Pan Tealight i Lujdog…

„Wiecie, no te kontrowersje!!!

Wielkie, wszelakie, wciąż się pojawiające dla każdego, biegnące w stronę każdego i wszelako się kłębiące. Nie wiedziałeś kiedy w ciebie to uderzy. Nie wiedziałeś, czy w ogóle, ani w jakiej formie. Po prostu niczego nie wiedziałeś. Mogłeś się spodziewać, ale pewności nie miałeś, żadnej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Obserwator” – … eh eh eh no. Po pierwsze tytuł, sugerujący w tym tłumaczeniu całkiem coś innego, po drugie oni nie do końca bohaterowie, po trzecie ten styl pisania…

A po czwarte?

Nie wiem.

Książkę zwyczajnie czyta się ciężko. Rozrzucona dziwnie fabuła, wątki, które splatają się wyłącznie linią krwi, dziedzicznością… w końcu nie wiesz o kim jes ta opowieść? Czy o ojcu, który jest złym rodzicem, o jego rodzinie, próbie odkupienia win? Czy o prześladowcy, który może wszystko, czy jednak o dziewczynie? Bo wszystko na raz jakoś tak męczy i więzi. Dziwnie gubi człowieka, nie pozwala się wczuć w emocje żadnej ze stron. A potem bomba na koniec i… właściwie o co chodziło? Odkupienie win? Zemstę? Jak można po czymś takim żyć względnie normalnie? Jak można? I ona niewiara w policję obecnie nagminną mi się wydająca jeśli chodzi o literaturę angielską.

Nie wiem…

Naprawdę nie wiem co myśleć o tej powieści.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lujdog… została wyłączona

Pan Tealight i Choinka Pana Tealighta…

„Wszyscy znali historię Pana Tealighta i Tej Choinki. Wiecie, jego pierwszej miłości, której szkielet wciąż gdzieś zboczek jeden przechowywał, tak przynajmniej podejrzewała Ojeblik – mała, ucięta główka. Ale gdy jest się Przedwiecznym i ma się tyle możliwości: światów, wymiarów i czasów… wiecie, łatwo mu było ukryć wszystko.

Ale nie Tą Nową.

Szeroką w biodrach, dołem rozłożystą.

Zieloną i świeżutką… pachnącą, lekko wilgotną w odpowiednich miejscach, kołyszącą się, gdy tak podskakiwała na swoim, obutym w coś błyszczącego i świetlistego, pieńku. Miała mała grację w sobie, no i wcale, ale to wcale nie była mała, serio. Gęste gałęzie, jeszcze gęstsze, lekko puchate igły, no i oczywiście ona prostota trzonka. Po prostu była idealna!!! A do tego ubrana ze smakiem. W ten, najpopularniejszy chyba w tym roku zestaw srebrzystości, złota i białych kwiatów gwiazdy betlejemskiej.

I to prawdziwych!!!

Miała lampki, ale nie ciągnęła za sobą kabla, gdy tak tańcowała w te i wewte za Panem Tealightem. No uczepiła się go jak ów mityczny rzep psiego ogona. Wiecie, rzep psiego ogona, że ten ogon go wyhodował… no proste, co nie? Mniejsza. Bombeczki miała oczywiście szklane, matowe i błyszczące, brokacone i nie, do tego i gwiazdki i koniki srebrzyste i jeszcze śnieżynki, a na samym czubku oczywiście sławetny, choinkowy czubek, ale u niej… u niej widzicie to było coś pióropuszowego, coś jak srebrzysto-złoty ptak, paw a może i nawet feniks? I nic z niej nie spadało. Nie łańcuchy, niczym one piórzyste boa sławetnych tancerek i piosenkarek, wodewilowych strojniś… ni cudownie cięte i czesane włosy anielskie, które Księżniczki i Królewny próbowały jej podebrać. Zresztą nie oszukujmy się, Wiedźmy z Pieca też!!! A jednak, jakby wszystko na niej odrastało, nic a nic nie traciła na swojej idealności, choć jak nic cięta była…

Równiutko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem zaświecie słońce…

Naprawdę.

Pośród onej wietrzności, wilgotności i wszelakiej szarości, czasem otwierają się wrota niebios i wyłazi słońce. I świeci. Może i dziwnie, ostro i boleśnie, pokrętnie niezimowo, wrogo nawet, ale jednak świeci. Może nie daje ciepła, ale i tak ciało od razu zwraca się w jego stronę… Ale nie świeci na wszystko, nie. Raczej tworzy specyficzny tunel, na którego brzegach czają się szarości przyciężkie i wszelakie śnieżyce, burze wietrzności, opady i sztormy. Chmury opuszczają się na moment, ale zaraz wracają odbierając niebu oną chwilową błękitność, a ziemi zielonkawość wszelką.

Naprawdę czasem świecie słońce.

Naprawdę…

Na żywopłotach przysiadają ptaki, głównie wrony, bo to przecież wciąż ich czas. Grzebią tu i tam. Prężą się i stroszą pióra dzielnie stawiając czoła, grzbietu i ogona wiatrom. Może i czasem wiatr nimi trąca, może i nawet nimi buja, może jedną i drugą potrąci nawet, ale jednak, wciąż drepczą. To po polu, to przy wiatraku, to znowu na plaży, bo w końcu wilgoć sprawia, że robale są wszędzie, ale… plaża jednak ma swoje zwolenniczki. Mimo wiatru, mimo zdarzających się ludzi, czują się na onych porzuconych wodorostach świetnie. I jak pięknie wyglądają. Głównie wrony szare, jakby czarne jednak nie gustowały w morskim żarciu – może poczytały o zawartości plastiku w sushi? pierun wie – odbijają się od wyrazistego dywanu wodorostów. Przepięknej mieszaniny kolorów, pośród których zdarzają się wszystkie barwy i odcienie…

Kurtyna chmur, dołem szaro-błękitna, górą biaława, niczym gigantyczna fala z grzywaczem lekko ułagodzonym… podnosi się i znowu coś pada. Tylko co? Czy to deszcz, czy śnieg? I znowu wychodzi słońce i przez chwilę wszystko jest takie pełne. Otrzymujecie w jednej chwili całą masę przejawów pogodowych.

Bo tak…

I znowu niebo się otwiera, a teraz zamyka… i znowu pada.

Człowiek się ogaca jak tylko może, bo wiecie, ogrzewanie drogie, więc trzeba starymi sposobami. Na cebulę. A szczególnie gdy się tak siedzi przy kompie, to po prostu ciągnie od ziemi, w szczególności. A tak, od ziemi. Wiecie, tutaj nikt nie dba o izolację, bo przecież wsio ma oddychać, a więc pleśnieć. Ciekawe ilu z tak zwanych migrantów zaskoczonych jest ilością pleśni na Wyspie? I jej różnorodnością. Na pewno moje zatoki jak nic stały się specjalistami…

I znowu niebo się zamknęło i znowu otwiera…

Może to i śnieg, ale tak mokry, że trudno się rozeznać, a wiatr szczypie w co tylko może. P prostu idealnie. I ten dziwny zapach w powietrzu. Taki domagający się ognia i wszelkiej wysuszalności. Znam go z bardzo dawnych czasów. Po prostu pradawnych. Ale w końcu tutaj tak niewiele się zmieniło od dawności, więc może nic w tym dziwnego? I znowu niebo się zamyka i chyba już nadejdzie zmrok. O czwartej. Bo czemu nie. Teraz czas na świece. Bo przecież w końcu ma być hygge, nawet jeśli nie jest…

… to na pokaz ma być.

No nic to… święta idą, choinki nadal stoją… może trochę poruszone, może naderwane wiatru strzępem, wszelakie świąteczności w tym roku bardzo cichsze, bardzo dziwnie pogrzebowe, ogólnie mówiąc dziwny smuteczek. Ale damy radę. No przecież kurna trza oddychać!!! Nie ma innej opcji. Może jednak spadnie śnieg? No weźcie no, niech spadnie, choć troszeczkę, choć na tydzień, choć dużo, bardzo dużo, zasypie, zamuli, przykryje i już nie wypuści spod pierzynki śnieżynek…

Ekhm! Tak wiem, nie każdy pewnikiem ma takie wariacje niekoniecznie seksualne. LOL No co? Śnieg mnie kręci. Naprawdę. A Wyspa obsypana śniegiem jest po prostu marzycielsko nie do ogarnięcia. Po prostu masywnie przytłaczająca pięknem. Jedyna. Cudowna i zniewalająca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Choinka Pana Tealighta… została wyłączona

Pan Tealight i Pałac Pokoi Umarłych…

„Biały, wieńczący miasto.

