Pan Tealight i Konfjuzja…

„Pojawiła się Konfjuzja, więc wszyscy zebrali się w kuchni, ponad nią, obok niej oraz w wymiarach do niej przylegających, równoległych… no wiecie, w pobliżu, i zaczęli się zastanawiać, co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Znowu wieje i to wieje tak, że człek zaczyna w końcu przywyczajać się do myśli o lataniu. Naprawdę. I do myśli o tym, że może może sobie przewiercić zatoki na wylot, albo choć jakimś wycierem tam pogmerać.

Łeb pęka.

Promy oczywiście nie pływają, bo przecież, a jak już pływają, to samochody się tulą do siebie przerażone, mocno się tulą, tak, że zaczynam myśleć o takich łódkowych odbijakach, coby wiecie, tulić się Nutek do innych mógł, ale kurna nie rysował, czy nie wciskał. Tego przecież nie chcemy, czyż nie? Ale już po prostu panikują ci, co wiecie dwunożni są, no i pjukają na górze, a rano jak ktoś płynie, to wiadomo, chce coś zjeść, wypić i tym podobne, no i nie może. A inni, co dziwne nawet ci co nigdy tego nie rozbili, pjukają cudownie. Paw się szerzy w te i wewte, ale jednak płynąć trzeba.

Ogólnie wiadomo, iż ten nowy, i wciąż sprawiający problemy promowy mocarz, ma ludzi w dupie i lepszych promów nie będzie. Rządzący też mają gdzieś, no i sprawy przerzucają się z prawej na lewą a w TV coraz więcej opowieści o tym, że Ziemia jest płaska. Ekhm… wiecie co, serio. Mój mózg na falach tak nie uważa.

Ale wróćmy do pawiowania.

Jakkolwiek temat obrzydliwy, to jednak przecież aż nadmiernie człowieczy. Pamiętajcie, że Rzymianie, wielka cywilizacja, mieli w zwyczaju wielkie uczty i naczynka do rzygania, by potem jeść więcej. A bulimiczce się obrywa, kurcze. Choć potem nie jemy przecież no!!! Ech, świat nie jest sprawiedliwy. No ale na takim promie nie ma nacyznek, a i torbę znajdziecie w tych Expressach sporadycznie, więc be prepared!!! Najlepiej nie jedzcie, nie sikajcie, starajcie się przeżyć i muza w uszy.

Mi pomaga.

… Chociaż teraz po całej sprawie z VikingSky…

Ale… tak jak, jak zwykle, myślałam iż tylko mi się wydaje, że one maciupkie nowe promy inaczej pływają, się okazuje, że chyba jednak nie, Możliwe, że to kolejna zmowa, by nas zwyczajnie tutaj wybić i tyle…

A przecież… 1648 osób podobno wprowadziło się na Wyspę w 2018… W tym samym czasie 1395 wyniosło.

Czyżby przez promy?

A może durne prawa?

Nie wiem, ale problemów na pewno dla nowych jest masa. Nie oszukujmy się, młodzi chcą do miasta i tyle. Na kija im przyroda?! Nie żeby tak ich szkoły kręciły, nie no, przecież w dzisiejszych czasach każdy chce być Youtuberem, co nie? Ech… no ale, niech się wam wiedzie, ino po co kolejni dziwacy napychający się marshmallowsami czy też makijażujący się, robiący zakupy i wiecie, trupy w lesie…

Ale widać takie czasy.

Taki świat i tyle.

Wroćmy jednak do onych nowoprzybyłych. Jeśli ci się udaje przybyć tutaj, dajmy na to z Kopenhagi, to wiecie, od razu dostaniecie artykuł w gazeicie i będzie klejna opowieść o nowych wyzwaniach, powrotach do korzeni i ekologii. Po roku wrócą do miasta i będą wspominać, i nierozumieć dlaczego to zrobili, no ale. Przecież każdy z nas popełnia pomyłki, czyż nie? Kurka wodna. Patrząc na te pustki, to czasem w ogóle wątpię, czy ktokolwiek tutaj mieszka przez cały rok, naprawdę… wiecie, jak ja?

Sąsiada dawno nie widziałam.

Lekko zaniepojona nagle.

Ale…

… nim oni przesiedleńcy wrócą z powortem, do siebie, do onego co dla nich tak bardzo, bezpiecznie znajome i ma kilka rodzajów masła w sklepach, zabrylują w mediach, otworzą pancakekarnię, czy inny tam interesik. I tyle. Może załapiecie się na donuta czy naleśnika a może i nie? Kto to wie? To wszystko z nowymi jest takie płynne. Tylko prawdziwie wierzący, wariaci i ci co spalili wszystkie mosty i nie mają za co gdzieś wyjechać, tutaj zostają. Nie oszukujmy się, Wyspa jednak wymaga i poświęceń i zabiera zdrowie. Niestety… Jak komuś mówimy, że my tu już od ponad 10 lat, to wiecie, jakoś tak zwyczajnie i po prostu, nam nie wierzą.

Bo nie było nas w gazetach.

Taka czuję się niemodna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konfjuzja… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Sikorek i Pan Mew…

Pan S. i Pan M., którzy początkowo chcieli pozostać anonimowi, ale wiecie jak to z ptakami jest, srają, więc trudno jednak być anonimowym, więc wszyscy wiedzieli i jakoś tak, ubaw mieli po pachy skrzydlane… ale, no więc oni, wyżej wspomniani donośnie i wytłuszczeni w druku, obydwaj mieli problem z seksualnością.

A tak, mieli, bo mogą!!!

I oni!!!

