Pan Tealight i Pan Strach…

„Pojawił się.

Znowu.

Całkiem niewołany, niepragniony, niechciany… ale się pojawił i jakoś tak głupio było od razu go kamieniem po łbie i pod brzózkę na spoczynek, może nie do końca wieczny, bo skurczybyk żywotny strasznie jest i Pradawny, ale wiecie, na jakiś czas. Na wytchnienie. Ale nie… Tym bardziej, że Nowy Zły Sąsiad Wiedźmy Wrony, nie mylić ze Starym Kaszlącym Sąsiadem, brzózkę ściął. Razem z czarnym bzem przez co duchy wkurwiły się bardzo.

I bardziej niż bardzo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zwykły dzień.

Chłodniejszy wieczór.

Nic się nie dzieje.

W tym roku słyszałam więcej syren karetek i straży wszelakich niż przez wszystkie lata mieszkania tutaj. Naprawdę. Bardzo to przerażające, wybijające z rytmu tak dalej. Pewno że w mieście to zwyczajność, ale nie u nas. I to u na charakteryzuje się zwykle ciszą… ale ostatnio ciszy mniej, a teraz na pola znowu wywalali jakieś chemiczne dziwactwo i… już nie rozumiem tego świata.

Znowu.

Siedzi człek w aucie, znowu uruchomili remonty i wszelkie poszerzania dróg, więc światła mamy i korki. Znaczy wyspowe takie, nic wielkiego, ale jednak. No to siedzi sobie człowiek, ma czas, by – bezczelnie mówiąc – loda sobie zjeść, co go zakupił w Netto, bo taniej, a na takie wymyślne go nie stać… i patrzy się na prawo i na lewo. Po prawej w oddali ono wielkie morze. Lekko poszarzałe, bo niedziela na szczęście i radosność lekko wietrzysta i mile szara. Nawet nad niektórymi miejscami leciuchno pokropiło. Może i rozmyło się nim dotknęło ziemi, ale jednak!!!

To było mżawkowo!

Ale… stoi w korku, czeka na czerwień zmieniającą się na zieleń i się gapi. Na szare morze. Na zielonkawość sporadyczną dookoła niego. Na pola, gdzie tak niewiele krowinek i innego żywotnego zwierzęcia. Koniczków też mało. Kóz czy owiec, no po prostu niewiele. Pewno przez zimę się zrobią, ale jednak, smutno. Na malutką chatkę w dole, białą taką, z niewielką zagrodą. Na jeszcze mniejszą obok niej, pewno letni domek, ale kto to tam wie. Gdzieś tam wyżej majaczy większa rezydencja, za nami czerwony gaard, jeden z większych. Zwyczajność po tej prawej stronie.

Jeśli chodzi o lewą, to jest kilka drzew, za nimi pole na skarpie niewielkiej. Już zaorane. Nawet wspomnienia po tym, co na nim było nie ma. Jakby może nic nie było? Jakby wiosna nie istniała, lato tylko paliło, a jesień… no właśnie, jaka będzie? No ale, zaraz za polem kolejny biały gaard, obok niego, lekko w dół niesamowity biało-czary budynek, w którym kiedyś mieszkaliśmy.

Po prostu kapitalne miejsce.

Ale jest zielone.

Znowu…

Może nie oną zielonością znajomą, raczej dziwną jakąś, geriatryczną, zmęczoną, niemożliwą. Może… a może zwyczajnie nie znamy się na takiej zieleni. Brzozy już od miesiąca zmieniają się na rdzawości i złocenia…

Ale zaraz, przecież ja o zielonym świetle!!!

Papierek po lodzie leci do tyłu, się potem posprząta. Przecież bezpieczeństwo ważniejsze. A wychodząc z auta kubły na śmieci zaraz obok. Trzeba wykorzystać czas i wracać do domu. Wiecie, trzeci raz w tym roku przyciąć trawnik! Łuhu!!! Trzeci raz. Kurka wodna, nosz rozpusta. Zwykle od końca kwietnia co tydzień leci, ale teraz nie. Jakaż to oszczędność na prądzie, czy na co tam ta kosiarka chodzi. A ile wolnego czasu, co nie. Nic to, że susza, wsio zdycha łącznie z owadami i ludźmi, nic to…

Trawy i tak niewiele, ale szare chmury robią klimat. Klimat, który od dawna już się nie pojawiał. Czyżby naprawdę mieli znieść ban na ogniska i takie tam? No nie wiem, ja bym się tak nie spieszyła. Trawka trochę odbiła, ale wciąż to wszystko jest tak bardzo marne, nienapite, dziwnie zmęczone…

Jak ja.

Na szczęście to już trzecia, ostatnia część sierpnia. Wrzesień za progiem, rogiem, czy co tam. Gdzie tam. Pewno podgląda, pewno tylko czeka coby tu zrobić, zbroić i wszelako przyśpieszyć swój własny czas. Ale nie musi przecież. Wszystko już jakoś przygina się ku jesieni. Pragnie jej. Umęczone. Chcące tylko spać, drzemać i śnić. Już nie kwitnąć, już nie produkować…

Odpocząć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Strach… została wyłączona

Pan Tealight i Nieistnienie…

„Nic.

Kompletne niebycie…

A może tak naprawdę pustka, której nikt nie zauważa?

Brak, czy jednak zwyczajne niedopatrzenie Wszechświata?

Nie wiedzieli jak to opisać, nie wiedzieli jak do końca zdefiniować. Wiedzieli, że to ono, ale jednak… co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Złodziej kości” – … trudno. Naprawdę mega trudno się to czyta, choć temat od początku zdaje się być nęcący. I ten opis na okładce. No wciąga… Bo kto z nas nie zna tych przerażających opowieści, legend miejskich, wiejskich czy domowych, którymi straszono nas za dziecięcia. Onych kobiet utopionych, demonów, co to cię porwą jak przekroczysz linię lasu, złamiesz zakazane, rozpieprzysz taboo, most przejdziesz… czy inne tam?

No kto?

Jaka jest wasza ulubiona?

Jakkolwiek nie spoglądać na te potwory spod łóżka, wiedźmy zza zakrętu czy miejskie koszmary, gdy nagle stają się bardziej namacalne… czy ktoś w nie wierzy? Nasza para gliiarzy nie. A może jednak? Gdy wpadają w sprawę zagubionej, udręczonej kobiety, nagle wszystko się zmienia. On wątpiący, ona… no właśnie. Ona. Najprawdopodobniej kryje w sobie tyle sekretów, że może powinna zabrać głos, ale jednak tego nie robi. Czy będzie to miało wpływ na całą sprawę? Kto wie? Od razu macie swoje podejrzenia. Od razu coś wam w nich nie gra. Bo przecież jeżeli pracują ze sobą tak długo, to dlaczego są tacy zimni?

Tacy obcy?

Okay.

Oto opowieść chyba kryminalna, bo do końca nie wiadomo, która się wlecze, dziwnie zarzuca czytelnikiem i… nie daje się czytać. No naprawdę, ja rozumiem bolesną przeszłość, ale przecież ktoś może zginąć! A może już nie żyje? A zresztą, czyż policjant nie powinien mierzyć się przede wszystkim z własnymi demonami? Oj nie, z nią nie polubiłam się w ogóle, on tak naprawdę to orzech z kamienia, więc nic z rozgryzania tej pary. Naprawdę. A jak nie polubicie głównych bohaterów, to powieść traci właściwie zbyt wiele. I jeszcze ta cała reszta. Książka przypomina mi kilka powieści połkniętych wcześniej, ale w formie rozpuszczonej i z dodanym sztucznym barwnikiem. Nawet nie chodzi o ten dziwny, roztrzęsiony język, którym się posługują bohaterowie. Dziwne skoki po bohaterach pobocznych, wątki niewątki, niepotrzebne miny, wtręty słowne, zbyt wiele tego wszystkiego, zbyt wiele.

No i oni… no po prostu są niekompetentni!

Najzwyczajniej w świecie, więc jak biedny autor miał ich inaczej opisać. Aż chcecie by Kościej ich zeżarł. Ze smakiem!!!

To jest dziwne.

Szczególnie w tym roku.

Tłumaczą to tym, że rok temu lato było chłodniejsze i dlatego mniej mamy wizytatorów. Ale i tak, czy to naprawdę tłumaczy te dziwne pustki? No naprawdę. Mamy piątek, tuptamy na plażę, a tam tylko jedna para w krzaczkach. A woda boska. Może trochę nalazło wodorostów, ale to można wyminąć, w końcu nic nie gryzie, meduzy też zniknęły. W końcu woda nie zupa, choć gęsta, mineralna, kapitalna. Pewno kosmetyk w płynie, ale jakoś mam nadzieję, że nic tam do nas nie doszło z Dueodde.

No dobra, ale jednak, gdzie są ludzie?

