno przerażają, gdy tak wiecie, latają na wolności… Czarne krwoinki i brązowe, takie z grzywkami i bez i oczywiście białe i czarne i w plameczki i oczywiście takie, które wyglądają trochę jak osioły… A i osioła ostatnio widziałam! Z daleko co prawda, ale jednak to chyba był osieł!

A może to wiatr mi oczodoły zamęcił?

Bo widzicie, wieje… po raz pierwszy od dawna, właściwie, pierun wie od jak dawna, ale wieje i łeb trzaska, pod kopułką zbyt wiele myśli i pragnień dziwnych, cudzych, jakby wiatr zwyczajnie nazbyt skądś wywiał i nazbyt tutaj, we mnie wwiał. Wiecie… wiatr. Wiatr to tutaj dziwna sprawa. Mistyczna, mityczna, a czasem to serio mocno przestawiająca świat. Ale przy tej suszy… kurcze, jak nic bardziej nas dosuszy! A na słonej wodzie daleko to my nie zajedziemy!

IMG_4441

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Na wietrze… została wyłączona

Pan Tealight i To Jabłko…

„Że dyskryminacja?

Ależ oczywiście, że nie… bo i po co. Jak już, to właśnie dyskryminacja winna była dołączyć do tego miejsca, ale na razie była to Wielka I Zła Królowa. Wiecie, ta, co to zawsze jest wiedźmą, złą czarownicą i na dodatek drugą żoną. Macochą i wszelaką, upierdliwie uzurpująca sobie miłość… wredulą. Tą, co zastąpiła najlepszą i najpiękniejszą, tą, która była DRUGĄ! Koszmarem, pretekstem, następstwem. Wiecie, nie matką, a tą, która się starała. Nie rodzicielką, a jednak małżonką ojca…

Zła Królowa.

Oczywiście, że tym była najczęściej wyłącznie dla rozpieszczonej, ukochanej córuni, no ale… Kto by tam słuchał innych. Tych, którym pomogła. Biednym, kucharkom, dziewczętom z problemami. Oj nie, wredna córunia nie brała takiej alternatywy pod swoją tiarę, bo i po co. Wolała jęczeć, marudzić, aż w końcu wiecie, uciekła mieszkać z krasnalami, by niby zrobić wszystkim na złość. By ją wielce zauwazyli i by jej żałowali. Poklepali po pleckach, pokręcili głowami nad złem tego świata… Ojojojjjj biedna, rozpuszczona sierotka, która miała wszystko i nie chciała wziąć się do roboty. Pomóc tym, czy tamtym, popatrzeć dalej, niż koniec własnego nosa…

Bynajmniej tutaj, w Sklepiku z Niepotrzebnymi, Wizka, jak ją zwali w skrócie, miała własny sad jabłkowy. Bo widzicie, w końcu puściła. Przestała się starać, by związać rodzinę, by być opieką dla tej dziewczynki, więc wzięła się za jabłka. Bo przecież drzewa zawsze rozumieją, a już jabłonie z tymi owocami o gwieździstych środeczkach, kolorowych skórkach i różnorakim miąższu… umiały zrozumieć. A cydry, wina i wszelakie nalewki to już w ogóle!!! Doprawdy potrafiały nawet wybaczać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3068 (2)

Z cyklu przeczytane: „Królewska heretyczka” – … ale czy do końca? Czy jest to opowieść wyłącznie o heretyczce religijnej? A może jednak o heretyczce, która nie chce się poddać kobiecości? Tej kobiecości płodnej w potomków? Pełnej uległości i milczenia… posłusznej nadmiernie.

Oto opowieść obszerna, którą rozpoczyna śmierć Amy, żony Dudleya. Jeżeli znacie temat, wiecie już, w którym momencie jesteście i czego możecie się spodziewać. Jakiej Elżbiety, jakiej królowej, jakiej kobiety, ale… mimo owej znajomości faktów na pewno nie znacie pisarza/aktora zatrudnionego przez Dudleya. Na pewno nie jesteście świadomi jego istnienia, oraz trupy, do której przynależy. I oczywiście… ludzi… Bo przecież w takich powieściach o to właśnie chodzi.

… więc o czym jest ta powieść? O miłości i polityce, kobiecie spełniającej męskie marzenia i życiu dawnej Anglii. O niepewności, ale też pogodzeniu się z losem, który sprawia, że to królowa nie może mieć wszystkiego. Oto opowieść o przemijaniu i zmianach. Oto… opowieść intrygująco spisana, nie stroniąca od współczesnego języka, ale też nie przesadna w jego ekspresjach. Oto niesamowita opowieść historyczna, po którą powinni siegnąć i ci, którym czasy i sprawa Elżbiety jest znaną, ale i ci, których intrygują powieści fantasy, a którzy serio gdzieś mają historię.

Serio! Serdecznie polecam! Szczególnie w tych czasach.

IMG_1531 (2)

Jabłczanie…

Jak od kilku lat tradycja szepcze, oto ponownie odbył się dzień jabłek w Melstedgårdzie. Wiecie, w tym dziwnym miejscu, gdzie rzeczy, sprzęty i maszyny wciąż używane w Środkowej Europie, nazywają zabytkami. Taka tam wiocha trochę. Kur kilka, owiec kilka i dwa koniki, które obwożą Turyściznę po okolicy, oraz nawożą asfalt. Bo wiecie, u nas kupa ma wartość złota… Znaczy złota naziemnego, trawnikowego i takie tam… jakie grzyby po tym rosną!!! Łaaaaa!!!

No ale… imprezka oznacza wjazd za darmo, troszkę jedzenia, więcej picia i ponownie malutko jabłek. Serio nie rozumiem, dlaczego nazywają to Jabłczanym Dniem! Serio!!! Były dynie, były inne warzywka, przetwory i miodki, oczywiście wsio ekologiczne, ale jednak… to nie jabłka. Oj pewno, że rozumiem, iż nasadzili one kilka drzewek, jabłonek się znaczy, ale dlaczego nie zjadą się sadownicy z owockami, co? I dlaczego wszystko to takie straszne kwasieloki? Aj. Pamiętam z czasów, gdy byłam niższa, choć to trudne do wyobrażenia sobie, iż były cudowne, takie lekko długawe jabłka, wiecie o lekko zielonkawym, twardym miąższu i zawsze burgundowej barwie. Ale za nimi tęsknię, tyle z nimi mam związanych wspomnień… Może tak Polska by podesłała nam trochę owocków? Co? Bo mamy braki!!!

Bynajmniej… było sobie wydarzenie. Bo przeciez u nas ze wszystkiego się robi od razu wielkie imprezowanie. A może większość tak się zlazła ino na darmowe oglądanie wiejskości? Nie wiem. Ja bynajmniej dziękuję, wolę drzewka. Te komody, kuchnie, zapach pleśni i kup mnie przeraża, a już te łoża skrzyniowe to doprowadzają do zapaści. Brrrryyyyy… spałam kiedyś w czymś takim, serio… dzięki za przypomnienie koszmaru i starszej pani opowiadającej jak to w tym samym łóżku zmarł jej mąż…

AAAAAAAAAAAAAAA!!!

Zapomniałam wspomnieć, że i tańce były… he he he!!! Polecam etnologom jako materiał na niejedną dysertację!!!