Okazało się, że chociaż z nich ptaki, to jednak jakoś tak nie do końca byli pewni onych ortograficznych, gramatycznych i fleksyjnych pierdół. Bo jako gatunki sikorka i mewa zdawały się być aż nadmiernie… babskie. Nie oszukujmy się. To jak mieć na imię Maria i nie nazywać się Skłodowska! I mieć ptaka. Znaczy no wiecie, ptakiem być. Znaczy… ekhm, z jajami, ale bez jaj!

Znaczy…

Rany no!

Chodziło im zwyczajnie o odmianę. Bo wiecie, nie każdemu końcówka burek. Znaczy końcówka słowa go określającego przeszkadza niektórym mocniej. Niektórym mniej, więc Wiedźma Wrona Pożarta nie miała nic przeciwko nazywania ją ptakiem czy wronem. Serio. Była Ptaszydłem i tyle. Nie żeńskim, nie męskim, zwyczajnie swoistym, a już jak ktoś ją chciał nazwać archeolożką kończył w boleściach wiekuistych, którym nie pomagały żadne świętości… ni maści, oleje ni pielgrzymki. Ni nawet wizyty u zamawiaczy, którzy szybko zrozumieli, że i im się oberwie, więc…

… nagle tracili siły.

Ale Pan Sikor… sikorek? Sik? I Pan Mew, mewi, mewiarz… nie wiedzieli wciąż jak rozwiązać swój problem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cień” – … boski. Chociaż zakończenie mnie zawiodło! Ale bawiłam się przednie. Z przytupem, przeskokiem, wysokim wyskokiem.

I tak dalej!!!

Oczywiście bohaterowie są ci sami, świat też, ale akcja zwyczajnie się rozwija. Wiecie, kobeity, mężczyźni, no i te sprawy. Trochę magii, trochę alchemii, dziwne byty, zawiść, miłość, oraz wszelakie pragnienie onego mitycznego chyba, świętego spokoju, zdają się prowadzić prym w tym, ostatnim tomie tej zajmującej trylogii. Oczywiście głównymi bohaterami ponownie są oni, kuzyni ze strony innej matki, babki i pociotka. Jeden z tej, drugi drugiej strony granicy… no przecież nie będę opowiadać tej historii, to trzeci tom, zacznijcie od początku.

Zacznijcie od początku niezależnie od płci, bo książka ucieszy płcie obydwie. Autor umiejętnie nie przytłacza babską czy męską nadmiernością, wprowadza też byty tak intrygujące, że płeć nie ma tu nic do znaczenia, ale… jak zwykle najlepsze są starsze panie, no i ten język. Taki wiecie, krotochwilny!

Naprawdę polecam całą serię nie tylko tym lubiącym fantastykę zalatującą historią, oraz tych, co po prostu lubią poczytać dobre pisanie!

No to nasz mew sławny ma żonę.

Żeby nie było od 22 lat ta sama!!!

Przyznaję, że o bestii słyszałam, ale kurcze, że taki żywotny i zamężny, czy raczej zamewiony jest, nie wiedziałam. Z jednej strony te dwa rąbane czerwononogie bociany, z drugiej nasze biało-czarne tyż niemałe, wciąż zakochane. A może zwyczajnie są ze sobą dla wygody? Wiecie, on wie co ona lubi, ona lubi jak on plecie, no i sławny jest, na ptasim Instagramie są od dawna sławni…

Może to tylko to?

Słucham sobie jak wieje i leje, leje i wieje i zastanawiam się nad tymi ptasimi sprawami. Bo wiecie, tutaj jednak człek jakoś bliżej skrzydlatych… no i tych kopytnych co choinkę mi zeżerają. W ogóle jako bliżej natury i to nie tylko przez te ciągłe ostatnio wietrzności. Właściwie codziennie się wietrzy, słyszy fale, widzi pole. Natura everywhere. Chciałby w końcu mieć swój kawałek świata, ale nic z tego, więc na razie zajmuje się tym, który pożycza od państwa. Bo może i sąsiad mnie nie lubi, wiecie, powody czysto logiczne, nie urodziłeś się tu, nie masz praw – no ale, jestem, oddycham, uśmiechnę się, może szlag go nie trafi? Może?

Bo wiecie jak to z sąsiadami.

Zawsze może być gorszy, a lepiej nie.

Serio.

Wieje coraz mocniej, okna drżą pod ogromnymi kroplami dziwnie agresywanego deszczu… wszystko jest dziwnie nie na miejscu.

Może i ja?

A może tylko ja jestem na miejscu?

Strajk klimatyczny.

Niech mnie ktoś oświeci, po co to robią? Kolejny hasztag? Rąbana praca pod publiczkę? Przecież w sklepie i tak tylko my mamy przy sobie torby, które mają już około 10 lat i wciąż są okay. Reszta kupuje plastiki. Ot tak, brudna prawda tej części świata, uznawanego za takie emporium ekologiczne to to, że nie ma tu ekologii. Tak, są wiatraki! Hmmm, będzie pewno ich więcej. Ale nie potrafimy z tego korzystać. Kto z was okroi wykorzystywaną enrgię? Nienauczeni wyłączać światła za młodu będą tworzyć oną potrzebę produkcji i tak… wim jak to jest z prądem. Ale produkcja to podaż, jak popytu brak, to będzie mniej produkcji, co nie? No chyba… chyba że znowu wyjdzie nowinka techniczna i nie będziecie potrafili się jej przeć. Czyż nie?

Wymuszają to na was?

Dzieci, które biorą udział w tych „klimatycznych strajkach” w rzeczywistości wiedzą, że będą w mediach i tyle. Zrobią sobie selfie, poklepią je po pleckach, lekcji nie będzie i co z tego, jak nie one decydują o odwiertach? No tak serio, każde z nich miało w życiu więcej telefonów niż ja. Tia wiem, jestem porąbana.

Nie mam komórki.

Żyję.

Nie strajkuję.