Wielki klocek, a jednak pełen dziwnej, ulotnej mocy. Dwa lwy go strzegące i trawa zawsze poznaczona krokusami. Zielona, dziwnie wiosenna mimo rozpoczynającej się zimy. I ta potęga domu i ta jego wielkość. I oczywiście dziwne światła, zawsze tam obecne, oraz wszelakie kontrowersje… to go sprzedają, to kupują, cena się zmienia z szalonej wysoko i niskiej zaskakująco. Nikt dłużej tutaj nie zagrzewa miejsca. Nie można stworzyć tutaj hotelu, nie można wielkiej knajpy, można tylko mieszkać…

Alb umierać.

Bo niewielu wie, iż dom ten zawiera pokoje umarłych. A dokładniej pomieszczenia, w których ci, co odeszli przechowują to, co dla nich najcenniejsze. Zwykle, przynoszone tutaj tuż przed śmiercią, albo tuż po przez ducha, wciąż materialnego, albo tego, kto został do tego wyznaczony… tak, było to specjalne miejsce pełne często zaskakujących rzeczy. A, że ludzie są jak rzeczy rozmaici. Jedni potrzebują pokoju dla siebie całego, inni znowu wynajmują tylko szafkę, łóżko, albo łazienkę.

A tak, są i tacy…

A te rzeczy.

Bo widzicie, to miejsce trwa tutaj od zawsze. Zmienia się wyłącznie jego zewnętrzność, ale nigdy one krokusy na trawniku i spoglądanie na morskość z góry. I wszystko inne też. A ponieważ to miejsce trwa tutaj od zawsze, więc i przedmioty są tutaj rozmaite. Od lalek po kotwice, od szklanek po łyżki, od muszli i śmieci zwykłych, po prawdziwe perły, diamenty, diademy i korony; od mieczy i kamiennych ostrzy, po żarna i przęśliki… od urn, po wielkie płyty nagrobne. Ale są też i luźne kości, bo tutaj nikt nie pyta o to, czy byłeś dobry, czy zły i według której religii trwałeś. Czy miałeś normy moralne, czy jednak je olewałeś, albo były tak pokręcone, że serio, lepiej nie wnikać…

Tutaj przyjmują każdego.

I wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nigdy więcej nie zdradzisz” – … nieźle. No serio. Człowiek nie do końca wiedział czego się spodziewać, nie wiedział, czy historia się połączy, czy wszystko będzie grało, no i kto kogo zabił i w ogóle…

Nieźle.

Ale nie żeby jakoś super. Dobra, od razu moje podejrzenie padło w jedną stronę, która okazała się słuszna, więc sorry, niespodzianki nie było. Nazbyt to było oczywiste, ale jednak samo śledztwo, nasza bohaterka – znana już – więc w pewien sposób bezpieczna, i to zakończenie!!! Ech, będzie się działo. Książka napisana specyficznie, miejcami trochę brakuje słów, przetłumaczona tu i tam słabo, ale to bardziej pewnie wina korekty i niedoczytania. Poza tym… ja ich lubię. No lubię i tyle. Jakoś ta para w końcu mnie podbiła. Ona zawsze brudna, on zawsze zgryźliwy. Jakoś w końcu do mnie przemawiają, bo tak… jak najbardziej czytać trzeba tę serię od początku.

Krwawego początku!!!

A to, naprzemienną opowieść gliny i porąbanego zwyrodnialca ponownie, czytać w odpowiedniej kolejności. Bo to wszystko zaczyna mieć ręce i nogi, naprawdę. Trzeia część może się okazać naprawdę mocna.

Malmö… bum.

A tak.

W tym jakże intrygującym mieście, o które się zahacza jadąc na most, mieście, które serio miejscami jest czarowne i ma swój urok, jest TA dzielnica. I tym razem przemykając między uliczkami z głową między nogami właściwie coby człowieka tak naprawdę nikt nie zobaczył, usłyszeliśmy wybuch.

Podobno to normalka.

Ale czy normalne jest to, że sprzedawcy paranoicznie boją się klientów? Oj, przecież żyjemy w tak różnorodnym świecie, czyż nie? No i gites. A może teraz zewnętrze tak po prostu wygląda? Wiecie, świat poza Wyspą?

W tym roku niewiele widzieliśmy z wystroju onego miasta, bo tak. Bo było rok temu. No i wiecie, trzeba szukać nowych wyzwań. W końcu nie jednemu miejscu Mikołaj, co nie? A już na pewno nie święty. Ale… jak już człek się na patrzy na oną różnorodność… choć wróć, to nie różnorodność ino ciemna taka jednolitość, więc o co chodzi? Oj tak, wiem. Ale wiem też, że media piszą o tym, o czym chcą… Jedno jest pewne. Szwedzi sami przestrzegają by nie zostawiać rzeczy, by uważać i nie zatrzymywać się przy wypadkach. I tak nagle sobie myślę, jako osobnik, który przeżył dość poważne dachowanie, to kurde świat jest porąbany. Na szczęście zadupia Szwecji nadal wydają się zwyczajne.

Smutne, ale takie jak kiedyś.

A może tylko się takie wydają? Nie wiem już. Naprawdę nie nadaję się do tego świata.

Żebracy, strach, brud…

Nie no… kurcze, a jak Polacy chcieli do Szwecji za czasów muru to nie wolno było, to tacy byli be! No patrzcie co to za niepsrawiedliwość dziejowa. Ech tam, nie czepiam się, po prostu stwierdzam fakt, że obecnie myślenie ludzkie, szczególnie to sterowane mediami jest porąbane. Moje myślenie przewiewa wiatr, bo nadal wieje i pada. Słońce dziwnie czasem zaświeci, nadmiernie nisko i z dziwnej strony… serio powiem wam, coś z tą przyrodą jest nie tak. Śniegu oczywiście nie dostaliśmy. Ech, bo my to pewno ten gorszy sort, co to nie dostaje śniegu…

A ja tak chcę!!!

Pola zielone, nagie gałęzie, ale nie wszystkie. Pojedyncze liście się grupują i nadal dyndają jak bombki na zapomnianej choince, z której już opadły igły. Te bursztynowe, słoneczne takie wciąż są miękkie, te brązowawe, ciemno miedziane, jakieś są już bardziej suche, a jednak wciąż wiszą i dyndają i muzykują na wietrze. Dziwnie jest. Wszystko oczywiście ogarnia pustka i cisza. Ludzi jak na lekarstwo, nie żeby mi to nie odpowiadało, ale jednak w tym roku jakoś jest dziwniej…

Straszniej.

Nie wiem co ma na to wpływ, ale przyroda sama nie wie co się z nią dzieje. Woda płynie w inną stronę, podmokłości wszelakie mają się dobrze, a ciężarówka Coca Coli w Ronne był dziwna. No wiecie, jeździ sobie taka po Danii, pojawiła się i u nas. Niby fajnie, wiecie przecież, że miśka mam, ale wolę Pepsi LOL. No mniejsza… ponieważ ostatnią widzieliśmy z naście lat temu, to chcieliśmy, wiecie, tak sentymentalnie, a tam… nie dość, że kolejka na godzinę co najmniej, to jeszcze przy wejściu przymusowa cola i to OTWARTA. Jakiś obcy osobnik wsadza w napój swój paluch i pić masz od razu. Dzieciaki wariują, włażą do środka ciężarówki, która zdaje się je połykać i to niby zabawne się zdaje, ale jednak… już widzę to porozlewane błocko w środku. Już po prostu te porcięta zalane i kutki i wkurwione matki… widzę i słyszę. Nadmiar cukru u dzieci, którym nawet państwo na cukier nie pozwala, daje się we znaki, więc uciekam…

I tyle. A! Światełka na ciężarówce seryjnie maciupkie!!! Poczułam się bardzo mocno okradziona ze wspomnień. Ech… czyli co? Coraz bliżej te jakieś tam święta, co nie? Jak się z tym czujecie?

PS. Zwolnili mnie z wiadomego wydawnictwa, więc oczekujcie braku książek i ogólnej udupionowości.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pałac Pokoi Umarłych… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma w mieście…

„Indianin był w Paryżu… był chyba taki film. I jeszcze o miejscowych nagle wyrzuconych w wiejską smelly przestrzeń. Były takie numery, więc nie była pierwsza, ale jednak… kurde, tylko ona mogła odwalić takie numery!

No serio.

Zaczęło się jednak od bujania. Oj tak, nigdy jeszcze tak nią nie bujano, nawet jak ją bujali, to jednak nie tak, wiecie, nie jak ten prom. To morze. Jakby za wszelką cenę chciało pokazać, że może. Najpierw z boku na bok, potem z góry na dół, przodek, tył… dwie aviomaryjki. Trochę benzodiazepiny, bo przecież przerażenie ogromne… powinna była założyć słuchawki, ale nie miała siły… Gdy już wsiedli w autko, gdy już mogli zejść na zwyczajowo mnie ruchawy ląd poczuła ulgę.

Wielką ulgę.

