Pan Tealight i Kurzawa…

„Zamiotła spódnicą.

Zawarczała.

Rzuciła drobnym piaskiem w okna, a potem, zapukała grzecznie i poprosiła o herbatę twierdząc, że przyniosła ciastka i małe kanapeczki z ogóreczkiem kiszonym oraz rzodkiewkami z drugiego pełzania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, leje, świeci…

Oj tak.

W końcu ten okres wszelkich aur w tym samym czasie nadszedł. Oczywiście od razu opóźnienia w ruchu promowym, dom mi trzeszczy i tak dalej, nawet gwizdać się chyba nauczył, czy może i zawsze umiał, ale wiecie, jeszcze nie wiało z odpowiedniej strony… Wyspa zdaje się kiwa i bujać na prawo i lewo… jakby była onym niespokojnym uchem na wzburzonych morzach, a przecież po naszej stronie to chyba tych największych fal nie ma… są tam od strony portu.

Od miejsca, gdzie ludzie czekają na ludzi i się martwią.

Ale jak się okauje, nagle, chociaż wróć, to nigdy nie był problem, bo w końcu obsługa to ci sami ludzie z Leonory, więc bidocy muszą się zajmować onymi ekhm, wymiotnymi i tymi wszelako przerażonymi, ale za to, jeśli wejdą sobie na Facebooka, to mogą się dowiedzieć co i jak. Może się pocieszyć…

Czasem, gdy tak w ciemności wracamy, to przyznaję się szczerze, że staram się być jak najbardziej nieprzytomna. Aż do poziomu trudności z wybudzeniem mnie jak już trzeba schodzić do samochodu. Bo się boję. Obecnie dla mnie latanie i pływanie to to samo. Bo tymi promami buja zawsze. I zawsze jakieś talerze lecą i coś się tłucze! Mazeł Tow! Czy tam gracka OPA!

Miejmy nadzieję na szczęście…

Obecnie pływaczem najbardziej skomplikowanym jest oczywiście Max.

Maleństwo, które boi się fal i serio szkoda mi go jako maszyny, że zmuszają go do takich podróży. No przecież on taki malusi, ale…

To Wyspa.

Na morzu!!!

Gdy tak człek siedzi i pracuje a za oknami i drzwiami, za ścianami i nad dachem coś wali, łupie i dudni, to wie, że kurna, ludzie zapomnieli… zapomnieli jak bardzo żywioły potrafią namieszać w naszej egzystencji.

Zapomnieli skąd się wzięli bogowie.

Zapomnieli, ale… nie wiem czemu i na jak długo?

Nagle, gdy człek ma tego ogrodu więcej, tak naprawdę nagle się okazuje, że wiele więcej no i ogólnie mówiąc przydałaby się jakaś przyczepka i wywózka, ale poza tym, dosadziłabym tych drzewek, ale to już jesień. To już czas, gdy myśleć trzeba o cebulkach, nie drzewach. Bo choć u nas pogoda raczej nie taka zimna drastycznie, to jednak…

To jednak wiecie, lepiej uważać.

Ale pierwsze drzewa wysadzone.

Mam nadzieję, że nie poszaleją i wiecie, wyrosną. I choinki, które wyrpwadziłam od nasionka i one brzózki, podobnie od maciupkiej sadzoneczki. Tak bardzo chcę by rosły, podobnie jak te rośliny w domu, które chyba dostały jakiegoś dzikiego amoku. No szczerze. Nie wiem co z nimi, ale rosną.

Nawet te, co to się zdawało, że już nic z nich nie będzie. Cud jakiś, czy co? Może kapliczkę klecić i pątników wzywać i w końcu jakaś kasa będzie ze sztuki… ekhm, liturgicznej? No wiecie, trza kombinować. Bo obrazy nie schodzą. A jak nie schodzą, to maluje się trudno… bo to tak, jakby ktoś cię wciąż w dupę kopał i mówił, że jesteś do niczego i nikt cię nie lubi, i nikt nie chce…

A sztuka jak dzieci.

Nikt nie chce słyszeć, że ona zła, brzydka itp. itd.

Tak…

… wieje… jak zwykle wtedy człowiek więcej i dziwniej myśli. I jeszcze na dodatek wcale nie jest dla siebie miły. Chociażby częściowo. Chociażby troszeczkę. Wiecie, jakoś tak bardziej dla siebie samego litościwy.

I wszelako dobrotliwy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kurzawa… została wyłączona

Pan Tealight i Nieubogi Mister…

Nieubogi Mister rozłożył namiot – za pozwoleniem Jednorożców musowo, bo wciąż jeszcze żył nieprzeżuwany – w kącie ich wybiegu i wiecie, siedział tam sobie skryty za ich kopytami i rogami, niemęczony przez Wiedźmy, Księżniczki, Królewny i inne tam, zainteresowane jego urodą.

Bo pikny był w trzy dupy, serio.

Nosz ta buźka taka, z jednej strony męska, z drugiej nie jakaś mocno zarośnięta, nie brudna, nie wszelako ino przystojna, ale doprawdy idealna. I niby w idealnościąch podobno ludzie się nie zakochują, ale… on miał pecha. Idealne”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Nicci tom 1. Pani śmierci” – … no tak. Cykl opisywany jako opowieść o tym, co wydarzyło się po. Wiecie, była sobie piękna Kahlan i był młody wojownik i wielki zły mag… a potem, gdy dobro wygrało, a czytenik po mnogości tomów i powtarzalności dziwnej – no ile razy one baby go porywały, no serio!!! – w końcu dotarł do jakiegokolwiek happy endu.

Albo i nie, jeśli nie dotrzymał jak ja.

Ale wiecie co, chciałam wrócić do tego świata Spowiedniczek, magii, wojowniczek, zła i dobra, które nie ma wyrysowanych definicji… ale… serio, z Nicci?

I Nathanem?

No nie wiem.

Ale… oto opowieść kolejnej drużyny, która… tym razem wybiera się w podróż uświadamiającą. Ekhm, co prawda bez daru prorokowania i z magią dość kapryśną, ale jednak, jako apostołowie nowego pana chcą nieść dobrą nowinę… że wielkiego imperatora już nie ma, że nie leją już, że już można oddychać. Nawet jeśli i tak nigdy o nim nie słyszeli. Co chyba jest dość dziwaczne, no ale.

Taki pomysł autora i tyle.

Opowieść nie jest zła. Język prosty jak szpadel, a osobowości naszych głównych bohaterów dziwnie… bezbarwne. Nie wiem, no ale serio, gdzie ona Nicci, przed którą każdy się kłaniał. Ja rozumiem przemianę, ale jajca jej wycięli, czy co? No weźcie. I Nathan. Rany Julek, jak bardzo chciałam mu przywalić… ale ona, malutka ona. Oj tak, dla niej warto. I dla tego zakończenia i obietnic…

Można spróbować.