IMG_1602 (2)

Owce wciąż ssące…

Owce kupkające. Powiem wam, że wciąż wszędzie nowe kulki owcze. Wielkie, całkiem już podstarzałe zwierzaki, jakby brały przykład z ludzi, nadal domagają się mleka, a matki, całkiem wychudłe i zmęczone, starają się je zniechęcić, a wszystko między onymi kupkami. I jak człek se pomyśli, że w Nowej Zelandii mają takie cukierki, co się zwą „Sheep Droppings”, to nagle się dziwnie czuje i ciągnie go coś do onych, ślicznie ułożonych na skałach bobeczków. He he he…

A tak, takie myśli się ma, gdy susza wyżera ze świata dookolnego każda kroplę wilgotności, a na dodatek na jutro wiatr obserwują. Podobno znowu jakiś huragan ma sie i od nas odbić… ech! Meteory, meteoryty i meteoryzowania. Zobaczymy jak to będzie. Na wszelki wypadek nachodziłam się dzisiaj na dłużej. Wiecie, bo bez chodzenia, to człowiek głupieje. Bez onej natury takiej macanej, a nie ino oglądanej z domu. Wariuje strasznie, szczególnie teraz, gdy słonko już nie parzy, ale wciąż grzeje i szaleńczo nisko daje i na dodatek liście barwi i kazdemu jakoś tak nadaje blasku… nawet brzydki zdaje się być pięknym, a ten dotąd ładny dostaje największe upusty w sklepie! A włacha, mówiąc o upustach, Merlin.pl się do mnie odezwał. Nie żeby mnie do nich ciagnęło, ale szarpnęli się na 5% upust… pewno większość z Was dostała takie mejle. Czy też się uśmialiście, że ona promocja trwa tylko jeden dzień? Nosz kurcze… nie wiem jak się mam zdecydować. Taki upust, na dodatek taka niepewność, bo w końcu mówimy o firmie, która była sobie zdechła, więc czy jest teraz dobrym, czy złym zombim?

Wiatr nadchodzi… we łbie mi myśli się telepią, mdleją, cucą się i zmieniają w ogryzki jabłek wyplute przez dziwne Królki Śnieżki. Jak nic, powiem Wam, takiego udka kurczaka by nie wypluły!!!

PS. Niestety zmarł nasz Mistrz Fajek, więc… smutno mocno! Ciekawe, co teraz stanie się z tym jego niesamowitym sklepem i czy wciąż z fajek będzie słynne Svaneke?

IMG_4600

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i To Jabłko… została wyłączona

Pan Tealight i Jej Moszcząca Się Mość…

Ojeblik – mała, ucięta główka, już od jakiegoś dłuższego czasu nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Nie no. Dobra, nie do końca tak, ale między innymi i w przybliżeniu. Po prostu wiedziała, gdzie mieszka, wiedziała, co się dzieje dookoła, ale jakoś tak… gniazduje, wiecie. Dziwnie spogląda na liście, trawy i wszelakie miękkości, znosi do domu te najbardziej bursztynowe, piaskowe kamyczki i oczywiście poduszki. Oj tak, kochała poduszki! W Sklepiku miała ich całą masę. Kolorowych, miękkich, różnokształtnych… topiła się w nich, podduszała, ale jednak…

… teraz było inaczej. Nie mogła się umościć. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, zatkać, go zagawrzyć, jakby nagle była miśkiem, ktory nie wie co ma zrobić. Jak, gdzie i kiedy zasnąć, zatulić się… Szła jesień, więc zachowanie to można było łatwo wytłumaczyć, ale jednak, od dnia, w którym się poznali, po raz pierwszy nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ona. Mała, ucięta główka, która była kwintesencją kobiecości, zadziorności i wszelakiej siebie pewności. Ona…

Pan Tealight spojrzał na nią i wybrał się gdzieś. Wrócił po kilku dniach, w których zarazem był, ale i go nie było… i rozwiązał problem. Przytargał ze sobą manekin bez głowy, płci okreslenie żeńskiej, i postawił Ojeblik na zwyczajowym głowy miejscu… bo wiecie, każdy czasem za czymś tęskni, nawet jeśli sobie z tego nie zdaje sprawy. Nawet jeśli nie wie, nie chce wiedzieć, zrozumieć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4744

Z cyklu przeczytane: „Dziecko Odyna” – … ech. Czasem trafiają mi się książki, o których nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony nie jest źle, ale z drugiej… wynudziłam się. A przecież nie powinnam.

Oto opowieść o dorastaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. O młodości, która dowiaduje się, iż jej historia jest kłamstwem. O klątwie/źle, które może za nią stąpać. O dziewczynce bezogoniastej w świecie, w którym to ogon jest najważniejszy – magiczny.

Z jednej strony dobra i przemyślana historia, z drugiej jakoś tak posklejana z tego, co już było. Naznaczenie dziecka, upodobnienie go do reszty świata, a potem oczywiście rozplątywanie nici swej przeszłości. Nie sięgnę po kolejne tomy, ale jeżeli znajdziecie tę powieść, zajrzyjcie do niej. Naprawdę. Bo może Was ujmie? Może oczaruje? Bo jest w niej coś, coś, co może na mnie nie podziałało, ale na Was może.

IMG_4282

Sucho…

Sucho.

Bardzo sucho.

Idzie sobie człowiek znajomą drogą, a tam liście wściekle jeszcze zielone, choć koniec września, do tego w bajorkach oczywiście ino… kamienie. Dziwnie to wszystko wygląda, bo w jakiś sposób człowiek przyzwyczajony do onych niebiesko-zielonkawych oczek i gubi się w terenie. Ale idziemy dalej… dziwiąc się brakom kolorów na drzewach i tej dziwnej szorstkości eteru. Podobno znowu zjechali się jacyć dziennikarze z zagramanic na Wyspę, by ją wiecie… opisywać. Widzieliśmy takiego jednego. Miał taaaaaką… znaczy taki obiektyw, a wziął ino jedną kulkę lodów!? Czyż to nie jest podejrzane? Jak można nabyć wyłącznie JEDNĄ kulkę lodów? No jak? Toż to przecież całkowicie nieekonomiczne! Bezwstydne mocno i ogólnie mówiąc… wariackie! Bo przecież… to tylko JEDNA kulka lodów. I do tego w pudełeczku! Czyż nie jest to ekologicznie niesubordynowane? A może w onych Belgiach, czy gdzieś tam, tak właśnie żyją?

Sucho…

Tupta człowiek dalej, bo zamarzyło się mu obejrzeć te dęby kolorowe i co… i dęby nie mają już kolorów! W ogóle dziwnie wyglądają, a to, że przejść wszędzie można suchą nogą zaczyna mnie przerażać. To jest takie… niemożliwe przecież. Nie tutaj. Nie na mojej Wyspie, mocno przecinanej rzeczkami, strumyczkami, swobodnej w bagna, swawolnej w podmokłości. Wietrznej i czasem deszczowej, a teraz… suchej. Ale gdzie się podziały moje dęby? A może był to tylko sen? Kurcze…

Może to wszystko ino ułuda?

I tylko ta dudniąca ziemia, zbita, właściwie niczym pylisty beton i kamienie, dziwnie szelesty w zeschniętych trzewiach zielonych lesistości. Tup tup tup… jakbysmy byli wyłącznie dachem dla potężnych, rozległych komnat trollich gdzieś tam, pod nami… pod nami, których nawet nie zauważają. Ot… od czasu do czasu pani trollowa spojrzy w górę, gdzie się jej kandelabry chwieją i pomyśli sobie, że fajno by było odmalować sufit, bo jakoś tak marnie wygląda i tyle…

IMG_4527 (2)

Sucho…

Wszędzie tylko ten pył, unosi się dziwnie mgliście za maszynami, czasem coś tam go podwieje, choć przecież wcale nie czujesz powiewu. Bo ciepło wciąż, no może wieczorem mniej, ale jednak… może to ta suchość tak ociepla? Że aż chcesz ją pociągnąć kremem tłustym i nie dbać o jej zmarszczki. Może i usta się jej siąpią, może i coś nad uszami łuszczy, kurcze…

Ale nic to, damy radę.

Musimy… trzeba zacząć i modlić się i tańczyć, i oczywiście ofiary w temacie deszczu stawiać. Serio, po prostu iść na całość, jakby ktoś był zainteresowany byciem oną ofiarą, to serio, dziewictwo można spokojnie w gabinecie kosmetycznej chirurgii sobie załatwić, nie oceniamy! Jedno spojrzenie na różowiejący się zachód słońca i już nikomu nie będzie się chciało sprawdzać. Bo i po co… ważne, by została ofiara przyjętą, a wiadomo, w tym temacie ostatnio Bogom się nie szczęściło, więc może wezmą cokolwiek? Wiecie? A może i wymagający nie są?

I posikają?

No dobrze, może człowiekowi od tej całej suszy już serio coś się przedstawia pod deklem, a może od tych stóp uderzających w twardą ścieżkę, na której i kamienie już nie płaczą i krokodyle? I w ogóle… gdzie wszystko dziwnie eroduje, wiecie, tylko na suchą stronę, a i ten, co idzie i składa się z wody, jakoś tak dziwnie szeleści. I te pojedyncze kwiaty. Nawet wrzosy już jakoś odeszły w przeszłość, nawet te wszelakie porosty, dziwne, nieznane mi z nazwy kształtności…

Sucho!