A potem musiała po prostu dotknąć ziemi. Połazić, pomacać, nabyć stenbuka i muminka. Bo przecież rozrzut można mieć wybitnie fatalny jak to drzewiej mawiali. No i jeszcze oczywiście łosia. No bez łosia się nie ruszy, co nie? Nie może!!! I jeszcze misia na choinkę, która dzielnie wciąż stała i którą Chatka bardzo kochała… i migdały – ohydne… a potem byli już tylko ludzie. Dużo ludzi i świateł i zaczęła się trząść jak ono morze. W górą i w dół, pod i nad oraz na wszelkie swoje boczki, choć kulistym trudno, to ona tak umie i tyle!!! No serio umie!!!

Nagle to wszystko na nią opadło i omal nie padła. Zrozumiała, że od dawna już ten świat nie jest jej. Nie te domy wysokie – a przecież tutaj ino mikro są, nawet niełaskoczące chmur… i te dźwięki dziwne i jeszcze ten smród papierosów, jakby było go o wiele więcej. Jakby się mnożył, jakby był nową modą. Nie no, pewnie że sama chciała szukać światełek świątecznych i ogólnej komerchy, ale jednak… przeraziło ją to, czego chciała. Ono pożądanie dziwnych rzeczy, wielu rzeczy, innych rzeczy, drogich rzeczy… wszystkiego tego, czego nie mogła mieć.

Nagle chciała jeszcze więcej!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Moje pod choinką.

Serio, są zapakowane i nie można ruszać. Na szczęście udało mi się trafić w ostatnią godzinę tej promocji 3 za cenę 2 i wiecie… dwie książki za friko!!! Do tego Empik ma wciąż przesyłkę 35zł, więc sorry, ale póki nie zmienią, na razie tutaj zostaję. Tak wiem, ble ble ble… jak zaczniecie kupować ino handmade i sztukę, to pogadamy… jak zaczną mi płacić normalnie to też.

Kopenhaga świąteczna…

Najpierw musicie oczywiście przejechać przez ten most, a że pogoda taka jaka była, czyli i szaro i wieje i pada, i ogólnie mówiąc koszmar straszliwy… ale i tak nie przeraża to bardziej niż chlerna cena przejazdu. Niby można promem, ale i tak to lepsze niż kołatanie się tamtą stroną, lepiej przez Szwecję jednak… naprawdę.

Dobra, to najpierw most, potem tunel, który strasznie się ciągnie, bo przecież nie dość, iż wiesz, że pod wodą, że masz świadomość ciśnienia napierającego na one żelazobetony, pręty, kamienie, czy co tam wsadzili… sama świadomość, że nad tobą skrytym w autku jest ta ona głębokość, a ty jesteś rybą bez wody, znaczy bez powietrza, znaczy, no wiecie, koszmar. Naprawdę. A potem ta świadomość zmienia się w poczucie czasu, że ciągle jedziesz, jedziesz, jedziesz i nic poza tym…

I jest dziura.

Może szara i mokra, może już wczesny mrok spoziera przez nią, ale jednak, jednak się cieszysz, bo jesteś na powierzchni. Przed tobą wyzwanie. Znaleźć TEN PARKING. Ów domek na godziny dla samochodów. Wiecie, względnie bezpieczny, żeby nie trzeba było od razu się bać… żeby mieć odrobinę luksusu bezpieczeństwa. Żeby jakoś tak się nie bać, gdy będziemy się szlajać po jednej, jedynej ulicy… ważne, że głównej. Dlatego oczywiście googlacie, co zrobił Chowaniec, a potem tylko zawierzacie Bogom Przestrzenności i Wszelkiej Trafialności. I w końcu jest. Nawet ma człowieka!!! Serio, mają tam człowieka co to siedzi sobie i pilnuje porządku… żywy człowiek. A myślałam, że to się nie zdarz już, naprawdę.

Po onym szoku spowodowanym żywym człowiekiem napada na mnie czysta toaleta, co prawda wejście na kartę kredytową, no ale… a potem masa ludzi… oj tak, cała masa tych ludzi. Koszmarna masa, ale przecież przyjechałam z Mniejszego Krańca Świata, czyż nie? Oczywiście, że tak.

Jestem wieśniakiem.

Za to deptak ze sklepami zaczynający się rozświetlonym Tivoli, na które mnie nie było stać… obrodził w ludzi. Na pewno nie wracali z pracy, więc co robili… w zwykły dzień o porze pracowniczej? Takie moce Turyścizny, czy jednak tutaj nikt nie pracuje? No oczywiście poza sprzedawcami, bo obskoczyliśmy trzy tak zwane jarmarki świąteczne, które właściwie miały takie same stoiska i niczym się nie różniły i masę ślicznie oświetlonej architektury przypominającej Wrocław.

Gdy człek spogląda na te światełka, czadowe choinki, na hotel, którego okna przerobiono na kalendarz adwentowy… zdjęcia tutaj. Gdy jakoś tak potyka się o dziwne, betonowe przeszkody, a potem spostrzega uzbrojonych po uszy i rzęsy policjantów… wiecie co, coś się w nim przewraca. Już wie, że te wszelkie dziwne zabezpieczenia to nie wynik robót drogowych, ale porąbana ochronka przed terrorystami. I wiecie co… naprawdę nie zobaczyłam żadnego mocniej ciemnego osobnika. Właśnie to sobie uświadomiłam. Może zwyczajnie nie lubią centrum?

Może?

Ale wtedy liczyły się tylko światła, masa rzeczy, na które mnie nie było stać i kilka tych, które zgwałciły budżet i Det Gamle Apotek, która miała trójcę muzykantów w oknie. Serio. Trzy przystojne polarne miśki. Jakby co, mam film z tej okazji!!! Czadowy widoczek, ale i wnętrza mega. I te drzwi dla krasnali!!! Ech! Ale chyba najpierw potrzebuję sama domu, by je wszystkie pomieścić.

Co więcej?

Jakieś rzeźby i dymiący się komin, oraz oczywiście różowa reklama czekoladek, która szalenie waliła po gałach. Względnie i wyględnie mówiąc, wszystko wyglądało ślicznie. Naprawdę. Same światła, dużo miejsca, nie do końca czysto… sklepy otwarte, ciemności w bocznych uliczkach, pamiątki, cuda i wianki. Po raz pierwszy wlazłam do Starbucksa, cuchnie kawą. Koszmar, ale kubki śliczne. Niestety nie do końca takie, jakich bym chciała a te z Kopenhagą może poczekać na lepsze czasy, co nie?

Ilość ludzi przeraża. Bardzo. Jeszcze bardziej nagła świadomość zagrożenia, kolejki, tłok, hałas… oraz oczywiście nadmierna ilość bodźców wszelakich. I jeszcze prażone migdały z cebulą!!! Serio? Nieeee!!! Ale nic to, najważniejsze, że jakoś udało nam się z miasta wyjechać, po zapłaceniu góry simoleonów za parking, no i oczywiście zdążyć do IKEAi. Serio można przebiec całą w 10 minut. A ma dwa poziomy i to oczywiście ta po szwedzkiej stronie!!! Już zaykali…

Mniejsza, jednak najważniejsze to, że z powrotem trochę mniej bujało…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma w mieście… została wyłączona

Pan Tealight i Zakręcona…

„Łatwy dostęp…

Wszystkim zawsze chodziło o ten łatwy dostęp. I to do wszystkiego. Do książek od razu w dniu wydania, do samochodów – kliknij i zapłać, a może go pozwolimy ci kupić, do jedzeń wszelkich, do dostaw, poczt, światów, do…

Wszyscy chcieli teraz, już i na pewno w tym momencie. Bo czekanie jest passe. Czekanie odeszło do lamusa, a lamus oczywiście mieścił się w Białym Domostwie. W Sklepiku z Niepotrzebnymi. I czekanie miało na imię Zakręcona. No wiecie, chuda dziewuszka z wieczkiem od słoika typu twist off przewiązanego pod brodą wstążeczką w paseczki lekko ludowe, może z Mazowsza? Może z okolic? A może jednak Kazimierz? Kto tam wie. Ważne było, że wianka nie miała, ale zakrętkę słoika na krótkich, poczochranych włoskach tak. I krótką sukieneczkę, bardzo letnią, często łataną i sandałki na wielkich, rozpłaszczonych stopach… lekko w typie Yeti. Bo w końcu najlepsze, najczęściej jest zakręcone, zabezpieczone, by… czekać.

Chyba, że ktoś w końcu cholery dostaje i ukręca szyjkę, no ale…

Dziewuszka cicha była i zamknięta w sobie i odmawiała wszystkiego. I przebrania, nowych ciuszków i jedzenia i magicznej pomocy. Odpychała nawet to, czego nie mogła widzieć… zmarniała po kilku tygodniach i ostało się ino to wieczko i kupka pyłku przewiązana wciąż wstążeczką w paseczki…

Jakby te paseczki były bardzo ważne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wybór” – … no tak. Z każdą stroną człek sobie uświadamia, że coś jest nie tak. Że coś takiego już czytał, a jeśli czytał, to przecież wie, jak to wszystko się skończy, czyż nie?