Może się niekoniecznie spodobać.

Kubek herbaty i widok za oknem.

Jesienny deszcz zacina cudownie, człek opatula się w koc, czuje jak ona mokrość pozostaje gdzieś tam na zewnątrz, morze dziwnie zszarzało, niebo się z nim połączyło, zieleń jakoś widać wciąż, dziwnie może nie neonowo, ale jednak… i to zaorane pole, wilgotne, połyskujące na krawędziach odrzuconych bruzd…

Wiecie.

Praca.

Doprawdy moje jestestwo nie rozumie jak ludzie z niesamowitymi widokami za oknem są w stanie pracować. Serio!!! Znaczy pewno, oczy dobie, łapy atają po tej klawiaturze, ale jednak czasem trzeba oderwać wzrok, ale te krzaki z krwisotczerwonym kwieciem się poruszają i wrony i mewy i wróble i sarny…

Kurde no, zoolog, czy co?

I tak sobie myślę, dlaczego ludzie wybierają oną miniaturowość w swoim życiu? Wiecie, sama mieszkałam na kilku metrach kwadratowych w akademiku z dwoma współkujonkami, ale jednak pamiętam dobrze ten ścisk, brak prywatności. Podobnie w bloku, choć trochę więcej miejsca, wciąż jednak klatka, dopiero tutaj…

Dopiero teraz…

Media lansują minimalistyczne życie – ubaw po pachy, bo artykuły mieszczą się obok najnowszych Szanelów czy innych Wittonów, ale jednak… czy naprawdę chcecie się dusić? Szczerze? Te mikroprysznice? Nie żebym zażyła kąpieli w solach pachnących i tak dalej jakoś od nastu lat, ale jednak, no weźcie no… serio? Wmawiacie ludziom, że ciasno jest super? Bez widoków, bez oddechu…

… bez siebie…

Na Wyspie każdy z przyjezdnych zawsze pyta, wciąż i wciąż, czy nie dopada mnie klaustrofobia. Nie, wprost odwrotnie. Wiem gdzie jestem, mam ograniczoną może ziemię, ale nieboskłon, widok z górki, morza, może i człek nie Jezus i nie pójdzie do Szwecji, ale jednak… ma miejsce. Ma go wielką ilość. Kaustrofobia to duże miasta, które większość z was by pewno wyśmiała. Na przykład one w Szwecji, które raczej nie przypominają New Yorku.

Ściśnięcie domostw to już brak oddechu, brak widoku na wodę, to samo… niewidzenie pól, drzew, mew… wiecie, wrony brak na dachu, od razu panika.

I tak, po raz pierwszy w życiu mam dom.

Dom, który ma więcej niż jeden pokój i łazienkę, w której można się położyć i jeszcze styknie miejsca na kibelek. I nagle, nagle człek sobie uświadamia, chodząc tak i wciaż niedowierzając, że kurna cały czas ktoś wmawiał mu, ze domem ma zwać klatki. A jak odpowiadał, iż to nie jest dom, nie taki prawdziwy, to się wielce obrażali, bo podobno dom jest tam, gdzie jesteś i inne tam bzdety.

Nie.

Dom jest tam, gdzie czujesz się w domu.

Względnie bezpieczny, schowany.

Gdzie masz swoje roślinki, swoje rzeczy i możliwość malowania ścian nocą. I kremowania dupy po prysznicu gdzie się chce. I jeszcze możliwość wydawania z siebie jakiegoś dźwięku bez obawy, że ten z góry zatupie.

Albo, że on znowu będzie cebulę smażył.

A tak w ogóle, Wyspa słynie z cebulowych dań, serio. Przejdźcie się po zamieszkały cały rok miejscach i poczujecie ów cebulany aromat. Hihihi!!! Serio. Cebula musi być, inaczej chyba obywatelstwo odbierają, czy co… Może za lakrids to nie, bo wiecie, niezdrowy i tak dalej, ale jednak cebula, musi być!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieubogi Mister… została wyłączona

Pan Tealight i Przestrojna…

„Była taka, no naprawdę.

Wiecie.

Przestrojona, przemetkowana, okapująca pozłotkiem, sreberkiem i kamyczkami łyskająca, mrugająca cekinami, przyklejonymi gdzie się dało, odbijająca i wszelako waląca światłem niczym jakaś rąbana latarnia morska na zapomnianych morzach, którymi nikt nie pływał, a która chciała onej odrobiny, wiecie, odrobiny tylko, mikroskopijnej może nie, większej trochę, no weź dołóż no, co skąpisz… wszelakiego zainteresowania. No kurna no, pierniczonej atencji!!!

W końcu była kobietą!!!

Należało się jej!!!

W końcu była Przestrojną.

Ostatnią taką z rodziny. I jakoś wychodziło na to, że raczej po niej już nikogo takiego nie będzie. Zlepku sroki, wrony, wścibskiej baby, oczojebnej biżuterii, cepeliowskiej zabawy i makijaży dziouszek z zespołu Mazowsze.

Oj tak!

I jeszcze tego połysku wschodu i zachodu słońca.

I tych wszystkich folii, którymi zdobiono ikony, bo w końcu Przestrojna nie znaczy Grzeszna w jej świecie. I jeszcze diamentowa, kryształkowa, odpowiednio szlifowana, wszelako namaszczana, odblaskowa, na pewno widoczna nawet jeśli żadne światło na nią nie padało, bo w końcu je absorbowała, by nigdy nie stracić tego, co dla niej było doprawdy najważniejsze!!!

Najbardziej pożądane.

Tylko… po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada

Deszcz uderza, wali, morze szumi w niedalekkiej oddali, a mi się kurna aż rymuje od tej całej muzyki w powietrzu, za oknem, bo przecież tutaj jestem. W środku, w domu, ucząc się jak to jest, gdy za oknem są ino kwiaty, wciąż jeszcze kwitnące, krzewy wszelkao zmieniające barwę liści, a potem, za drogą, wąską dość…

Pole.

A w nocy to zero stopni było!!!

A wiecie, u nas to się nie zdarza często. Wprost przeciwnie. A na dodatek jeszcze w październiku!!! Serio? No nigdy. Ale nic to, bo się w ciągu dnia ociepla i pada. I leje i czasem mocniej, nawet pozacina…

Dobrze, że przynajmniej one powiewy odwołali, chociaż, jak znam to miejsce, to i tak u nas powieje jak będzie chciało. Ale na razie pada. I zapowiadają więcej padania Oby ino liście się na drzewach utrzymały, bo Almindingen zaczyna się już tak cudownie złocić, czerwienić i żółcić. No po prostu mega jest!!!

Ale to jeazcze nie ten czas.

Jeszcze chwila… może jednak w tym roku uda się nam jakaś ta wyspowa jesień. Wiecie, ta taka pełna, bogata, liściasta, wszelako słoneczna i zdjęciowa.

Może?

No weźcie, no.

