Pan Tealight i Toaletowy…

„Uznał się za króla.

Nosz kurde no!

I nie, że tylko Króla Dup! Nie!!! Jeszcze może ona wyłączność na władanie jakoś by mu uszła, bo wiecie, to ona część cielesności, wszelaki organ zawiadywania, czasem niepewność zwodnicza… że nie wszyscy się do niej pchają.

Nie no, pewno, że ma takich wybitnych zwolenników, no ale…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Na krawędzi otchłani” – … okay. Nie ma co, na pewno powieść na czasie. I tak, coś innego od tego autora. Nowoczesnego, technicznego, informatycznego… wszelako szpiegowskiego, a może…

Zwyczajna współczesność?

Codzienność tak wielu z was?

Bo czy nie śledzi was ktoś? Ile macie aplikacji na telefonie? Ile telefonów? Ile razy to one kierują waszym życiem, a nie odwrotnie? Oto nadchodzi nowy twór i to właśnie nasza bohaterka ma pomóc mu stać się ludzkim i dobrym. Ona sztuczna inteligencja, która… no wiecie… robi to, co zwykle…

Powieść na pewno powiela schemat, końcówka lekko zaskakuje, pewne wieści szokują, ale samo zakończenie jakoś… jest cliche. Ogólnie niby poprawna powieść, przerażająca na pewno! Szczególnie takich atechnicznych jak ja, świadomych… ale poza tym? Na siłę wepchnięty romans, jakaś taka dziwaczność. Miejscami zbyt płytko, miejscami czujecie, że onych bohaterów jest zbyt wiele…

A kulminacja…

Ech!

Czy warto przeczytać? Na pewno do połowy!!! Chociaż, w dzisiejszych czasach i przy tym wszystkim, nie wiem, czy nie dla zbyt wielu będzie zbyt straszną. Codzienną strasznością wszelakiej bytności.

Spacer…

Brzeg.

Kraniec Wyspy. Granica pewna, wszelaka miejscami linia między kamieniem a wodą… i one malutkie porty, domy stareńkie, kominy wędzarni i te domy wielkie. Zniszczenia powietrzne, po onych wicherach wszelakich, ale na szczęście nie jest aż tak źle. Na szczęście wciąż stoją one kapitalne domy.

Ono miejsce… ciągnące się między Hasle a Jons Kapelem.

Miejsce, by przejść, przejechać rowerem, dla mnie, zwalniać, posiedzieć, posłuchać kamieni, zapatrzeć się na różnokolorowe łódeczki, na one wszelakie utensylia rybackie, których nie rozumiem. I oną mnogość dziwną, pozamykanych jednak ludzi. Kaszlących. odosobnionych, ale jednak… przerażających.

Uwielbiam spoglądać na tę wodę.

Taka zielonkawa, szmaragdowa, niczym płynny klejnot.

Ale ja nie po małe porty tutaj dziś, choć i tak pozwolę się im omamić. Pozwolę ich czarowności do mnie dotrzeć, a potem się wspinamy. Choć… choć tak naprawdę, to nie chodzi mi o dojście do Jons Kapela. Nawet, widząc, że ktoś tam jest, wolę jednak nie. Wiecie, u nas tyle miejsca, że można zachować dystans.

Spokojnie…

Ale mi zależy na onym wzgórzu, które zdaje się gromadzić nocą morskie elfy, i które tutaj tańczą i jedzą to, co ludzie im zostawią i plączą kwiatki, plączą kłącza, gałęzie składają w dziwne kształty, w runy elfie…

Dziwne miejsce, gdzie mam nadzieję spotkać przylaszczki.

I udało się!!!

Jest ich niewiele i są wszelako martwe.

Takie jakieś pragnące rosnąć, ale jednak… kokorycz podobnie, zawilce dopiero próbują, ale ostatnio jakoś coraz więcej przymrozków, więc, więc wszystko jakoś tak nie wie co zrobić. Jak się zachować…

Jak wzrastać.

Drzewa zdają się powstrzymywać od kwitnienia, pąki drżą, ale się nie dają, a słonko wali mocno. Tylko, że przymrozki poranne jakoś takoś chyba mocno zmieniają wszystkim całą oną wybuchowość kwitną, którą człek pamięta z dzieciństwa. Wiecie, one wybuchy bieli i różów na wiosnę. A tu już…

Koniec marca.

Kurde…

Tyle tygodni we wszelakiej jakiejś tam izolacji. I tej Turyścizny nie ma. Te pustki wszelakie. Sklepy pozamykane w dużej mierze. Wciąż zmieniają, ulepszają one odległości międzyludzkie. W marketach prawie wszystko jest, ale wiecie, u nas raczej rzadko cokolwiek wszystko jest.

Z mięsem jakieś takie luki…

I paracetamol dla dzieci jest na receptę!!! No wiecie, pewno smaczny i może kupowali sobie do herbaty, czy coś?

Nie wiem właściwie.

A na Jons Kapelu cisza!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Toaletowy… została wyłączona

Pan Tealight i Kozaczenia…

„Zmaterializował się i podzielił…

… wiecie, takie zbiorowisko pąkli wszelakich…

Nagle się objawiło ono zbiorowisko, nim wszystko oczywiście zaczęło się wyjaśniać i tak dalej, to wiecie… było ono zbiorowisko, widoczna zmienność i przymusowa praktykalizacja biologiczno-chemiczna.

Nagle ono toto, bo przecież się jeszcze nie znali, nie wiedzieli kto i zacz i czy przyniósł może jakieś prezenty, ale miłe, nie że zaraza i Jeźdźcy Apokalipsy w panierce… więc ono zaczęło rosnąć i rosnąć, i rosnąć, a może i kwitnąć, niczym rąbana magnolia z milionami płateczków, puchacie tak…

Skąd mogli wiedzieć, że to taki sympatyczny facet.

No niby bez nogi, ale że i ręki nie miał, to miło, symetrycznie było i jakoś tak, no wiecie, jak ktoś umie towarzystwo rozbawić, to po prostu umie i tyle… Kurcze, gdyby wtedy wiedzieli, gdy ono pąklowanie się zaczęło, gdy pyłki się naczęły wydobyać, wszelakie pierdnięcia, bombelki, bańki, nie do końca zapewne mydlane… nie no, na pewno nie mydlane, no weźcie no…

Skąd mieli wiedzieć?

No skąd?

Przecież jak widzicie coś takiego z tyłu własnej posesji, lekko grającego jaieś kościelne rytmy, no to od razu napalm, atomówka i solą potem, a jeszcze lepiej może i wszelako od razu ogień… niech płonie. Bogowie swoich sobie u siebie rozsypią, no i wygrzebią po ziarenku. Będzie okił wszystko.

Święty Okił działa i czuwa!!!