No i rzeczywiście. Przez połowę powieści wkurzam się na autorkę, że tak kijowo prowadzi narrację. Tak, retrospekcje jakoś jej wychodzą, ale problem w tym, że coś nie gra. Że coś… no jakoś nie kuma. Nie klei się. Przecież przy chorej powinni być ludzie. Nawet po takim okresie, wciąż jeszcze powinni być przyjaciele. I lekarz, nie zaczynający od sedna? Eeeee… serio? Można to tłumaczyć stresem, który rzucony w twarz wybudzonej kobiecie mógłby ją dobić, ale przecież… ona to wie… więc dlaczego nie pyta?

No dobra, fabuła się nie klei, wiecie jak to się skończy, więc czytacie, by się upewnić. I trochę klnąc na tłumaczenie męczycie do końca. No dobra, może nie aż wielce męczycie, ale jednak powieść jest tak przewidywalna, że miejscami nudna. „Die already” – chciałoby się zakrzyknąć… wielokrotnie. Choć, z trzeciej strony może to wina korekty? A raczej jej braku? Tłumaczenia, sposobu pisania? Nie wiem, ale coś tu mocno nie gra. Tak naprawdę i do końca.

Można przeczytać, ale czy trzeba?

Pogańsko

No każdy ma jakieś pasje i problemy, co nie? Ale nie o tym dziś będzie, dziś będzie o naszej corocznej wycieczce w poszukiwaniu komercjalizmu i światełek… no bo jakoś większość Polski tak to określa. Ciekawe co byście powiedzieli bez tego? Bo wiecie, ja pamiętam ino ocet w sklepach. Mgliście, ale jednak pamiętam. Teraz podobno kryzys z wanilią wkracza, no ale. Jak nie ten kryzys, to inny.

Co nie?

Ale… oczywiście gdy człowiek planuje taką jednodniową wyprawę, to kupuje bilet wcześniej, bo na zwykły go nie stać. Nie ma wtedy wpływu na pogodę… a tę podglądaliśmy już od dwóch tygodni przed. I najpierw zapowiadali wiatr, a potem oczywiście piękną pogodę i na kilka dni przed już było wiadomo. Było wiadomo, że będzie przesrane. Dlatego przez większość nocy człek sprawdzał, czy promu nie odwołali. Nie odwołali. Odwołali za to przewóz psinków i kocinków… ale nie wiem jak odwołali, jeżeli pierwszym, co usłyszałam po zasiądnięciu na swoim ulubionym miejscu… było szczekanie psa? Hmmm? Rozgląda się człek po promie. Niby znajoma Leonora. Niby wiadomo katamaran. Niby znowu życzą miłej podróży, a już w porcie buja, kierowiec, znaczy kapitan informuje, że będzie ostro i…

W życiu nie było tak strasznie, a kiedyś widziałam jak Pomeranię zalewały fale po czubek. Ale to był wielki i ciężki prom, a to cudo choć zdaje się duże, jest jednak całkiem inne. I przeraża. Bujanie. To, że trzeba się trzymać i oparcia i poręczy i ogólnie lepiej się nie ruszać, i podstawić sobie woreczek rzygowy. Nie ma innej opcji. Trzeba mieć nadzieję, że jednak kapitan wie co robi i, że wpuszczą nas do portu. A bo tak się zdarzyć może, że dostarczą was w pobliże docelowe, ale potem zawrócą, bo do portu wpłynąć zwyczajnie nie można…

To musi być naprawdę straszne.

Bałam się.

Bałam się bujania, bałam się przechyłów, bałam się tego, że mimo tabletek i braku mdłości, to jednak mózg jakoś tak mi się przemieszczał w tej głowie. Jakoś dziwnie wpływał, jakoś szalał, nie trzymał poziomu, pionu i ogólnie zerwał się ze wszelakich uwięzi. To strasznie dziwaczne uczucie. Na promie strach nie kumuluje się w żołądku jak w samolocie, ale w głowie. Dusi cię dziwnie odgórnie.

Przeraża… strach przeraża.

Masło maślane?

Zaczynamy od Ystad…

Ale tylko na chwilę. Tylko przejazdem, bo najpierw Simrishamn. Musi być… Najchętniej sprawdziłabym najpierw czy ziemia się nie rusza po tym przepłynięciu kawałeczka Bałtyku, ale… może lepiej nie. Chcę spaceru mimo że pada, dość mocno i jakoś ma być nawet gorzej… ciemno, szaro, strasznie, ale gdzieś to mam!!!

Damy radę.

W końcu choinki są, jak tylko się wjeżdża tutaj. A w całej Szwecji oczywiście w każdym oknie świecznik – tak, ten trójkątny, albo coś innego. Ale też świecącego. Cudownie to wygląda. Przejazd przez miasteczko to baja. Miejsce na parkingu jest, w ICA ser z łosiem – najlepszy świeczki… ja piernicze jakie oni mają fajne świeczki, oczywiście robione dla nich. No i jeszcze na moje szczęście przecena na czadowy, czerwony kubeczek z krasnalem… a potem… wiem, jestem wieśniak. Jestem gorzej niż Indianin w Paryżu!!! Jestem ciemna masa, która nie wiedziała, że smaków Lindorów jest chyba z dziesięć. A pewno w USA to z dwadzieścia!!! Tutaj możecie wziąć na sztuki, na spróbowanie, te, których nigdy nie jedliście… Słodkie to takie. Lindorki perfekcyjnie nadawałyby się na choinkę. Taka choinka, to byłoby coś… Kolorowa, bo i żółte i zielone i czarne, czerwone, złoto i miedź i jeszcze limonka i niebieski!!!

Ktoś jeszcze nie ubrał choinki?

Może się zainspiruje?

Choć tak naprawdę cała Szwecja jakoś inspiruje. W dziwny sposób dwa kraje, tak blisko, jeden most… a żarcie nawet z McDonaldzie mają inne. W Szwecji dostaniecie rzeczy zdrowsze i segregację śmieci, a w Danii, wstydzę się to napisać, ale jest JEDEN kosz na wszystko!!! A to my mamy najwyższe cholerne podatki!

Nosz kurna!!! Ale nic… wracajmy do kraju, czyli drogą przez most. Wiejący, szary i dziwnie mroczny. Brrrr!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakręcona… została wyłączona

Pan Tealight i Szukając Światła…

„Tu nie chodziło o krytykę Pani Wyspy, ale jednak… no dobra, czasem się sprzeczały i Wiedźma Wrona Pożarta nadal miała jej za złe skradzione kolczyki i dwa wisiorki, po których wciąż łkała nocami… świąteczność tutaj odnosiła się do ostatnich perełeczek mrozu na wciąż tkniętych porannym szronem mokrych gałązkach. Na onych owockowych krzaczkach, na czerwonych cudach jagód wszelakich… na kształtach i oczywiście kolorach gałęzi, zieleni pni i mchów, bieli i szarości, srebrzystości porostów… Ale Wiedźma Wrona chciała onej komercyjności.

Naprawdę chciała.

Chciała jej choć liznąć, choć się nasycić, choć pomacać, pomerdać, pomachać jej, może i z daleka. Chciała kolorów i choinek, bombek, bombeczek, ozdób wszelakich,  śnieżnistości, nawet jeśli sztucznej, jakiejś tam jarmarczności nawet. Mogła od razu pominąć jedzenie, nie, to nie miało znaczenia, tylko światła i oczywiście przedmioty. Jakoś tak. Bo przecież tutaj… trudno było to znaleźć w takich ilościach.

… więc pojechała.

Tak po prostu. Ale tym razem wiedzieli i zdążyli się przygotować. Jedni upiekli torty, ciastka, inni usmażyli kotlety, ci znowu zdecydowali się przespać całą dobę, tak na wszelki wypadek, inni zowu sprzątali jak szaleni. Tę ostatnią opcję wybrał właśnie Pan Tealight. Serio. Miał na sobie fartuszek z PRLu rodem, chusteczkę w kratkę na głowie, z frędzelkami opadającymi na kark… i mopa w łapie. Zestaw szmatek miał dopasowany do chusteczki, a mop raziście różowy, do tego jakieś płyny o nazbyt fluorescencyjnych kolorach i zapach i wiele zapału…

A w tym czasie Wiedźma Wrona Pożarta szukała światełek… jak co roku. W objęciach wszelkiego komercjonalizmu!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

I jak głoszą prognozy, wiać będzie dalej. I więcej i mocniej. I ogólnie mówiąc nadal też mokro i raz ciepło raz chłodno. Świat zwyczajnie pogodowo oszalał. Wyleźć na zewnątrz niby można, ale prawda jest taka, że tylko po chodniku i tylko betonowymi ścieżkami. A już naprawdę nie polecamy pływania!!! I to w jakiejkolwiek postaci. Żadnych surfów, turfów, promów  łódek wszelakich.

Naprawdę.