IMG_4697

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jej Moszcząca Się Mość… została wyłączona

Pan Tealight i Jasiek Wiedźmy…

„A tak, miała go.

Właściwie był to drugi tego imienia, ale przeniesienie puchatej duszy przeszło tak sprawnie, że określali to obydwoje zaledwie jako lekki lifting… Ona nawet nie pamiętała, że mogłaby czuć go inaczej. Że mogłaby czuć bez niego, że jakoś tak przeszłaby przez to życie nie myśląc o NIM. O tych wieczorach i porankach, łzach i ślinie cieknącej… o poszewkach i przytulaniach, o poszukiwaniach, zapachu, bezpieczeństwie. Jako Mała Wiedźma chodziła z nim wszędzie, nawet na spędy Wielkich Pobożnych Bezbożnych, razem z Królową Matką. Dziwnie musiała wyglądać tak machając nóżkami w powietrzu – co zostało jej do dziś – i tuląc do siebie JEGO.

Jaśka.

Zawsze był dla wszystkich Jaśkiem. Może to i mocno atawistyczne, może i antropologicznie, tudzież socjologicznie wytłumaczalne, może, ale jednak był nim. Choć ona często twierdziła, że jest on też Pusią… Dlaczego nie? Jakoś nigdy nie miała problemu z płciowością puchu i nielicznych piórek, bo widzicie… narodził się dawno temu, tylko dla niej, dzielili dzień urodzin, zrobiony był z wielkiej magii i mocy… z samego puchu i kilku piórek. By mógł latać, wraz z nią… nocami.

A za dnia przypominać, że jest…

Cztery rogi…

Ostatnio wyzwali go od komunistycznych przeżytków i zapłakali nad tym oboje. Najpierw z żałości, potem wściekłości, aż w końcu z głupoty innych. Bo co złego w przeżytkach? No co? Może i kibel, nad którym stać trzeba to koszmar i siedzący stabilizuje lepiej, ale jednak PusiaJasiek? Co w nim złego. W onej małości, przytulności, nadzwyczajnej pluszowości i pamięci… Bo on przecież pamiętał.

Wszystkie sny.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1590 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dwór cierni i róż” – … Bella. Albo czekajcie „O pięknej Pulcheryi i okrutnej Bestyi”. No czyż nie? Musicie pamiętać. Opowieść prostą o dziewczynie i bestii, o klątwie, róży i oczywiście o ojcu… Oto i jest jej kolejna wersja.

Ale inna.

Opowieść dzieje się w krainie specyficznej. Z jednej strony wszyscy wiedzą, że magiczni istnieją, chronią się przed nimi żelazem, ale… bieda piszczy wszędzie, wojna wisi znowu w powietrzu, więc o wielu więcej wątpi… Ale, gdy nasza bohaterka zabija wilka, pod drzwiami jej domu pojawia się bestia, która domaga się jej życia i przenosi się w inny świat. Świat pełen niedopowiedzeń i czegoś wiszącego w powietrzu…

Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo zdradzę zbyt wiele. Zdradzę zbyt wiele z życia naszej dziarskiej bohaterki – która może jak dla mnie zbyt jest młoda, ciekawsze by to było, gdyby była starsza i miała sobie z tym poradzić – czy też naszych magicznych przyjaciół. Lepiej więc powiedzieć tylko i wyłącznie, że książka serio nie jest zła. Pewno, że jest przewidywalna, jeśli znacie bajki, ale jednak… warto. Może i miejscami chce się przywalić bohaterce, ale jednak lepiej pozwolić jej zrozumieć pewne rzeczy, a poza tym… należy cieszyć się magią. I cudownymi bohaterami drugoplanowymi!

Oto jest bajka… i nawet starszym może się spodobać!

IMG_4280 (3)

Jesień.

Znaczy oficjalnie, a w porcie – bez obawy, w miejscu wyznaczonym – kąpią się wciąż odważni. Odważni, bo w nocy temperatura spadła poniżej 10 stopni, więc woda niewiele cieplejsza. A jednak tuptają niczym takie krasnoludki przez Gudhjem, w tych swoich przesłodkich szlafroczkach, oryginalnych szatach kąpielowych, oczywiście z ręcznikami, no i wiecie całą tą kąpielową otoczką… Niektórzy lekko są przerażeni. Jakby jeszcze nie wierzyli, że na pewno się odważą, że na pewno skoczą, tudzież ześlizgną się po schodkach, po drabince, potem przystaną, przycupną tuląc odkryte ramiona, na kamieniu… i patrzą w te fale. No dobra, dziś nie były wielkie, można było spokojnie ogarnąć temat powolnego zanurzania, ale jednak… kamienie śliskie, więc potkniesz się w końcu i woda dociera do newralgicznych, tych najcieplejszych miejsc…

Nie krzyczą.

Serio, nie krzyczą. Jak skaczą, czasem któremuś się wyrwie, ale tak, należy im oddać, że trzymają język za zębami, albo… co nader prawdopodobne, przygryźli se go i już mówić nie mogą. Drżą ino. Próbują coś tam wykonać pływalnego, unieść się na powierzchni, pomachać kończynami, bo przecież wtedy się cieplej robi, ale… Nie, nigdy nie trwa to długo. Raczej włażą, cierpią i uciekają w miejsca z kominkami, gorącą zupą i oczywiście kocykiem, tudzież wrzącą kąpielą…

Ale wiecie, pływali!!!

Oczywiście, że im zazdroszczę, ale jakoś tak… strasznie dziś zmarzłam i zatoki mi się zbuntowały, więc nie… nie dziś. I chociaż żal mnie dziwny ogarnia, że może były to ostatnie pływania w tym roku, to wiecie co, nie tracę nadziei! Bo jestem seryjnie szalona, więc wskoczenie w fale, niezależnie od aury, aczkolwiek sztorm odpada… jest całkiem możliwy. A może by tak zimowe pływanie?

IMG_0103

Poza tym… wciąż nie pada.

Dawno nie widziałam tak wyschniętych koryt naszych rzek. Wodospady są wyłącznie napisami na znakach, bo cieczy ni huhu. Jakby jakiś pokrętnie się tutaj dostały Smok Wawelski, któremu żywność GMO nie przypasowała, wychlał wszystko i zostawił nas z niczym. Oj, oczywiście, że nie padało porządnie właściwie od początku roku, więc samo się nie wypełni… nawet jak Smok w końcu to wysika… Ekhm, nie oszukujmy się, wszyscy znają obieg wody w przyrodzie! Wszyscy pijemy jakieś siuśki!!!

Z drugiej strony można niby przeleźć sucha nogą i pomacać kamienie zwyczajowo ukryte przed mymi krótkimi nóżkami, ale… no wiecie, zawsze jest jakieś „ale”, tym razem dotyczy ono skurkowańców kleszczowych. Trawy wciąż są wysokie, a już szczególnie w pobliżu koryt, więc… kurna, no nawet w długich portkach, długich rękawkach, a następnie rozbieraniu się w ogródku, trzepaniu i od razu pakowaniu się do pralki/pryszniczarki… jakoś kurcze strach mnie ogarnia. Złamię się, archeologia ważniejsza, symbolika sama się nie zbada, ale jednak kurcze, jest strach.

Z drugiej strony, walić strach!

Liście są niesamowite.

Na razie wciąż pojedyncze, wymieszane z zeszłorocznymi, które przez brak opadów wciąż jeszcze robią za ściółkę, jakoś tak się klejnocą na ścieżce. Te burgundy, żółcienie i czerwienie, karminy one i wszelakie pomarańczowości plamkowane w zielenie… cuda i wianki, na dodatek to światło, w końcu nie palące, ale jednak ciepłe, przy niższej temperaturce otoczenia, pozwala zwyczajnie nie wyłazić z lasu! I bawić się jak dzieciak straszliwy, który wie, że rodzice zajmą się tym, co złe i koszmarne, że ktoś przypilnuje, że serio nic mi nie grozi, że mogę tak po prostu…

Jesień!!!