Problem w tym, że sir Zamyślnił Kozaczenia… zawsze kozaczył, nie pytał… nie błagał o pozwolenia, ino czasem, no czasem kiepsko trafiał z tym swoim numerem na otwarcie. Wiecie, oną pokazówką…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Urodziny…

Plaża.

Miasto.

Przyznajmy się sami przed sobą, onego 8 dnia pewnego odcięcia – tak, wiem, dla każdego to odliczanie będzie inne, ale dla nas to ten dzień, pisane 20 marca – że tak naprawdę urodzin nie będzie. Pustka wszędzie i wszelaka wiosenność. Ludzie wciąż biegają, namiętnie kroją swoje trawniki. Znaczy wiem, że przycinają trawę, ale tak serio, to zaczyna być w tym jakaś depseracja. W Kopenhadze jak nic dojdzie do zamieszek, bo ludzie poproszeni o zostanie w domu oczywiście uznali to za wakacje, a że dostali chyba 75 procent wypłaty, więc wiecie, huzia na Józia!

I siedzą na plaży.

Bez odstępów.

Nie tak jak u nas, gdzie człowiek człowieka nawet dokładnie nie widzi. W sklepach znaczki, które pokazują jak masz stać i sanitizery. Co z tego, jak sam musisz sobie go nadusić. Przecież to absurd.

Ale są.

A urodziny… do dupy i tyle. Tylko, no weźcie no, kto w ogóle o to dba. Przecież ze mnie dusza tak imprezowa, że hej, dajcie mi dziwny shopping, całodniowy spacer w lesie i miejsce na robienie zdjęć i będzie super! Ale nie mam tego. I zaczynam się łamać… tylko czym? Chyba poza wszystkim, boli mnie gardło, ale przecież mamy wszyscy onego wirusa, więc, co tam, mam oddychać.

I pić.

I tak, nagła nagonka na ibuprofen się skończyła. No wiecie, bo niby prawie zabronili używania go w wymiarze virus – ból, ale chyba zmienili zdanie. Jak zwykle. Co mnie wkurza? To arogancja lekarzy. Sorry, ale nic nie jest pewne, jeśli to taki nowy wirus. Choć, przecież on nie jest nowy, więc… dziwnym mi się to zdaje, iż produkt laboratoryjny nie ma dostępnych/zrobionych większych badań.

Ech!

No ale…

Słońce wyłazi, wiosna.

Nie oszukujmy się, ludzie będą wyłazić z domu, szczególnie Duńczycy, których często goni w przyrodę. Znaczy naturę mają, że w naturę… muszą. Jak najbardziej to rozumiem. No i jeszcze mają „wolne”.

He he he… serio, uważacie to za wolne?

W Netto facet poprosił by inny się od niego odsunął i ów inny wpadł w szał. Nie dziwota, wszyscy mają już dość. Chyba? Nie wiem. Podobno są tacy, co oglądają wiadomości ciągle i ciagle i ciągle. Którzy wszelako po prostu nic innego nie robią, żyją tym i sieją nasionka onych naukowych czy też pseudonaukowych pomysłów. Ale… ja nie mam telewizora. Mam plażę, a na niej rzeka dziwnie zaczęła płynąć.

Ale nic to, bo pociemniałe od burgundowych wodorostów dno pięknie odbija błękit nieba i pojedyncze obłoczki. Takie to nienaturalne w wymiarze tego całego chorowania. Takie piękno i… ta cała reszta.

Takie piękno.

Na plaży dwa psy, parka leżąca na piasku, olewająca zalecenia, że pies winien być na smyczy i oczywiści babeczka wyprowadzająca swojego wrzaskuna. Wiecie, te małe szczekacze zawsze są najgłośniejsze. Koszmar… atak lękowy in 3…2…1… bingo. Nie. Nie mogę wychodzić. Nie powinnam… ale są całe połacie krokusów. Piękne, niesamowite… znikające, niszczone miejscami. Pierniczone perliczki czy inny kił wygryza mi kwiatki w ogródku. Do tego Bambi z rodziną wpierdala co się da i depcze co zasadzone.

Nie no…

Trzeba nam płota.

Wiosna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozaczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Kawałek Nieba…

„Spadł…

Znaczy, tak właściwie, to z dziwnym świstem i hukiem parł ku ziemi, by brutalnie, bez jakiegokolwiek pytania czy zapowiedzi… wszelako chamsko nawet, wiecie, jebnąć w ulubioną filiżankę – znaczy kubek, ale wiecie, to lepiej brzmi, tak sofisticated… Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki

Jebnąć.

Żeby nie było, z pluskiem walnął takim, że poszedł rozbryzg tak dookolnie, że nie zaplamił stolika, wcale a wcale, ale wszystkich tych, co dookoła niego byli. Niezależnie od tego w jakiej odległości od niego, bo ryk, dotyczący pewnego aromatycznego wrzątku dobiegł nawet z podziemi Sklepiku.

I to kilkukrotnie.

I wiecie, taki lekko nieprzytomny i wszelako zamotany Kawałek Nieba, oczywiście niebieski, ale nie adne bejbi pjuki, ino taki wiecie, jak Wiedźma Wrona lubiła, ona niebieskość zimowa, piękna i cudowna, obszarpana boczkami szarością stalową… zapowiadający śnieżyce i burzany białe…

Ale i tak było kijowo.

Bo herbata się rozlała.

A dopiero ją zrobili.

A wiecie, w przypadku tej dwójki herbata to sprawa wielkiej świętości i namacalnego wpierdol, jeśli tylko ktoś święty czas naruszy. Nie ważne, że w międzyczasie, który dla wielu jest czymś nieistniejącym, ona odwala swoją robotę a on swoją, nie… zwyczajnie, jak jest w kubku, to się nie gada.

I tyle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Salene Bugten.

Matko Wyspo, co się dzieje?

Za każdym razem, gdy tutaj przychodzę, Wyspy coraz mniej, plaża nie istniej… ale nagle, ten kawałeczek, który pozostał, pod onym oderwanym piaszzczystym klifem, jest pełna nie tylko kamienie, ale i piasku. Od kiedy… od czasów babeczke w strojach tak wielkich, że materiał na nie stworzyłby współczesne kiecki…

Oj takie piękne to miejse teraz.

Takie pełne wodorostów, mokrych, barwnych kamieni, piasku dziwnie pomarańczowego, rzeki pełnej wody, drzew o gałęziach pączkujących… i tych ptaków. Jakich fascynujących. Niedbających o nic poza gniazdem, rozrodem, jedzeniem… proste życie. Ech! Czadowe takie… ale jakoś, chyba nie dla mnie, oj nie… bo przecież we mnie tyle pragnień. Aż… właściwie krzyczą…

Woda przynosi ne aromaty fascynujące.

Przynosi dźwięki pięknie, niesamowicie tulące, odwacające uwagę od wszystkiego i wszystkich. Pozwalające na odetchnięcie. Na w końcu jakąś znajomą normalność. I chociaż droga powrotna, wiem to już, będzie trudna, poślizgowa i buty znowu trzeba będzie czyścić, to jakoś tak… ech… gorąca woda w termosie.