Ale mimo tego wiania i całej onej mokrości wciąż nie spadł śnieg. Coś tam wilgotnego niby leciało, ale wiecie, to nie było to. Dziwne ciepło też pojawia się coraz częściej, więc boję się, że znowu zimy nie będzie i smutno mi z tego powodu. W sklepach za to już święta przecenione, więc jakby co, to łapcie ostatnie choinki, bo więcej nie będzie. U nas nawet LIDL w końcu zrozumiał chyba, że coś nie teges, bo połowy towaru nie dowożą. Dziwactwa i tyle. Pchają się sklepy na Wyspę, jakby kurde wszyscy in tutaj byli od kupowania, a prawda taka, że ludziska biednieją i naprawdę już w nic nie wierzą…

Ale mimo wszystko nagle widzisz, że szalenie cieszy cię wyrwa w szarych chmurach i światło wydobywające się spomiędzy nich. Pięknie oświetlając naturę. Doskonałą sztukę i jedyną potrzebę człowieka. Taką… nagłą. Nie oszukujmy się. Bez powietrza, bez wody – czystej – i zieleniny nie przetrwamy. Mówcie se co chcecie, albo załóżcie worek na głowę i popatrzcie jak to jest…

Ale na razie… wieje.

Samochodem zarzuca, człowieka podrywa, wiatr wdziera się w każdą szparkę, jakkolwiek to świńsko brzmi, no ale taka prawda. A jednak i tak wyleziemy na zewnątrz. Jakoś tak. Popatrzeć, połazić. Psa wyprowadzić, bo kot nasra na trawnik sąsiada – czyli mój – niekoniecznie o to właśnie umiejscowienie kupska proszony. Dookoła coraz więcej domków oświetlone świątecznie. W większości lecą w biele i żółcienie, ale to nadal bo tak wygląda płomień… i fajno. Niektórzy mają nawet tipi przed domem świetliste. Bo jeśli postawicie światełka zbyt szeroko, to wychodzi tipi…

O co chodzi?

A wiecie, gdy nie ma drzewka, to zawsze przed domem jest maszt na flagę. I puszczone od niego w dół sznury światełek mogą stworzyć stożek przypominający choineczkę. Jeśli jednak przesadzisz z okręgiem, z promieniem… no to sorry, ale wychodzi tipi. Mi i tak się podoba. Lepiej mieć światło, niż go nie mieć, szczególnie w tym okresie czasu. Szczególnie w tę jesień, która okazała się tak ciemna i mokra…

Która wciąż pada, ale wiecie, nie mrozi się niestety. Czasem coś mokrego spadnie, przypomina śnieg, ale roztapia się gdzieś ponad moją głową… smuteczek straszny. Naprawdę. Wielki.

Przejeżdżając przez Wyspę człowiek ogląda sobie bardziej lub mniej szalone dekoracje. Są i takie, jakby święty się zwomitował, są i takie delikatne, są i odwalone, są i kolorowe – rzadkie bardzo, ale jednak… wszystkie cieszą. Bo przynajmniej wiadomo, że ktoś tam gdzieś jest. Że wciąż jeszcze coś tam żyje… że to nie tylko burżuje z Kopenhagi, które wykupili pół Wyspy za bezcen dzięki prawu do „niemieszkania”. A tak, jest i takie prawo. Długo by gadać, lepiej popatrzeć na własne światełka.

Święta pewno nie będą białe, ale co tam, popatrzę sobie a wzburzone fale, czy biały piasek plaży. W końcu to taka namiastka. Zieleń pól może troche zniszczy cały ten nastrój, ale jakoś damy radę. Bo czemu nie. W końcu to wciąż najpiękniejsze miejsce na tej ziemi. Serio!!! Najpiękniejsze. A co!

Bo muszą być i tyle!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szukając Światła… została wyłączona

Pan Tealight i Lustrowy Wypadeczek…

„Tak właściwie, to nie do końca wiadomo kto, co i jak, bo gdy dotarli na miejsce, to już było po wszystkim. Wszędzie były tylko kawałki luster. Skąd wiedzieli, że to był wypadek? Bo na niebie pokazał się dziwnie kolorowy napis: przepraszam w kilku językach. Może i nawet kilkunastu, ale wiecie, kto by tam rozeznał one szlaczki? Te kropkowate wycinanki i wszelako rozmaite rysuneczki… one zabawne emotikonki, hieroglify, wszelkiego rodzaju przecinki i falliczne ustrojstwa. Woleli po prostu może nie wiedzieć… tylko że, czyżby do nich należało teraz posprzątanie tego?

Czy już coś takiego się nie wydarzyło kiedyś? Wiedźma Wrona Pożarta narzekała, że coś jej wpadło do oka, ale tylko przez chwilę, więc może nie? Może to tylko cukier z tych czadowych migdałów w polewce?

Może?

W końcu co jak co, ale ona się na Kaja nie nadawała!!! Nie miała potrzebnych utensyliów w sobie i ochoty na ładną panią. Oj tego, to nie miała najbardziej.

Wiedźmy z Pieca oczywiście próbowały się wywiedzieć, kto spowodował one szkody nad Wyspą, ale wieszczenie kiepsko wychodzi, gdy zamiast wieszczyć wpiernicza się przeznaczone do przepowiadania wszelakie ciasteczkowe osobniki. Nawet biedaki nie mogły uciec, bo spryciary piekły je z króciutkimi nóżkami i to całkiem bez butków. I bez stópek też. No to właściwie logiczne, że nie miały butków, kurcze, na co miałyby je założyć? Na uszy? Nie no, uszów też nie miały… ale miały oczy i tak spoglądały błagalnie na Wiedźmę Wronę Pożartą nie wiedząc, że ona za ślepa coby te ich spojrzenia zobaczyć i MOŻE, ale tylko może może zareagować.

Naprawdę.

I co z tym szkłem? Ano… jak puzzle poukładali w jeziorko lustrzane na czubku Wyspy, tym zaglądającym do Szwecji. I całkiem ładnie wyszło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Żona mojego męża” – … ona. Inna. A jednak ożenił się ze mną. A przecież jestem brzydka. Gruba i niebogata, a jednak…

Tak myśli o sobie nasza bohaterka. Intrygująca osobowość, prawniczka, młodziutka, której mąż ie jest tym ni kim, za kogo uchodził. A może za kogo go brała. No i są jeszcze kobiety. Sąsiadka z naprzeciwka z córeczką. Oraz jego przeszłość, w którą wkracza głębiej i głębiej mimo sprawy, nad którą pracuje. Czy on naprawdę może być niewinny… a potem, czas. Tak, bo tutaj wszystko otacza umykający czas…

Całkiem dobra powieść. Kurcze, trochę dziwnie skonstruowana, nie do końca na początku mogłam się przemóc do bohaterki, ale z czasem, cholercia człowiek strasznie się wciąga. Nagle rozumie, że nic nie jest ni czarne ni białe ni winne ni niewinne. A czasem, w ogóle nic nie można zrobić. Poza dalszą pracą. Bo przecież przede wszystkim chodzi o bycie człowiekiem. A może jednak czasem należy być tą ciemną stroną?

Powieść bardziej psychologiczna niż przerażająca. Choć z drugiej strony, jeśli postawicie się w pozycji naszej bohaterki, przerażająca nawet. Okrutna i straszna. Czym sobie „zasłużyła” na takie życie? Takiego męża? Takie sprawy? A może nikt nie miał na t wpływu poza nią samą? A może o to właśnie chodziło?

I spacer.

Nagle człek na onym czubku świata, odkrywa kawałeczek miejsca, którego nigdy nie widział. Z widokiem, że dech zapiera nie tylko dlatego, że zimno. Z lustrami… Z taką migotliwą czarownością powitą w lekkie błocko, no ale… trudno nie znaleźć teraz błocka na Wyspie. Jest wszędzie.

Po julemarkecie człek musiał się przejść, ale jakoś tym razem nie prosto ku wodzie, bo wiadomo, ścieżki niepewne. Nie też ku latarni, bo wysoka i tak dalej, zresztą tam już był… więc tym razem skierował się w lewo pewien, że tam też był, a jednak nie. Okazało się, że są miejsca obok często odwiedzanych, których jeszcze nie widzieliśmy. Pozostałości po maleńkim kamieniołomie, ale maciupkim wprost, wiszącym tuż nad dwoma, znanymi ze zjazdów linowych, jeziorami. Znaczy zjeżdżacie nad, tudzież do bardziej, jednego, no ale są dwa. Wiecie. Wielki, skalny klif i woda. Niby człek był na górze, a jednak się okazało, że nie do kurcze końca!!! Zwykle od razu walił do latarni, a tu się nagle okazuje, że można było skręcić w lewo i znaleźć się w specyficznym raju. Naprawdę niesamowitym. Jedynym w swoim rodzaju. Pełnym kamiennych ogródków, miniaturowych drzewek i oczywiście jeszcze ta dróżka. Cieniutka… wijąca się.

I lustra.