Tak dawno takiej nie mieliśmy. Raz spaliło drzewa, potem był ten wiatr, a teraz, nie dość, że wszystko na razie wciąż jeszcze na gałęziach dynda, to jednakowoż wciąż zieonkawo, choć to już ona zieleń się spiesząca ku odejściu. Zieleń przemijań i gnicia wstępnego, to jednak… chcę jesieni!

A tu nawet o kasztany trudno!!!

Ale jesień.

I pada.

Jednak ludzie wciąż tutaj są… wciąż jest ich tak wiele. Wciąż jeszcze nie ma tej cudownej pustki, jakiegoś odpoczynku. Co będzie, jeśli naprawdę ludzie nie będą tutaj mogi być sobą. Wiecie, spokojnie iść w plener ze sztalugami, jakoś tak robić zdjęcia, nie martwić się, nie bać się, nie czuć się oskarżonymi, wycenionymi…

Znowu ubierać stare ciuchy…

Znowu być sobą, wiecie, jak dawniej…

Nie wiem, ale te zmiany zaczynają serio kiepsko oddziaływać na wszystkich. Ludzie się wkurzają, drą jedno na drugiego, jakoś tak, no po prostu, zwyczajnie przejmują nawyki Turyścizny, albo… znikają…

Tylu artystów zniknęło.

Pewno, że to miejsce zaintryguje innych. Oczywiście, że tak, ale czy przetrzymają rok, a po trzech się nie załamią? Wyrysowałam linię życia tych opętanych przez Wyspę. Składa się z 3 punktów podstawowych, a trzeci rozbity jest na te same etapy, jak rozpisane są w przypadku zwykłej, ludzkiej żałoby.

Ale…

Jesień jest.

I pada. I świeci słońce i jeszcze wieje i ogólnie, wsio w tym samym momencie. I jeszcze dowali takim powiewem i jeszcze…

Ale…

Jesień jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przestrojna… została wyłączona

Pan Tealight i Inny Pan Tealight…

„Był inny, ale jednak wciąż on.

Niby odbicie w lustrze, ale takim lustrze starawym, miejscami spękanym, srebrzystym, mocno może i zniekształcającym i rysy twarzy, i wiecie, te kształty wszelakie i dorzucającym kolczyki… eee?

Co?

Nie wierzył, ale jednak, gdy przeszedł się z Wiedźmą do sklepu, jakoś tak spojrzał na oną wyrzezaną gdzieś tam figurkę i nagle, dotykając metalowych kółeczek w jej uszach, jakoś tak poczuł coś, coś, co było już dawno za nim, coś, co naprawdę mocno tkwiło w nim schowane, ale jednak wciąż jeszcze było tam…

Pod oną szarością.

Ale figurka, tak, nie było w niej nic z szarości.

Kompletnie.

Było tylko drewno, dziwnie stare, choć przecież nie był to antyk, ale jednak, ten zapach, to uczucie gładkości, te wszelakie oporności w kształcie ramion i odnóży… ale ona wiedziała, że to on i on to wiedział.

Zostawił one wspomnienie siebie, by za 30 koron trafiło do czyjegoś świata, a może nie… może po ich wizycie zwyczajnie zniknęła… I nie dlatego, że ją zajumali, no błagam, odrobinę wiary!!!

No choć oną odrobinę…

Po prostu może… nigdy jej tam nie było.

Tylko wizja… Przedwiecznego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dynie sprowadzili do miast.

Podobno ku uciesze gawiedzi ponad 4 tysiące? Albo coś w ten deseń. Siedzę w Nexoe i nadziwić się im nie mogę. Znaczy wiecie, no onym dyniom. Kiedy to ludziom odbiło tak na ich punkcie? Tak serio?

Kiedy?

Nie no, oczywiście, że stara jestem i pamiętam czas przed, ale pamiętam też czas po… wciąż nie kumam dlaczego USAowianie płacą bachorom za kostiumy kupione w sieciówkach i na dodatek muszą wszystkim otwierać drzwi. No nie wiem, ale horrorów nie oglądali, czy co… serio, szczególnie w dzisiejszych czasach. Tutaj od nastu lat już zaleca się zamykanie drwi, wyjmowanie z nich kluczy – wiecie, z drugiej strony, by złodziej nie wybił szybki i se nie przekręcił…

A jednak tam, w świecie dostępności broni wszelakiej, może oni zwczyajnie strzelają, a otem nie pytają? Nie wiem. Ale, co tam. Może zwyczajnie jestem z innego świata? A może w tym miejscu ona komercyjność mnie raczej gryzie? No co, innych gryzą przedwczesne święta… z miejsca mówię, że chodzi mi wyłącznie o grudzień, innych nie uznaję – a mnie mogą gryźć te rąbane dynie.

No serio…

Przecież oni nawet ich potem normalnie nie wywalają na kompost czy do lasu. Serio…. wsio się rozkłada, smrodzi i leci w śmietniki. Bo u nas ekologia taka pisana raczej palcem po wodzie i to tej niespokojnej bardzo. I jeszcze, one takie mega pędzone są, to wiedzą wszyscy, więc no naprawdę… trzeba? Pewno, że kolory mają cudowne i jest kilka gospodarstw, które robią je normalnie i to w różnych kształtach, ale…

… sprowadzanie ich?

Serio?

Czy my nie moglibyśmy włączyć czegoś duńskiego do tej amerykańskości? Nie wiem, może choć zombie o vikińskich rysach?

Hmmm?

Wieści…

Wielkie wieści.

Wieść gminna niesie, że umieścili nas na drugim miejscu w jakiejś tam szemranej broszurce na wiecie, najlepsze miejsce wakacyjne.

I oczywiście od razu wszyscy dumni, jakby to oni tych z Turyścizny doprowadzali tutaj i dopieszczali i nieuciekali w inne miejsca i tak dalej… ale też na szczęście pojawili się ci, którzy mądrze zauważyli – w mediach społecznościowych oczywista, bo gdzież indziej teraz dysputy się toczą – że może wartałoby zrobić coś z niszczejącą siecią i campingów i zamykanymi kanjpami, plajtującymi sklepami i wynoszącymi się artystami, którzy skopani zostali ostatnio nazbyt mocno, ze mną włącznie…

Ale, najśmieszniejsze jest to, że wyróżnienie, zwane też drugim miejsem zostało przyznane przez jakieś amerykańskie Readers ´ Choice Award 2019… co trudno wygooglać, ale sobie istnieje i któremu, przyznaję, nie wierzę. Dlaczego? Bo pamiętam kampanię, którą przeprowadzono między mieszkańcami Stanów ostatnio skonfundowanych i ile za nią zapłaciliśmy.

Nie oszukujcie się nigdy, że to z czyjejś innej kieszeni, nie…

Za wszystko płacą zawsze mieszkańcy.