Ech…

Pięknie tu tak.

Ale chyba wszystkie te miejsca, gdzie morze i rzeka się spotykają, nasycone są specjalną energią. Choć wciąż serio nie przepadam za tym słowem, to jednak ona tutaj jest. Niestety tutaj jest!!!

I głaszcze mnie…

Łaskocze…

Shopping…

Tańsza benzyna.

Serio!!! Takie to dziwne.

Potem nasza cudowna Królowa w swej odezwie opierdoliła poddanych i co jak co, ale kobieta ma rację. Na podłogach w sklepach pojawiły się znaczki pokazujące jak i gdzie trza stać… na kontuarze kasjera opis, jak wysuwać nabytek z kodem pod nosem kasującej osobie… można przez telefon, ale wiecie, nie wszyscy, nie zawsze też działa, więc patyki do brzózek… bo wiosny nie da się zatrzymać, a mnie wildelife wyżera kurna wszystkie roślinki. Kwiaty takie piękne były to co, no skurczysyny zeżarły.

Ale jednak…

Pacnięcie kijkami kasjera?

Trochę dziwne.

Gdyby tylko człek miał finanse, kupiłby sobie one drzewka, wysadził w miejscach, które mu wiatry one, wciąż nieustające odkryły i byłoby z głowy. A przecież aż się o to proszą. Aż o to krzyczą, ale…

Nie stać mnie.

A proces wzrostu od ziarenka trwa tak długo. I choć sosenki moje piękne naprawdę dzielnie już się wydłużyły, to jednak, no jednak jakoś tak, wiecie, wciąż nie są to drzewa zasłaniające mnie od innych ludzi.

A tego chcę.

Prywatności.

Osłony od świata i drzew. Bo przecież tak wiele ich poległo. Tak bardzo mnie dusza boli, gdy to widzę. Ale nie było zimy, nie ma właściwie wiosny, jest coś dziwnego, nowy twór… albo coś rąbnie, jebnie i będziemy mieli dopiero makarenę. Jak nas nagle zmrozi pod koniec marca. Ale, może to jest wyjście?

Może?
PS. 3 przypadki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kawałek Nieba… została wyłączona

Pan Tealight i Biały Głaz…

„Rany, no bo polazł z nią na spacer.

Tak, sam wciąż się zastanawiał dlaczego to zrobił, jeżeli ona chciała tylko wyjść na spacer krótki. No dobra, krótki dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane miało inne znaczenie, niż dla reszty świata, ale jednak… sam z nią polazł, więc jeśli o to chodzi, to może być wkuty wyłącznie na siebie?

Czyż nie?

Przecież jest dorosłym. Więcej, Przedwiecznym nawet, a jej się zawsze tak dziwnie daje podejść. No i wiecie… zaliczył znowu wpadkę. Taką wielokilometrową. A obiecała mu, że tylko kawałek, że dla zdrowotoności, że ludzie i tak mają być w oddali jak już będą i tak dalej. No same za!!! Nic przeciwko!!!

Uwierzył jej.

Znowu…

A przecież winien był wiedzieć lepiej. No po prostu powinien. Naprawdę. Wiedział to, a jednak ta wiedza na nic mu się przydała. Cała przeszłość, one mądrości i tak dalej… nic z tego… i tak znowu polazł z nią na spacer i wrócił dopiero po obiedzie, którego oczywiście nie dostał, a na dodatek…

Na dodatek, z własnej, nieprzymuszonej woli… ciągnął za nią ten Biały Głaz co to jej się tak spodobał i miała go sama nieść, obiecała, ale jak zobaczył, jak niesie i Misia i aparat, i jeszcze kamienia, to wiecie, no nie mógł, no ona szarmanckość go… szlag by ją trafił, to ona go przymusiła, by przez zaciśniętą własną, skomplikowaną i bogata osobowość… no wiecie, wyrzucił z siebie…

Daj, poniosę!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bo wiecie, urodziny…

I jakoś tak się udało jednak zdobyć kilka książek. Znaczy na Wegnerze zależało mi mega, bo to geniusz, chciałam, by do mnie wrócił… co mi zostało? Sapkowski i Pratchett niestety… i oczywiście „Gra o tron” cała i reszta Butchera.

Reszty raczej nie odzyskam. Opłaczę i jednak, jak otworzą śmietniki, oddam płomieniom, które zabiją pleśnie i robaczki.

Nord Havn zaskakuje pustką też.

W porcie „stoją” – właściwie, to chyba nie stoją, znaczy wiem, że używa się słowa zacumowane, ale jednakoż, no wiecie, jak to jest? Stoją, chowają się, mieszkają… tylko dwie łódeczki i nasz czerwony kuterek. Znaczy, nie że nasz, ale po prostu no miejscowy taki, wiecie, co go używam często bardzo w ramach odbijacza kolorów, tudzież kumulanta wszelakich „śmieci” morskich. Wiecie, wodorostów barwnych, listków i wszelakich i wiecie, tego, co się nawinie…

Czy raczej, nawieje.

Nafali?

No mniejsza, nie ważne. Zacumowane zieloną, grubą liną czerwone cudowności znowu pozwoliło mi na chwilę szaleństwa. Czyli wiecie, wszelakiego leżenia na ziemi i tak dalej i cykania fotek, bo to kolorów szaleństwo…

Uzależnia.

Mocno.

Na zawsze.

Ale… idziemy dalej. Jeden człowiek minięty i drugi, ale wiecie, z wielkiego daleka. Cała reszta wygląda jak wymarłe miasteczko i tyle. Można iść. Wzdłuż wybrzeża, tam, gdzie grząsko, gdzie pierwsze zawilce wyłażą, na skały, gdzie grupka idiotó ryzykuje spadek z niewysoka, ale za to na ostre skały i w jednak falujące i imne wody… ech, ludzie wszędzie tacy sami.

Serio.

Ale nic to, bo jakoś mnie nie obchodzą. Po prosto nie moja sprawa. Każdy kto chce być zjedzony przez foki, ale proszę bardzo. Może i w końcu morskich słoni się dorobimy. Wiecie, wsio możliwe w tym dziwnym świecie…

Ale idziemy.

Pogoda piękna, słońce, wszelka lekka bryza i ta ścieżka. Może błotnista, miejsca wypłukana, ale jednak. Jeden stojący kamień – Samotny Rycerz, potem Czekający – Hestestenerne – to wszystko jest oszałamiające. Jakieś takie nie z tego świata. Po prostu. I za nimi kręta ścieżka, za nimi po prawej morze, po lewej dziwne pole wyglądające jak zapis oghamiczny. Naprawdę. Ktoś ściął pole kukurydzy, ale zostawił one patyczki, takie trzydziestocentymetrowe.

Po co?