IMG_6439 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jasiek Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Matka z Wieży…

„Słuchała jej spowiedzi i naprawdę wszystko rozumiała.

Ona… przecież wciąż jeszcze, tam w środku, za sześcioma drzwiami, sześcioma kolumnami, sześcioma lasami i sześcioma rzekami, za wąwozami i murami… Mała Wiedźma, córka Wielkiej Królowej Zbawczyni, Bogini Wszelakich Innych, Tej Niebaczącej Na Swoje, niepozwalającej sobie na zainteresowanie najbliższą okolicą… Nie przerywała jej. Wiedziała, że niektórym pomaga wygadanie się. Jej nie, ale przecież słyszała, że niektórym…

Jestem jedną z tych nielicznych. Tych, które się przytrafiały, bo było nas więcej, ale się o nas nie mówi. Wiecie, łatwo zamknąć nastolatkę w wieży. Bierzesz smarkulę i już. Kłopot z głowy, na dodatek kłopot oddalony od domu, więc wiesz, sąsiedzi myślą, że jest na stypendium gdzie w dzikich zakątkach dziwnych światów maca kolorowe smoki i znosi pasiaste jaja. Albo coś w ten deseń. Wieże zresztą stoją w takich miejscach… Nie wiedzieliście, że zawsze są to Wieżowe Rezerwaty? Ale… myślałam, że ludzie wiedzieli. Myślałam… że przecież powinni byli wiedzieć. O nas… dzieciach długowłosych panien, dziewic wiekuistych, zamkniętych i strzeżonych. O nas…

Czy moje życie było złe? Nie. Wcale. Za opiekunke miałam smoczycę.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2501 (4)

Z cyklu przeczytane: „Wioska morderców” – … dobra, ale. Kurcze, wkurza mnie, że zawsze jakieś mam ALE. Że tak trudno po prostu się zakochać w książce, jakby nie wiadomo jakie miała wymagania. Taki ze mnie paskudny francuski piesek, czy coś? No dobra… coś.

Opowieść jest cudownie skomplikowana. Mamy ciało, mamy kraj, w którym pierwsze pokolenia emigrantów z „tej innej wojny”, starają się dostosować do życia… i oczywiście mamy tajemnicę. Oj pewno, że czyniąc taką osobe główną bohaterką książki autorka lekko ryzykowała, ale… No i jest jeszcze ta tajemnica. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, czy zabiła, czy jednak nie, a nawet później…

… czy karać?

Niesamowita powieść. Naprawdę bardzo dobry kryminał z intrygująco zarysowaną fabułą i bohaterami, ale… kurcze nie jestem pewna po przeczytaniu, kto jest głównym bohaterem. Policjantka, czy lekarz? I tak naprawdę, co cała historia miała wnieść do naszej codzienności? Czy jest jakiś morał? POLECAM! To wiem na pewno. Należy przeczytać, ale nie jeśli dość macie opowieści o murze. I o Niemczech. I dośc tej specyficznej niepoprawności… i lekko rozmemłanej, choć mającej potencjał, niesubordynowanej policjantki, która… oczywiście, że kiepsko skończy…

A może nie? LOL

Oto opowieść o rodzinie i społeczności. O milczeniu i osądach. O trudach akceptacji… ale w tym miejscu sorry, jako ktoś kogo tez kopali i wytykali palcami powiem jedno: przestań kurna jęczeć!!!

IMG_1528

Nie wiem dlaczego w tym roku trudniej mi przywyknąć do tej całej ciszy… do tej mniejszej ilości Turyścizny, tej zaczynającej się jesieni. Jak nic zwalam wine na wyjazd. Nie załapałam się na te pakowanie, nie mogłam się pośmiać z osobników na przystankach: ti ri ri ri ri! A ja tu zostaję!!! No nie mogłam. A może to wszystko związane jest z czymś całkiem innym? Może rzeczywiście świat jakoś staje na łbie?

Może?

Ostatnio nadużywam „może”. A może nie?

Pogoda cudna.

Chłodniejsza aura sprawia, że można i oddychać i pracować i spać. Po prostu być i czekać na kolory. Może i niebo dziś lekko poszarzało, ale nic to, bo ciało ma już dość tego ciagłego słońca, żaru i promieni… a jednak wciąż czuję się jak Afrykanin w igloo. Intrygujące uczucie. Ale nic to, bo słyszałam, że szykuje się niezła zima. Wiecie, taka, jakie ja lubię. Zimna i biała. Tylko, czy się uda?

Czy będzie?

Na Wyspę wraca powolność. Zamyślenie się i zapatrzenie. To cudowne, oszałamiające słagodnienie dni i nocy, godzin i minut. W końcu jakoś człek zaczyna mieć czas na więcej, a i ciemność, która w końcu znowu się pojawiła, jakoś tak tuli. Jakbyśmy znowu mogli po prostu być dziećmi i ktoś inny, tak zwany dorosły, zajmował się wszystkim tym, co ważne i niezbędne do życia. Tylko kto?

Wyspa?

Jesień wprowadza taką opiekuńczość w powietrzu. Jakieś takie rozdaje przytulasy, zmienia pieluchy umysłów i tuli dusze. A serca wyprowadza na place zabaw. No wiecie, żeby sobie pobiegały, czy coś?

IMG_1588

… te zachody!

Kurcze, powiem Wam, że o tej porze potrafią powalić. Te pomarańcze i żółcienie, do tego niebieskości… ale najpierw paseczki z różu, mandarynki i seledynów! A tak, mam na to dowody! Potem to coś, co sprawia, że zastanawiasz się nad tym, gdzie jest najbliższa gaśnica… i oczywiście to uczucie, że jest ponad tobą coś, co zaraz cię obtoczy w piance, w czekoladowych wiórkach, w onej posypce tęczowej, obleje lukrem, poporcjuje, potem pomacza wsio w mące i jajku i bułce tartej i na głęboki tłuszcz, a potem jeszcze lukier i ta posypka, co wyglądała jak mysie bobki…

Takie to są zachody.

W pewnym momencie, gdy niby już nie ma słońca, wszystko zaczyna wyglądać jak Afryka. Wiecie, na niebie ino ten głęboki pomarańcz i trochę czerwieni górą i cienie drzew, niczym czarniawe kształty na horyzoncie. I już nie wiesz, czy to dom, czy jednak całkiem inne miejsce.

Najlepsze w tych zachodach słońca jest to, że nie da się przewidzieć kiedy będą takie, a kiedy wszystko zakończy się niewypałem. Tylko błyskiem jasności, lekkim srebrzeniem się na listkach. Wiecie… pięknem, ale jednak nie tym.

Takie zachody, to jedyny czas, gdy ktoś z aparatem może naprawdę się wyciszyć i zapatrzeć. Gdy raczej nikt nie powinien cię ruszyć. Nie tak, jak na nagietkowym polu, bo nagietki nie uciekały, a świałto mija tak szybko. Tutaj pociemni trawki, tam dziwnie sczerwieni drzewa, więc fotografa ruszać nie wolno. Nie trzeba, lepiej nie, bo nie dośc, że skopie i ugryzie, to na dodatek jeszcze może przywalić, opluć, obsikać, albo pozwać o szkody moralne i hamowanie weny twórczej! Bo wiecie… zachód to chwila. Rzadko trafia się taki dłuższy, kolor rozciągnięty w czasie, zaburzony chmurkami, dzięki którym już żadne zdjęcie nie będzie… normalne.

A co ze wschodami?

IMG_1694

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka z Wieży… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Łowca…

„… nosz oczywiście, że miała własnego łowcę, a jak myśleliście?!!! Co to ONA gorsza? Mniej nieużyteczna dla takiego łowcy? Mniej magiczna, czy coś? No nie można tak jej pomijać, to byłoby nazbyt… niebezpieczne. Bo przecież TO by coś sugerowało. Coś, co niewypowiedziane mogłoby doprowadzić do zbyt wielu słów, wojennych, walecznych, wielce gryzących, a nawet…

Miała swojego łowcę. Z przeceny.