Jedno większe, niesamowicie odbijające niebo, chmury i to co na przeciwko. Masę kolorowych krzaków i jodełkę. Niby mętna woda po tylu błotnych wpływach, miejscami się przelewająca, ale jednak… bajka. Po prostu lustro, które spadło z nieba by zwyczajnie pokazać jego kawałek. Hmmm… ciekawe, czy w piekle też mają lustra? Powinni mieć, co nie? Przecież przeglądanie się w lustrze to wstrętna próżność i ból starzenia się, więc na pewno mają tam lustra!!!

I oczywiście barierka.

Tak, przeszłam pod nią. Jakby co, tak niska jestem… ale stanięcie tam, na skałach ponad skałami i onymi dwoma oczkami i morzem w oddali, jakoś tak zapiera dech w piersiach, więc nie wolno się zachwiać.

Naprawdę nie.

Ale ten widok. Na oną całą… niebieskość i ZIELEŃ?!!! No tak kurcze, jak nic Irlandia, co nie? Wszystko zielone w oddali, znaczy pola, domeczki białe, one kreatury na nich… po prostu wszystko. Takie to nierealne, miejscami lekko może i zamglone. Po prostu jak z bajki i to nagłe słońce… piękne miejsce. Trzeba tam wrócić wiosną, może coś będzie kwitło, może dla samego widoku, a na razie zjazd w dół, ale samochodem. Żadnych linek, to nie dla mnie.

Zresztą wiadomo, zjeżdżalnia czynna tylko latem, więc nic mnie nie podkusi. Serio musiałoby mnie mocno uszkodzić mózgowo żebym to zrobiła. Oj bardzo. Tak wiecie, na amen!!!

Teraz julemarket w Sandvig.

No i co, że w więzieniu?!!

Każde miejsce dobre. Zresztą ten mały, kamienny domek, pobielony, z drzwiami w moim ukochanym kolorze, z małymi oknami i tym wielkim wychodzącym na umocnienia i morze. Oną zieleń, błękit i granat. Ale kto by tam gapił się na architektury, zdjęcia, czy wydziarane wspomnienia tych, co tu siedzieli… nawet duchy wciąż tutaj przebywające wolą patrzeć na przepiękną ceramikę, na cuda zrobione na drucie, szydełku, czy pierun wie czym. Po prostu wiecie, na wszelkie niesamowitości. Choinki z szyszek i strzępków papieru pokrytych jakąś magiczną masą.

To wszystko jest takie proste, a jednak… kurcze, a jednak skomplikowane. Wymagało masę pracy, a cena… malutka. Każdy może coś dla siebie znaleźć. To sztuka, której nikt nie dodaje zer. Pięć koron za szyszkę z żołędziem i wymodelowaną z tego postać? Przecież to nic. Dodatkowo wsio w torebeczce… a u nas tak trudno znaleźć i dobre szyszki o dobre żołędzie i to jeszcze z czapeczkami!!! Ktoś się narobił. Niby tradycyjna zabawa, a jednak cieszy bardziej niż diamenty i inne tam…

A potem na plażę. Bo przecież można. Morze takie nie do końca wzburzone, właściwie mimo zimnego wiatru bardziej spokojne niż się wydawać mogłoby, ale… nie wskoczysz. Nie przy tym wietrze, ale pogapić się można.

A co!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lustrowy Wypadeczek… została wyłączona

Pan Tealight i Sznur nad Jeziorami…

„Właściwie, to widok był malowniczy…

… bez urazy. No i te kolorowe, a jednak drewniane spinacze, też były urocze. Ale… po pierwsze ciągle padało, ogólnie było wilgotno a to wyglądało jak bardzo kolorowe pranie. Tylko czyje? I dlaczego nad jeziorami? I czemu przyczepiano do sznura właśnie dość grubiutką damę w obcisłych szortach? W taką różową krateczkę, do tego jasny tiszercik i jeszcze jasne adidaski. I te mocujące ją linki, taśmy i klamry. Na sznurze do prania… a może pranie na sznurze do ślizgania.

Oczywiście, że był to kolejny letni eksperyment Wiedźmy Wrony Pożartej, która do najchudszych też nie należała, a która chciała zobaczyć jak grubszy osobnik ześlizgnie się po sznurze, do którego dorzuciła swoje gacie. Bo jakoś tutaj, nad Trzema Jeziorami lepiej wszystko schło. Nie miało znaczenia, że jezior były oficjalnie ino dwa, a sznur rozciągnięto od klifu do dolności jednego z nich… dla niej jeziora zawsze były trzy i tyle. I gadaj z taką babą.

Tej to emocji zjazdu z góry nie potrzeba, serio!!!

Dlatego siedziała tutaj na górze, przerażona dolnością bytującą sobie gdzieś tam w dalekim dole, obsuwającymi się skałami, duchami robotników ryjących w kamieniu oraz oczarowana malutkimi, kamiennymi ogródkami i lustrem za jej plecami. Jakoś tak omamiona. Ale z drugiej strony ją wwieziono na górę, więc tak naprawdę niczego nie czuła wysokiego. Może gdyby znowu wlazła tutaj sama, ale nie dziś. Nie w dzień podglądania… nie w czas mało dyskretnego nieobcowania z żywymi, którzy byli… inni niż ona.

W miarę normalni.

A ona była tylko ciekawska.

No a pranie wiecie, tak przy okazji…

W końcu mężczyzna o figurze stracha na wróble zapiął ostatnią klamerkę i z przerażeniem spojrzał na linę. Czuł na sobie jakieś dziwne spojrzenie, ale tak bardzo się bał… wiedział, że w dole jest woda, że jakby co, to powinna przeżyć, ale jednak ten udźwig, te poruszenia… może i było bezwietrznie, ale jakoś czuł pod skórą, że stać się może wszystko. Że coś dziś jest jakoś inaczej, ale pani chciała, zapłaciła, więc… przysiad i zjazd…

Pojechała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Latarnia i mały domek.

Mały domek i latarnia.

No dobra, dokładnie to mały domek przy latarni, z widokiem na Szwecję, do którego trzeba wjechać wąską, serpentynową dróżką, powoli się wspiąć, uważać na krowy i wszelakie inne zwierzaczki mniej lub bardziej dzikie… No bo wiecie, u nas krowinki tutaj jeszcze wciąż na zewnątrz. W końcu trawa tak zielona, że człek sam by zjadł, bo lubi sałatę. Nie dziwota. A pióra, zaraz, wełna im na grzbietach dość grubiutka, nawet u tych czarnulek, które mijaliśmy. Dziwnie na nas spoglądały, jakby wiecie, jakąś wiadomość miały, jakby chciały myto pobrać, czy coś? A może zwyczajnie ludzie im przeszkadzają? A może raczej, no i to chyba uznaję za najbliższą możliwości możliwość… że mają nas za rozrywkę. Zresztą… tak się pochylając, to kurna to rzeczywiście krowy czy ino byki? Małe są i większe, ale braki mają w tych tam elementach. He he he!!! Ale ta ich czerń niesamowita pośród prawie całkiem gołych drzew i skał w onej zatoczce, gdzie im ciepło, nikt nie przeszkadza, więc wiecie, mogą wszystko…

No mniejsza, bo dość o krowach, w końcu człek jedzie na kolejny julemarket. Update co do przeszłych, znaczy zeszłotygodniowych marketów… jak się okazuje nie jestem odosobniona w swej krytyce. Ludzie wprost jeszcze gorzej to wszystko odebrali. Zdołowali się tak, że po prostu nie pójdą tam już więcej. I to never… więc to nie tak, że tylko ja. Hej, nie jestem dziwakiem! Dziwnie się z brakiem onej dziwaczności czuję.

Ale… już jesteśmy.

Po prawej morze, skały i latarnia. Oczywiście można wejść, ale bez przesady, może i lekkie słonko, ale wieje tak, że nic z tego. No i w ogóle nic z tego w moim przypadku, z moim lękiem wysokości… zrobiłam to raz, do dziś mam koszmary. No way… ja wolę do tego domku znowu mu dróżkę wysypali sosnowym proszkiem i cudnie pachnie i choinka jest, i jeszcze ta kapitalnie przemieniająca się hortensja. Po prostu bajka. Ludzi już trochę jest, a przecież pora wczesna. Dopiero otworzyli. A w środku… cieplutko i cuda i wianki. I wszystko takie wiecie nieplastikowe. Kamienie, drewno, świeczki, to na drutach, to na szydełku, to znowu gotowane, to pieczone… w starych filiżankach udeptane żarełko dla ptaszencjów na zimę…

No baja!!! A przez okna jeszcze słonko zagląda…

Tutaj trójkąt zamiast choinki… no kapitalny pomysł. Z poziomymi, długimi szczebelkami rurkowymi, da się na nim powiesić wszystko. A jeszcze w tym oświetlonym oknie. Serduszka na szydełku, krasnale na jajka, ekhm, no i takie bez jaj. Z jednej strony to samo co zawsze – natura, ale z drugiej, wszędzie co nowego, coś więcej. No po prostu bajka!!! Patrzcie. 