Właściwie, to już dawno straciłam jakąkolwiek wiarę w ludzi, więc takie pospolite ruszenia, to dla mnie znak, że Facebook znowu stworzy jakąś serwerownię rujnując podziemy czy zimny ekosystem. Bo przecież o tym nikt nie myśli, że to wszystko, tak, też to co piszę, gdzieś musi być przechowywane. Że to wymaga energii… chłodzenia. Założę się, że znowu ruch prowarzywno-owocowy będzie się po strajkach miał kwitnąco. A przecież wyrwane z korzeniami lasy i zabite zwierzęta dla tych waszych awokado są faktem. Ale wko cares? Vege nie znaczy eco. Sorry. Nauczcie się rozumieć ziemię, las, korzystać z tego, co nas otacza… ale, przecież to niemodne… lepiej strajkować. Wszyscy to robią, więc będzie więcek lajków na Instagramie…

Chyba mam dość ekologii.

I tak nie stać mnie na nic.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Sikorek i Pan Mew… została wyłączona

Pan Tealight i Poplątanica…

„No i jejku, no.

Przecież każdemu się może zdarzyć.

Zaprawdę wam powiadam, iż nikt z nas nie jest pewien tego, że mógłby uniknąć, że mógłby naprawdę, że… taki jest poukładany, ma kąty proste i dokładnie wyczyszczone, zaprasowane, wszelako odblaskowe, nieumorusane, nienoszące śladów zaprzeszłych, całkiem cudzych, działań… najczęście, no i przede wszystkim, że nigdzie się nie pruje. No właśnie, w jej przypadku problemem nie było niewyprasowanie, ona pomięta nierówność, którą niektórzy uznawali czasaem za sztukę, gdy i tylko wtedy oczywiście, trafiła się tkaninie bardzo drogiej i ogólnie mówiąc metkowanej mocno… ale właśnie ono zwykłe, mocne, ciągłe i ponadczasowe się prucie.

Pruła się o to i tamto, o to co ponad i pod, na prawo i na lewo, boczkiem chodzące, pływające, skaczące, latające, nakrapiane, paskowane, wirowane, rozpuszczane, zszywane, łatane, malowane, rysowane, giglotane… no wiecie, o wszystko się pruła, aż w końcu, z tego prucia całego taka nitka długa wyszła, że się w nią zaplątała i ogólnie cieleśnie, ale i umysłowo poplątała.

Stało się i już.

Musiała teraz znosić hordy wyznawców, bo przecież coś takiego, tak unikalnego od razu przerodziło się w boskość, a bycie Boginią Poplątanicą… nie do końca było tym, czego dość introwertyczna osobowość, sobie życzyła. Dlatego się spotkały pewnego dnia, pod gołym jeszcze, ale już budzącym się na wiosnę, Dębem Mocno Zamyślonym z Wiedźmą Wroną Pożartą

Ona musiała ją zrozumieć…

Ale co jeśli nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podobno tam kolejne kryminalne tanga będą kręcić na Wyspie. Ech… ale tak po prawdzie, to wiecie, przyznaję, iż mój pokręcony umysł, kochający nie tylko fantasy, ale i kryminały very much… stworzył już masę takowych scenariuszy. No bo kurna. Tutaj się aż prosi!!! Od tych pradawnyc zemst zza bardzo już rozłozonych grobów, poprzez niepirackie statki zwabione ogniami na skały, rozbite, wymordowane załogi, skradzione zegary, aż po Turyściznę, która no… zwiedziona onym wszelkim bezpieczeństwem gdzieś za bardzo się zakręci… no i pyk, znika się.

Zostają tylko klapki na plaży.

Samotne.

Albo te koszulki wszelakie, spodenki, które szlajają się potem dzięki wiatrom przez resztę roku… albo ten różowy rowerek w Tejnie… wciąż kurde tam stoi. No ja wiem, że przypięty, ale to już tyle lat, a on wciąż jak nowy. Jakby czas się go nie imał ni warunki atmosfryczne, jakby nocą się odpinał i ganiał dusze cierpiętnicze, jakby może ktoś na nim wciąż jeździł, jakby… było w tym coś jeszcze więcej. Zapomniane dziecię, niechciane, może lekko przejawiające demoniczne skłonności, może zostawione gdzieś, zagłodzone, spragnione, wysuszone, jakby…

Albo te łodzie.

No przecież, kto zagląda pod śniące, śpiące łódki? Odwrócone, leżące na nabrzeżu. te natrawne, te skupione jedna przy drugiej, te pojedyncze? No kto? ALbo te porzucone sommehusy. Nic ino kogoś zadźgać i wiecie…

Czekać.

Dobra, problemem może być zwierzyna.

Mamy przecież i chodzące i drobiące, i te latające, a wszystkie żerne bardzo. Moja choinka znowu cierpi. Serio, wysypiecie coś i od razu stada mew, wron i tak dalej. W kolejności dziobania. Często przynajmniej jedno z każdego gatunku czatuje na ulicy, tupiąc w dach, czy coś tam te głupie ludzie nie wysypią.

One wiedzą!!!

Tylko… czy miałyby coś przeciwko?

No więc mamy, takie morderstwo. Powiedzmy sobie, że nic sekciarskiego, nic religijnego, nic tam ofiarnego, choć dziewica, to wiadomo, zawsze by mogła pomóc… mamy ów zezwłok, nie myślmy dlaczego i po co, i jak osobnik zmył z siebie krew, czy będą następne i tak dalej. No i jak mu się udało ją wyrwać.

Ekhm.