Podatki znowu pójdą pod niebiosa… tia. No więc jest sobie to drugie miejsce, ale jak się wczytacie, jest to drugie miejsce w kategorii wysp europejskich… no offence, ale raczej wybór nie jest aż tak wielki. Chorwacja na pierwszym, bo przecież logiczne. My na drugim, podejrzewam że to przypadkowość finansowa… czy nam to wyjdzie na dobre? Wiem jedno. Lasów ściętych, zniszczonych miejsc zielonych, skradzionych wydm i tym podobnych jest nazbyt wiele. Ekosystem tego miejsca naprawdę nie uniesie więcej i tak… wolę rowerzystów od bikerów.

Bez urazy, ale przynajmniej normalniej jakoś z nimi…

Natura się wali…

Wyspa przechodzi ogromne zmiany, których chyba ktoś nie zauważył, i którym bestialsko dopomógł, więc… nie, nie cieszy mnie to. Bo maluczcy, wystawiani jak małpy w zoologu nie zarobią na tym. Wielcy zarabiają zawsze, więc…

Ogólnie, smutno tu ostatnio.

Nawet z oną pomarańczowością dyń.

A może to one oną smutność tak wypuklają?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inny Pan Tealight… została wyłączona

Pan Tealight i Pomocnik…

„Nie prosiła o niego.

Nie wystawiała ogłoszenia, nie krzyczała, nie składała ofiary z dziewicy, naprawdę… nie chciała, nie potrzebowała, a może… tylko się jej tak zdawało?

Hmmm…

Czyżby zaczynała w siebie wątpić?

Może i zaczynała.

Ostatnio zbyt wiele światów ładowało się do tego, co większość zwała oczywistością, opisywała jako realność i jakoś tak Wiedźma Wrona się w tym wszystkim gubiła. Ale milczała. Bo przecie lepiej tak zwanym „normalnym” nie mówić, że to chyba jednak może być inaczej, iż istnieje równanie, siła wyższa, tudzież wszelaka fizyczność… wiecie, milczenia ci zwani wariatami, lub li ino innymi, uczą się dość szybko. Ona też dość szybko to pojęła.

Choć i nacięła się kilka razy, ale…

Żeby od razu pomocnik?

Mały, brązowy miś w wielkich, czarnych skarpetkach z szarą wstawką, paseczkami, a całą resztą zwyczajnie misiową, krągłym ogonkiem, i że niby on ma jej jakoś pomóc? I jakoś no, wiecie, zwyczajnie tak za nią decydować?

O co, to nie!!!

Ale się pojawił.

Jak sporo spraw i rzeczy ostatnio więc durnie było, głupio, niezręcznie całkowicie, no wygnać go na wnietrzny świat.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze.

O tak, morze jesienne już.

Po pierwsze trawy. Wiecie, one długie, średnie i mniejsze, całkiem malutkie. No widzicie, wcześniej one przechodziły oną transformację od żółtkowozielonych, potem neonem waliły, a teraz brązowieją. Ale one brązowieją mega. No serio. Po prostu mega i na full wypas, w karmele idą.

I robią to super!!!

No i te trawy tak się kłaniają falom i się podnoszą, kłaniają i podnoszą. Jakby kurde chodziło im wyłącznie o oną własną szczupłą linię. Wiecie, maksymalne dosportowanie! Wieczny fit! Ale kolorek łapią dopiero po wszystkich, jakby wiedziały, że ten cały brąz z ludzi już złazi, ale na nich… no właśnie, na nich dopiero teraz zabłyśnie i porazi one ludzkie, chciwe oczęta i oczywiście… będą zazdrościć. Mega będą zazdrościć. I o to trawom chodzi. A co, jak mogą to sobie poszaleją z opalenizną.

No i po prostu piękne są te trawy.

Rzadko nieruchawe w onej morskiej ciągłości drgań, wszelakich falowań i wietrznych lub niewiertrznych przymuszań do ruchu. Bo przecież i pogoda, w znaczeniu mocno temperaturowym, się zrobiła taka niskawa.

6 stopni w październiku to się nie zdarza często.

Oj nie, nie tutaj, a jednak jest.

Ludziska podkręcają ogrzewanie, ludzie szukają czapek i rękawiczek. Ale nie ma boja, znowu ma podskoczyć do 15tu, więc nie będzie jeszcze zimy, za to ferie dyniowe a pewno. Bo w końcu chyba należałoby zmienić tę dziwną nazwę onych ziemniaczanych holidejsów. Znaczy tam wolnego w szkole…

Kto tam pyry zbiera…

Dynie władają.

Po drugie wodorosty i meduzy, które wypełzły były…

Przyznaję, że poszukuję je jak jakieś połączenie zwyczajowego szaleńca z obesyjno kompulsywną babskością, która seryjnie chce sobie udowodnić, bo świat to ma już gdzieś, albo ino tak sobie tłumaczy… że może zrobić takie zdjęcie, że po prostu świat się pokłoni, niebiosa roztworzą, piekła też, bo czemu nie, równouprawnienie jest, polityczne poprawności i tak dalej, więc…

… no zwyczajnie chcę…

… muszę…

Muszę złapać one pięknie mokre kamyczki, kolorowe i barwne, na nich zielona sałatka, neonowa taka, paskowana, i na to brunatnice, czy inne tam czary mary zasadniczo wodnorostowe… które nagle przybrały barwę najszlachetniejszego z burgundów. I wyobraźcie sobie te meduzy na nich, pod nimi, obok nich i tak dalej.

No po prostu baja!!!

Nierealna…

Ona dziwna galaretowatość, sporadycznie widoczne te wszelkie kwiatkowości różowate i purpurowe czasem… ten okrąg, niby inplant, a jednak może coś z kosmosu… Oczywiście świeże wszelako. Oczywiście. No inne to już wiecie, nie taki efekt, nie… tylko te tak odbijają wszystko, tak zbierają drobinki piasku, tak bardzo są idealne. Tak bardzo nietutejsze się zdają. Tak bardzo… przerażają mnie i fascynują zarazem.

Nie mogę ich ominąć.

Po prostu muszę robić te zdjęcia, jakby mnie wołały, krzyczały, że ta ich śmierć, ona cielesność, która zaraz zniknie, zeschnie, spłaszczy się, musi zostać pokazana. Musi być na coś. Ma być sztuką.

Pragnie nią być… choć dla mnie już jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomocnik… została wyłączona

Pan Tealight i Najeźdźcy…

„Przybyli.

Wyglądając groźnie, z wielkimi, metalowymi statkami, z dziwną światłością, burzeniem horyzontalnej czystości i minimalizmu. Z tą srebrzystością, maskowaniem, maciupkimi bojami porozrzucanymi dookoła…

Z onym złudzeniem, że są tutaj, tak blisko, a przecież wcale ich tutaj nie było, byli daleko, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała… wiedziała lepiej. I choć nie widziała, widziała więcej. I była pewna, że to znowu nie jest dobry znak. I to na dodatek kolejny takowy.