Nasi to wiadomo, jeśli mają dzieci, to one do szkoły, oni wrócili do pracy. Ale cała reszta? Jakby ich wymyło, a przecież to dopiero druga połowa sierpnia. o dobra, pewno że już koniec najbardziej zagmatwanej części sezonu, ale jednak.

Przecież wciąż coś się dzieje, wciąż…

A może suszy się przerazili?

Albo tego, że ostatnio kilka dni mieliśmy spokojniejszych, szarych trochę, takich dających wytchnienie od uciążliwych upałów? Może pomyśleli, że zaraz arki trzeba będzie budować, czy coś, więc się ulotnili? No nie rozumiem. A może to te zagmatwania promowe? Bo w końcu nadeszło nowe, nikt nie wie jak to będzie… strach pokrył Wyspę? A może zwyczajnie dziś postanowili nie wychodzić z domów? No ale dlaczego? Było bardziej niż bardzo ciepło, fajnie było w wodzie, nieźle nawet zdjęcia na piasku wyszły choć ciemnawo, na horyzoncie jakaś mgła się kłębi?

Może nie dopłynęli?

A może te ssak, co to go widzieli, czy to delfin czy coś w ten deseń, ale widzieli, więc może ich zjadł, stał się wielki i wiecie, przemienił się w wielkiego, ogromnego balonika, uniósł ku niebu i tak już tam pozostał… razem z nimi wszystkimi w środku, zjadającymi się na wzajem. Tak do końca. Co do włoska i kosteczki. Bo przecież nie można marnować jedzenia. No i wiecie, cała ta sprawa zapewne będzie miała jakiś ciąg dalszy, ale kto by tam był zainteresowany przemieloną w trzewiach Turyścizną?

Nie no, nikogo nie dyskryminujemy, al to zalatuje już wycieczkami w typie wojażuj po życou!!! A nie wiem jak u nas z kolejnymi wcieleniami!!!

Waleń!!!

No dobra, znaczy morświn.

Podobno gości takowych zaobserwowano w naszych okolicach więcej, ale jak przyszło co do czego i kajakarz wyciągnął aparacik, to wiecie, ino płetwa jedna zamigała i tyle gości widzieli. Ale wierzę mu na słowo. W końcu to dość popularny zwierzak! Dość zaskakujące, bo ja tam nie widziałam, a moczę dupsko w morzu często.

Morze im towarzystwo ludziny jednak nie pasuje?

No nic… wieczór. Ciemność w końcu, lekkie ochłodzenie wieczorem. Aż człowiekowi bardziej chce się żyć. Wszystko odpoczywa, ale mało co postanawia wznawiać dalsze wzrastanie. Wiecie, jak róże czy zioła, które u nas właściwie pędzą się przez cały rok. Jak trawy czy stokrotki… no właśnie. Co się stało ze stokrotkami, które największe mrozy przetrwały, które do flakonika właściwie przez cały czas można było zbierać. Najwytrzymalsze kwiatki na świecie i co?

Nie ma i nie będzie?

Jak jakoś zniknęły zaraz w kwietniu, to potem…

… chyba już nie wróciły.

Dziwne to tak mocno. Zdawało się, że one są w stanie przetrwać wszystko. Kompletnie wszystko, widać poza oną suszową zagładą. Oj, coś zabłysnęło, ale nie zagrzmiało. Czy będzie padać? Mogłoby bo przecież nadal sucho. Jakieś półmózgi stwierdziły, że popadało raz w nocy, więc koniec suszy i zaczęli palić jakieś świństwa i… zapłacili. Bo sorry, ale susza nadal na topie. Grzybów brak. Za to mamy wciąż topiące się drzewa, liście się palące a nie zmieniające kolor i takie tam. Ale może, jak trochę popada, jak trochę chociaż i jak nie będzie wiało, to może fajna będzie jesień? Zdałaby się w końcu jakaś poprawna, bo tej nie mieliśmy już od kilku lat.

Smuteczek taki.

Ale może się uda?

W końcu susza taka, że aż o sukulenty się prosi była, więc może i barwna, ciepława ale nie wrząca jesień, też się nam jakoś trafi? A potem jeszcze bardzo zimna i śnieżna zima. Wiecie, taka zimna, ale ze słonkiem, coby mi zdjęcia bajkowe fajnie wyszły. By człek w końcu to skrzypienie prawdziwe usłyszał.

Zobaczymy?

Zobaczymy!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieistnienie… została wyłączona

Pan Tealight i Kluczyk…

„W drzwiach prowadzących do Łiszingłella w Chatce Wiedźmy od zawsze tkwił kluczyk. Kluczyk, który się nie przekręcał, który tylko wypełniał przestrzeń zamku, jakby nic i nikt nie miało prawa przez nią zajrzeć?

Ale czy tylko?

Bo przecież w tym miejscu i czasie tak naprawdę nic nie może być zwyczajne, podstawowe i przewidywalne, więc i Kluczyk nie mógł być taki. Musiał mieć w sobie magię, wszelkie atypowości i pewno umiał klaskać płatkami swoich końców. Bo jak mogłoby być inaczej? No serio, sami pomyślcie!!! To, że kolor miał lekko srebrzysty, lekko mosiężny, właściwie pierun wie czy mosiężny nie był za dnia i to tylko onego bardzo słonecznego, bo jak nie to nie, a srebrzysty nocą? Albo odwrotnie? Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie była tego pewna. Bo wiecie, on cichy był…

… i pewno łagodnego, kluczącego serca.

Odkręcającej, mało powtarzalnej osobowości i zakluczonych myśli na amen. Ale wiecie, nie ujawniał się z tym, bo i może po co, nie czuł takiej potrzeby, a może jednak, może jeszcze było za wcześnie… Ale ostatnio, ostatnio widzicie wypadł wprost w dłonie Wiedźmy, gdy ta zamykała zwyczajnie drzwi, żadnego zakluczania, czy jakichś tam, no i jakoś tak coś do siebie poczuli.

Coś jakby się rozpoczęło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ekhm…

No to tam mamy ten socjalizm i tyle. Rany, no każdy ma jakieś problemy, co nie? Chociaż, gdy mówię o podatku na samochody, to mi nie wierzą, ale, kto by tam z googla korzystał, nie.

Mniejsza, obsmarowali nas Amerykanie i jest dym naszej oburzonej wielce polityce. Niby nic, ale tak po prawdzie, no to mają częściowo rację. Niby nie do końca, ale no mają. A już z tymi cupcakekowymi planami, oj bardzo. Potem się kończy wszystko na tym, że knajpa kolejna zamknięta, to plajtuje, ale najpierw jest wielki cyrk i opowieści o przedsiębiorczości młodych. Bo oni tak źle mają i w ogóle.

Ekhm, zaraz, jakich młodych, tosz oni dawno po trzydziestce a nadal z mamusią mieszkają.

No ale…

Każdy kraj ma jakieś problemy. Nie no, oczywiście, że wciąż gadają o zniesieniu tego podatku, czy tamtego, ale zwykle to tylko gadanie, potem załącza się duński pijar i już wsio idzie w świat wygładzone i ucacane. A kasy na chorych i starych nie będzie. Wiecie, trochę mi to przypomina początki Hitlera… ale co ja się tam znam, nagminnie i obsesyjnie wlazłam tylko w nacjonalistyczne tematy chcąc coś zrozumieć, pojąć działanie tłumu i jednostki, jakoś tak naukowo. I wiecie co? Dziwne myśli człek zaczyna mieć, jak tak nagle rozumie, że nie powiedzieli mu w szkole wszystkiego, właściwie tylko: Hitler zły, Żydzi cacy…. naprawdę dziwne myśli.

I sny.

Dziwne.

No ale… Jak tam Babcia mawiała, ważne, że nazwiska nie przekręcili, to może nowa Turyścizna się w przyszłym roku zjedzie? A może skorzystają z tych nowych połączeń całorocznych, co? No nigdy nie wiadomo. Reklama jest! A dodatkowo Duńczycy kochają Amerykę, więc może bardziej im się przetrze pod kopułkami?

Może coś zrozumieją?

Ech, „co jo godom, co jo godom”!!!

No ale… szarość widzę.

Szarość i wilgotność. Może nie leje, nie pada nawet, ale jako tak chłodniej w końcu się zrobiło. Przecudnie!!!

Nie mam pojęcia jak się odnaleźć w tej pogodzie. Naprawdę. Jakby ktoś mnie oduczył życia bez wiekuistego, palącego słońca i onej jasności. To wszystko do czego tak tęskniłam zdaje mi się teraz tak bardzo nieznajome. Jakbym od nowa miała się uczyć chłodu, wiatru i deszczu. Jakby człek był w stanie przestawić się na jedną aurę, inną usuwając ze swojej pamięci? Jakby był to bardzo dziwny eksperyment, w którym wszyscy braliśmy udział. Tylko, kto go na nas przeprowadził?