No to mamy zwłoki, mamy miejsce zbrodni, mamy… hmmm, nie no, przy takim czymś to przyjechaliby do nas ci z Kopenhagi i tyle z zabawy. Nasi pewno nie mieliby nic do gadania. A kurcze możeby by byli utalentowani. Bo wiecie, spokojność Wyspy zdaje się być czasem ogromną ułudą. Kłamstwem nawet, największym oszukaństwem!!! Dlatego, jakoś tak morderstwo, zabójstwo, zabranie ostatniego oddechu, zdaje się być pasującym elementem. I tak, pisałam niegdyś o tych sławniejszych zbrodniach… ale jak tak teraz myślę, jakby kogoś wcisnąć do jaskini, jakby tak pod wodą…

No nie znajdą!!!

W tym wszystkim smutne jest tylko to, gdy nikt nie szuka…

A jak nie szukają, to czy znajdują?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poplątanica… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar Upragniony…

„No co?

Przecież każdy ma swoje dziwactwa, swoje inności niezrozumiałe dla innych, a tak dla niego zwyczajne i całkowicie poprawne. Ale też każdy jest świadomy tego, że jego inność jest innością… tak, tylko nie ona, jakoś po prostu nie ona, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki.

Może wynikało to z jej paranoicznej wprost potrzeby umartwiania się, krzywdzenia i wszelakiego poniżania, a może zwyczajnie miała AŻ tak pokręcony styl wewnętrzny? Kto z nią może wiedzieć, tak naprawdę? W końcu po częście była wroną, polarnym niedźwiedzieniem, no i tą no… jak to szło: kobietą. A to oznaczało, że pewnych pytań można było sobie oszczędzić, ale jednak…

Koszmar?

Serio?

Bo tak, miała ona jeden taki, który był jej wychuchanym, wyklepanym, w pluszowych kapciach, upragnionym. A może to inni wbili jej do głowy, że to koszmar, chociaż tak naprawdę nim nie jest?

Bo kto tworzy te wszelkie definicje?

Kto decyduje?

Dlaczego tak sporadycznie ty sam?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w mieście rozkopy.

Gudhjem wciąż pracuje nad oną poszerzoną ścieżką rowerową, która – gdy z prawej dolina z lewej urwisko – oznacza zwyczajnie zwężenie jezdni, jest raczej kontrowersyjna, no ale. Dostali kasę. A ludzie w końcu mogą się wkurzać. Co tam kilka minut postojów w czasie drogi z Gudhjem na północ, tudzież i w drugą stronę, też możecie zaliczyć jakieś jazdy na zakładkę. Ech… korki?

Walić to, idę w mieści wiosny szukać.

A razej cieszyć się jeszcze pustymi ulicami.

Tylko moim czasem. A co… wolno mi przecież. Tego chyba nikt mi nie zabierze, radości z rzeczy, których inni nawet nie uważają za fajne. Których nawet w ogóle nie zauważąją. Albo gorzej, uznają za wielki problem i wszędzie chcą wdusić ludzi. I ci czasem przybywają i wymiękają przy kolejnej wietrznej aurze. Jak ta dziś, gdy dach się kłania, szyby stoją dziwnie prosto. Gdy wasz własny mózg sprawia, że chcecie jak najszybciej zapłacić za wszelkie grzechy…

Ludzie to czasem takie cieniasy.

Wiem to po sobie.

Ale wiatr, nawet ten rozwalający psyche, wyszarpujący ją z mych trzewi i szorujący sobie nią niczym szmatą okna w zabłoconym samochodzie… wciąż wolę niż ciszę między sztormami. Niż oną dziwną ciszę. Bo cisza w naturze zawsze oznacza coś złego. Coś, co jest tak złe, że potrafi iść aż tak cicho, tudzież…

Coś tak głośnego, że tego nie słyszę.

Ze strachu.

PS. Uważajcie.

No więc wiecie, jakbyście kiedyś zboczyli, żebyście przez przypadek nie wpadli. Do chrzcielnicy. LOL Tak z ulicy do chrzcielnicy. Dla kościoła 100 punktów do lansu, dla was procenty na coś, co właściwie nie działa, nic nie daje poza miejscem na cmentarzu, no i jeszcze jakimś poczuciem wspólnoty… chociaż, czy na pewno. Większość ateistów należy do państwowego kościoła. Tia, wiem, lekko kłamiszowate to się zdaje, ale w rzeczywistości albo zabezpieczają se tyły, tudzież zabezpieczają się ze wszystkich stron, albo chodzi ino o ten marmurowy kamyczek, czasem może coś większego, ale najczęściej ino kamyczek z napisem, kilka kwiatków, równe ścieżki…

Wiecie…

Protestancki minimalizm dla dusz only.

Jeżeli jednak to wam odpowiada, to chrzczą tych, co nagle pragną onego zachowania, tudzież wykorzystują depresję wczesnowiosenną, albo… no nie wiem, na pewno zwyczajnie brakuje im punktów do lansu.

Na pewno!!!

Ale miało być o mieście, a w mieście troszkę wiosny.

Naprawdę troszkę. Grupki przebiśniegów i im podobnych kwiatów, ale tak naprawdę strasznie niewiele. Jakby ziemia nie chciała jeszcze wypuszczać ni zielonkawości ni kolorów. Chociaż w świecie, gdzie trawa zielona rok cały, to chyba błęde założenie. Przynajmniej w połowie. Późne święta wiosenne w tym roku sprawiają, że sklepy jeszcze przez miesiąc co najmniej będą zamknięte, a niektóre, kultowe, już się nie otworzą. To wyburzyli, to w końcu wymurowali, tamto pomalowali… znalazłam na ścieżce zagubionego krokusa. Może i szedł gdzieś, na jakąś imprezkę, nagle w ziemię wrósł dla bezpieczeństwa człowieka widząc…

Może?

Przyznaję jednak, że połowa marca, a kwiaty skąpe. Nawet te u nas. Kurka wodna no. O co chodzi? Czy coś się szykuje większego, a może jednak nie? A może naprawdę? A może to tylko te wiatry tak one wczesnowiosenne kwiatostany hamują?