Ale co mieli zrobić.

W końcu oni tylko ćwiczyli.

Jakby można było ćwiczyć sobie ot tak zabijanie. Ot tak planowanie niszczenia krajów, światów, zabawy z bronią, dźwięki wszelakie, oddziaływanie na ludzi… może i ptaki nie spadały z niebios, ale jednak wrony były niespokojne, a jak one były niespokojne, więc i podenerwowaną była Wiedźma Wrona. Wiedźma nader szczodrze ostatnio karmiąca wrony, które szeptały jej do uszu dźwięczących kolczykami historie…

Historie z wielkich, metalowych statków.

I pontonów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziwna pogoda” – … opowiadania. Specyficzne opowiadania. A raczej nowele… trochę dłuższe, głębsze, zawsze z przekazem. Ale ja tak bardzo chciałam powieść.

Tak wiem, moja wina, nie doczytałam i tyle.

A autora cenię i uwielbiam, więc… tak szczerze, nie żałuję. Bo to pióro, te osobowości, one historie… oj, tak bardzo by się chciało by były dłuższe, by były bardziej rozwinięte, by były ze mną na więcej. Więcej czasu, więcej chwil, więcej, po prostu więcej. Bo bez urazy, lubię nowele, opowiadania też, ale jednak wolę dłużej i więcej.

Rozmiar ma znaczenie.

Na szczęście książka znowu jest przyjemną cegłą, grubą, pięknie wydaną, więc wiecie, choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak wciąż warto. Warto poczytać dobre pisanie, choć niektóre pomysły mogą się wam wydać znajome. Ale przecież niektóre myśli ujęte w lekko inne ramy mogą odkryć przed nami inne strony… człowieczeństwa.

Bo autor znowu czepia się człowieczeństwa.

I dobrze!

Jemu to wychodzi niesamowicie!

Kudosy też dla tłumacza!!!

No dobra, walę to!

Ktoś zepsuł mi horyzont!!!

Serio! Nie dość, że manewry, to jeszcze na dodatek niemiecka bandera tak wielka, że w cholerę brzoza ma tło dziwne. Wiecie, ta brzoza, co to kiedyś stała mi przed oknem, a teraz jakoś tak w oddali mruga z falami, no i onymi wojskowymi shipami. I jeszcze ci nurkowie. Dziwne plamki na niebieskości.

Tylko te ich pontony i boje pomarańczowe.

Niby człek wie, że przecież to tylko ćwiczenia i takie tam, ale jakoś coś w powietrzu wisi i nie dynda nawet. A wietrznie dość było przez czas jakiś. Nawet znowu popadało, nawet znowu coś pociemniało, nawet jest ta jesień, ale wciąż nie dostałam takiego dnia pełnego onej ponurej jesienności.

Wiecie… co kto lubi.

LOL

Ja czekam na mroczne wieczory, poszumy deszczów, one zielenie odmieniające się, bo co jak co, ale na razie się lenią. Lenią się tak bardzo, że olewamy wszelkie ostatnie imprezy jesienne tutaj, za kilka dni zaczyna się czas ferii, wię wsio zmienia się w Halloween, a potem już Jul i koniec roku i znowu człek nie wie…

… gdzie ten czas zleciał.

Odleciał może?

Na wakacje poleciał?

Nie wiem, ale jest to wkurzające! Czas zdaje się być czymś, czego już nawet nie można ogarnąć. Niby mamy technikę, mamy zegarki, kalendarze, ale to wszystko pędzi tak szybko, że nie daje się siebie przemyśleć.

Choć to może i dobrze?

Tylko te statki…

Może w rzeczywistości to ich wina, że czas tak pędzi? Może to one coś kombinują z continuum? Albo gorzej, zapomnieli to zrobić? A może coś pokręcili z jakimiś liniami magicznymi, a może Syrenice się wkurzyły, a może…

Można serio kombinować z teoriami, ale prawda jest jedna. Nagle przymuszają człowieka do niemarnowania niczego. Ni oddechu, ni chwili na drzemkę, nie, ciągle coś rób, twórz, bądź… żadnej celebracji naprawdę, a jak już, to chwila tylko no i koniecznie na pełny regulator, a ja… ja się gubię.

Wiem jedno, farba się nie może zmarnować, więc w weekend malowanie. Jak się uda, to się uda, jak nie, kanał trochę. To w końcu już dwa miesiące w nowym domu. Nie, wciąż się nie przyzwyczaiłam, a z drugiej strony obydwoje czujemy się tutaj tak, jakbyśmy mieszkali tu od zawsze. Z drugiej strony, w tym miejscu żyjemy od tak dawna, że już nie pamiętam, a może nie chcę pamiętać przed…

… a może nawet zapominam, by nie cierpieć, tego co działo się w Mold Husie…

Wiecie, bo złe czasem dobrze zapomnieć, szczególnie jeśli nie można mu przypierdolić w ryj patelnią. Najlepiej ciężką, no i wiecie, taką odporną na plamy. I raczej jednorazową, bo już nic z nią nie zrobię. Będę się brzydzić, więc… jakby co, to czy ktoś chce używaną patelnię? Ino raz?

Pytam na zapas!

PS. W sprawie kupowania domu na Wyspie, powinnam napisać coś więcej, ale tak szczerze, to człek dziwnie się czuje. Wiecie, cała ta sprawa prawno-bankowo-pożyczkowa jest jak w innych miejscach. Tutaj przebiega szybciej, bo przecież ludzie się znają. I dlatego zalecamy wzięcie pośrednika, który, jak nasz, zna wszystkich. Oraz ich słabe i mocne strony, a jednocześnie zgrywa cichą myszkę. Genialna opcja. Co do danbolig’u… ech, z jednej storny uwielbiam szefa, ale koleś, który nam się trafił, typ kochanka starszych pań, wiecie, takiego, co każda babcia mu ciasto od razu piecze, był naprawdę kompletnie nieodpowiedzialny i niedoinformowany. A to jest niedopuszczalne. Błędy, który popełnił, to co się stało przy przejęciu domu, to co odkrywamy teraz… i to, że dziś przywlókł dupę z butelkami dwiema wina… ma na minus. Bo wiecie, z winem do mnie… ekhm. Research się robi. A co jakbym była AA?

Jakoś gluten to wielka sprawa, a coś tak równie istotnego nie?

Nie wiem… za to dom, wciąż czuję się tu jak na wakacjach, z których zapomniałam wyjechać. Z przerwami na robotę. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najeźdźcy… została wyłączona

Pan Tealight i Nowa Dziewica…

„Okay.

Dobra.

Rozumiała eksperymenty, ale właśnie w tę stronę? I to przez Mikołaje? Serio? Co to ma być? Nowa ofiara na Jul? No niby cztery kończyny ma, ale koślawa strasznie, zabiedzona i brzydka bardzo wybitnie. Ale miała cycki.