Natura czy Wyspa?

A może prawdziwym jest mocniejsze przytroczenie się do natury nawet jeśli wodę żłopiesz z kranu? Może? Bo jak to inaczej wytłumaczyć? No jak? I te rośliny, które już wpadają w tryb późnojesienny, przysypiają, zasypiają, drzemki, sny, omsknienia onej roślinnej tak bardzo rzeczywistości… Nie wiem, ale to wszystko jest dziwne, choć chłodek tak bardzo niesamowicie cudowny.

Ale też…

… temperatura w granicach 20 stopni to nagły mróz.

Czy ja jeszcze myślę jak typowy, codzienny człowiek? Na pewno nie. Wiem, zdaję sobie sprawę, że mój pokręcony eksperyment należy opisać gdzieś, ale też… to moje życie, nie wiem czy chcę kogokolwiek do niego zapraszać. Nie ma potrzeby dzielenia się. W końcu to nie haul ubraniowy, czy zakupy torebek znanych marek, by się było czym chwalić. A ludzi tylko to interesuje. Boleśnie… tylko to. Nie chcę, i chyba nie mogę wrócić do tego świata większości ludzkiej, bo to nie moja bajka. Nie moje smoki, nie moje książęce twarze, nie moje tiary, pantofelki szklane i nie moje trolle. Moje trolle są kamienne i chrapiące. Moje krasnale i elfy bardzo namacalne, a to… oznacza w tym innym, poprawnym świecie zwykłe szaleństwo. Chorobę psychiczną.

Ale… czy takie dziwadła mogą żyć?

Może ino ku rozrywce tych burżujowatych?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kluczyk… została wyłączona

Pan Tealight i Lodowa Góra…

„Nie szklana, nie cukrowa, nie taka, na którą ten dobry syn wszedłby, by matki zdrowie ratować… żadna tam legendarna, podobno nawet niemagiczna całkiem, kompletnie naturalna, choć niewielka, ale lodowa. I to lodowa góra. Górzysta z tymi wystającymi pikami i lancami, czy jak to zwać. Z tym zabarwieniem błękitnym miejscami, miejscami znowu szmaragdowym, jakby była najbardziej niesamowitym klejnotem pożądanym przez wszystkich i wszystko obecnie.

A może zawsze?

Może tak naprawdę taka lodowa góra, nie ta dokładnie, wiecie ona tytułowa Lodowa Góra, potrzebna jest naprawdę każdemu z nas, szczególnie w tej aurze? Wiecie, każdy może zaadoptować jedną, no i już problem rozwiązany. Ona robi za lodówkę i sobie spokojnie rośnie, wy macie lodówkę i pewno też podajnik lodu do drinków, czy czego tam, nie wiem, chłodne okłady? No wiecie, co kto preferuje, co nie? Może i są ich różne rodzaje, co na pewno jest prawdą, to to, że jest ich niewiele, że mają już status zagrożonego gatunku, więc…

Adoptujecie jedną?

Bo ta tutaj, kołysząca się na brzegu wielkiego kubka zimnej wody w dłoniach Wiedźmy Wrony Pożartej jest już zajęta.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Duje i pada…

Fale deszczu uderzają w zaskoczoną ziemię, która nie pamięta już jak się pije, zresztą… Roślinki przeszły już cały okres dojrzewania i powoli idą spać. Tak, kilka tygodni wcześniej, ale jednak. Spać… nie da się ukryć, że popadało trochę. Nie da się ukryć, że potrzebujemy tego więcej. I nie da się ukryć, że fish and chips w Svaneke to nie to, co kilka lat temu!!! Oj, kompletnie!

Zaczęło się to tak niesamowicie. Serio! Gdy pojechaliśmy tam po raz pierwszy… oj pewnie że to junk food i tak dalej, ale jednak i frytki były jakieś takie niemokre i tłuste, a frytkowe i miękkie w środku, złote na zewnątrz, a ryba… ech, ryba to całkiem inna sprawa, bo i ciasto i sama ryba smakowały inaczej. No i ciasta było o wiele mniej. I jeszcze sos!!! On był serio całkiem inny.

Chyba tylko cytryna się nie zmieniła.

Chyba.

Dwa dni temu skusiłam się…

… raz na dwa lata można, no i nie. Sorry Gregory. A już ta zniżka dla Polaków… bez urazy, rozumiem, że pracują tam polskie dziewczyny niemówiące po duńsku – co jest dziwne, szczególnie w miejscu, w którym miejscowi nie mogą dostać pracy, to jeszcze ta polskość… jest nachalna. I tak. Pomyślcie o tym jak o Islamie w Polce lub Ukraińcach zabierających wam robotę. Sorry, ale jeżeli wciąż widzicie Danię jako kraj mlekiem i miodem płynący, to może obcięcie – znowu – kasy na starsze osoby, które ostatnio chcieli przestać myć, a tylko wycierać mokrymi ściereczkami, może was trochę nawróci. Naprawdę. To kraj jakich wiele. Ma swoje popierdoleństwa.

Co nie zmienia sprawy, że go kocham.

Z tymi popierdeleństwami. Chociaż ich nie rozumiem. Nie rozumiem jak to wszytko mogło tak szybko się zepsuć. Bo tak, było lepiej. Było ludziom lżej. Nie było grzebiących w śmietnikach, pijanych się toczących – piją normalnie w domach – oraz tak biednych, że… naprawdę, obserwowanie upadku Europy jest czymś szokującym. Czy tak myśleli wszyscy ci żyjący na onych krańcach epok?

Bo to chyba ten moment?

Ale nic to.

Przecierpię ten tłuszcz jakoś… boleśnie. I już nie będę próbować, bo serio coś w tym nie jest tak. I nie za tę cenę!!!

No ale… na szczęście popadało.

Niewiele może, ale jednak kurcze jest.

Wielki, porywczy, walący w drzwi i okna wiatr też, a do tego deszcz. W ciągu dnia maciupkie kilka kropelek, ale wieczorem tak pięknie się zachmurzyło i w końcu lunęło. Ale najpierw ono zachmurzenie. Najpierw białe chmurki na błękicie, takie zaskakujące, nieznajome… jakby człek od nowa miał się uczyć natury… Takie to wszystko dziwnie nieznajome, takie nowe, takie szalone. W końcu niedzielę można spędzić na lenistwie słodkim. Albo po prostu suszeniu prania, które patrzy trwożnie w niebo modląc się o niepadanie…

… bo znowu ma padać.

No i troszkę znowu skropiło.

Pewno, że to nie jest to, ale tak naprawdę czuje się jakoś tak, że ona nasza cudowna, potrzebna, przyroda nie jest „amused” tym wszystkim. Jakby wcale tych roślin ten deszcz nie obchodził. Jakby naprawdę już przeszły na stronę jesieni, jakby już zasypiały. Turyścizny nagle się zrobiło też mniej… tak wcześnie? Tak nagle? No nie wiem, ale na pewno dziwny to sezon był. Oczywiście, że jeszcze nie jego koniec, ale ten najwyższy już przeszedł. I odszedł i nie pomachał na „dowidzenia”!!!

Teraz czas na oddychanie, jeśli tylko oczywiście pogoda nie wróci na oną piekielną stronę. Bo jak wróci… oj będzie buba!!! Choć z drugiej strony, czy to ma jeszcze znaczenie? Sucha jesień i zima? Tak naprawdę? Nie wiem. Takich aur jeszcze nie przeżywałam. Tak jeszcze raczej nie było.

Brak mi doświadczenia.

Chociaż może to i dobrze?

PS. Nie wolno się kąpać na Dueodde! Tia, znowu to samo. Uważajcie na siebie, bo tylko „niepicie” wody nie wystarcza, jak to niektórzy sugerują.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lodowa Góra… została wyłączona

Pan Tealight i Bombka Choinkowa…

„Na choince w głębi Lasu Gustafffa wisi sobie bombka.

Niebieska, nieregularnie kolorowana, miejscami kobaltowa, miejscami ciemna, potem gdzieś tam lekko rozmyta i błękitna niczym one zbyt wiele błękitu na niebie. Niczym coś nie do końca zdecydowane w swojej mocy i sile. Ze srebrnym zwieńczeniem i srebrzystym sznureczkiem z niego wychodzącym. Niczym koroną, która jednak spełniała wiele znaczeń, a może… może miała tylko łączyć ich dwoje?

Poruszana wiatrami lekko dygotała, mokła gdy padało, gdy sarny ocierały się o pień drzewa drżała, że spadnie, ale drzewo wiedziało, że dzięki niej jest bardziej niż specjalne, więc mocno trzymało swoją bombkę. Pilnowało jej, czego ona sama nie była świadoma. W ogóle. Jakby wciąż jeszcze myślała, że wisi w powietrzu, w którym coś, gdzieś, ją przytrzymuje… zmądrzała z czasem, ale wciąż jakoś nie umiała porozumieć się z Drzewem. Tak, dla niej to było Drzewo, a dla niego ona była Bombką. I to całoroczną. Bo dlaczego odmawiać sobie onej radosnej, barwnej, świątecznej radości między świętami? No dlaczego?