Zobaczymy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar Upragniony… została wyłączona

Pan Tealight i Gratyfikacje…

„Każdy się zastanawiał czasem, jak oni w ogóle sobie radzą.

Bo przecież i dom ogrzać i ludzi nakarmić, bestie odziać czy jakoś tak…

… a przecież nie sprzedawali, a wciąż przyjmowali nowe. Bo ludzie wiedzieli, ci okoliczni i ci dalsi, że to miejsce od zawsze było zarezerwowanego dla tego, co zwyczajnie bardzo jest dziwne. Czemu się zbyt długo nie wolno przyglądać, bo nagle widzi się rzecy i srpawy, które nie istnieją, a takie widzenie nie jest dobre. No i paplanie o tym, co się zobaczyło, czy usłyszało też nie… no i wiecie, zawsze mogą przyjść i zapytać o szklankę cukru czy soli, białych świec i niepoświęconej kredy, więc może lepiej nie… lepiej w ogóle udawać, że się ich nie widzi i tyle. Naprawdę lepiej tak właśnie żyć w okolicach Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Być, ale i nie być.

Wiedzieć, ale naprawdę lepiej nie reagować.

Przymykać ślepia, zwężać nozdrza i udawać, że nagle bardzo zainteresował was ten liść na drodze, tak bardzo, że chcecie z niego utworzyć ambasadora swej sztuki wszelakiej, która to dopiero się wam co prawda w trzewiach rodzi, która buzuje, ale nawet nie pączkuje jeszcze… ale wiecie, myśleć można…

Bo może i w łeb potrafią wam zaglądać, ale to oni się do tego głośno nie przyznają, więc względnie jesteście bezpiecznie.

Choć, czy względnie wystarczy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Runa” – … hmmm. Nie wiem co powiedzieć. Naprawdę. Oczywiście, że człek kieruje się opisem przed wyborem danej lektury, gdy nie zna autora, ale…

Tym razem opis nie oddawał tego, co jest w środku. A może raczej jak najczęściej to bywa, po prostu znowu nie do końca, tudzież słowami, stworzono rąbaney trailer z wybranych elementów i… i z jednej strony czuję się zawiedziona, a z drugiej, to nie jest zła książką, naprawdę. Po prostu inna, niż myślałam.

Powieść obiecywała psychiatrię z alchemią, ale prawda jest taka, że sama książka zawiera w sobie kilka książek, kilka historii, których potencjał nie do końca został wykorzystany. Bo po co w ogóle ta Runa? Po co to, co z nią związane? Nie mogę napisać zbyt wiele, bo przecież pojawia się ona w połowie tomu, więc… nie zdziwcie się. Najpierw przygotujcie się na opowieść chłopca, który nie wie czego chce, potem na nienawiść, która się w was zrodzi w kierunku lekarzy, aż dotrzecie, jeśli jesteście kobietą w szczególności, do nienawiści ukierunkowanej w stronę całego rodzaju męskiego…

… a potem będzie ktoś. Nie mam pojęcia kto: chórzysta, czytelnik, pisarz… i namiesza wam w głowie. A dziewczynka, tytułowa Runa… hmmm, nie wiem czy w ogóle istnieje. Naprawdę. Może jest ino li ułudą?

Powieść na pewno wymagała ogromnej pracy i samo ujęcie psychologiczno-psychiatryczne jest niesamowite. Główny bohater niestety – młody nielekarz, to wkurzająca osobowość bez jaj. Tak wiem, zbytnia dosłowność, ale po tej lekturze człek żeński dość źle reaguje na psychiatrów. A już taki, co z nimi do czynienia miał, szczególnie. Bo… czy coś się zmieniło? Przecież wracają do onych myśli, definicji, metod… podobnie nas traktują. Kto nie słyszał: pewnie okres ma, rzuca się.

Nie wiem… ogromny tom, nie nudziłam się, wiedza pogłębiona… Wątek dziewczynki: niedosyt. Bolesny. Wątki poboczne, nagle zmieniające się w główne: wkurzające. Całe zakończenie: dziwaczne. Dla wielbicieli psychiatrii na pewno. Dla tych co czekali na mistykę, oj zawiedziecie się.

Spacerek?

Salene Bugten.

Zatoka, która niegdyś była piaszczystym prawie kurortem w malutkim wydaniu, teraz… powoli zjadany przez morze teren. Bardzo kamienisty. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, choć są dowody fotograficzne, że ta zatoczka z widokiem z prawej na Hestestenery w górze, na ten klif niesamowity, zielonkawy górą, z drzewkami miejscami uczepionymi na słowo honoru, ze skałami wystającymi z wody, tutaj wypłyconej, czystej… Z lewej rzeka oczywiście i to całe zakole, zwykle puste, zwykle bezludzkie, jakbyście mieli cały raj dla siebie… kiedyś było piaszczyste. Kiedyś, wróć jeszcze kilka lat temu można było się tutaj piaszczyć.

Spokojnie.

Może nie kąpać, bo płytko i tak dalej, ale jednak…

Teraz tylko kamienie, co dla mnie i tak jest czymś o wiele bardziej intrygującym bo ona różnorodność geologiczna tutaj, jest niesamowita. Wszystko, co morze może dać w tej okolicy, ale i to co przyszło z północy, odrzucone ułamki, ukształtowane przez morskie pływy, wyraziście artystyczne… bajka!!! Nie można gał oderwać, człek chchiałby wszystko zabrać ze sobą do domu, bawić się, ale po co zagracać chatę, jak sobie może na on plac zabaw dla dorosłych przyłazić i tak wiecie, zwyczajnie, szaleć szukając ksztaltów, znaków przeszłej działalności, skamielin…

A kiedyś damy w sukniach, bo wiecie, wtedy to gatki do pływania jak już to do kostki co najmniej… koszyki piknikowe, sklepik, całe dnie spędzane w jednym miejscu, parasolki, spojrzenie z prawe, z lewej, ten pan coś ma do tej pani, oj, może i coś z tego będzie, ale gdzie ona przyzwoitka! No!!! Zboczenica wyuzdna, pływa tak daleko od brzegu, no jak może? W jednym morzu z facetami?