Serio je miała.

Wielkie.

I to sześć par, a może i więcej, bo ciuchy na sobie workowate miała, tylko rozchylone na środku, główkę schowaną częściowo pod kapturem niczym gotowy koszmar na Halloween. Nic z Samhain niezwiązanego… związanie tego ze świętem duchów i welonem się roztwierającym byłoby…

Abomination!

Obrzydliwością, wstrętem i wszelakim paskudztwem była, ale jednocześnie, dla Wiedźmy Wrony Pożartej i czymś… dziwnie znajomym. Czymś co już znała. Czymś, co chciała od siebie odseparować…

A potem zniknęła.

Jakby wiedzieli, że uczynili coś, czego nie powinni byli i po prostu, zwyczajnie, jakoś tak zamietli ją pod dywan. Jeszcze było widać pod nim wzgórek, ale malał on z każdym biciem serca. Czyjegoś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mglisty czas.

Deszczowy czas.

Kurna, jak tu wysuszyć pranie, jak na zewnątrz daszczka brak. Potrzebny nam carport. Niestety. Tak naprawdę potrzebne nam wiele rzeczy, ale ponieważ, niczym jacyć newledsi wpadamy w sroczy zachwyt nad widokiem, światłem, jasnością i przestrzenią – wynikającą z braku mebli, ale wiecie, jak żyło się kurcze w piwnicznym, wilgotnym zatłoczeniu, nagłe oddychanie na wzgórzu… jest zaskakująco overwhelming.

… więc na razie człek tak się żyje…

W życiu by nie pomyślał, iż problemem stanie się dla niego widok, a ten mamy awesome and amazing. Naprawdę. Na te pola, na te drzewa, na one dachy i morze przede wszystkim. I nagle… jak tu pracować? No jak? Bo to kurcze strasznie rozprasza. Tworzysz sobie historię w głowie, przenosisz ją klawiszkami w eter, a tu nagle coś przejeżdża, ptaszek przysiada na wciąż kwitnącej gałązce i…

… umarł w butach.

Gapisz się.

Pewno jest to tak, jak inni patrzą na TV, ale nie posiadam, nie oglądam, nudzi mnie, od razu bym chwyciła za książkę i w ogóle, więc… ale widok za oknem. Te zielenie bleknące, starzejące się… one pola lekko zaorane, niektóre wciąż zielone. One dachy, ta spokojność, czy niespokojność, trzy sarny w ogódku, skurczybyki moje drzewka młode zeżerają, ale jak je kurde jakoś tak wygnać.

No nie da się.

Nie… nie mogę.

Gapię się.

Nagle już nie klikam, a może i klikam, w końcu człek jakoś tak opanował oną prędkość podobno Kałasznikowa i wszelakie celowanie, no więc może moje palce dostają jakieś mózgi i same sobie piszą, a ja na morzu nagle zawieszam oko, a nawet i dwa… bo widzicei, pojawił się niemiecki jakiś tam okręt wojenny.

I kurna stoi tak…

I jakoś się nie rusza.

I to stoi już od kilku dni w jednym miejscu, nocą jaśnieje niczym rąbana choinka na morzu, za dnia, miejmy nadzieję, nie smrodzi nam do wody… naprawdę mam nadzieję, że kurcze nie nabrudzą.

Bo już dość tego zasyfiania Bałtyku!!!

Basta!!!

A potem sikorka i rudzik i pliszki… nie no, nie da się tak, w końcu i dłonie jakoś tak zawisają nad ciemnością klawiszków i już mam przerąbane i nagle łupie mnie w głowie i wiem, że wiatry nadchodzą większe jakieś i już… nie wiem, strach dziwny człeka czasem ogarnia jak tak wieje, a czasem nie, więc człek nie wie, który z wiatrów łupnie go w Wyspę i… no jakoś tak nie wiem…

Czy ten okręt się ino chowa, czy nie?

A może na coś czekają?

A może prowadzą tajne badania dna? Albo, co gorsza, to ryją nam już ten tajemny tunel wojskowymi, skradzionymi Ufokom mocami? Ekhm, no co, X Files kocham nadmiernie!!! Niestety. Lekkie, mocne tam, zboczenie i tyle.

PS. Tiger zamknięty. No tragedia na Wyspie. Może otworzą znowu po przeprowadzce jeszcze w tym roku, ale i może nie… nie wiem. Takie to dobijające, bo w końcu miejsc do kupienia czegoś tam mamy mało, więc… pewno, powiecie, że szajs, ale przyznam, że ramki mocniejsze mają niż te z IKEA.

Sprawdziłam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowa Dziewica… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana Niewinność…

„Całkiem zapomniana, właściwie nawet i porzucona, przyczołgała się ze zdartymi kolanami, kucykami, uśmiechem lekko szczerbatym… ale wiecie, zgaszonym takim. Choć naprawdę się starała, w onej wychudzonej dziewczynce z kokardkami w kropeczki czerwone, z fartuszkiem do nich pasującym, z uszami nieprzekłutymi, ale ozdobionymi zwiędłą stokrotką…

W tych łokciach wystających i policzkach pucatych dziwnie, przeczących chudości całego ciała. W resztkach koronki i inicjałach A. A., które zdobiły chusteczkę do nosa z wyrysowaną na środku żółtą kaczuszką, rzeczką i drzewkiem…

W tych malutkich stopach nagich, nawet nie obutych w łapcie jakieś, jakby pogubiła je gdzieś i nie chciała już po nie wracać. W tym prostym, srebrnym łańcuszku na szyi z czerwoniutką truskaweczką i lalką, która jako jedyny element byla opakowana miejscami w papier pakowy. Przewiązana sznureczkami, na kokardkę plątanymi… ino główkę jej było, szmacince, widać.

W tym wszystkim nie dało się zobaczyć ni ponad oną niewinność.

Zapomniana Niewinność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w mieście wciąż ludzie.

Wydawałoby się, że gdy się ochłodzi, to będzie ich mniej, ale nie, wciaż jeszcze są. Znowu jakiś osobnik, do którego nawet się nie zbliżyłam obkrzyczał mnie coby mu zdjęć nie robić, a potem molestował słownie, dzięki czemu zwiększę sobie ilość barbiituranów i znowu nie będę wychodzić z domu, a może…

Bo ostatnio jest źle.

Niby człek zawsze był psychiczny, ale to tutaj uciekł, bo ludzie mieli być podobni, bo mieli rozumieć i tak dalej, ale wiecie, wszędzie ludzie to ludzie. Zuo i ból wszelaki. Nawet jak starasz się ich unikać, uciekssz przed nimi, to jakoś tak, jakoś tak i tak jakoś cię dopadną. I sprawią, że poczujesz się gównem.

A może tylko ja tak mam?