Pan Tealight nabył jej jednego na targowisku, które odbyło się z okazji Corocznego Spotkania Przedwiecznych. Wiecie, taka wielka impreza, niczym Oscary czy coś w ten deseń, ale członków mniej i raczej w większości dziwnie nieokreśleni, ale prezenty są, nagordy, wszelakie się poklepywania po pleckach, a i… no wiecie, reklamy, stroje, suknie i otomany. I dywany.

Latające…

Było i stoisko z łowcami wiedźm. No wiecie, od wyboru do koloru. Coś w stylu Hulka, coś w stylu Abercrombie i coś dla tych co wolą Biebera. Są wysocy i szczupli, silni i w skórach i sa tacy bardziej ospali, misiowato owłosieni. Podobno byli nawet tacy dla wielbicieli lalek azjatyckich, ale on wybrał kogoś innego. Prawdziwego łowcę. Łowcę przez wielkie Ł! Wykształconego, wyuczonego, zdolnego, dziarskiego, ale już nie dzieciaka, muskularnego, ale wiecie, mieścił sie jeszcze w tiszerty bez rozcinania ramionek. Z półdługimi włosami, ale bez koczka, z lekkim zarostem, ale bez brody i oczywiście z wielkim… toporem. Bo tak. Te od mieczy wyglądały całkiem niewieścio, znaczy te egzemplarze łowców. Wybrał takiego, który znał i języki i literaturę, który miał magiczną ekipę i oczywiście sam w sobie magii miał też trochę. Takiego, co wiedział co kiedy, ale też czasem plątał się w niepewności, której czasem pożądały kobiety…

A, że przeceniony…

Bo Łowca o imieniu Gibbon miał 12cm…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5145 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zaspać na sąd ostateczny” – … koniec? I co? Już nic poza tym? To jak to podsumować? Bardziej angelologia, czy jednak kryminał? A może sensacja ze skrzydłem w tle?

Jedno wiem na pewno: trzeba czytać od początku. Przejść przez wszystkie perypetie Bobby’ego Dollara. Anioła. Wiekuiście odpowiedzialnego za to, by zawsze wpaść w jakieś kłopoty, by zawsze się zaplątać… i by kochać. By być bardziej ludzkim, niż wielu ludzi, których przeprowadza i oczywiście jest to opowieść o Niebie i trochę innej opcji. I jeszcze… o ludziach, bo przecież czy niebo, czy piekło, to wciąż to samo: walka o stołki, przepychanki i garść onych sprawiedliwych.

Dobra historia, choć wielu może się zwyczajnie zdać nadto przegadaną. Nadto monotonną, mimo tych wszelkich potworów. Mocno przewidywalną nawet. Mądra oto jest opowieść, pełna intrygujących postaci, które mogą lekko przytłumić samego głównego bohatera (patrz świniak), barwnych i intrygujących, rozbudowanych i wprost szokujących… czysto amerykańska opowieść, napisana przez kogoś, kto już coś przeżył, posiada wiedzę, a i cudownie potrafi zaintrygować nią innych…

Po prostu dla tych, którzy od czytania chcą więcej…

IMG_4377

… i wieje.

I w końcu chłodniej. Kurcze… człowiek przeżywa niezły szok termiczny. Po tych dwóch tygodniach koszmaru upałowego, żaru i piekła bram otwartych, jakoś tak nagle wianie i chłodek dają mi na mózg. Nie wiem, co ze sobą zrobić kurcze!!! Pewno, że się cieszę, bo przecież jestem stworzeniem zimowym, ale jednak kurcze szok jest. Jakby się znowu oddychało, jakby kurcze to wszystko nagle odeszło, jakby ktoś zwalił to futro z mojego ciała i duszny koc z domu całego…

Zimno…

Kompletnie nie mogę się do tego przyzwyczaić. I do braku rażącego, palącego słońca. No nie mogę. Z jednej strony odczuwam dziką radość z powodu niższej temperatury i ciemności, szaleństwo ponownego zatapiania się w Wyspie, a nie roztapiania nad nią… a potem skraplania. Ale… oczywiście poza wiatrem i chłodem nadal brak deszczu. I to trochę przeraża. Nagle człowiek sobie uświadamia, że ta cała aura zmienia się coraz bardziej. To już nie chodzi o trochę cieplejsze zimy i dziwnie wrzące lata, nie o to, że po dusznym dniu ni przychodzi burza… to coś na kształt pierwotnego, atawistycznego strachu w osobowości człowieka pełnego wiary w naturę, który nagle niczego z niej nie rozumie. Budzi się we mnie ta dziwna, przerażająca, maltretująca zmysły i trzęsąca mięśniami… obawa, że kurna to wszystko sprowadzi na nas więcej robali!!!

Ech, no wiecie, robale są straszne.

Sorry. Na zewnątrz to ich świat i każdego widzialnego omijam, ale w domu, oj nie… to mój świat. Jak bardzo dziekuję za szczypawki i pająki i komare i tak dalej. Fascynują mnie i przerażają bardziej niż zmiany klimatyczne ludzie, którzy łapią komary i wypuszczają je w eter. Serio, przerażają mnie. Pszczoła czy motyl, sama tworzę dziwne nosidełka, by je wydostać, ale komar czy mucha… ekhm, no nie, sorry, ale nie!!! Nie da się przejść przez życie tworząc sobie kolejne teksty o tym, że może komar, którego właśnie zatłukłaś kochał cię nad życie i spijał twą krew na podobieństwo Chrześcijanów!!! No nie… moja osobowość wiecznie lękliwego, odczuwającego odpowiedzialność za wszystko i wszystkich, nadczulnego i ogólnie jebniętego osobnika nie zniesie teraz opowieści o pani komarowej czekającego na małżonka. Już pomijamy kwestie płciowości u tych co gryzą i co nie gryzą, wiecie, pokręcone umysły nie słuchają naukowych dywagacji, one od razu czują się winne… I TO PO MILIONOKROĆ!!!

IMG_5365

Ale nic to…

Wykorzystajmy tą końcóweczkę lata i pójdźmy na lody, co? Może uda się Wam uniknąć zamknięcia w kibelku… no serio, dziś mi się przytrafiło. Włażę do kibelka w Svaneke, tego w porcie i klamka po zamknięciu drzwi odpada!!! Z mojej strony. No, myślę sobie, choć panika już się chichra, nicto, bo Chowaniec po drugiej stronie… dopóki i tam nagle klamka nie wydaje ostatniego tchnienia na betonie. I zostałam tak z dziurą. Myślałam przez chwilę, że serio spoko jest. Wodę mam. Powietrze będzie, a i sikać jest gdzie, co nie? Żarcie podrzucą mi przez ten wywietrznik, płyny przez dziurę po klamce. Podobno jeden co się tak zatrzasnął w klopie w Nexo, to… został uratowany przez policję. Wiecie, nocą nie można się dodzwonić do znajomych widać, śpią może?

Siedząc przez oną chwilę w zamkniętym klopie zaliczyłam i wstydliwość ratowanej, podstarzałej damy z opresji i obawę, że jednak się nie przecisnę przez ten wywietrznik i lekki odruch tego tam magicznego ołówka, co mu wiecie ta piłeczka pingowała się na głowie… i w końcu kurcze machnięcie oną klamką, chwila celowania w dziurę i w końcu… wolność. Wysikałam się przy otwartych drzwiach! W dupie mam od dziś wszelakie cnotliwości. Kurna sikając w krzakach przynajmniej się nie zatrzasnę! No, chyba że suwakiem, czy kolcami, ale na wolności!!! LOL

A teraz lody… należą mi się po takiej traumie, czyż nie? I te pustki wszędzie. Garstka Duńczyków i Niemców niezbyt miłych… a poza tym już to cudowne, ujmujące wrażenie, że spokój nadszedł.

Jeszcze tylko przywyknąć ciało do chłodu!!! Ale to chyba pikuś, co nie? Po prostu tak ten żar człeka rozwalił, że nie umie on uwierzyć w to, iż może… iż może po prostu założyć portki i chustę wziąć i oczywiście kurcze spodnie długie i w ogóle. Bo ja kocham zimności. Lepiej mi z nimi bardzo, lepiej bardzo. A zewnętrzność chociaż ciemniejsza, mniej naświetlona, to ono światło takie pokrętnie czarowne. Milusie i zaskakujące. Pozwalające w końcu mniej mrużyć oczy…

IMG_4533

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Łowca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Leżąca…

„Leżała…

Tak po prostu, całkiem płasko, wiecie poza cyckami, choć i im trochę się oklapło…

Leżała.