Ostatnio świat tak pełen słońca bardzo doskwierał Bombce. Zaczęła się łuszczyć na boczku, który właściwie mógłby też być frontem lub tyłem, taka to swoboda okrągłości. Powoli też miejscami bladła, ale tym się nie przejmowała, bo był ktoś, kto dodawał jej koloru. I choć ostatnio rzadko tutaj się pojawiała… na pewno w końcu się zjawi, a kolor znowu powróci. Tak jak ostatnio… Bo w tym związku Ona była tą trzecią. Dziwną i ludzką, ale też i pradawnie drzewną.

Zafiksowaną zimowo i świątecznie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ta dziewczyna” – … matka i ona. Ona i matka. Jedyny syn, pokręcone małżeństwo. Ogólnie mówiąc stary, dobry scenariusz?

Tylko…

Tylko, kto ma rację?

Ona czy ona?

Powieść opiera się na dwóch filarach. Matki kochającej, ale też i matki jedynego syna, więc kochającej go ponad wszystko. Zdradzanej, wciąż pracującej oraz… tej drugiej: młodej kobiety, która kocha. Tylko czy naprawdę? Czy kocha jej syna? Spójrzmy teraz na nią. Młoda dziewczyna mająca ambicje i pragnienia dość określone. Koniecznie potrzebująca… pieniędzy, więc… Ale tak naprawdę? Która z nich ma rację? Która jest pokręcona? Która jest szalona i zdolna zrobić wszystko dla swoich pragnień?

Która jest święta?

W tej historii nie ma dobra i zła jest tylko szarość. Szarość uczuć i ich żar. Szarość pragnień i marzenia tak gorące, że ktoś jest zdolny dla nich… zrobić wszystko. W rzeczywistości powieść, w której jakby nie ma w ogóle tajemnic, w której znamy prawdę obydwu stron, tak naprawdę, do końca nie wiemy, która wygra. Która kłamie lepiej? A może żadna z nich? Może tak naprawdę ktoś inny wszystkim rządzi.

Może nie wybitna i miejscami nadmiernie przewidywalna, ale intrygująca powieść pokazująca, że tak naprawdę wszyscy kłamią. A prawda to luksus, na który lepiej sobie nie pozwalać. A miłość… cóż, nie wiadomo czy istnieje. Ta matczyna jednak możliwe, że przewyższa wszystkie.

Oficjalnie pobiliśmy kolejny rekord.

Najcieplejszy dzień od ośmiu lat!!! ŁOŁ. Nie pamiętam tego poprzedniego, ale nic to. W końcu to był tylko jeden dzień, a u nas upały trwają już od tak dawna, że nikomu się nie chce liczyć. Tylko się pocimy. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze modli się o deszcz czy ktokolwiek wierzy? Bo widzicie, kilka dni temu było ogłoszenie/ostrzeżenie o wielkich deszczach dla całej Danii i jak zwykle popadało.

Ale nie u nas.

Oj nie.

Ale to raczej nic dziwnego. W końcu przecież tak często określa się nas jako „niedanię”, więc przestańcie mi jęczeć w wiadomościach, że kłamię, bo przecież padało! W Danii padało! Widać było to jakieś większe wydarzenie, o którym grzmiały gazety i inne media, bo do mnie nie dotarło. Deszcz też nie. Ale w naszej stolicy podobno spadło kilka kropel. Ech! Szczęśliwy. A może jednak nie?

No dobra.

Co jak co, ale spoglądając na to, że mamy za sobą pierwszą połowę pierwszej połowy sierpnia. Tak nagle, jakoś do tego doczłapaliśmy, zmęczeni i tak dalej… i tak naprawdę, to nie wiem co będzie teraz? Czy dopadnie nas jesień mokra i mało kolorowa? A może jednak wciąż będzie słońce? Może trochę się ochłodzi, ale nie będzie padać? Może pozostaniemy suchą Wyspą? Może? Wiecie, nie można niczego wykluczyć. Świat się wciąż zmienia, a ludzka głupota pomaga durnym, złym, okrutnym zmianom, więc… nie wiem. Spoglądam na Niemców ratujących najstarszą lipę w Niemczech i jakoś tak, patrząc na miejsce po tej naszej lipie ściętej z głupoty… znowu niczego nie rozumiem.

Bo przecież…

Powinniśmy chronić to miejsce!!!

Tylko, jakoś tak niewielu chce. Jakby liczyli, że ktoś to zrobi za nich. Posprząta plaże, nabrzeża, no i jakoś posegreguje te wszystkie śmieci. Nie no, pewno że nie możemy zrobić sami wszystkiego. Każdy nie może być odpowiedzialny za wszystko, ale małe rzeczy, małe kroczki. Może? Tylko jak to robić, gdy statki zrzucają swój shit dookoła nas… jakoś traci się istotność tych czynności, jakoś smutek zabija.

Może czas tylko oddychać… póki jest czym?

Wieje.

Chmury.

Rzeczy, których nie widzieliśmy od tak dawna. I jeszcze to lekkie ochłodzenie. Nagle jest dziwnie. Nieznajomo. Nagle wszystko jest zaskakujące. Bo tak dawno… zaraz, wróć, przecież u nas latem tak bardzo nie wieje. Zachodnia Dania ma orkanowe powiewy, strasznie duje, do nas doszło słabsze, ale doniczki latają i trzeba ganiać. Wiatr zdaje się być dziwnie gęsty i chłodny, ale nie wrzący…

Jest chłodniej.

Zaskakująco.

Trzeba korzystać. W końcu człowiek nie musi włączać tych zimnych powiewów i jakoś tak oddycha spokojniej. Mocniej i łatwiej. I na dodatek ten weekend. Może w końcu wybierze się na spacer, ale przecież te jaszczurki żerte, te jadowite gąsienice, skorpiony, no tyle się narobiło hazardów!!! Aż strach!!! W wodzie pewno rąbane implanty już pływają. Nie no… ale może choć znowu nie zakwitło, co?

Może?

Ludzi mniej i można pobuszować po sklepach. Kupić coś na święta, bo przecież z końcem sierpnia spora część z nich się pozamyka, więc trzeba łapać póki jest!!! Nie ma innego wyjścia. Naprawdę. A poczta… no wiecie jak to jest. Z pocztą u nas to serio jest kompletnie niepewnie. No i co zobaczone i zmacane, to pewniejsze. Zresztą, można u na przecież znaleźć niezłe perełeczki.

I to dosłownie.

Albo i nie.

Jak kto woli.

A na razie cieszmy się chłodniejszą aurą!!! Naprawdę. Bo pierun wie, czy to wszytko nie wróci. Bo jakoś tak roślinki nie są zadowolone z tego wszystkiego. Zdychają na potęgę i to nawet te wytrzymałe!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bombka Choinkowa… została wyłączona

Pan Tealight i Meduzowe żelazko…

„Już przybyły.

Dziwnie zagubione, zmarznięte i rozgrzane jednocześnie.

Za wcześnie, albo za późno… kto to może wiedzieć? Może one mają w tym swoim meduzowym świecie czas całkiem inny? Może tak naprawdę gdzieś im się spieszyło, albo życie miały tym razem lepsze, pełniejsze i ogólnie mówiąc bardziej procentowo imprezowe? A może ktoś je wygnał? Bo przecież mógł. Zbił, przegnał, wypchnął z ich świata, najazd uczynił, zajął ich dotychczasowe ziemie… wody się znaczy, i naprawdę już zrezygnowały…

Bo widzicie, mało kto się meduzami przejmuje, jeśli nie parzą, nie zabijają i nie nurtują nerwów człowieczych. Jak tylko unoszą się niczym one implanty piersi, lekko niepokojąc, galaretowate, martwe może i, tak mawiają, ale jakoś też i żywe, barwne w swoich dziwnych żyłkach i wtrętach. Nie pływają, ale poddają się falom, lecz czy do końca? Przypatrzcie się im. Czasem wydaje się, że wciąż walczą…

Żyją?

No ale… chodziło o to, że Ojeblik – mała, ucięta główka, w onym szczególnym okresie zbierała je do swojego różowego wiaderka w fioletowe i pąsowe tulipanki, z żółtą rączką, a potem zasilała nimi swoje niewielkie, magiczne żelazko. Wiecie, to, które prasowało zużyte myśli, marzenia i sny, i oczywiście nadawało im nowy zapach, miękkość, aromat i jak najbardziej oczywiście nową użytkowość… nie żeby ktoś ich pragnął. Takich wyciśniętych i zużytych, ale Ojeblik chciała, marzyła, że kiedyś ktoś taki się znajdzie. Może i desperat, ale nie oceniajmy!