Takie Salene widzę w myślach.

Takie też możecie zobaczyć na zdjęciach.

Starego Salene już nie ma, ale plaża, choć inna, wciąż jeszcze jest, no przynajmniej jest częściowo, bo morze podchodzi, odchodzi, niszczy, zmienia, szaleje.

I rzeka jest jeszcze.

Wchodzicie na mostek i możecie pograć w misie-patysie. Możecie popatrzeć w oną nagle głęboką toń, biegnącą do morza. Oną wodę płynącą z drugiego krańca świata, którego może jeszcze nie tknęliście… i te wilgotne, jakże wielobarwne kamienie. I ten cały szum i te drzewa, bo choć jeszcze nawet nie wiosna, to jednak to słońce, ten błękit i inne niebieskości, to wszystko i wiatr… wieje.

I facet z kijem.

No tak, ponieważ tutaj pływy dość silne, woda czysta, ale i kamienie, więc i facet z kijem jest. I łowi… kurde, wam serio powiem taaaakie ryby! No jak można takie wielkie w takiej płytkiej wodzie? Przecież to nie mój pierwszy raz, by widzieć faceta z rybą w takich okolicznościach, ale za każdym razem mnie intryguje. Natura to, czy promieniowanie z granitów? A może z onych pozostałości radiacyjnych. Wiecie, II wojna światowa, zimna wojna, te sprawy.

Oranie plaży…

I kolejny.

Usiądę i popatrzę sobie, bo choć aż zimno mi się robi, jak go widzę, to jednak to fascynujące, jak pod pewnym kątem fala wydaje się być wysoka jak ona, a potem nagle sięga mu tylko do pasa, albo przemyka się mu między nogami, a on nadal kurcze tam stoi. Jakąś dobrą kotwicę ma, czy coś? Bo przecież fala, to ogromna siła, a on nie aż tak wielki, choć chyba zmarznięty, ale łowi… jakby co, to czosnek niedźwiedzi już wychodzi, więc może sobie do ryby zebrać.

Będzie pasować!!!

Zapewniam.

No i oczywiście są labędzie.

Tutaj wydaje się, że są zawsze. Czasem chowają się przed większymi falami, czasem zwyczjanie w pobliżu mają swoje miejsca lęgowe, a czasem, może zwyczajnie wciąż czują ten stary vibe? Może widzą te damy, tych dżentelmenów…

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gratyfikacje… została wyłączona

Pan Tealight i Konkurencja…

„Oj, no oczywiście, że im donieśli.

Bez urazy, ale to taki kraj.

Niby grzecznie, niby spokojnie, niby nikt nie widzi, że masz ogon i rogi i nie komentuje tego, a przynajmniej tak w twarz jakoś… a może tylko się boją, że ich bodziać będziesz? No ale, list napisać potrafią, donieść władzom, albo wiecie, coś w typie: szczerze chciałbym nadmienić, iż ktoś jest lepszy od ciebie, ładniejszy, a tyś paskud straszny, jakbyś nie wiedział, bo chyba nie wiesz, co nie? A jesteś paskud, tak dodaję w liście, uczciwie, bo MARTWIĘ się o ciebie…

Bo mi zależy!

Bullshit oczywiście!

No ale tak się właśnie dowiedzieli. Przez ten bullshitowy list wrzucony z cegłówką w komin, który nie uszkodził na szczęście Smoka, ale posłańcowi się dostało, w końcu był też autorem, przecież nie wykupywałby usług… serio, może czegoś nie wiemy, ale czy są specjalni posłańcy takich wiadomości?

Fejsbuki już nie starczą?

No ale… tak się dowiedzieli o tym, że otwierają sklep. A dokładniej Salon Pokazowy Potrzebnych Inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chcecie działki?

Oto działka.

Położenie całkiem niezłe i widok jest, spokojna dzielnica, wszelako odpowiadająca wielkość, cena przystępna, ale nie żeby dziwnie tania, bo wycena państwowa mówi, że winn abyć połowę tańsza… więc chyba nie ma problemu, czyż nie? Co prawda na Wyspie najtańszy wybudowany, świeżutki dom, to koszt jakichś no… 2 milionów koron, ale jednak…

… warto.

Nowy dom.

Tylko dla ciebie.

Po raz pierwszy… chcę tego, marzę o tym od zawsze, nie stać jednak mnie… w końcu, dość szybko, działkę ktoś kupił, szkoda, ale jednak, przecież i tak bida. Sztuki nikt nie kupuje, badania nie przyniosą kasy, ale nigdy na nią z tej strony nie liczyłam, nie z rytów naskalnych, bez przesady. Ha ha ha!!! No ale… niewiele czasu minęło, działka wróciła na rynek i co się okazało?

A to, że ludzie nie czytają.

Czyli nic nowego, co nie?

Ale z drugiej strony, jak spodziewać się czegoś takiego?!!! No bo wyobraźcie sobie, kupujecie działkę, nie jakiś gigant, ale wydajecie jakieś 350 tysięcy koron – zwyczajowa cena za taką miejscówkę – a potem się okazuje, że połowa onej działki tak naprawdę wciąż do was nie należy. Znaczy, wróć, należy i musicie płacić roczny za nią podatek – spory, jakieś 2 tysiące – ale nic tam zbudować nie możecie.

Więcej!