A on leżał obok niej. Od czasu jej ucieczki/podróży/wycieczki nie odstępował jej na krok. Zwyczjanie jakoś tak wolał nie tyle dmuchać na zimne, co nawet używać rękawiczek i szmatki gdy miał to pomacać, po spryskaniu gaśnicą. Ojeblik – mała, ucięta główka, podejrzewała, że spętał ją czymś, użył kajdan magicznych, sieci jakiejś, może i niewidocznej w tym momencie, ale… nawet nocą jej pilnował. Stał w tej całej swojej szarości przy jej łóżku i choć często go nie zauważała, to na pewno czuła i było to nader… niesubordynowane! No bo, jak tak można?

Ordnung to ordnung!

Przynajmniej dla niego.

Oj tak, Pan Tealight może i był Przedwiecznym, ale jeżeli chodzi o kobiety… nadal nie był pewien wszystkiego. A może raczej w końcu był pewnym tego, iż wie kompletnie nic? No wiecie. Zrzucił z siebie osłonki niedowierzania, wszelakie bukiety wątpliwości, czy jednak tylko dyskretne zazdrostki oszołomienia. Wolał po prostu stałe więzy, stalking i wiecie, deptanie wzajemne cieni. Nie mógł dopuścić, by znowu mu gdzieś zniknęła, więc po prostu musiał zrzucić na siebie wszelaką uciążliwość. Nawet łażenie ciągłe i męczące, te zdjęcia co krok, a czasem i co pół kroku. Te dziwne zawieszenia, gadanie do samej siebie, no i oczywiście… nosił za nią torbę!!!

Na razie tylko leżała, więc… było nieźle!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2904

Z cyklu przeczytane: „Akta Dresdena. Biała noc” – … cudowna! Ale się kurcze bawiłam! No nie macie pojęcia. No dobra, ta smarkula mocno mnie wkurzała, ale cała reszta – miodzio!!! Trochę nie do końca się trzymające kupy, ale miodzio!!! Po prostu miodzio!!!

Nie wiem dlaczego ten facet tak na mnie działa. Bez urazy… w magiczny sposób nie ten! W ten sposób mnie wkurza, ale magię ma wyczesaną w kosmos! I przyjaciół! I kota z psem, tudzież psa z kotem… ale cała reszta, nosz czasem bym mu przyłożyła, ale pojawia się Ramirez i już jest lepiej. Jakoś tak. Oto przykład bohatera wkurzającego, który kurcze ubogaca się przez znajomych. I jest niesamowicie dzięki nim intrygujący!

Tym razem siły ludzkie i magiczne muszą się połączyć, by zapobiec mordowaniu… wiedźm. Połączyć się niezależnie od wiary wyznawanej, poziomu społecznego i finansów. Po prostu muszą. W końcu wojna nadal trwa, a to wszystko, co dzieje się teraz, zdaje się być jej pokręconym i brutalnym elementem.

Wciągająca, niesamowita, jak zwykle pełna pomyłek, pogoni, szczekających psów, wampirów i magii opowieść. Nie czytać nie znając poprzednich tomów. Zażalenie? Mam jedno. Młodej nie trawię, ale no dobra rozumiem, za to serio… ta cała rozparawa na końcu zbytnio przypominała to, co wydarzyło się w innych tomach! Trzeba nam czegoś nowego, czegoś więcej!!!

IMG_1526 (3)

Zastanawiam się czasem, czy to wszystko, to miejsce, ta Wyspa… to prawda. No wiecie, czy to czasem nie iluzja? Coś, co umknie jak ta maciupcia, młodziutka jaszczurka wygrzewająca się przy Hestestenenach. Wiecie najpierw jest, a potem jej nie ma. Tylko mgnienie, poruszona trawa…

Czasem się zastanawiam, czy Wyspa nagle nie zniknie, bo ona jest taka śliczności, a ludzie nie są śliczności i jakoś tak dziwnym jest to, iż ona znajduje się tutaj z nami… i przecież może jej się to znudzić w końcu, czyż nie?

No może!!!

Oj wiem, że to mocno dziwne myślenie, ale gdy tak się patrzy na to wszystko, to kurcze serio takie mam wrażenia. Dziwne odczucia i gilgotki w prawym pośladku. Szczególnie, gdy złażąc z Szarej Mrówki odważam się wleźć na szosę, przebiegam ostrożnie, w końcu coś z Turyścizny może na niej szaleć, a i nas dobrze nie jeżdżą też… i włażę w dzicz. Kompletną, totalną, pełna połamanych gałęzi, wysokich krzaków i oczywiście malowniczo pochylonych gałązek. Tutaj czerwono, tam rdzawo i żółtawo, a tam znowu wciąż zielono, bo przecież lato trwa. Przebijam się przez chaszcze i w końcu jestem na ścieżce. Jednej z tych rzadko używanych, jednej z tych szalonych, krętych, pełnych korzeni, a jednocześnie będących cudownym, drobniutkim dywanik ze skrupulatnie poukładanych liści. Trochę to wszystko z jednej strony wystawne i piękne, a z drugiej, no kurcze mocno spooky!!! Ale idę. Po lewej ten dziwny, pomarańczowy domek, chyba już odstawiony na bok po sezonie. Duży ogród, a właściwie trawnik, do tego brak płotku poza garściami kamieni i drzewami formującymi jakieś dziwne, kościelne formy…

Dlaczego tędy akurat idę? Bo wiecie, dawno nie byłam przy kamieniach. Przy onych czekających. Wpatrzonych w morskość pomarszczoną… a tak, już ją widzę. Wodę. Spokojną, atłasową, ale wiecie, troszkę poruszoną, jakby przetaczającą się z boku na bok, jakby przeciągającą się, jakby… znudzona lekko, a może zwyczajnie odpoczywająca, może i na coś czekająca, może?

Taaaak… może i jest gorąco, ale to przecież w końcu musi się skończyć! Może i nie padało tak naprawdę chyba od początku roku, ale to też przejdzie, prawda? Może i wodospady wyschły… ale to się musi zmienić! Musi! Tylko kiedy?

IMG_4699 (2)

Kryzys pyrowy.

Znaczy ziemniaczany, bulwowy, no wiecie, wszelako będzie problem na Wyspie. Oczywiście, że problem to upał, dziwny upał pełen smrodliwej wilgotności… i zaraz. Zakradł się do nas jakoś tak, otumanił nas, ni wiatru ni deszczów. Serio, jest bardzo źle, ale żeby akurat dostało się biednym pyrkom? Nosz szkoda, ale na zimę nie przewidujemy czipsów, kartoflanki, klusek i innych cudów ze skrobi.

Dziś w nocy ma zacząć wiać. Ciekawe, czy będzie wiało. Może i pełnia wzmacnia to całe wianie, ale serio potrzebujemy tego przetrzepania powietrza. I oczywiście deszcz by się też zdał, ale już zadowolę się tym, co jest… i… dziwnie tak czuć wietrzysko po takim okresie wietrznej posuchy. Znowu coś uderza, słychać coś w rodzaju tępego grzmotu. W ciemności zaczyna się coś zmieniać, w domu ukrop ścian nagle ustępuje…

Oj tak, wieje!!! I wiać ma cały weekend!

A gdyby tak pójść na nocny spacer w ową mroczną, ciemną, głęboką nocność? Gdyby tak? Nie no, pewno, że to mocno szalony pomysł i ogólnie nie polecam, szczególnie jeśli na myśli macie nabrzeże czy las, bo u nas ciemność oznacza jej atawistyczną postać, ale jednak… kurcze, korci. Wyjść, pozwolić się jej otulić. Kompletnej ciemności, bo nawet ta pełnia jakaś taka przysłonięta dzisiaj. Taka niepełna. Wyjść i zniknąć. Może gdzieś na horyzoncie zamajaczy nam jakieś światełko z łodzi, która postanowiła uniknąć większych fal… może, ale co jeżeli nie? Czy można wytrzymać tylko ze sobą w samej ciemności? Czy można, tak po prostu?