Ona wierzyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W powietrzu czuć śmierć.

Niektórzy mówią, że ciepło jak na pustyni, ale choć niektórzy zwą pustynię śmiercią, to tak nie pachniała. Nie tak. Jakby wszystko miało się skończyć. Albo może nie chciało się już odradzać? Nie wiem… widzę tylko umierającą roślinność, przycięte zioła, które w tak szybkim czasie odbyły drogę od wzrostu, kwitnienia po niknięcie. Młode pędy, które są tak mikre i tak szybko żółkną… że nagle we wszystkim znika radość.

Tego nie da się zmienić.

Nie mamy na to wpływu. Nie możemy zrobić niczego, bo choć podlewane, te rośliny i tak odmawiają rośnięcia. Jakby się buntowały. Jakby wiedziały wiele więcej niż my wszyscy. Jakby były pewne zakończenia tego wszystkiego.

Oczywiście, że to brzmi apokaliptycznie, ale gdybyście mogli posmażyć się na moim tarasie teraz, może byście zrozumieli. Brak tlenu, azotu… ozon w zastraszających ilościach, ostrzeżenia. Tak naprawdę, co mamy zrobić? Przestać oddychać? A może zacząć i się przystosować? Bo to już nie jest heatwave, ale katastrofa ekonomiczna tego miejsca. Tych, co chcieli być ekologiczni i tych, którzy powycinali całą tonę drzew. Nagle nic już nie ma znaczenia. Czy byłeś święty i żłopałeś wodę z kranu, czy naprodukowałeś plastików. Nie ma teraz znaczenia.

Wszyscy się dusimy.

Nagle teksty w stylu: pozwól innemu robić to, co chce stają się kłamstwem. Nie możemy pozwolić innym na niszczenie tego świata. Bo on jest nasz, a jednak, jednak wciąż ludzie boją się powiedzieć głośno, że problemem jest zbyt wielka ilość ludzi. Że łatwiej by było, gdyby pewne części onego świata miały mniej dzieci. Tak. Zaraz zostajesz doktorem Mengele, gdy mówisz prawdę. Zamiast martwić się tym, że coraz więcej ludzi, przestańcie się tak mnożyć!!! A nie szukacie innej planety, modyfikujecie żywność i produkujecie… hmm homo coś, ale co?

Bo na pewno nie homo sapiens sapiens.

Nie ma tutaj już miejsca na rozum.

I tak, to jeden z tych tematów poruszanych w mediach, ale też obchodzących temat wielkim łukiem. Bo powiedzieć wprost umiała tylko Jane od goryli. I nawet jej, tak mądrej, inteligentnej i spokojnej, nikt nie wysłuchał.

Dueodde.

Ale nic to.

Może znowu jakiś spacer? Może się jakoś uda? Akurat dwa dni wcześniej chociaż było wrząco, jakoś tak się udało. Udało w piasek i dziwną płytkość. Tak płytkiego morza dawno nie widziałam. Tak naprawdę nie da się popływać na Dueodde. A raczej daleko trzeba iść, by cyckami nie ciągnąć po piasku.

Płytkie morze, dziwnie czarniawe, chmury, które się nagle pojawiły, niewiele osób na plaży, większość kryjąca się na wydmach. Dziwnie. Już sama droga mimo cudownych sosen, piasku bielszego od śniegu i całej tej niesamowitości, jakoś niepokoiła. Wiatr. Duszący, mdlący, mieszający w głowie. Ludzie plączący się. Wracający, idący, próbujący… tak bardzo było ich niewiele. Nawet tam daleko, na latarni morskiej. Nawet tam jakoś tak niewiele. Jakoś tak rzadko i nielicznie.

Uciekłam stamtąd.

Chyba uciekłam właściwie, w ogóle, z powrotem do domu. Bo chociaż jest tutaj nie lepiej, to jednak Gudhjem to dom. Fascynujący. Dom jeszcze może bez własnych ścian, ale jednak z marzeniami… które pewno nigdy się nie spełnią. Bo patrząc na to wszystko, możliwie że będę miała tylko to, co mam. I czy to naprawdę tak niewiele? Gdyby tylko pogoda, natura odżyła. gdyby tylko… nie było jeszcze gorzej.

Gdyby zaczęło padać.

Gdyby…

Uświadomienie sobie, że nagle pokochało się kawałek ziemi jest oszałamiające. Człowiek nawet rozumie „Czerwoną różę”. Oglądaliście? Dom i kobieta. Prosty związek. Może można i z wyspą? No wiecie. Kobiety poślubiają drzewa, więc dlaczego nie mogę być dzieckiem wyspy? No dlaczego? Przecież to takie logiczne!!! Ziemia i kobieta. Wspólność, dzielenie tych samych przejawów, skomplikowaność i brak komplikacji. Jeśli jedno cierpi, drugie też obrywa, czuje, jakby łączyło je coś wzajemnego. Jakby było w tym coś więcej. W ziemi i kobiecie.

W ciele i piasku.

W rzekach i pływach kobiecości.

Tak, to brzmi nawiedzenie… ale może tak ma brzmieć?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meduzowe żelazko… została wyłączona

Pan Tealight i Piórko…

„Sfrunęło z góry, zagubione, chcące powrócić.

Czarniawe, lekko posiwiałe na brzegach.

Samotne.

Sfrunęło, opadło, zesmyknęło się po krawędziach światów odmawiając wejścia w którykolwiek inny, jakby było pewne. Dorosłe, tak dojrzałe, że przecież nie będzie się nawet zatrzymywać, gdziekolwiek… bo wie. Zresztą, kto by tam nawracał z drogi piórko? Leciutkie, cudowne, mięciutkie. Przecież się nie da. Jeszcze się popłacze jak mu powiecie żeby tego, czy tamtego nie robiło…

A płaczące piórko rozwala systemy.

Ale… ono sfrunęło.

Tak po prostu, dzielnie, a może jednak niepewnie, zdesperowania całkiem pewne, na stopień Chatki Wiedźmy, i posmyrało ją w czarniawe płytki, którymi ów stopień był pokryty. Mały spojler!!! Płytki robią się cholernie śliskie w czasie deszczu, mycia, lodów, zimy, łzawych powitań, łzawych pożegnań i takich tam… gdy mchy jeszcze je nawiedzają i ktoś nie wytrzyma do kibelka. Ale mimo tego ono się nie ześlizgnęło. Pewno pomogła wrząca pogoda, ale…

Ono wiedziało, że ma być tutaj.

Chatka Wiedźmy nie miała nic przeciwko ptakom i piórom, nie miała nic przeciwko sarnom podglądającym ją z ogródka, czy wronom i mewom, które uprawiały taniec w niewidzialnych, podkutych ciężkim metalem, drewniakach na jej własnym, spokojnym dachu… ale to piórko sprawiło tyle hałasu swoim cichutkim zstąpieniem… że poczuła się… napastowana!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne…

Inne Rønne.

Takie, jakiego jeszcze nie widziałam, ale pewno wszyscy ci, którzy przybywają tutaj drogą morską ubawią się po pachy, ale Nørrekås widziałam po raz pierwszy. Właściwie nie wiem dlaczego. Z daleka pewno, że tak, ale by usiąść na brzegu, na pływającej tratwie, to po raz pierwszy. Dziwne miejsce. Z jednej strony zamknięta przestrzeń kąpielowa i zwykła marina. Statków mnogość, właściwie miejsca wolnego chyba brak, ale nie ma boja, naprawiony biletownik, jakby co! Zepsuło nam to weekend, a raczej go urozmaiciło, bo fajnie było tak nagle posiedzieć. Pewno że zdjęcia, ale jednak najpierw jedzenie. Choć przez chwilę. Zza kamieni, wielkich, onego falochronu, słychać fale. Błękitne, niebieskie i mocno zielonkawe. Cudowne, piękne, niesamowite! Mocne, pewno w czasie sztormu nawet przerażające, a może tylko fascynujące, przeskakujące one kamienie, takie dziwnie ruchome, jeszcze niedotarte…

Stanie na skraju wody i skał przyniesionych przez człowieka, onej dziwnej, sztucznej twórczości, jakoś tak działają na mnie inaczej, niż normalna skała. Naturalna sprawa. Wygładzenie, porosty, kolory… Ale jednak inne nie znaczy gorsze. Za to w onym innym nastało też coś intrygującego. Starość zapomniana. Wielkie, gigantyczne, zardzewiałe malowniczo, ogromne i grubiaste gwoździe, które pewno gwoździami się nie nazywają, ale jednak, są tutaj.

Pod skałami, obok nich, wraz z resztą drewna…

Oto jest przeszłość.

Drewniane umocnienie.