Nie wiem, ale wygląda to tajemniczo…

Uciekam.

Dalej w las, w ten tunel wszelakich cieni, gałęzi i powalonyh drzew, zwalonych głazów, które stoczyły się w dół. Wciąż ślisko, wszelakie strumyki staczają się z góry w dół, bo wiecie, no jakoś tak im grawitacja nakazuje. Bezczelna. Nie pozwala na wolność wszelkiego trysku. A te tuneliki, te widoki, szum morza, zapach czosnku niedźwiedziego, one korzenie gładzone, zielone listeczki wystające…

… takie słodkie.

Wszystko takie niewinne, takie niezainteresowane tym, co się dzieje w świecie, ino bojące się onych wiatrów niszczących wszystko. Powalających drzewa, korzenie rwących, nie baczących na wiek czy życia wolę…

Ale już niedługo, już niedaleko…

… plaża.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biały Głaz… została wyłączona

Pan Tealight i Nostradamus Faraoński…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… teraz zwana była przez wszystkich ostatnio Nostradamusem Faraońskim.

Wiecie, jak te mrówki…

Zgroza wszelaka, szczególnie dostępna za friko, zwykle dar od sąsiadów, który się pleni i pożera wszystko, a czego nie pożere, to wlezie na to, w to, albo co gorsza, użre was w końcu w język, czy coś innego. Kompletnie coś innego. Malutkie takie, ilościowo przytłaczające, niby ziwerzątko domowe, no ale…

Tak ją nazywali.

A wszystko przez to, że przeprowadzając się do Gulehusa Misia powiedziała: To dobre miejce na chorowanie. A potem nie zrozumiała co powiedziała. Ale zapamiętała i teraz… teraz wszystko znowu jest dziwnie, Już nawet nie chodziło o te jej sny, które od dwóch lat jakoś tak stawiały ją na baczność, jeśli chodzi o składowanie żarcie. Jakoś tak, o pilnowanie wszelakiej… aprowizacji.

Ale, mieszkali na Wyspie.

Na szczęście?

Z jednej strony tak. Ale jeśli chodzi o pewne aspekty, byli wszyscy w totalnej, czarnej, ciemnej, niezbyt może duszącej, ale cuchnącej i aromatycznie wybijającej się ponad inne zapachy… no wiecie, w zadku byli i tyle. I nawet ten Przedwieczny był tym wszystkim bardzo zaskoczony.

Aż nazbyt bardzo.

Aż nazbyt przerażająco…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer?

Bo wiecie, u nas można. W końcu czas, w którym zwykle wsio zaczynało się zaludniać, głównie Niemcami… nie zaistniał. To jest dziwaczne. To jest… no wiecie, jak kiedyś, gdy tak naprawdę mieliśmy jesień i zimę dla siebie… ale zaraz wiosna kalendarzowa przynajmniej, bo podobno ma przymrozić, więc choinki nadal rosną na oknach. Wiecie, na wszelaki wypadek! Nie chcę by padły.

Ale może jednak spacer?

W końcu, nawet jeśli kogoś spotkamy, to wiecie, wyminie się ich z daleka.

Nawet jeśli…

A pójdziemy przed siebie, przez miasto na plążę. Na Salene, które jakoś tak znika strasznie szybko, mrugniesz i już nie ma kolejnego centymetru wybrzeża, kichniesz i pożarło kilkanaście kamieni. Ale najpierw oczywiście miasto. Piękne, kolorowe Gudhjem z oknami sklepów pozasłaniamymi dziwnymi szmatami, z większością ogólnikowo zwanej przestrzeni handlowej, znowu wolnej. Z dachami pozdejmowanymi, wielością remontów ogromną, tylko dwoma sklepikami otwartymi – oczywiście poza spożywczymi.

Dziwnie tak.

A pogoda piękna. Tylko cichutkie wiatru powiewey, słonecznie, w słońcu nawet aż nazbyt ciepło, w cieniu lekko chłodnawo, więc można iść… i nagle… ten brak banerów, ten brak oświadczeń o tym kiedy co otwarte, ta informacja na kinie, że zamknięte z powodu… wiadomego…

Takie to zombie like.

Apokalipsa całą gębą. Pojedyncze jednostki starające się oddalać od siebie, ale wciąż dziwnie bezpiecznei czujące się w sklepach. W sklepach, w których na razie wsio jest. Na razie? A może zwyczajnie to się nie zmieni? Chociaż, chociaż patrząc na to wszystko, co dzieje się w świecie… bo Wyspa jakoś tak się dziwnie odcina mocno od kontynentu… to wiecie co, no…

Pusto.

I możesz obrabiać ogród, odwalać robotę przez neta, iść na plażę… i nagle, tak nagle, jakoś tak, wiecie, rozumiesz po raz kolejny, a może od nowa, dlaczego tak walczyłeś o to miejsce. I wciąż walczysz.

Rozumiesz.

Pustkę.

Tak wiem, teraz wszyscy nagle okrutnie wkurwieni na introwertyków, dla których tak naprawdę niewiele się zmienia – dla tych co wsio z domu robią, ale, spoglądając dookoła, naprawdę nie rozumiem, nigdy nie rozumiałam, po kiego spotykać się tak grupowo. Dlaczego samotność dla wielu postrzegana jest jak wyrok śmierci. Moje wszystkie osobowości doprawy potrafią się zabawić.

Same ze sobą. LOL

Tak trudno to zrozumieć?

Kurde, co z nastolatkami, które trudno podobno wyciąghnąć z domu. Tymi przyczepionymi do komputerów, gamersami? Zniknęli nagle? Co z rodzicami, którzy nie wiedzą jak to się zachować przy swoich dzieciach, co w ogóle z małymi skurczybykami robić? Dla tych dziwadeł nagle uświadamiającymi sobie, iż mają partnera, współmałżonka i muszą z nim być przez dzień cały. Nie ma zmiłuj…

Serio?

Ludzie, co z tym światem?

Tak, takie myśli człekowi się rzucają na czachę, gdy patrzy na brak banerów na wędzarni, na one niekopcące kominy, na pusty kompletnie parking, na puste morze, gdzie tylko w oddali smugę brudną puszcza jakiś… chciałabym powiedzieć parowiec, bo smuga czarna jak noc, ale przecież ich już nie ma…

No ale…

Wyjdźmy z miasta! C.D.N.

PS. Odezwa HM Królowej Margrethe II

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nostradamus Faraoński… została wyłączona

Pan Tealight i Panicz Nervus von…

Panicz Nervus von miał problem natury filozoficzno-rodzinnej.

Otóż, nie wiedział co po onym von winien sobie wsadzać. No wiecie, przy podpisie na czeku, papierach wszelakich i listach miłosnych. Niby wszędzie można na ryj, oko, odcisk pazura się ładować, ale… Wiecie, jednak nazwisko wartałoby mieć. No ale jednak, nazwisko ważna sprawa.