Jeżeli tak, to tylko tutaj. Nawet bez zimowych pyr i ogórków małosolnych. Tylko i wyłącznie tutaj!

IMG_2043 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Leżąca… została wyłączona

Pan Tealight i Morski fryzjer…

„Poczesać, przyciąć, a może masażyk zatok?

Albo modelowanie, mokra włoszka, malowanie? Oferujemy też masaż twarzy oraz delikatny pilling cebulek włosowych! Nowość i w promocji. W końcu wielu donosi nam o dziwnych skutkach ubocznych, no ale… możemy spróbować najpierw na nogach lub w okolicach bikini! Bez urazy, ale w naszym zawodzie ciało, to tylko ciało. Wyłącznie włosy się liczą. Wyłącznie one. Nie obchodzi nas gdzie, ale jakie. Kręcone krótkie, dłuższe i proste, cudowne fale, z grzywką, czy bez, prostą, czy pokątną…

A tak!

Rzeczywiście! To nowość!!! Spójrz tam, po prawej, na rozstawionych koziołkach drewnianych, heblowanych, ale nawet nie tkniętych lakierem. No spójrz. Są tam przecież. Piękne, lekko szarawe, a może i nawet całkiem srebrne? No i te jesienne, rude, rdzawe miejscami, dziwnie matowe, a jednak jak mocno bawiące się ze światłem. Tak cudownie grające z niebieskościami wody… które wybierzesz. Powiedz, które wybierzesz? Które będą twoje? Bez dopłaty ufryzuję, umodeluję, tylko tak po prostu wejdź do wody, zostań w niej na dłużej… wejdź!!!

Niech cię otoczą setki moich macek, niech cię poruszą, pomacają, po prostu niech się poruszają, płynął, muskają, kręcą i prostują. Tutaj przytnę, tam dodam, tu ujmę, tam tylko skrócę. Bo przecież jestem Morskim Fryzjerem.

Że oddychanie? Ale co to jest oddychanie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8664 (2)

Z cyklu przeczytane: „Hania B. Magiczny weterynarz. Syreni ogon” – … znacie Hanię? Czy nie? Na rynku dostępne są już chyba cztery książeczki opowiadające o przygodach Hani Bielickiej w krainie czarownej zwanej Belluą.

I oto mamy kolejną przygodę. Jest rodzina, brat i szkoła, problem, który znamy z poprzedniej książeczki i oczywiście… wezwanie z magicznej krainy. Zwyczajność przemienia się w czarowność i znowu jest pięknie. Niesamowicie i bajecznie, ale też i groźnie. Bo przecież życie, to nie tylko dobre dni i niespodzianki.

Oto śliczna, zdobiona skromnymi rycinami opowieść o byciu dzieckiem. O uczeniu się i rozumieniu, o obserwowaniu świata i pomaganiu słabszym. O wszystkim tym, czym jest szkoła… szkoła życia.

IMG_5656

Tak, nadal gorąco.

Doprawdy komuś się coś pokręciło w onym termostacie w Niebiesiech. Wrząco tak bardzo i mocno, parzy i wszelako potliwie, a jednak czasem w cieniu dziwny mróz gryzie człeka w elementy odsłonięte, no i człek już nie wie, golizna, czy nie golizna? Ściągać wszystko, czy jednak ryzykować przegrzanie, a potem się miło chłodzić? No jak żyć?

Jak?

Staję na wiadukcie i spoglądam w morze. Płaskie jakieś takie ostatnio, lekko tylko atlasowo się muskające, jakby właśnie stwierdziło, że wyłącznie takie, spokojne pieszczoty mu przynależą. Bo przecież morze to seks! Ciągłe, zmysłowe się ocieractwo. Ciągłe tykanie się, muskanie, lekkie masaże i wszelakie się fal na siebie stykanie, tykanie, potrącanie, aż w końcu… i nakładanie się jednej na drugą, jednej na dwie, trzech na jedną… ekhm, no sorry no, ale serio jest gorąco!!!

Gorąco.

Nadaktywne słońce nieźle pali każdą roślinność. Robalom za to odbija nieźle i wciąż znajduję motyle w pokoju? Ale dlaczego? No wiecie, bez urazy, ale nie jestem chyba tą, za którą baranek, a przed którą motylek, więc raczej to chyba nie ja? Łzy nie zmieniają mi się w diamenty, czy inne tam groszki, a pierdy… ekhm, no takie życie. Człek oddycha wielostronnie. Niestety!

Stoję na wiadukcie i spoglądam na te domeczki w dole. Takie kurcze klocki lego, takie to wszystko bajecznie nieszkodliwe. Jakby u nas nie popełniano żadnych zbrodni, jakby wszyscy wciąż łazili dookoła nażłopani herbatką z kocimiętki, czy innego tam zielska, jakby… tak naprawdę może nikogo tutaj nie było? Można odnieść takie wrażenie. Na przystanku starsza para zapatrzona w siebie wzajemnie, autobus zaraz ich zabierze do osobistego Nigdynigdzie… ale co poza tym?

Nikogo.

IMG_6993

Gdy sezon milknie, jakoś tak wszystko pustkuje, pustnieje, jakoś tak nikogo. Nie, wcale nie narzekam, po prostu co roku przeżywam mały szok, gdy nagle z dzikich tłumów nie ma już nokogo. Prawie nikogusieńko. I uderza człowieka aura lekkiego powietrza, w końcu możesz wysikać się pod krzaczkiem wiedząc, że raczej nikt cię nie zaskoczy. I wiecie, poczuć się jakoś tak wolniej, swobodniej, jakoś tak bardziej wyspowo!!!

Zapatrzyć się w kolory można i obłowić się jabłkami, bo wiele ich, śliwkami nielicznymi – czerwoniutkie takie, przesmaczne, jakby połączenie śliwki i czereśni – znacie? Kurcze, przesmaczne!!! Większość jabłek oczywiście posłuży dziczyźnie wszelakiej. Może nie temu jeżowi, który przechadza się ostatnio niezależnie od pory dnia i nocy – nocą zwykle go słyszę tylko – ale te dwa zające się do nich dobierają. Bażanty wrzeszczą, wrony skupiają się w ogromne grupy, plemienia nawet i o czymś bardzo po wroniemu dyskutują. Głożno oczywiście. I pełnia… Może to wszystko przez nią. Ono lekkie podenerwowanie w powietrzu, to dziwnie niezastanawianie się, ona niespokojność? Ech, kto tam wie kurcze, kto może być pewnym?

Stojąc jakby nad Wyspą, nad wszystkim tym kolorowym… człowiek czuje się zarazem na niej, w niej i całkiem zagubiony. Jakby nie było mapy dla tych, co mają trochę powietrza pod soba, jakby coś się zmieniło, jakby szosa przynależała do innego wymiaru? Jakby… kurcze, lepiej zejdę z wiaduktu, stanę sobie koło dąbczaka i popatrzę przez liście. Może ujrzę… normalność? Brrrrryyyyy!!!

Albo nie…

… pójdę na skały, zwiszę się z nich nad białymi kominami, jakos tak pobędę mewą przez chwilę. Wiecie, taką co to leci, leci, stara się nie wcelować w nic, a tu nagle człowiek, więc pac gówienkiem i zmienia kierunek. Kurcze, te mewy serio są zmyślne. Może i zdają się być obrzydliwe, ale to wiecie, zwykła awionautyka! Proste jak… hmmm, co tak naprawdę jest proste? Bo chyba nie życie, nie lataie i nie Wyspa… która taka strasznie gorąca, aż wydaje się, że te smakowe czerwono-ceglaste dachy to fryteczki skąpane w przyprawach orientalnych i sosik do nich jeszcze i może rybka?

Może?

IMG_6988

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morski fryzjer… została wyłączona

Pan Tealight i Gang MendeDuz…

„No napadły ją…

Oczywiście, że mimo chłodu wody chciała się pomoczyć. Może i potrafi się unosić na wodzie, ale jednak kurcze, widok to śmiechu godzien, więc bilety były już wyprzedane. Zarazem one wodne, lądowe i powietrzne, a jednak… nie zauważyli ich. Ot pewno Syrenice myślały, że to jakieś znajome znajomych i tak jakoś zaatakowały!!! Kraken Wielki też trochę w ukropie przysypiał, a zresztą obżarł się na nocnej imprezie i mocno ekonomicznie dogorywał… a cała reszta, no cóż… raczej po prostu nie widzieli początkowo w tym czegoś groźnego, w końcu na Wyspie

Raczej wszystko spokojne.