Pełne barw od słońca, morza i porostów, poprzetykane onymi gigantycznymi gwoździami. Miejscami nadgryzione, miejscami idealnie całe, ale wciąż drewno, więc jak zwykle po prostu powalające swoją strukturą. I jeszcze ta rdza. Piękna, cudowna, do tego sznury, Cieniutkie, ale bardzo mocne. Do czego służyły? Kogo zatrzymywały, a może jednak więziły? Dziewicę? Błagając o zmianę pogody.

Może powinniśmy to spróbować, bo znowu idzie przegrzanie, jakby codziennie nie było gorąco wystarczająco. Ale podobno mamy bić jakie rekordy, więc pierun wie. Należy też się wystrzegać jakiegoś ozonu? Złego ozonu? Zbierającego się, pewno atakującego, czy coś? No nie, w mordę, już w ogóle nie wyłażę z domu! Nie mam zamiaru się udusić i jeszcze postarzyć. Oj nie. Nic z tego.

Nie!!!

Staję się rzeźbą!!!

Własną.

Wykonanie też własne.

… zakupy i takie tam.

Dobra.

Jestem babą. Czasem muszę iść na zakupy. I wiecie, w okresie sezonowym jest co oglądać, choć lepiej nie przyznawać się, że człek jest stąd. Nie rozumieją dlaczego potrzebujesz torby z napiem „Bornholm to be wild”. Albo magnesów, kartek, znaczków i takich tam. No wiecie… trolli na przykład, czy patriotycznych koszulek. Nie rozumiem dlaczego nikt tego nie rozumie!!! No ale…

Do sklepu oznacza oczywiście udanie się do stolicy, no bo jak inaczej. Oczywiście ubaw roku, bo najlepsze shopy w Rønne zamykają się o 13tej lub 14tej, a to oznacza pośpiech, jeśli przez przypadek w sobotę zaspaliście. Bo tam w niedzielę, to wiecie, można ino pomarzyć. Nie no, do Lidla czy Netto się dostaniecie, ale przecież nie o to chodziło. Raczej o Siostry i Tigera. Te pierwsze są mieszanką IKEAi i artyzmu. To drugie większość z was zna. Coś, co miało być Poundlandem zmieniło się w latającego zwierzaka z Kopenhagi, no ale. Widać jakoś tak się onym specom od reklamy zamarzyło…

No ale…

… wyprawa do Tigera, który u nas jest malutki, to seryjnie zabawa. Człek zwyczajnie szaleje. Nie oznacza to kupowania, ale jakąś dziwaczną zabawę. Windowshopping trochę pewno też, ale i… no właśnie. Bo oni teraz mają lamy, więc przykro mi, ale zgrzeszyłam. Lamami. Bo czemu nie. W końcu stara jestem, zdepresjonowana i ogólnie mówiąc radocha przydarza mi się raczej nigdy, więc czemu nie. Tym bardziej, że niebieska lampka to ubaw, a u nas „hygge” to „must”. No i jeszcze kartki na zapas dla znajomych i tyle. Okay, pewno że chciałam też oną ceramiczną i jeszcze może kubeczek, który pewno by trzasnął, ale jednak… przecież gorąc jest, więc i tak ino zimne napoje!!!

No dobra.

U Sióstr oczywiście już wszystko do szkoły, bo duńskie dzieci już wróciły. Bidulki. Zgrzeją się. Chociaż z drugiej strony to raczej Duńczycy są zadowoleni z onych upałów. Zwykle mają inne zjawiska pogodowe. Nie wiem jednak dlaczego radio tak głodni, gdy ci, których znam wciąż jęczą, bo u nas AC nie ma. Na szczęście varmepumpe też trochę pomaga. Bez niej bym chyba nie wytrzymała.

Jest koszmarnie!!!

PS. Jakaś familia skorpiona przywlokła… ludzie są pojebani. Przecież to się namnoży!!! Ale co tam. Czyćmy idiotów!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piórko… została wyłączona

Pan Tealight i Niebieski Kamyk…

„Znalazł go w łóżku.

Nie pamiętał, że go tam wkładał.

Nie pamiętał, żeby go ten uwierał w nocy, by jakoś zawadzał, tudzież mu śpiewał, opowiadał historie… Po prostu obudził się i on tam był. Tak serio, to jakoś w ogóle dziwnie, po prostu tak sobie spokojnie, pokrętnie zwyczajnie nawet, leżał mu obok dłoni, która tuliła się do jego własnego, znajomego, starego, przedwiecznego tułowia… nieproszony? A może to on był tutaj gościem?

Bo czy w tym miejscu można być czegoś naprawdę pewnym?

Tak naprawdę i do końca?

Z przypisami, didaskaliami, wklejoną erratą, wstępem, spisem treści, przedsłowiem, posłowiem… no wiecie, tak naprawdę? Zawsze wiedział, że z przybyciem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki coś się zmieniło, ale teraz, teraz był pewien, że nie tylko zmieniło, coś się raczej ustaliło. Coś na zawsze się uludziło, nie tyle uczłowieczyło, co raczej nabrało człekokształtnych kształtów, zapisało się w odpowiednich urzędach i stało się faktem. Na zawsze.

Może kamień był tylko kolejnym, następnym, bardzo gładkim i ładnym, śladem. Kolejnym okruszkiem w tej bajce… zresztą, gdy Pan Tealight znowu zapadł w drzemkę, on zniknął. Czy wniknął w niego, czy powietrze dookoła, czy opadł z łóżka pyłem, czy odszedł do nieba…

Nie wiedział.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przepaść” – … no tak. Dlaczego? Bo autorkę od dawna uwielbiam. Znam może z innego rodzaju książek, ale pokazała w nich taki kunszt, dopracowanie i warsztat, że…

No i ostatnio kręcą mnie górskie tragedie.

Ale wróćmy do książki. Czy raczej na pierwszy rzut oka grubszej broszury – niestety. Oj wolałabym by ta powieść była dłuższa. Oj chciałabym. Naprawdę. Bo ta cała historia ma potencjał i on został tutaj wykorzystany, ale mogło być tego więcej. Tylko, czy wtedy nie byłoby za dużo? Nigdy nie wiem. Ale do treści. Oto jest góra. Oto jest historia i prawda. Oto fikcja szanująca prawdę i niebudząca duchów, a jednak…

… nurtująca.

Rok 1935, Kanczendzonga.

Himalaje.

Świat, w którym jedni postanawiają iść w ślady innych. Niby coś, co znamy, a jednak… oni są dopiero drudzy. Nie mają butli tlenowych, mogą polegać właściwie tylko na sobie. Dodatkowo część z członków naszej wyprawy, która chce zdobyć szczyt to zgrana trzódka, ale on… tak, on jest inny. Czy jest wariatem, czy jako jedyny widzi prawdę? A może jest tutaj tylko narratorem, bo to z jego punktu widzimy oną opowieść. A! Jest jeszcze pamiętnik, list i duch, ale czy warto ich wspominać?

Warto przeczytać oną opowieść o nazbytniej dumie, człowieczeństwie, które nigdy się nie zmienia. O przeszłości, która niezapomniana boli, trąci i rani. No i jeszcze o wierze i szacunku dla tych, którzy odeszli. I zrozumieniu. I jeszcze o kłamstwie i prawdzie, które mają tak rozmaite definicje…

Po prostu… o ludziach.

Ale w trochę innych okolicznościach przyrody.

Wakacje…

Tak serio, to dlaczego ludzie mają wakacje. No naprawdę. Nie no, jak najbardziej rozumiem potrzebę odpoczynku i bycia w domu, z rodziną, uprawiania wszelakiego hobby i tak dalej, ale tak serio… wakacje. Ten cały cyrk ze zdjęciami na facebooku, to chwalenie się, one opalania, wiecie, cyrki i cuda wianki, a nie… odpoczynek. Jakiś taki prawdziwy. Wyłączenie się. Ale… jak potem powrócić do świata tak zwanie zwyczajnego?

I po co?

Naprawdę?

Zaczynam coraz częściej się nad tym wszystkim zastanawiać. Nad tym, jak bardzo walczyliśmy i wciąż walczymy o to, by mieszkać tu, gdzie mieszkamy. Na tej Wyspie. W tym miejscu. W tej okolicy, bo nawet na Wyspie można mieć ono miejsce, które kocha się najbardziej. Do którego, gdy się wraca, to wciąż jakoś tak zapiera dech w piersi. Szczególnie przystając na skrzyżowaniu w Gudhjem i spoglądając na oną riwierę za Melsted. No przecież to jest tak bardzo niesamowite, tak cudowne, zakręcone, całujące morze…

A potem zjeżdżając w dół, bo przecież to jest dom.

Od tylu lat.