Nie jakaś pierdoła.

Niby na DNA można, lub na grupę krwi, czy jednak bazgroł, aliterację, wszelką obrazkowość, krzyżyk nawet, albo i kod, może i nawet kreskowy? Można by sobie i kod wytatuować… Możnaby…

Albo…

Ale on nie chciał.

Chciał nazwiska.

Jednak po VON nie mogło nastąpić coś bardzo normalnego, coś zwyczajnego, coś, co jest znajome, łatwo wymawialne, może jakieś miejsce, może pradawne słowo o mocy tak wielkiej, że samo jego wymówienie sprawiałoby, że moc jego samego… znerwicowana wielce moc, wzrastałaby, ukazywała się, lub chociaż, no wiecie, jakoś takoś wyciągała łapę i machała.

Tylko…

… że on nie miał przeszłości. Nie widział przyszłości… a i też nie znał swoich rodziców, więc było mu trudno. Naprawdę trudno i źle. Ale tak do końca, do końca to raczej nie, bo przecież nie żyje się tylko dla onego nazwiska. Nie żyje się ino dla miana… nie. Tylko, że on… tak bardzo chciał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kwarantanna, prace w domu itp. itd.

I co robią ludzie w Kopenhadze, ustawiają się w kolejce do zoologa, bo wiecie, słonko, nie pizgało przez weekendu część, więc idioci się zatłumnili i tyle. Jak się okazuje, serio, nikt nie rozumie, może serio UK Brexit ma najlepszy pomysł na to wszystko? Wybić sporą część społeczńestwa, wytworzyć odporność…

Ale co, jeśli to nie zadziała?

Hmmm?

To jak, będziecie się cieszyć z pogrzebów babć i dziadków? Bo to tak trochę zaczyna wyglądać po tym całym nabijaniu się z tych, co kupowali i to i tamto… to tak wygląda. Że oni wygrają, a ty durny czubku, co to nie kupiłeś toaletowego i bułek mrożonych, no… będziesz zmuszony wyjść w ten najgorszy cug wirusowy.

I jeszcze cię zwykłe przeziębienie dojedzie.

Mnie cały czas.

No ale, siedzimy w domu, nadal. Wiecie, czasem tylko Chowaniec wypełza po te bułki. Zamrażarki nadal brak, więc wiecie, jakby co, to czosnek niedźwiedzi w lesie rośnie. Ale ile można go żreć. Co to ja przeżuwacz?

Nie wiem jak to będzie, ale przyznam się, że wkurwiają mnie ludzie wyśmiewającyc się z tych, którzy się boją czy panikują. Pozwólcie im na strach. To normalnych odruch. Muszą wiedzieć, że to normalność, a potem należy im się edukacja… i tyle. Tylko, że… problem jest taki, iż obecnie każdy specem. A nawet idioteny nie zapoznali się ze wszelakimi teoriami spiskowymi i takimi tam.

Wierzą księdzu, proboszczowi… kij wie czemu…

… gazecie.

Ludzie zwykle kwestionujący wszystko, nagle wierzą gazetom?

Serio? Po ogłoszeniu stanu wyjątkowego następują inne rządy, czy nikogo o tym w szkole nie uczą? A może lepiej nie wiedzieć? Czy gdybym miała kasę, to zrobiłabym zakupy? Odpowiedź brzmi: tak. Ale jako nieuznany naukowiec i aartysta zarabiam zero czyli tak zwane, dosłowne w dupę nic.

… więc mam przesrane.

Nadal opcją jest pies sąsiada.

Ale od nastu lat nienawidzę mięsa, więc…

Tak z drugiej strony, ogólnie mówiąc, cała ta sytuacja jest książkowa. I na dodatek jeszcze książkowa. I dziwnie znajoma, ale w życiu bym nie powiedziała, że akurat teraz… choć, gdybym uwierzyła swoim przeczuciom… ale nie, tej Wiedźmie one wiedzy wszelakie jakoś nie tłumaczą się czysto.

Bleblam jak jakiś Nostradamus Faraoński.

I tyle.

Bycie wiedźmą, to całkowicie nieprzydatna umiejętność, ale jednak, może czas ją poćwiczyć? Bo przecież sny też o tym, co teraz się dzieje, miałam. A te rąbane linie geomantyczne na pewno je jeszcze nasilają, więc… ekhm, jakby ktoś chciał coś na płodność, miłość, szczęście i tym podobne, to służę.

A co…

W końcu nas wszystkich usadzą w domach, byleby tylko pocztę przywrócili!!!

PS. Niemcy chcieli na Wyspę… no i nie zostali wpuszczeni. A numer 1 objawił się 16go marca… a przynajmniej tak im się zdaje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panicz Nervus von… została wyłączona

Pan Tealight i Zbadania…

Zbadania był podstarzałym kawalerem, który rzeczywiście miał tak na imię. Naprawdę, sprawdzić mu można w dowodzie.

Serio.

Zdjęcie koszmarne, tak samo w paszporcie, choć tyle razy próbował, wiecie, no chciał jakoś nie wyglądać, tym bardziej, że świat znowu się granicował, a on miał lekko oliwkową skórę, czarne, krótko przycięte włoski i jakiś taki aromat podstarzałego amanta kręcący się dookoła niego.

Kręcący się, tańczący, wszelako upierdliwie przylepiony, cokolwiek by zrobił, on zawsze tam był. Niczym cień. Cień wiekuisty, niewymagający światła, ogólnie mówiąc, no tren taki, ale wąchalny. Obecność, która wyciągała swoją ouiję i serio się dobrze z nią bawiła, więc… no cóż, musiał jakoś żyć.

Znaczy, nie musiał.

Chciał.

I chciał… rodziny.

Problem w tym, iż imię niestety zmieniło jego młodość w koszmar i by jakoś sobie z tym radzić, po prostu został doktorem nauk wszelakich i jakoś tak wszystko, no wiecie, aż nazbyt analizował. Nazbyt dokładnie, nazbyt długo. Kolejne panny znudzone pierwotną ekscentrycznością, ale i portfelem, co dziwne, odchodziły, starzały się, rodziły dzieci… umierały, a on trwał.

Coś go mumifikowała.

Pewno ona wola zbadania wszystkiego…

Albo, było w tym coś i więcej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowieść o duchach” – … ojojojojjjj… żesz się ale porobiło. Rany Julek i Matko Wyspo, no!!! Jak tak można?

No jak?

Dobra, przyznaję się, że nie lubię, gdy mi coś robią z głównym bohaterem. Wiecie, takiego wielkiego coś, a takie coś się naszemu magowi przytrafiło. I na dodatek, jak się okazuje jeszcze nie wiadomo jaki to będzie tego koniec. Czy on będzie żywy, czy nie? I kto strzelał i w ogóle dlaczego…

I…

No tak, nasz niepokorny mag powraca do swojego Chicago w trochę innej formie. Oczywiście musi najpierw znaleźć sprzymierzeńców, co jest trochę trudne, gdy raczej jest się mało cielesnym. A raczej w ogóle niecielesnym. Czy mu się uda? No wiecie, niby zawsze jakoś tam sobie radził, ale bez magii? A może jednak magia jest możliwa? Może tylko trzeba jej poszukać?