Już samo zewnętrze zapowiada baje w zieleniach, bielach i czerwieniach. Serduszka i aniołki. Ten jeden akurat tak się ustawił, że kapitalnie przez niego przechodzi słońce. A tam, w trzeciej izbie – bo pokój to dziwnie brzmi w przypadku tak klimatycznej chatynki – siedzą sobie ludzie i jedzą i piją. Ciekawe, czy też kupili te najlepsze pod słońcem, niebem i księżycami – a co – migdały w nie do końca cukrze. Wiecie, bo to podobno jakiś stary przepis i zębów się na tym nie łamie. Niby słodkie, lekko oprószone cukrem, ale jednak w czymś je chyba najpierw namoczono, bo cudowne są… jakie tam nieba w gębie, wszystkie piekła, bo w niebie to cukier jak nic zakazany!!!

Po prawej ciuszki, nad piecem skarpetki, na przeciwko mnie choinka z kapitalnymi ozdobami, więc łapię świnię… już czwarta, na szczęście. Bo wiecie, u nas różowa świnia to musowa sprawa, naprawdę. Bez niej cały rok do niczego. Do tego trochę świeczek, tych specyficznie skandynawskich, cienkich, ale małych, pasujących do jedynych w swoim rodzaju świeczników… i…

Może na spacer?

No wiem, że wieje, że, nie oszukujmy się, szczególnie tu na górze temperatura odczuwalna szaleje i gryzie w kości przez warstwy poliestrów i tłuszczyków… ale słońce jest, więc trzeba trochę go złapać w siebie, skumulować. No i wracając można przecież by zahaczyć o domek raz jeszcze i wziąć kolejną torebkę migdałów. I jeszcze to serduszko maciupkie na sznureczku. I gwiazdeczkę magiczną z dziureczką.

A co… w końcu tanie, człek wie komu płaci, a za taką atmosferę dziękuje się chyba właśnie w ten sposób. Doceniając to i mając coś od nich na choince.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sznur nad Jeziorami… została wyłączona

Pan Tealight i Kopalnie Marcepanowe…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki twierdziła, że nic by się nie stało, nic by się nie odkryło i wciąż żyliby w słodkiej, ciemnej nieświadomości, gdyby nie deszcze, które ostatnio nawiedzały częściej Wyspę. Znaczy bez przesady, niegdyś to była normalność, ale ostatnie trzy suche lata dość mocno nadszarpnęły oną zwyczajność, więc… czuli się zaskoczeni wodą stojącą, wodą spływającą potęgą swą z wodospadów, ale i tą, która toczyła się spokojniej szosami…

To było coś czarownego, ale i niebezpiecznego w swej magiczności. Woda była wszędzie. Ale to naprawdę wszędzie. Razem z błotem, liśćmi kryjącymi wądoły i inne tam, oraz wszelaką wilgocią. Jakby ziemia miała już dość. A może tylko Wyspa? Może się już napiła… no wiecie, nie miała ochoty na kolejnego drinka?

Ech… ale przynajmniej coś dzięki temu odkryli.

Szli sobie pewnego dnia poboczem nazbyt mokrym Wyspy. Ostrożnie, chwytając się gałęzi i ogólnie mówiąc wszelako chwiejnie. Pan Tealight zaliczył pięć kałuż, Wiedźma Wrona Pożarta za to aż dwanaście razy wylądowała tyłkiem w błockowej paciai. I było zabawnie. Dla innych. Ale wiecie co, i dla nich trochę też, bo przecież było fajnie. To wciąż były znajome drzewa, plaża kamienista, najczęściej, najbardziej zmienna… to wciąż były ostatnie kukurydziane patyki na pustych polach, mięciutkich niczym galaretka, albo kisiel raczej, wciągające…

No mniejsza, gdy tak szli ziemia nagle się obsunęła i wpadli. Wpadli wszyscy z pluskiem lepkim, szalonym wrzaskiem, niepokojem… wpadli w dookoła Wyspy się tłoczące, toczące, buzujące Kopalnie Marcepanowe. Naprawdę nie mieli pojęcia, że one istniały, chociaż wiedzieli, że ten nadmiar marcepanu na powierzchni musi się przecież skądś brać, czyż nie? Ale gdzie byli górnicy? I jak mieli teraz wyleźć na powierzchnię? Tutaj, pośród marcepanowych złóż i rud, wszelakich zawijasów w granitowych ścianach… żył i wszelakich pokładów… byli tylko oni.

A Wiedźma Wrona naprawdę miała dość marcepana od dawna!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Prezent” – … jaki? Jaki prezent jest dla ciebie najważniejszy? Pierścionek? Książka? A może coś więcej… serce…

Oto opowieść o pamięci komórkowej.

O śledztwie, które prowadzi kobieta z sercem innej kobiety. O uczuciach, dziwnych wizjach, o miłości, przyzwyczajeniach nagle się zmieniających… o manii, a może o wielkiej tajemnicy? Powieść wciągająca, ale jednak trochę taka monotonna, Bez jaj. Bez jakiego napięcia. Pewno, że są momenty, gdy nasza bohaterka może podskoczyć na krawędź, ale… coś się nie klei. I choć historia dobra i spójna, bardziej niż „Siostry”, to jednak ciężko mi się ją czytało.

Czy to kryminał czy jednak powieść obyczajowa, a może thriller? Pewno wszystko razem do kupy. Życie, które wystukuje dziwny rytm. Życie, które dalekie jest od onej doskonałości, słodyczy, którą próbuje emanować… Trochę czepiałam się kilku literówek i tłumaczenia, ale to wiecie – na wyrost! Powieść na pewno nie jest zła. Tylko, kosmicznie przewidywalna. Aż do bólu miejscami.

Pada.

Leje…

Czasem tylko nocą, czasem przez cały dzień. Ale nie tak zwyczajnie, wiecie, drobniutko, robiąc wilgotność firankową, ale seryjnie jakby niebiosa się otwarły i cierpiały na bóle mięśniowe i ryczały z tego powodu. I tak jest od właściwie ponad dwóch miesięcy, więc woda… cóż, woda nie wsiąka, ale spływa.

Chyba nie chodzi wyłącznie o powolną przepuszczalność skał pod gnejsowo-granitową częścią mojej Wyspy. Po prostu jest jej aż tak dużo. Na polach jeziora jak morza, kukurydza, która miała być zebrana jesienią zgniła i nic z tego nie będzie. Podobnie wszelakie tam inne roślinności, które miały być na coś poza użyźnieniem gleby… no wiecie, mało się znam na współczesnej rolniczności. Ogólnie mówiąc jest tak mokro, że nie polecamy wszelakich spacerów po powierzchniach nieubitych mocno, lub nie asfaltowanych. Naprawdę i szczerze. A już w lesie takiego orła wywinąć można, że nadacie się na co najmniej pięć godeł i to różnych państw!!!

Dlatego dreptam sobie jak się da, ino sporadycznie się da, albo zdrapuję błocko z półdupków po każdym wyjściu. No co. Nic niezwykłego taka gleba na odwłoku, ale jednak ciąży… Wczoraj się udało i było słonko na kilka godzin!!! JUHUUUU!!! Dało się zrobić zdjęcia do pracy, więc jakoś tak okay. Na dodatek pooglądał sobie człowiek jak choinki ustawiają. Jak one cudowności targają koparkami i przybijają, oplatają nie tyle światełkami, co wszelakim ustrojstwem, które ma sprawić, że one nie dostaną skrzydeł i po prostu jakoś tak pójdą precz. Ale wszyscy wiedzą, że z wiatrem to nie wygramy. Jak będą miały polecieć, to polecą. Dlatego też takie są ubogie. Ino wielkie żarówki, zieloność i gwiazdka na czubeczku. W każdym porcie światełko…

Cudowne są!!!

Tak serio, to woda spływa nawet ulicami. Lepiej się nie ruszać poza cywilizowanie odeskowane, ocementowane i wszelako wiecie, odrogowane. No po prostu. Inaczej można zgubić nawet ciżemek!!! Tak mnie w lesie zassało, bo zawierzyłam kupce liście niewinnie wyglądającej, że omal, omal… omal…

No ale… grudzień!!!

Choinki są, julemarkety są i julefrokosty są.

Czyli oficjalnie JUL jest.