Od tak wielu, że każde inne miejsce, nawet ono kilka kilometrów stąd zdaje się być przygodą, albo… wakacjami. Bo przecież wakacje mogą trwać tylko godzinę czy dwie. Wyłącza się wszystko, zakłada sprane gacie na dupę i idzie nad morze, w las… gdziekolwiek. Może to są wakacje? Bo chyba nigdy ich nie miałam. Poza tymi dwoma razami, gdy rodzicielsko wysłano mnie na jakiś porąbany obóz, to raczej… nie. A może ja mieszkam w onych wakacjach, a raczej na wakacjach. Przecież prawie każdy z dziwnym, pokręconym wyrzutem mi to mówi. Zapominając, że na wycieczki to ludzie nawet do Czarnobyla jeżdżą, więc wasza Kozia Wólka może być naprawdę czyimś marzeniem. Wakacje, to stan umysłu i dziwny wymysł współczesności. Kiedyś jak się człowiekowi jego życie nie podobało, to je kończył.

I zaczynał nowe albo nie…

… więc jeśli jedziecie w jakieś „wakacyjne” miejsce, pamiętajcie, że dla niektórych to dom, praca i zwyczajność. Nie jęczcie im, że tutaj trawa bardziej gorąca, bo gówno wiecie o ich życiu. Naprawdę. Każdy ma swoje problemy, a piękny widok z okna ich nie wymaże. Może czasem złagodzić ból, ale tylko na chwilę…

Chmury…

Nie ma.

Przez tak długi czas tylko i wyłącznie niebieskie niebo. Nie no, większości marzenie, ale… no bez przesady. Ile można? Gdzie są chmury? Jak już, to niebieskość przesłania na godziny dziwna, gruba pierzyna szarości narzucając rąbaną wilgotność, duchotę i takie tam, a potem, znika… szybko i raptownie i znowu mamy słońce! I niebieskie niebo. Bez chmurki, bez załamania, bez skazy.

Dziwne.

Ale… oczywiście wieczorem wszystko się załamuje, jednak ostatnio trudno dostać piękny zachód słońca, bo ono jakoś tak się rozmywa, jakby tonęło w onym błękicie. Tylko lekko pozłota bursztynowa rozlewa się na falach i tyle. A fale są. Mamy jakieś. Nawet trochę wiatru, nawet i mocniejszego, który budzi fale.

Sypie piaskiem.

Zaskakuje.

Oczywiście nadal sezon.

Może już nie ten najwyższy, ale jednak jeszcze są i wózki dziecięce i rowery różnorakie i remonty, poszerzania ścieżek rowerowych, które jednak zdecydowali się na razie przerwać, coby ruchu nie utrudniać, bo ludzie już widać dość mieli. A może to tylko wynik tego, że zwykłych robotników od dróg, malowania, remontowania i takich tam brak! Serio!!! Jeśli ktoś szuka pracy, to może się rozejrzeć. Bo na rusztowaniach to jakaś dziwna cisza. Naprawdę. Jakby kto zapomniał. Z drugiej strony tutaj wraz z wybiciem określonej godziny kończy się pracę i już. Nie ma zmiłuj! Na ulicach pozostawione maszyny, na polach traktory pochrapują przez weekend, kombajny i takie tam. Zboże zdaje się spoglądać na nie dziwnie błagalnie, ale one wielkie maszyny nie słuchają.

Nie.

Nawet jeżeli został tylko kawałeczek do skoszenia, nic z tego!!! Zresztą, spora część z onego zboża urosła tak niska, że po pierwszej próbie ludzie dali sobie siana. Bo jak to zrobić. Nożyczkami? Oj nie, nie w tym kraju. Tu od wszystkiego muszą być maszyny. Pamiętacie jak spoglądali na mnie wyrywającą chwasty ręcznie? Tak samo ja na nich, niebiorących łopaty w łapy i odgarniających tak błocka ze ścieżek rowerowych… no przecież poszłoby szybko. Bez boja. Ręczna robota nie męczy, a i wiecie, niezłą górną i dolną, siłownię od razu zaliczycie!!!

Ech… starodawna widać jeszczę.

No ale serio.

Ścieżki zarastają szybko i mocno, bezrobocie płonie, więc dlaczego nie? No serio! Nie teraz, nie w tym upale bo wybijecie ludzi, ale przed sezonem… Przecież był czas. Przecież to się dzieje od kilku lat. Ono zarastanie, niszczenie. Brak ludzi, którzy wiedzą, że ręce służą nie tylko do klikania w przyciski i przesuwaniem opuszkami po ekranie. A może nie? Może już nie, a tyko ja taka durna?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebieski Kamyk… została wyłączona

Pan Tealight i Nasionko…

„Zawiało…

Nie żeby nagle zrobiło się chłodniej, czy coś, ale tak nagle zawiało. Poruszyły się umęczone liście, zatrzeszczały dwie gałązki i zapiał kogut – wariat jakiś – z innego wymiaru zapewnie, bo przecież tutaj koguty raczej siedziały cicho, albo zwyczajnie nie istniały, a nawet jeżeli, nie przyznawały się do posiadanego głosu, więc…

Nagle jednak zawiało.

Coś się otworzyło, coś zamknęło, zaskrzypiała furtka, która nie miała prawa skrzypieć, bo nie dość, że drewniana i z zawiasami sznurkowymi, to jeszcze oliwiona codziennością Wyspy oraz wszelaką solnością, więc… Coś też trzasnęło, coś spadło, potłukło się, coś się też skleiło i coś pękło… Ktoś zakrzyczał, a może to tylko konar zaskrzypiał? Albo jakieś zwierzę się potknęło o własną osobowość? Potem spadła gwiazda, ale nikt jej nie obserwował, więc raczej może jej nie było?

Jednak ten powiew…

Ten powiew coś przyniósł i nagle wszystko się zmieniło. Wszystko wzięło wielki wdech i nie planowało nikomu oddać tego powietrza, jakby się bało, że ono kolejne będzie złe, trujące, albo tylko zmieniające wszystko. A ono… po prostu w tym czasie, gdy każdy, każde i ogólnie wszystko zajmowało się czymś innym, wgrzebało się w trawę, wysuszoną i beżową, suchą i kłującą, i postanowiło poczekać…

Na odpowiednią chwilę.

Bardzo odpowiednią.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie skończyłam, więc nadal Aakirkeby…

Wiecie, w końcu jest tam więcej rzeczy jak na przykład gęsi… Ta popularna rzeźba wykonana została przez Paula Ransleta z Rutsker w połowie lat dziewięćdziesiątych i… oczywiście dotyczy podobno kobiet. Że oczywiście? No bo to gęsi, co nie? Nie kojarzą wam się od razu z babami? Co tylko mi się kojarzą? W tamtych czasach podobno u władzy miasta były one cztery panie, więc stąd i gęsi. No nie wiem. Podobno jedna z nich to gąsior, ale tak naprawdę ile ludzi tyle interpretacji. Jakoś dla mnie bardziej kojarzy się to wszystko z onymi nordyckimi baśniami. Wiecie Andersen i Selma. Te gęsi latające, te łabędzie. One ptaki, skrzydła, symbole wolności wszelakiej.

Jakoś tak…

Na rynku obecnie można usiąść, poza niedzielą też coś kupić, w weekend zjeść, wypić, ale nawet teraz nie ma tutaj tłumów. Dziwne. Ale jakbyście mieli wybierać między plażą a miastem, więc raczej chyba… jeszcze w tym upale? A może całe miasto wyjechało na wakacje? W końcu Tubylcy to robią. Naprawdę. Uciekają przez Turyścizną sami się w nią przeistaczając. Bo wiecie, być Tubylcem w sezonie nie jest fajnie. To nagłe przeskoczenie z pustki w tłum powoduje dziwne zaskoczenie za każdym razem chociaż, chociaż przecież mamy to co roku.

A jednak za każdym razem to jakoś w nas rąbie.

Może jednak więcej z nas tak naprawdę traktuje Wyspę jako ucieczkę, miejsce, w którym można się schować, schronić i żyć przyrodniczo…

A może to tylko ja?

He he he!

Nie tym razem. Pamiętam, że od początku zastanawialiśmy się, gdzie są miejscowi. Oczywiście poza pracą jak to zwykle. No i teraz wiemy. Wiemy, że ucieczka w czasie zimy w tak zwane ciepłe kraje to całkiem wytłumaczalna sprawa. Bo człowiek odzwyczaja się od ludzi i tłumów. Kocha pustkę, cudowną, niesamowitą przestrzenność w naturze i to, że ludzie się do siebie uśmiechają na ulicy i mówią: Hi.

No ale, połowa sezonu za nami.

Powoli duńskie rodziny z dziećmi będą się wykruszać, czas na więcej Polaków i Niemców. Aczkolwiek chyba w odwrotnej kolejności. Wciąż mimo tych wszelkich połączeń, reklam i tak dalej, jakoś Wyspa nie wciąga? A może po prostu przerażają was ceny? Spokojnie, nas też przerażają i mamy je przez cały rok!!!