Może znaleźć inną…

I co się stało z tymi dla niego najważniejszymi?

Książka mnie wciągnęła, ale wiecie, wciąż bałam się o tego mojego bohatera. Widząc go tak sfrustrowanym może trochę zmęczyć, sprawić, że zwyczajnie się wkurzycie i na niego i na siebie, ale wiecie, warto… Bo to w końcu wciąż on. Znajomy on. Bardziej znajomi niż ci, których kocha. Jemu bliscy. Okazuje się, że oni i cały świat naprawdę się zmienił. A to oznacza, że wydarzenia z tomu wcześniejszego musiały uderzyć we wszystko i wszystkich. Tylko, jak teraz to wszystko… przeżyć?

A może, jak umrzeć?

Na zawsze?

Ale przecież wyszedł już kolejny tom, więc co… sklonują go, czy co?

I wieje.

I oczywiście i do nas dotarły zmiany. Pewne zmiany. Już likwiduje się powoli przejazdy grupowe, autobusy zabierają ludzi, ale tylko na ilość siedzeń, jeśli są pełne, to wtedy nic z tego, zostajesz na przystanku.

Granice będą zamknięte.

Szkoły będą zamknięte przez 2 tygodnie.

Spotkania z tysiąca ograniczenia, teraz już schodzą do setki, ale tak serio, to najlepiej ze wszystkimi z daleka. No wiecie, na promie macie siadać daleko od siebie i ilość ludzi zostanie ograniczona… ale jak to piszę, jest 12 marca, więc… no wiecie, może za te kilka dni coś się zmieni? Na razie od 13go szkoły zamknięte na 2 tygodnie, więc oczekujmy chaosu jak w innych miejscach.

I zwiększonego przepływu danych internetowych.

Gry będą się sprzedawać jak żarcie… kurde, chyba jednak trzeba zrobić zapasy onego papieru toaletowego, czy ręczników? No wiecie… może lepiej być tym Cro Magnionem niż wyważonym i artystycznym Neandertalem? Kino zamkniętę, nawet kurde biblioteki, choć u nas wypożycza się „bezludzkowo”…

Ale… najsłynniejsza Dania jest obecnie z pewnej rodziny.

Otóż bidoczki jedne, wiecie, no parka, małżeństwo, wyjechali sobie na wakację na Madeirę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ich dziecię dopiero wróciło z Austrii, oczywiście chore i od razu wylądowało w szpitalu, więc… no wiecie, nie dość, że byli w kontaktu z zarażonym, to na dodatek olali bachora i postanowili się zabawić na całego. no przecież państwo się owocem lędźwi zajmie, czyż nie? Przecież to szkoła wychowuje, oni tylko zajmują się produkcją…

Nie wiem w jaki sposób ona dwójka przeszła wszelkie lotniskowe aberracje, bo dorwano ich dopiero w hotelu na miejscu. Tam oczywiście zamknięto ich w pokoju i tyle. Znaczy, objęto kwarantanną.

Tak to się ładnie nazywa.

Włosi pewno mają inne określenia…

Jak będzie dalej?

Kto to wie? Na razie ludzie nabijają się z innych, co to podobno poleźli i wykupili po oświadczeniu rządu wsio w Netto. Jeśli chodzi o mnie, to sprawdziłam sklepy u nas w Gudhjem, żeby nie było są ino dwa, więc… papier jest. Na wszelki słuczaj człek wziął dwie zgrzewki taniego, więc twardo będzie. No bo lepiej nie odstawać od społeczeństwa, ale żadnej paniki nie widzieliśmy.

Wsio jest.

A raczej wsio nie ma jak zwykle.

Potem pojechaliśmy do Lidla i tam jak zwykle było niewiele, za to ludzie rzeczywiście szukali toaletowego. I ten akurat wykupiony. Mamy dwie torby ryżu i makaronu… bo tak szczerze, to nie stać nas na składowanie żarcie. W znaczeniu kupowania go w większych ilościach.

I tak nie mamy zamrażarki.

… więc trza będzie kombinować wędkę.

Albo wybrać się na foki, jakby co, ale to kiepski żarcie. Z drugiej strony, jak się nie ma co się lubi, to wiecie… wieści najnowsze są takie, że wszyscy mają siedzieć w domu i tyle. Jak ktoś się kiepsko poczuje, to nadal ma siedzieć w domu i najlepiej nikomu nie przeszkadzać. Dość dziwnie to brzmi, ale nie oszukujmy się, co ma zrobić? Pewno, jak zaczniesz się dusić, to może będzie dla ciebie respiratorek, ale jest to mało prawdopodobne. Promy mają oferować przejazdy samochodowe. Znaczy wiecie, siedzicie w aucie podczas przepływu. Wersja nader ekstremalna, jeśli przypomnimy sobie jakie są one nasze najnowsze promy. Wiecie… otwarte, rąbane katamarany.

Szybkie i ochlapujące.

Ale jeśli będą chętni, to a voila!!!

Tam was nikt nie zarazi…

Tak szczerze, to zaczynam się zastanawiać jak i kiedy to się w końcu jakoś załamie. Na razie rośnie, w którymś momencie musi pierdyknąć. A wtedy co?

A najgorsze jest to, że dodatkowo ta Laura nas dojechała, wiecie, kolejny sztorm, orkanstyrke, lovely i w ogóle… ale słoneczko wali, owocowe drzewka kwitną mimo planowanych przymrozków.

Dziwnie jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbadania… została wyłączona

Pan Tealight i Przedsprzedaż na wafel…

„No dobra.

Świat się zmieniał.

Świat ewoluował, ale cała reszta jakoś tak stanęła nagle w miejscu i zaczęła myśleć. Myśleć nazbyt i nie w te strony co trzeba.

Niestety.

Kompletnie nie w te strony co trzeba, a nawet co więcej, po prostu jakoś tak dookoła, na przełaj, a jeszcze na dodatek wszelako pokrętnie, po liniach wysoce krętych i szpulowych właściwie… więcej razy się cofał niż do czegoś dochodził. Znaczy, nie żeby był głupi, czy coś, ale jednak…

Ale jednak…

Świat nadmiernie myślał.

Pewno dlatego, że ludzie ucichli. Jakoś tak byli, cały czas istnieli, ale się zmienili, niestety ino ich niewielka część i to bardzo go martwiło. Że coś takiego, co nawiedziło Świat Współczesny sprawiło, że naprawdę wszyscy zrozumieli, że nie ma już czego ratować, poza oną garstką prostych ludków.