Kiedyś mnie policja poinformowała, podpierając się badaniami psychologicznymi, że zwyczajnie jestem taki typ. Chłopiec do bicia i tyle. Mam cierpieć. Wiecie co, gryźcie się w dupę!!! I tyle. Wyjdę znowu i znowu pewno oberwę i będę głośniej śpiewać i jeszcze bardziej się od wszystkich odsuwać, a może…

Może czas znaleźć inną wyspę?

Bo to miejsce zaczyna się zmieniać… i to w bardzo złą stronę. Jakoś tak, jeszcze bardziej, może jednak… może trzeba? Ale gdzie, co i jak?

Jak?

Nawet już nie wiem, czy wciąż kocham to miejsce, a było to coś, czego byłam naprawdę pewna. Za bardzo mnie skopano i sponiewierano. A może… a może tylko tak bzduram, wiecie, psyche spaprana, więc wymyśla co jej się tam chce. Co jej tam płyny i soki na myśl przyniosą… może to to?

A może…

Nie.

Agresywność ludzi, którą można obserwować na tak niewielkiej przestrzeni, w tak odmiennych stanach ich świadomości, na takiej przestrzeni czasu, to doprawdy materiał na doktorat. Albo i dwa.

Czy trzy nawet…

Co tam, habilitację się od razu walnie!!!

A przecież, przecież człek powinien odczuwać szczęśliwość… czy coś w ten deseń. No dobra, nie umiem być szczęśliwa, ale choć jakaś radosność, czy coś? W końcu jesień jest, dni czasem nawet są mroczne i szare. Milusie, że nic tylko się w nie wtulić, nawet deszczu trochę popadało, więc wiecie, to jest to.

Mój czas.

W końcu słońce bawi się z mgłami tak magicznie, liście się zmieniają, ale wciąż są ludzie. Rzucający się na ciebie bez powodu. Bo przecież widać teraz coś takiego jak przestrzeń osobista nie istnieje, czyż nie?

Winię za to intetnety…

Rozbestwiły ludzi i wydaje się im, że serio wyglądają jak na onych wyfotoszopowanych, przefiltrowanych fotkach i pierdolą onymi nibymądrymi sentencjami. Niczym jakieś Kwaczki z Kwaczkerskiego Zakonu Przemądrych Kwaczek. Naprawdę. Każdy teraz od razu poeta, artyzm wielki, dowcip, wszelakie dobrodziejstwo dla ciebie… i plasterek i modlitwa i jeszcze na dokładkę dieta, która sprawi, że przestanie cię tak kosmicznie wzdymać.

Czy też wydymać…

Ale te mgły jesienne.

Muszę je złapać aparatem i żaden arabskiego pochodzenia koleś z dziwną łódką, co to rości sobie prawa do zagłuszania mej spokojności mnie nie powstrzyma. Nie dam się brodaczom. Tym golonym też się nie dam!!!

Pieprzcie się!!!

Ale już najbardziej mnie wkurza, że chcą mnie pouczać o szkodliwości telefonów i tak dalej… mnie, człeka bez telefonu. Wielce to podobno teraz modne, nawet tutaj. Wiecie, mieć telefon bez intenetu, jeszcze dodatkowo nie mieć mediów społecznościowych i oczywiście głośno wszędzie o tym świat informować.

Buahahaaaa… co wy wiecie o życiu bez pipkania, cieniasy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana Niewinność… została wyłączona

Pan Tealight i Nietraktor…

„Nie był traktorem, więc… go nie pokochali.

Ale orał, więc go znosili.

Kim był?

Koniem. Koniem na rąbanej wystawie starych, śmierdzących traktorów, które postanowiły sobie poorać jeszcze raz. Udowodnić innym, że mogą. Że jeszcze wciąż coś w nich gra, że nawet tego, czy tamtego odmalowano… niewielkie, w porównaniu z tymi modernymi i wszelako szpanerskimi, wprost krasnale.

Staruszki z kierowcami o laseczkach, z wyziewami zdolnymi pokonać każde płucka, a jednak… jakieś takie z duszą, niczym małe szczeniaczki, niczym smrodliwe bobaski wszelkiej zwierzyny. No wiecie, to coś, co jest takie, że zabić tego się nie da. Że po prostu nie można, że… a jednak…

Tak bardzo nieekologiczne.

Smrodzące i głośne.

A on… on zaorał przyznany mu kawałek, ciągnąc za sobą i człowieka i ustrojstwo, i jakoś tak, po prostu stał potem, w lekkiej oddali, mając dość naprawdę tych hałasów, wszelkiej pobudliwości. I jadł sobie trawę. Bo wiecie, to go napędzało, a tam jeszcze były stokrotki, trochę pokrzywy i mięta nawet!

Nietraktor.

Niewystawowy.

Dziwnie niewidoczny… ale jak kurna zostawi po sobie co i nieco tam gdzie te krzesełka jury rozstawione, to na pewno by go zauważyli, jednak…

… po co.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze…

Nawet jak cuchnie to piękne.

Tak to już jest, że morze czasem nie pachnie… eee, no wiecie, onymi morskimi różami, a raczej moze pachnie właśnie nimi, ino przetrawionymi, lekko się już na brzegu rozkładającymi, nie brązowymi żółtawymi z plamkami czerwieni, ale szarymi, zakrytymi piaskiem… no wiecie, smrodliwe to strasznie.

A i tak pachnie.

Bo to przecież morze. Coś, co po prostu trzeba czuć, słyszeć i widzieć i wszytsko najlepiej jednocześnie. Czasem oczywiście można zamknąć oczy, ale nic to, czasem można próbować zamnknąć uszy, ale się nie da. Albo i nos można, choć nie, ten smrodek przetacza się przez człowieka i w nim zostaje, a jednak… a jednak jest okay. Jest normalny, naturalny i jak kilka fal przebiegnie, to wiecie…

Zniknie.

I tyle.

W życiu są smrodliwe sprawy, ale czasem dobrze przywołać falę, może i wysoką, wielką, może i ogromną, żeby, wiecie, żeby po prostu pozbyć się zapachu.

A morze teraz, jeśli niesmrodliwe się wam trafi, to jest jesienne. Najpiękniejsze. Czyste wody, w nich one brunatnice i inne porosty, algi, wodorosty, jakkolwiek to nazwiecie, kolory. Wzburzenia fal większych lub bardzo mniejszych. I jeszcze są te patyczki wyrastające z wody i terenów podmokłych, które tracą swoją zielonkawość i bawią się w żółcienie, brązy i czerwienie. Takie to wsio na tle błękitnego nieba i niebieskości morskich, wciąż zmiennych, szaleńczych, zaskakujących…

… piękne.

Po prostu piękne.

Tym razem może Dueodde?

Dawno nas tu nie było. Ludzi wciąż trochę jest, ale jednak to już nie czas leżakowania, a woda, chociaż temperaturkę da się wytrzymać, to jednak, wiecie, ten smrodek. No nie da się. Tutaj akurat rzadko wyrzuca takie ilości zielska i sporadycznie można je przyłapać leżące tak długo, ale jednak.