Nawet nic zasadzić powyżek metra!!!

Bo ci obok chcą mieć widok!!!

Podobno to jest legalne i dlatego należy zawsze czytać wszystko i jeszcze więcej, jeżeli kupuje się tutaj dom lu działkę. Bo z sommerhusem trudniej. To możecie kupić… ech, jak macie kasę, to wsio możecie, nie oszukujmy się, podobno wykazanie przywiązania do Wyspy wielu Niemcom dało domki, ale…

Ważne jest jedno, każdy chce zarobić, i tutaj nie jest inaczej. Co gorsza, naiwność, słodkość pierwotna Duńczyków może was zwieść. Dopiero potem będą was pouczać, dopiero później dogryzą, obrażą, zmiażdżą… nie no, oczywiście że wciąż paranoicznie chcę być jedną z nich, ale nie będę ślepa na wady. Sama je mam, więc pasuję! Może inne wady, ale jednak brak perfekcji jak nic.

Ekhm… Cóż.

No więc jest ta działka.

Na połowie możecie zbudować, ona połowa w rzeczywistości składa się z dwóch kwadratów, lekko w stosunku do siebie przesuniętych, po jest tutaj też mały parking, więc… problem kolejny. Niby potrzeba garażu, więc… jak z domem? Tak na mój chłopski rozum stworzenie na niej poprawnej budowi, która nie zapleśnieje, nie będzie też narażona nazbytnio na wiatry ni na słońce, nie jest możliwe… i pewno dlatego, ci co kupili, próbują teraz działkę sprzedać innym.

Wiecie, byłby problem z głowy.

Czy można coś takiego podważyć?

Podobno sądownie można, ale to wszystko zmiennym jest i nagle może przyjść ktoś i nakazać wam zburzenie połowy pokoju.

I tyle…

Uważajcie, jeśli budujecie w Danii.

Szczęśliwcy! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konkurencja… została wyłączona

Pan Tealight i Leśny Pan…

„Właściwie, no to myślała, że będzie wyższy, czy coś.

I jeszcze z rogami.

Brak rogów jest straszny!!! Niszczy wszystkie mity! Wiecie, jak ktoś taki wynurza się z ciemności, która zdaje się lśnić własnym światłem, mamić cieniami i jeszcze całkowicie przeczyć prawom fizyki, tworząc światy, misteria, mitologie oraz wszelakie zdarzenia… to chce wszystkiego.

W pełni…

A on nawet nie miał rogów.

I był taki jej wzrostu, co zawsze ją u facetów trochę przerażało. Tak, bała się niskich facetów. Wróć. Wciąż ją przerażają. To jakoś nie powinno tak być, no nie… no i on sam. Ciemność. Człek oczekuje mordu, lśniącego promienia tańcującego na ostrzu zakrwawionego noża… ze stali nierdzewnej. Z drewnianą rączką. Bądźmy dokładni. Lakierowaną. A może jednak tylko wytartą długotrwałym i kochającym uczuciem? Chyba tak. Chyba jednak tak.

Ale jednak był nim.

To poczuła od razu. Nie żeby śmierdział, czy coś, no bez takich aktywacji zmysłów proszę!!! Zwyczajnie wiedziała.

W końcu była sobą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ja nie wiem jak to robią, ale jednak słońce i wiatr w tym samym czasie, to niesamowita sprawa. Ciepły wiatr, dziwny sztorm, do tego mocne słońce…

Kto to wymyślił?

Bo to jest takie niesamowite.

Takie czadowe za każdym razem, takie nie do opisania i takie… no wiecie, jak deszcz i słońce w tym samym czasie, ale łeb obrywa, dziwny dreszcz przecina wam kręgosłup, nagle pojawia się nad wami też cień, dziwny, klockowaty, choć drżący, cień… który potem, o czym już nie wiecie, bo śmierć następuje szybko, jest ino li domem z dziewczynką i psem w środku. I ona suka jedna zabiera wam buty i tak dalej… a właśnie kurna sobie nabyliście nowe Blahniki.

Ekhm…

No i w ten sposób zaczynają się te opowieści.

Przez wiatr.

Przez ten jego rodzaj, który sprawia, że coś się z mózgiem dzieje i coś się w duszy zmienia i nagle wszystko… dlatego ludzie mieszkający w wietrznych miejscach tyle piszą. Wiecie, na takich wyspach, w górzystościach, czy na rąbanych wichrowych wzgórzach… albo mokradłach, tam też wieje, aż duje!!!

Buuuuu…

Wiatr…

Dziwne zjawisko, ale nie wytlumacza tego wszystkiego. Tego, że świat nie potrafi tak naprawdę bez niego żyć, ale i z nim mu dziwnie. I chce go i nie może, jakoś tak, pewno że znowu promy odwołali, ludzie się burzą w internetach, ale kto normalny pływa w sztorm? Poza tymi co chcą złapać wieloryba, ale…

… kurcze, może i ten dick przez wiatr się stworzył?

Ale jednak…

To wietrzne słońce, ona dziwna jasność, dziwnie nie na miejscu, zaskakująca, choć przestrzegali w prognozach pogody, bo wiecie, oni czasem coś wiedzą z lekkim wyprzedzeniem.

Częściej nie wiedzą, no ale…

Oto słońce niesamowite do zdjęć. Naprawdę warto załatwić się chorobowo na plaży, by uchwycić te fale i promienie, te ptaki żerujące na wodorostach, robaczkach i różnorodnych tam żyjątkach. Oną popłochowość, a jednak i spokój, bo przecież. Powinny wiedzieć, ale… może wiedzą i lubią ryzykować? A może nie ryzykują w ogóle. Zwyczajnie, dla nich to tylko lekka przeszkoda… a tak w motywie kaczo-mewim, to powrócił, chyba 29ty raz, najprawdopodobniej, on sławetny mew – właściwie to chyba samiec mewy, jak to się w ogóle odmienia, jest mewa, czyli po polskiemu ona mewa, jak sikorka… pan sikorek i pan mew – najważniejsze, że Mågen Mogens is back.