Sadzących drzewa, głaszczących kamienie…

Wiecie, bardziej wiejskie głupki, niż… no jak Wiedźma Pożarta, której się wafel marzył, znaczy te no, andruty, wiecie. Strasznie!!! Ale przecież siedziała w domu, znaczy, nie żeby to była jakaś dla niej różnica, ale poza tym była też chora i lekko, a może racej wysoce mocno, jakoś tak…

… się sypała.

Boleśnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wszystko dookoła rzeczywiście się zieleni.

Malutkie listki, kwiaty w końcu jakoś tak normalniej zaczynają wyglądać… wiecie, niby wiosna teraz mogłaby być, ale nic to, że przez ostatnie co dwa lata marzec był po śniegu… widać w tym roku nie pykło seryjnie.

Aż nazbyt.

No ale…

… co będziemy marudzić. Przecież zawsze może być gorzej. Zawsze, serio, uweirzcie mi. Niby mogą was pobić i tak dalej, mogą was okraść i wyłomotać, albo zostawić na środku morza, ale jeszcze na dodatek jak obsra was ptaszek, to seryjnie, naprawdę wtedy czujecie, że macie przejebane. Już nie ino przesrane, ale, lepiej nie będzie. Może i nigdy nawet, wiecie, może to już na zawsze…

Ale… wiosna.

Jakby nie patrzeć.

Przynajmniej ta kalendarzowa, a cała reszta, to wiecie, robi i leci jak jej się podoba. Marzec. Koty wyją mi pod oknem, a pies sąsiada, nie wiem dlaczego, dziwnie na mnie ujada. Żeby nie było, szczekanie psa jeszcze kilka lat temu było czymś, czego się zwyczajwowo nie słyszało. Wiecie, nie łamało onej pięknej, nastrojowej, lekko słonej ciszy… wyspowej ciszy. Ale teraz, widać świat się zmienił.

Ech…

Nie no, ja rozumiem, że on tam daje znak, ale serio? Na mnie drze japę, a na Chowańca, to się ino patrzy?

Serio!!!

Dlaczego?!!

Wiosna oczywiście oznacza prace w ogrodzie.

A teraz, gdy człek ma go więcej i właściwie wszystko może sobie w nim zrobić poza klubem porno tudzież wiecie, czymś w ten deseń? Chociaż, w szopie może by i uszło jakby nie było za głośno, sąsiadka już nas poinformowała, że radosna taka z onej wielkiej i przyjemnej dla niej okazji, wiecie, że my, one maluczkie osobniki… no, że my cisi jesteśmy. Tia, nez wzajemności, sama tak trzaska drzwiami od garażu i samochodu, że cholery można dostać! No naprawdę! Nie rozumiem baby!

Może chce zaznaczyć, że ona ma garaż, a my nie?

Chociaż według planu jest carport, ale wiecie…

LOL

No ale, poza ciszą i jej brakiem mamy żonkile i krokusy i one małe listki, które są słodkie i wszelako czaderskie, bo wiecie, w końcu ino nasze. Może nie wszystkie przez nas wsadzone, może jednak dopiero za rok ogród będzie wyglądał mniej więcej jak chcemy, ale przecież, czy trzeba się spieszyć?

Odpowiedź ma brzmi: trzeba.

Niektórzy nie są cierpliwi, kompletnie. Naprawdę. Jeżeli chodzi o mnie, to wszystko ma być teraz zaraz i w ogóle. Za grosz cierpliwości, chyba że chodzi o pędzle… oj tak, pędzel, albo fotografia, ech, cierpliwość jest, ale cała reszta, to raczej jakoś nie? No nie wiem, może genu mi brakuje?

Jakiegoś?

Genu cierpliwości.

Hihihi. A jak u was? Bo u nas Trolling Master Bornholm 2020 oczywiście odwołany. Wiadomo dlaczego…

PS. Wpis powstał kilka dni temu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przedsprzedaż na wafel… została wyłączona

Pan Tealight i Niezapominane…

„Jest w Sklepiku z Niepotrzebnymi taki pokoik. Bardzo tea time one, wiecie, taki klimatyczny cholernie, że już bardziej nie można. Pokoik ze ścianami mięciutkimi, z tapetą w kwiatuszki miodowe, różowe kropeczki, z mebelkami z powyginanymi nogami, z poduchami, wszelaką zastawą…

… bibelotami…

Z podnóżkami, dywanem takim, że jak kurna upuścisz coś mniejsze niż budynek, to wiecie, nie znajdziecie. Nigdy już tego nie odzyskacie. Nigdy już nie będzie wasz, teraz, należy do Dywanu. Do jego wielkiego wszechświata, wszelakiej miękkości, wielu falujących ździebełek i tak dalej…

Do małych ludzików, które miały własne pokoje z miękkimi ścianami, z tapetą w kwiatuszki, lustereczkami, filiżankami, spodeczkami… i jeszcze maciupkimi bukiecikami wszelakiej roślinności. I czerwonymi płatkami, suszonymi, w pojemniczkach maści wszelakiej i jeszcze…

Tak, Niezapomniane.

Właściwie, to gdzie były…

Zapomniałem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Koronawirus…

No żeby nie było, mieliśmy ten cały atak ze strony osobników szmalownych, co to wybyli sbie na wakacje w Alpy i wiecie, wrócili i od rau na testy, ale na strachu się skończyło. I wtedy, wtedy jakoś tak mi się przypomniało, jak to ludzie wyspy użytkowali w przeszłości. Zresztą, nie oszukujmy się, przecież nadal to robią.

No więc dawno, dawno dawno temu, wszelakie miejsca odcięte służyły odosobnieniu tych chorych, złych, morderców i zbirów wszelakich, inaczej myślących oraz… wiecie, niepewnych. Tych, co nie wiadomo było co z nimi zrobić, bo niby rodzina, ale stoją na drodze do korony, a przecież tam nikt im nie uwieży, że tatuś i mamusia krwi błękitnej i niekrzepliwej chyba…

… ekhm…

Tak to było.

Przypomnijcie sobie jak zaludniono nadmiernie i bluzgajac na biednych Aborygenów, niszcząc ich, zmiatając z powierzchni ziemi… kurde odpalam się zawsze przy nativach, wybaczcie… znaczy walę to, nie musicie wybaczać, rację mam… No więc Australia drzewiej była domeną wszelako niebyt milusich i raczej karanych osobników. I to takich wiecie, albo płyniesz, albo szafocik będzie…

No a kto by nie chciał tam, gdzie wielkie pająki?

LOL

Ale cóż, zawsze lepiej odsunąć problemy niż się nimi zająć na dobre. Zawsze lepiej zaciągnąć coś pod dywan, a jak wystaje, to wiecie, mocniej udeptać i pięknie się będzie układać. Nikt nie zauważy, najważniejsze, coby sąsiedzi nie zadawali pytań, ale wiecie, my znamy ich sekrety, a oni…

Ekhm…

Tak to drzewiej bywało.