Tak, tutaj ceny się nie zmieniają z okazji takiej, że zostają ino niedobitki. Za to zwykle podnoszą się co sezon, więc… mamy przegibane. Dodatkowo zamykanie sklepów takich wiecie spożywczo wielobranżowych ma się super! Jakby chcieli wszystkich przymusić do robienia zakupów w naszej pięknej, niesamowitej stolycy. Bo w końcu i tak większość tam do roboty jedzie! I tak tam jest taniej, więc zamykajmy… a może jednak jest to coś duńskiego? Wiecie, taka dziwność narodowa, że jak coś nie gra, nie przynosi milionów, to niszczymy to i wywalamy, równamy z ziemią – patrz pociągi – jak pocztę, a potem, po jakimś czasie żałujemy. I nagle planujemy wielką odbudowę, czcimy pozostałości i tak dalej.

Nie wiem, ale spoglądając na dziwnie pusty w niedzielne popołudnie rynek w Aakirkeby naszła mnie myśl, gdzie wszyscy są? No dobra, to po pierwsze, a po drugie, czy te sklepy przetrwają kolejny sezon. Bo wiecie, artyści się wykruszają. Zresztą, jak co do czego przychodzi to i tak wolą promować kogoś z Kopenhagi, niż stąd tutaj, więc… trzeba się przenieść tam? Ale przecież my tak bardzo kochamy Wyspę!!! Tłumy na niej jakoś sprawiają, że się kruszymy, zamykamy, toczymy po drogach byle tylko nie złapać kontaktu wzrokowego, by im umknąć, by nas nie widzieli, nie męczyli, udawać, że tak naprawdę ich nie ma…

… ludzi.

No cóż.

Uświadomić sobie należy, nawet na rynku miejskim z murami kościoła za plecami – na rogu siedziałam – że człowiek wybierający mieszkanie w miejscu, które jest piękne, ale nie ma wielkich sklepów, odgrodzone jest morzem i przez sporo czasu słabo dostępne, naprawdę kręci niektórych. Ale tylko niektórych. Nie wszystkich. Tych, którym wystarczają drzewa, morze, rzeczki i kupy krowie oraz końskiej częściej spotykane niż ludzie. I jeszcze ta cała moc nieba, ona wielkość morza, te porty, łódki, chatki…

Hmmm… więc dlaczego ludzie tutaj przyjeżdżają w odwiedziny?

Dlaczego w ogóle mają wakacje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nasionko… została wyłączona

Pan Tealight i Krowa Nabrzeżna…

„Czarna, niczym fragment zimowej, głębokiej nocy, gdy nikt już nie śpiewa, gdy nikt nie czeka na światło, gdy wszystko i wszyscy jakoś tak zwątpili w lśnienie. W jasność ogólnie pojętą… gdy zima jest niesamowita, głęboka i bezsłoneczna…

Czarna niczym węgiel, który czeka na czas palenia. Który wie, co się wydarzy, ale jednak trochę się lęka.

Krowa z misiowymi uszami.

Właściwie to nie dzisiaj mieli się na nią natknąć. Nie tak to planowała. Naprawdę. Przygotowała wszystko, by było inaczej. By było po jej myśli, ale ten żar lejący się z nieba, morze nagle dziwnie cichsze, te skały rozgrzane, woda do picia znikająca i trawa… trawa, z której zostały tylko beżowe korzenie. I białawe wypustki. Nic, czym można się było nakarmić, nic czym można się było odżywić.

Dlatego jakoś tak wyszło. Zagapiła się i pozwoliła się im zobaczyć. Im kroczącym w tym samym żarze. Jemu szaremu, dziwnie ciepłemu i jej, takie zamroczonej, ale i radosnej podejrzanie, dziwnie skoczliwej, wszystkim zachwyconej. Jej, tak bardzo innej niż wtedy, gdy widziała ją po raz pierwszy… a przecież nie było to aż tak dawno. Trzy cielaki temu, może cztery? Może…

Zauważyli ją oczywiście.

On najpierw, bo wiedział. Czekał, jakby ona dżentelmeńskość jakoś go nagle omotała i spętała i nie pozwalała pierwszemu się odezwać, czy też nawet uczynić jakiegoś znaku, że ją zna, widzi, że przypomina sobie to wszystko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aakirkeby…

Oczywiście kościół.

Bo przecież. Wyróżnia się oną swoją szarością i brunatnością kamieni. Grubymi ścianami, skromnymi mimo wszystko oknami. Dla tych przyzwyczajonych do barokowości, rokoko, wszelkich złoceń, aniołków, postaci o dość bogatych kształtach, może być zaskoczeniem. Bo tutaj to zawsze łódź. Ona bezpieczna przystań na wzburzonym morzu. Jedyna droga do portu, w którym czeka przynajmniej chwila wytchnienia…

Takie mamy tutaj kościoły.

Wiecie, ubogie w zdobienia, ale przecież to całkiem logiczne.

Ale co do cmentarzy, oj tutaj poszaleli. Może i te równe ścieżki i trawniki szokują niektórych idealnością, to już same pomniki potrafią po prostu zachwycić różnordnością. Od odwzorowań wszelkiej różnorodności natury, kawałków kory, pni, drzew po wszelkie rzeźby, inspiracje pogańskie… ale są i ptaszki, akurat bardzo popularne i jeszcze aniołki oczywiście.

No ale miasto to nie tylko kościół przecież. Chociaż spoglądając na nazwę, to raczej tak, czyż nie?

Kościół jak kościół, dookoła niego, onej wielkiej bryły, miejskie kolorowe domki, dużo onej wyspowej czerwieni. Okna z niewielkimi firankami albo odkryte, ujawniające ich wnętrza, albo cudowne wystawki na półeczka specjalnie do tego przystosowanych. One figurki, rzeźby, roślinki, kamienie, kawałki drewna… wszystko. Miejska okienna sztuka. Coś niesamowicie fascynującego, czego jestem sama częścią już od wielu lat… kurcze, rzeczywiście!!!

Ale… wróćmy do miasta.

Rzeczywiście przejście się tymi uliczkami, chodniczkami, dookoła, między domami, zaglądając to tu to tam jest zaskakujące. Bo nawet w tym okresie, ludzi tutaj jak na lekarstwo. Nie żebym narzekała, ale byliśmy tam w niedzielę i nikogo nie spotkałam poza kolesiem stojącym na stawie. A dokładniej na drewnianej łódce na płytkawym miejskim stawie. Intrygujący koleś, ale mnie bardziej zachwyciły drzwi. Kurcze, niesamowite są. Niebieskie, drewniane, czerwone. Mieszane w barwach, walczące o palmę piękna z oknami, o ono zainteresowanie się drapiące.

Krzyczące: jesteśmy lepsze.

Po drodze do stawu minęłam najfajniejszą fontannę na świecie.

Właściwie, czy to fontanna, czy raczej coś na kształt konstrukcji artystycznej nie wiem, można się kłócić. Ale wielkie, drewniane, czarne koło, które obraca się i przerzuca wodę z jednej strony na drugą obrośnięte nasadzonymi kwiatami w czerwieni i fiolecie, jakoś tak rozciesza oną suszę. To pluskanie, sporadyczne powiewy wiatru… spokój i tylko te fale. I te krople. I to korytko, w którym zielonkawa woda, ale czyściutka, taka wersja z Krainy mitycznego pana Oza i nagle, gdzieś tak w środku Wyspy człowiek znajduje się w całkiem innym świecie.

Na chwilę.

Ale przecież takich miejsc jest cała masa. Każdy może sobie wybrać co tylko swojego. Ukochanego, ulubionego. Popatrzeć się w okna, udając, że nie patrzy. Pogładzić obłażące farbą ściany, bo akurat takie lubi i poglapić się na drzwi. I pomacać drzewa, właśnie te miejskie i jeszcze spróbować pooddychać…

Spróbować, bo jakoś nie idzie.

Zewnętrze to obecnie jebana Amazonia. Coś, czego chyba nigdy nie doświadczyłam. Serio Egipt był świeższy z pustynią i pełnym słońcem. Wszelkie lata, które przetrwaliśmy w Polsce czy na Ibizie to był pikuś. To, jak teraz śmierdzi Wyspa wali umieraniem. Chorobami wszelakimi i dziwnym przemęczeniem. Na dodatek znajomi mówią, że w Finlandii morze dotarło w stopniach do 27u, więc wiecie, jest kanał.

Po kiego przepłacacie za Hawaje?

Tu nie ma rekinów!

No, na razie…

Przerażająca myśl, gdy człek patrzy na mapkę pogody i widzi ów fiolet. Potem zagląda w prognozę pogody i widzi, że obiecany deszcz zniknął. Właściwie, to robią to co tydzień. Wrzucają, że będzie padać, a potem to wymazują. Obiecali od jutra ochłodzenie i chyba też im się odmieniło… więc żar się pogłębia, nie opada.

Serio, planuję już sukulenty w ogródku!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowa Nabrzeżna… została wyłączona