Kto mógłby się spodziewać, że te maleńkie, lekko przezroczyste implanty porwą Wiedźmę Wronę Pożartą? No kto? Bo i po co komu taka Wiedźma? No im była potrzebna, ale reszta świata nigdy nie rozumiała i nie partycypowała w tej potrzebie, więc dlaczego… by zmywała? No dobra, lubiła zmywać, zawsze mogła przemyśleć pewne sprawy w różnym temacie, gdy ręce głaskały metale i porcelanki, ale ile moga mieć meduzy garów? No dobra… ostatnio Wiedźma Wrona zajęta była lakierowaniem pustych muszelek, więc może o to chodziło? Może?

Czy krzyczała?

No pewno, że nie! Próbowaliście kiedyś?!!! Trudno się krzyczy, gdy człowiek stara się oddychac i panikować w tym samym momencie, a potem gdy ktoś nagle maca człowiek po tyłku, odciąga, pociąga, szamocze… nagle gdzieś cos wybucha, nagle dziwny grzyb się unosi nad falami, nagle… bo widzicie, Pan Tealight ostatnio był wkurzony. Był wkurzony tym, że pojechała bez niego. Rozumiał, ale jednak czuł coś w sobie, w tej swojej szarości stalowej, coś… i dlatego ostatnio bardziej i jakoś inaczej ją pilnował, i gdy tylko jego umysł Przedwiecznego ogarnął to wszystko, zwyczajnie skoczył i wyrwał z nieparzących odnóży onych implantów swoją wiedźmę. I sobie ją zabrał i w końcu… znowu panował nad światem. A topiona galaretka z meduz nie smakowała rybami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2046

Z cyklu przeczytane: „Hania B. Magiczny weterynarz. Skrzydła wróżki” – … dla nie do końca najmłodszych oczywiście. Cudowne rysunki, zabawna okładka w łagodnych pastelach.

Syreny, jednorożce, smoki, nimfy, duszki i elfy. Czyli wiecie, to, co zwą bajką… znaczy zwą tylko ci nieuświadomieni, bo inni wiedzą, że to prawdziwy świat. Hania Bielecka wie. Na jej ręce migoczą wisiorki, dzięki którym dobrze wie kiedy ta tajemnicza kraina jej potrzebuje. Wtedy może się do niej przenieść uciekając od problemów w szkole, ale też wiedząc, że magiczna kraina, to nie żarty i same dobrze przygody.

Malownicza, urocza, niesamowita, ale też nader bajecznie spokojna opowieść. O stracie i naprawianiu szkód. O pragnieniach i marzeniach. Wiecie, ot opowieść dla młodszego czytelnika, o przyjaźni i o tym, że warto stawiać czoła przeciwnościom, bo to, co niemiłe… można naprawić.

IMG_5657

I spaceruj…

Bo przecież to fajne jest. Uważaj jednak na pobocza wszelkie, bo skore są do noszenia w sobie gówien kocich i psich. Nie rozumiem wciąż dlaczego ludziom tak trudno zabrać ze soba do lasu małą łopatkę, swojską saperkę i zwyczajnie zakryć kupeczkę. No wiecie, ziemią i liściowiem i może igliwiem jeszcze, albo wepchnąć ją pod konar. Dobrze przynajmniej, że nie idą z workami do lasu tylko po to by idiotycznie zawiesić je na gałeziach. Kuźwa ludzie, serio jesteście w mózgowym odwrocie!

Ale dziś idę sobie i lasem i skałami nabrzeża mocno zachodniego. No… mniej więcej. Idę do Vang. Do maleńkości nadmorskiej, ot drobiny, kilka domków na krzyż, w większości i tak mało kto mieszka rzez cały rok. Do portu, który dość szeroki, ale jednak pustawy. Gdzie cudnie rdzawe sieci się suszą i domki łódkowe stoją sobie szepcząc, gdy wiatr je muska… W pustawej kawiarni ludziszczaki, co morzem przybyły siedzą i jedzą i piją… szosą nagle przebiegło stadko koni, bo przecież czemu nie, zaraz za galerią zmieniły się w morskie konie, więc spokojna głowa! Może i trochę posrały, ale dzięki temu grzyby będą za rok! A może i jagody?

Cudne te łódeczki, aczkolwiek dziwna plama alg niezbytnio. No nic na to człek nie poradzi, nosz kurcze nie damy rady, dobrze, że choć jakoś wybuchowo nie kwiatną, czy coś. Taka ilość chyba nas nie zabije, co nie? Chyba? A zresztą nawet jeżeli, to kurcze damy radę, bo raczej nie damy rady pozostać w tym skwarze w jakiejś bezwodności. Szczególnie jak się patrzy na ten błękit… widok z Vang na Hammershus. Odlotowy! Błękit nad błękitem pod błękitem. I lekka linia wybrzeża z mocnym, poduszkowatym klifem. Jakby wszystko tutaj było stworzone tylko dla odpoczynku. Tylko i wyłącznie. Ale wracajmy do łódeczek i tych wodnych odbić. Zielonkawości i niebieskości, czerwieni i pomarańczów. Pewno ktoś se pomyśli: ależ ta woda brudna, a to tylko… odbicia. Czarowne. Może i w rzeczywistości jakieś lustra z drugiej strony, z innego świata, podwodnego, a może jednak mgnienia i wrota…

Może?

IMG_2042

Tupta człowiek po skałach i szalenie się napatrzeć nie może. Ni na ową błękitność w dole, ni owe fiolety i różowości przekwitających powoli wrzosów. Pojedyncze brzozy, które w niektórych miejscach stworzyły maleńkie, pochylone niczym w burzących się domkach, ściany… złożone z kilku brzóz tak mocno splotły swoje konary, że tworzą teraz połowę namiotu. Ćwiczone solą morza i oczywiście wiatrowością, jakoś tak trwają gubiąc jesiennie liście. Genialne…

W brzozach jest jakaś taka moc i wrażliwość. Nawet, jeżeli już zaczniesz to w nich akceptować, jak już zwyczajnie wiesz, że coś takiego jest możliwe, masz na to dowody i w ogóle… to i tak sikając w kolejnym brzozowym, naklifowym zagajniku, jakoś tak możesz się zachwycić tą grubością kory i jej rzeźbieniem, albo cienkością, papierowością? Spróbujcie! Spójrzcie na brzozy. Może zauważycie, że one gapią się na nas przez cały czas!!! LOL Serio!!! Cały czas!!!

A tak w ogóle to gorąco jak cholera. Niby człek wie, że to tylko słońce i jego nadgorliwość, ale kurcze, jakoś tak strasznie pali, męczy roślinki, zabija je na śmierć… i tak mi ich szkoda. I gorąco, a w powietrzu ta cudowna jesienna aromatyzacja, a kurcze męczy. Wyjść się nie da. Zjeść lodów w spokoju, właściwie w całkowitej spokojności portu. No poza kilkoma miejscowymi, którzy coś świętują, nikogo. Nikogusieńko. Tam ino gdzieś syrena i inne tam kormorany, ale… cisza. Spokojność. W porcie na wodzie pływają kolory, słońce powoli zachodzi w to miejsce, w którym żyje, gdy zaszło, no wiecie, mówią, że to inne kraje, ale im nie wierzę. Serio. Jak nic mają kilka słońc i tak je ino wypuszczają po jednym, a tamte może zjadają? Może magiczną pigułkę ze słońca zaszniętniego robią? Kto ich tam wie kurcze! No kto?!!! I kto im udowodni, że słonko tego nie widziało?

A te pigułki jak nic dietetyczne są i można jeść wszystko, a się nie tyje! No serio Wam mówię, że są!!! Jakoś chudzi nie grubną! Muszą być na pigułkach.

Bogacze i burżuje!!! LOL

IMG_2035

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gang MendeDuz… została wyłączona