Tym razem nam się udało.

Najpierw jednak.

Trzeba było przejść się po onym nowym pomoście, który teraz dochodzi daej, miejscami jest kompletnie nieprzejezdny, a na dodatek, ku mojemu zadowoleniu… zarósł. Serio. Brzózki po bokach stworzyły niezły szpaler przez oną suszę. I wiecie co, super to jest, ale pewno nie przetrwa długo.

Już słyszę piły…

Ale na razie mamy oto najpiękniejszy dowód na to, że przyroda ma gdzieś to co Polacy wrzucili nam do wody, ona sobie wzrasta.

Bo co ma innego robić?

W końcu najwyższym nakazem wszelakiej biologii jest rozwój, rozmnażanie i produkcja większej ilości ziarenek, zasiedlanie, mnożenie, by było więcej ich, więcej i jeszcze więcej. A co… taki zapis genetyczny.

Normalność…

Dueodde ma to do siebie, że jest płaskie. W lecie zwię je patelnią, bo wiadomo, nie dość, że piachu tyle i poza wydmami przepięknymi ino płaski, cudownie miękki podkład, to jeszcze woda, by się zanurzyć, zmusza nas do przemierzenia połowy kilometra nim da się popływać. Ale co dla kogo. Na pewno to miejsce dla młodszych.

Czy dla mnie, nie wiem, przeraża mnie czasem.

Niezależnie od zapachów i fal.

Ale i fascynuje.

No nie dogodzisz kobiecie no!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nietraktor… została wyłączona

Pan Tealight i Golas Ubrany…

„Widzicie bo on chciał.

No naprawdę!!!

Bardzo chciał, ale jakoś tak… naprawdę wewnętrznie to czuł, ale… no jakoś nie do końca mógł. A i pogoda się wiedzie, zjesienniła. Wszystko się schłodziło, no i to spojrzenie tej wiedźmy. Co to patrzyła na niego, jakby wiedziała, ale jednak na razie decydowała się milcześ i tyle. Ale na pewno, jak najbardziej miała zamiar kiedyś wykorzystać to przeciwko niemu…

A może jednak nie?

Nie wiedział.

Nie mógł być pewien!

Ale jednak, czyż nie powinien był zwyczajnie, w końcu otworzyć się na świat? Przecież to nie było nic złego, zresztą i tak nie wychodził z domu, więc… kto komu i jak? Czasem ot ino do ogródka, bo buraczki i cebulki, no i oczywiście jeszcze te kapustki, i brukselki trza było przecież plewić.

Nie mogły zarastać.

Najbardziej kochał te po pierwszych przymrozkach, choć te na Wyspie rzadko się zdarzały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Traktory i morze…

Te strajki klimatyczne… nie wiem, ale kompletnie nie rozumiem. Jak w ogóle można strajkować w takim temacie? Można napisać coś do przedstawiciela w parlamencie, można okupować dziwne fabryki, protestować w miejscach frackingu… ale przecież to nie jest coś, czym pochwalicie się w mediach społecznościowych, co nie? Nie, to robią starsze panie. To one starają się powstrzymać koparki i inne maszyny, to one są ściągane z dróg przez dziwnie zawstydzonych policjantów…

… popatrzcie, co dzieje się w UK.

Ale strajk klimatyczny?

Wielkie spotkanie by pomachać flagami, papierem, by pośmiecić… i co z tego? Nie lepiej zamiast wciąż kupować nowe ciuchy i telefony dosadzić drzew? Pokażcie swoje ogródki przydomowe, bo przecież wiem, że tutaj, na Wyspie, wielu z was je ma, ale nikt w nich nic nie robi, co nie? No przecież, młodzież, dzieci… nie mogą pracować. Ale strajk, oj pewnie. Jak to fajnie brzmi!!! Ja strajkowałam by studiów nam nie zrobili płatnych, ale wiecie, to było w czasach troglodytów i słoni na trąbach, na różowych trycyklach, jeżdżących, więc… kto tam pamięta one czasy?

Nikt…

Wtedy sadziliśmy drzewa, lasy całe, no i zbieraliśmy kamienie i ziemniaki z pól. Tia, dawne czasy. Bardzo dawne. Ale strajk to mniej potu. No i paznokcie na pewno się nie połamią. Serio… Czy jestem przeciwna młodym krzyczącym, że źle jest, nie. Ale nie rozumiem dlaczego krzyczą, a potem sterczą pod sklepem po kolejne buty dziwnego osbinka co jest Jezusem i chce być prezydentem.

Trudno to połączyć…

Trudno też połączyć wielką zbiórkę w Danii na rzecz sadzenia drzew oraz wycięte drzewa w okolicy, czy właśnie… traktory. Stare, śmierdzące traktory ze starszymi panami pod moimi oknami, biorące udział w hygge oraniu.

Tia, dosłownie.

Taki smrodliwy wyczyn zafundowano nam w Melsted.

Na wielkim polu, które i tak trzeba nędzie zaorać raz jeszcze.

I tak, jak najbardziej rozumiem spotkanie starszych panów o laseczkach. Wzruszyli mnie, ale czy nie mogli się ino spotkać, bez kilku z maszynami. Albo, no serio, nie mogły to byc konie czy woły? Serio, jeżeli wszyscy mamy być tacy klimatyczni i znowu dowalą nam podatków, to tak, krzyczę! Walę te strajki! Chcę lasu na polu, który zaorali! Chcę więcej drzew i mniej starych aut oraz głośnych motocykli!!!

Ale przecież kto by tam usuwał stare auta czy bikerów, co nie…

Tia…

Uświadomiłam sobie, że najnormalniejszą rzeczą, którą widziałam w tym roku były… golasy. A dokładniej byli. Wiecie, grupka chyba znajomych chłopaków, na rowerach, zatrzymali się w porcie i popływali sobie. Bez telefonów, średnio głośno, no tak jakoś tak, wiecie, jak to drzewiej bywało. Tacy dziwnie normalni. Nijak straszą. Ni śmiecący, ni przylepieni do swoich ajfonów. Tacy… gdyby przenieść tę scenę, to pasowaliby do onych traktorów, do przeszłości każdej.

Serio.

Wtedy zamiast rowerów mieliby… rowery.

Hmmm… cóż, nie wiem co z tym światem, ale jeszcze raz ktoś będzie gloryfikował Danię za wybory środowiskowe, przypomnę wam, że lasy na Wyspie są dość świeże i isteniją wyłącznie dzięki walce jednego człowieka. Znienawidzonego przez wszystkich rolników wtedy żyjących i pracujących tutaj. Pewnie podobałoby się im ono wycinanie drzew teraz… gdzie się nie obejrzę, znikają brzozy i dęby…

I ja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Golas Ubrany… została wyłączona