I nie tylko.

No i tak, zapewne nazbyt się zagłębiając w przeszłość, jakoś te biedne wyspy miały dziwną, złą nawet, reputację. Biedni oni szukający samotni i odludzia, oczywiście mieli problem, bo przecież od razu uznawano, że oni nie są myślący, ale wiecie, źli, chorzy i tak dalej… albo i lepiej.

Jednakowoż stojąc twarzą w twarz z różnymi sprawami, które już odbywają się bez ludzi, przez neta, jak na przykład eliminacje do Eurowizji, słysząc o odwołanych spędach ludzkich, wszelakich, to wiecie, człek jednakowż myśli. Myśli mocniej i nazbyt wyolbrzymia może, ale jakoś tak, jak już kiedyś z gettem wypalili, to może i zrobiliby z nas takiego, wiecie, miejsca zsyłki chorych?

Wszelakich?

No co?

Lekarzy nie mamy, ale szpital jest… i tutaj pojawia mi się inne pytanie, bo zsyłka zsyłką, zarazem śmieszne ale i przerażające, ale jednak zwyczajowa izolacja. Niby można każdego w swoim domu, ale jakby chodziło o jakieś leczenie, to co? Mamy my izolatki? lekarzy moze nie, ale cała reszta spokojnie przypomina filmy o zombie. Ekhm. Wiecie, fajne miejsca, ale co do całej reszty…

… bida.

Jakby co, to jak najbardziej oczekujcie mierzenia temperaturki.

No wiecie, jak w innnych miejscach. Papieru toaletowego u nas jeszcze nie wykupili, ale prawda taka, że jak ludzie się rzucą, to wiadomo, kto pierwszy ten lepszy, no i nie wszystkim starczy. Ale, tak szczerze, byle by woda była. Wtedy to i z liścia się da. LOL No co? Nie umiecie zrobić papieru z liści?

Skąd ja posiadam wiedzę takową?

Rany… nie wiem.

Zupełnie. Może to jednakowoż ono ciężkie dzieciństwo. Wiecie, z szarym papierem toaletowym, w którym zaklęte były literki…

Ech, te wspomnienia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezapominane… została wyłączona

Pan Tealight i Zgubiona Choineczka…

„No przyszła za Wiedźmą Wroną Pożartą Choineczka z lasu… przyszła i posadziła się w doniczkę. I jakoś tak było jej dobrze i nagle…

Zaginęła.

A już jej szykowali miejsce w ogródku, a już miało być tak pięknie.

A miała być wielką i ochronną, ale jakoś tak… zniknęła. Już blisko było ziemi i wszelakiego stałego zatrudnienia, a ona… poczekała aż wejdą cebulki, potem większy krzaczek iglaczek, a potem… miała być ona.

Ale zniknęła.

Może przeniosła się w inny wymiar choinkowy, może nawet w choinkowy raj jeszcze, a może, może ją naprawde porwali jacyś popierdoleńcy? Wiecie, co to nie tolerują drzew? Albo te złażące się ostatnio sarny, co to zdeptały fioletowe krokusy… ale za to nie ruszyły żonkili, ni troszkę.

Naprawdę.

… więc, co się z nią stało? Czy kiedyś się pojawił? Nagle wystrzeli do góry z trawy czy kamyczkowej osłony, wyjdzie spomiędzy cebulek, korzeni drzew innych, jakoś tak się ukaże, czy jednak…

Nie będzie jej.

Nigdy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu mleko w powietrzu.

Temperatura spada i rośnie, człek nie nadąża z onymi jej wahaniami i zaczyna się zastanawiać, czy to wszystko się w końcu jakoś uspokoi? Może w końcu ucichnie, w końcu będzie jakieś takie codzienne, normalne i ustałe? No wiecie, wszelako choć trochę przewidywalne?

Zgodne z oczekiwaniami?

Ale, czy pogoda taka była kiedykolwiek?

I ta mgła, gęsta, że ino ją polewać syoepm klonowym i żreć. Zresztą, co do syropu, to serio on zawsze tak smakował? No wiecie, bardziej jak jakaś spalenina, niż coś słodkiego… właściwie w smaku nic to… ino taka lepkość lekka, próbowaliście? Serio? A może ten mój jakiś taki wybrakowany?

Ech!

No mniejsza…

Każdy ma swoje smaki i szaleństwa, jak ten dzień naleśników. Zauważyliście, że kurde teraz jakikolwiek dzień jest, to od razu trzeba to mieć. Dzień pączka, masz żryć, dzień naleśnika, endometrioza… no to wiadomo, kto już ma, to pewno zwolniony, a cała reszta, to jak ma czy nie ma, nie wiadomo, no ale… ten dziwny trollo-hejt, który się pojawia w mediach, jak tylko przyznasz się, że nie jadłeś naleśników w dzień naleśnika. Albo pączka nie żarłeś na te ostatki… i do razu pomora na ciebie.

Tak rozumiem, że to ludziom ma uświadamiać istnienie niektórych chorób, ale sorry, tyle gadania o depresji, a wciąż mówią mi, że na wiosnę mi się polepszy. Ha ha ha… idioci. Widać na kij im te dni…

… czy jak zwał…

Znaczy się, teraz rok pecha, bo człowiek do najbliższego pączka miał mile morskie?

Ech…

Mniejsza.

To tyle, jakby ktoś się pytał znowu, dlaczego są wyłączone komentarze. No właśnie z takiego powodu. Bo jakoś nikt nie kuma, że ten świat, to mimo globalizacji naprawdę inny świat. I podatki ma gigantyczne. I nie, nie ma tego samego w sklepach, pomijając już subtelny fakt rozmiaru Wyspy i ogólnej… małości sklepów.

Znaczy tych no, placówek handlowych.

Ciekawe, jak to będzie w tym roku?

Czy pojawią się nowe sklepy? A może jednak ten wirus w koronie, co znowu wyskakuje jak cokolwiek z pokrzywek, no wiecie, dojedzie nas tak, że aż się przyrąbiemy i sezonu nie będzie? Albo… nie wiem.

Właściwie tutaj wszystko jest możliwe.

A już ostatnio…

Niewyobrażalnie wszystko. Wolałabym ładny spadek, co to nawet po spłaceniu podatków ostanie się sumką na całe długie, zdrowe życie nasze i jeszcze kilka asów i posiadłości pod wynajem? No wiecie, można pomarzyć. No można. Pewno, że człek już niewierny, ale jednak, no weźcie no, może w końcu jakoś będzie?

I przestanie Wyspa płonąć.

Tyle już pożarów było, a to dopiero marzec. Kurde, biorąc pod uwagę ilość ludzi mieszkających tutaj, to serio podwyższamy średnią w onym kraju. I to mocno oraz, zarazem, li i wybitnie bardzo.

No i tyle…

I wieje! Hej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zgubiona Choineczka… została wyłączona