A co. Kto człowiekowi zabroni mieć oną komercyjność, światełka i tak dalej dłużej? Sama i tak jakoś wolę czas przed niż same świętowanie, zresztą, nie oszukujmy się, pogaństwo ze mnie, więc żadnych tradycji, potraw, a już w szczególności kurcze popłochu, czyszczenia i stołu z krzesłami. Bo i po co? Co z tym miałabym zrobić? Taki odlud ze mnie jakiś. Siedzę i gapię się w okno, gdzie światło robi czary. Po prostu magię, czary i wszelakie cuda wianki. Wiecie, niebo wygląda jak wielka sino-szara paszcza, która rozwarła się, by wypuścić światło. Do tego oczywiście pada bardzo mokry śnieg, któremu bliżej do deszczu, ale ja chcę wierzyć, że to śnieg, więc sobie w to wierzę i tyle… a światłu to nie przeszkadza. A piękne jest takie. Nieprzejrzyste, a jednak szkliste. Lekko bursztynowe, a jednak nie do końca, może i złotawe, ale… takie specyficzne. Światło pomiędzy ciemnością a dniem. Takie, które nie do końca jest pewne tego, czy to jego czas? Czy może teraz powinno już zajść i pozwolić niebu spaść nam na głowę, czy jednak nie…

Piękne światło.

Chce się je zatrzymać, ale mija tak szybko. Muska nagie gałęzie, ostatnie liście, wszelaką wilgotność i te trawy wciąż zielone i jeszcze te domki w większości puste i jeszcze… i jeszcze ludzi, nielicznych. I te maszyny pozostawione, które czekają na swoich ludzi, ale jakoś tak mało cierpliwie i już człek ma wrażenie, że same zaraz zaczną kopać, czy tam cokolwiek robić. Bez ludzi, jakby ich nie potrzebowały.

Transformersy jedne!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kopalnie Marcepanowe… została wyłączona

Pan Tealight i Państwowość…

„Właściwie, to byli takim małym państwem w państwie, na Wyspie i na dodatek jeszcze dość mocno niemobilnym, jeśli można w ogóle uznać coś takiego jak państwo za mobilne w jakikolwiek sposób, bo nie lubili się ruszać ze swego miejsca… Znaczy… Tak naprawdę, to oczywiście wychodzili i przechodzili, przemykali się i łączyli w różnych światach. Ale kto to tam widział. Portali naćkane dookoła była cała masa, niektórzy to mieli i swoje przenośne, inni znowu mieli takie osobiste w swoich pokojach, pod łóżkami niektórzy, w szafach, szufladach czy mysich dziurach… ale jeżeli chodzi o ono zewnętrzne zewnętrze, to wiecie, raczej nie.

Oj nie.

Świat jako taki nie był płaski…

… może i Ziemia się taką niektórym zdawała, i zastraszająco wyznawców onej teorii rosło… poważnych wyznawców, ale chodziło o oną wielowymiarowość poza naszą codziennością. Tą odmykającą drzwi nocą tylko, albo wyłącznie o trzynastej… ekhm, wtedy, gdy otwierali sklep, albo tylko porankiem, albo… na hasło. Bez hasła, za palec u lewej nogi, za paznokieć, za włos… za myśl, wspomnienie, piosenkę koniecznie fałszowaną i jeszcze za liścik miłosny, pocałunek – o tak, te były specyficzne.

No dobra, było tego!!!

Ale jeżeli chodzi o wszelako pojętą, dostępną dla wszystkich, normalną wyględnie lub tylko względnie zewnętrzność, to jakoś nie. Mieli swoje władze wykonawcze, sądownicze i wszelako ustawiające w dobrej kolejności kubki w szafce, ale poza tym nie mieli króla. Oczywiście, mieli Przedwiecznego. Pan Tealight jednak zacząłby parować, gdyby ktoś określił go królem lub władcą ogólnym. Chyba tak naprawdę panowała u nich wymuszona silnie babskim terrorem łez, uśmiechów i smutnych minek… despotia, tyrania, wszelaka autokracja dyktatorska Wiedźmy Wrony Pożartej. Która chyba serio nie była tego sama świadoma. Była dla nich i pomocą i rozrywką i wszelakim batem, bożym biczem i nagrodą. Gdy się śmiała robiło im się lepiej, gdy dołowała, wszyscy zwiększali racje żywnościowe i opychali się cukrem w rozmaitych postaciach. I marcepanem, który na Wyspie występował w kopalniach.

Była dyktatorem… ale nie do końca tego, w czym specjalizowali się inni dyktatorzy. Oj nie. Ona dyktowała magię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Market po średniowiecznemu.

Rok temu nie trafiliśmy. Ogólnie mówiąc informacje wiecie, są bardziej ukryte iż widoczne… ale były czarne owce. No same szatany i szatanice!!! No więc im nadal nie wybaczam. A o czym mówię, oczywiście o MiddelaldercentretBorhnolm. Od kilku lat urządzają julemarket. Pamiętam, że te wcześniejsze trwały co najmniej dwa dni, no i mieściły się w ogrzewanym, onym nowoczesnym budynku. I fajne rzeczy tam były. Cały ich sklepik, trochę drewna, kamieni… a potem spacer po grodzie. Teraz przenieśli się wyłącznie do grodu, co oznacza ciemności, dym i oczywiście bardzo dużo błota. Upaćkałam się po dupsko, co dla archeologa nie jest niczym dziwacznym, czy niespotykanym, ale jednak… czułam się jak wyrzutek. A przecież powinnam być NA MIEJSCU. No dobra, średniowiecze dawno porzuciłam na rzecz kamienia i brązu, ale jednak serio? Aż tak coby się na mnie gapić…

Ale tak bywa, gdy odwiedzającymi są przebrani pracownicy oraz znajomi pracowników i ci, którzy coś starają się sprzedać. I koniec. Serio… osobnik niezwiązany z oną grupą jest dziwadłem. Nawet kury na mnie dziwnie patrzyły i ten bidok święty Krzysztof, co mu twarz i nogi pobielały z zimna. Ano świątka se postawili w tym lub zeszłym roku… dokładnie nie wiem, bo zeszły rok przegapiłam. No ale przy braku informacji się zdarza. Może to jednak impreza ino dla wybranych… Gęsi nadal mnie nie lubią, owce są słodkie, ale to one trzy byczki – chyba, owłosione są, to wiecie, do końca nie wiem – z grzyweczkami, oj ten blondyn szczególnie, no mnie oczarowały.

Nie ma to jak natura!!!

Ale sam market…

Mieści się w środku i jest w nim to, co zwykle… NA SZCZĘŚCIE poza onym straszącym panem z harmonią. Ten to dopiero mnie do zawału przyprawiał dwa lata temu. Niestety nie ma już kamieni. Wiecie, zwyczajnych, tych naszych najpiękniejszych z plaż i rzek, które ślicznie wytoczone, przewiązane rzemykiem zdawały się skarbami… albo i tymi oprawionymi w srebro. Kopii też ino garść, trochę skóry, a poza tym oczywiście ceramika. Świetna, ale wiecie, nie dla mnie bidoka. A reszta… jak wełna i skóry. Misiek pluszowy ubrany w rycerskie łaszki na tle misiowej skóry wygląda mocno creepy!!! Ale cóż, taka jego pewno rola, co nie?

Wszystko spowijał dym.

Nie wiem dlaczego, ale chyba powinni przemyśleć wentylację. Bo tak jak jeszcze zadymiony piec, do którego wlazłam by uwędzić się na amen w imię fotografii wszelakiej powinien dymić, tak główna izba szara od dymu… oj nie. Przeczyścić wentylację, znaczy te tam dziury w sufitach. No sorry, ale jeżeli widać kable, widać, że ocieplacie całkiem nieśredniowiecznie kurnik, to jednak moglibyście też i pomyśleć o płucach onych bidoków tam siedzących. Może i to tylko cztery godziny – tak, TYLKO 4 godziny i tylko jeden dzień!!! Ale jednak dusi. I ten natłok przebierańców… Krewnych i znajomych Króliczka, którzy robili za sztuczny tłok… był krępujący.

Jak zwykle…

Czy spróbuję w przyszłym roku?

Nie wiem… może jak się dowiem kiedy otwarte? Bo serio. Jedyny plus tego wszystkiego to zwierzaki i jemioła, której szukałam. No i darmowość. W końcu wejście na teren za free, więc warto skorzystać!!! I choć może nic się tam nie zmienia, poza świątkiem, który okazał się by zaskakującym koszmarkiem… może?

A potem jeszcze Gaarden.

Wiecie, bardziej fancy.

Bardziej trendy, no i drożej. Ale… za to choinki mają tutaj tańsze.

A tak, mam już choinkę. No wiem, zuo i demony, co nie? Jak tak można nie ubierać choinki w Wigilię. Gorzej, jak można nie gotować jak popierniczony, sprzątać i ogólnie mówiąc się stresować tym wszystkim, no można. Szczególnie jak się popatrzy na ceny na tym markecie, to trzeba. Aczkolwiek, ponieważ sklepik w Melstedgaardzie też był otwarty można było znowu obejrzeć ono światełkowe coś z muzyką… bardzo lubię i obejrzeć czadową choinkę zrobioną z gałązek gołych, obwieszonych papierowymi wachlarzami i nibyaniołami.

Baja… ludzi niewiele, większość przyszła coś zjeść i wypić i jak zwykle… ale za to przynajmniej rzut kamieniem do domu, więc można wracać!!!

Dom zawsze najlepszy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Państwowość… została wyłączona