I je ludziom z ręki!!!

A tak w ogóle, będziemy na zdjęciu!!! Znaczy wróć no, nie na zdjęciu, na zdjęciach to jesteśmy wielu, jakby co pamiętajcie o tym, że mam cudny blog i stronę IBornholm… just saying. LOL Jakby się wam nudziło i chcielibyście nabyć jakieś zdjęcie, czy coś i walnąć sobie z niego makatkę na ścianę.

Jest taka możliwość. Serio!!!

Ale wróćmy do zdjęcia… nie jest wietrzne, jest dość dziwne, ale jednak to znaczek, a bycie na znaczku przysługuje nie tylko królowej w tym kraju, ale i kwiatkom oraz, jak widać, ekementom historycznym i przyrodniczym!!! Już co prawda się znaczków nie liże, ale jakby co, znaczek będzie prosty dość i jakbyście chcieli, to ja nałogowo pocztę kocham i wysyłać i dostawać. Serio!!!

Just saying!

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Leśny Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Król Jednej Pary…

„Bo jak się chce być królem, jak się marzy o tym, jak… przecież wszyscy pierniczą wciąż i dookoła o spełnianiu marzeń i pragnień, zapominając, że inni znowu chcą wątróbki całkiem ludzkiej, a temu odpowiadają ino świeże zwłoki, więc dostawy winne być często. Bardzo często…

A on tylko królem być chciał.

Widzicie, te wszelakie, durnowate teksty z pastelowymi literkami, mówiące wam, że możecie wszystko, a wam się płucka w chrzanowym sosie marzą… świadczą o jednym i jedynym, że ludzie kompletnie nie myślą. Ale on myślał. I nie, nie zachciało się mu być królem z ich – tekstów powodu, zwyczajnie, tak od początku, od zawsze wiedział, że nie tylko chce, ale winien nim być… a może i już jest?

Z pomocą oczywiście przyszła mu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która ostatnio po pewnej lekturze miała co do facetow kiepskie podejście, no i tak przysiadła na progu, na chwilę krótką, bo pizgało niemiłosiernie, a wiatry wszelakie bardzo chciały wtłoczyć w nią i swoje opowieści, więc schowała się we względnie Podziemiach Sklepiku… i dorwała kłęby wysuszonej trawy, tej z długimi korzeniami i wiecie, skręciła warkocze, powiązała kończyny, tchnęła życia drobinę, tak, by była wola i bezwola, i wsadziła mu je do kieszeni…

I tym samym dała mu całe królestwo.

Bo gdy się pojawili poddani, to i zaczęli się mnożyć i już nie było jednej pary, choć tytuł sobie zachował, mitycznie działając… To i w kieszeniach stworzyło się miasto i trzy wioski, a nawet opozycja, co go bardzo wzruszły…

Bo kto ci może powiedzieć, iż wykluczonym jest noszenie swego własnego królestwa w kieszenie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wichura, sztorm…

Wyspa odcięta od świata.

Nic nie płynie, nic nie lata, po prostu nic i nikt się nie rusza. Nie no, oczywiście, że ludziska do pracy pojechali, ale ci, co pracaują w domu cieszą się, że nie muszą wychodzić. Jak rzadko deszcz wali nie tylko w dach, ale i w szyby. To ten dziwny kąt, gdy wiatr nie sprawia, że łeb pęka, ale coś się w środku porusza.

Coś dziwnego, coś znajomego, ale i coś nowego.

Nowe słowa, nowe historie, nowe opowieści.

Niesamowite, inne, dopiero co narodzone, jeszcze z pępowiną telepiącą się dookoła nóżek. Może odmienne, ale jednak jakże intrygujące. Z jednej strony przerażające, bo przecież nowe, a nowe zawsze znaczy coś nieznanego i coś całkiem zniewalającego i strachowego, ale z drugiej strony… ono podświadome coś tętnienie w duszy sprawia, że nowego się pragnie.

Jakoś tak.

No ale… wieje…

Dom się trzęsie, ale w rzeczywistości, przecież to nie pierwszy raz. Przecież znamy już wiatr, wiemy, że nie da się pobawić porozwieszanymi wszędzie doniczkami. Nie możemy ich mieć. Nie możemy mieć bardzo lekkich rzeczy na zewnątrz i ogólnie mówiąc, lepiej to, co na zewnątrz, mieć bardzo ciężkie i masywne. Bo wiatr na Wyspie uwielbia każdy czas. Zima nie oznacza, że tak strasznie go więcej.

Naprawdę…

Cóż jest takiego w wietrze, że boimy się go, ale też i dziwnie spokojniej, gdy go można usłyszeć? Gdy jakoś tak wieje, duje i porusza niewidzianym na zewnątrz. Gdy jakoś tak wszystko na zewnątrz jest ruchome?

Nie wiem, ale lepiej czuję się z wiatrem na zewnątrz.

Cisza mnie przeraża.

Ale tylko ta cisza bezwietrzności. Nie cisza, która odcina ludzi, samochody, młoty pneumatyczne… nie, ale właśnie ta cisza bez powietrza poruszanego, tańczącego, pląsającego, powietrza, które szaleje. Powietrza, czyż nie? Bo czym innym jest wiatr jak nie siłą onych cząsteczek?

No czym?

Szum fal, szum drzew, wietrzne pląsy na dachówkach, nie umiem bez tego żyć. Nie umiem zasnąć, nie potrafię oddychać normalnie. Naprawdę. Nie wiem, co w tym jest, ale zwyczajnie, nie potrafię. Bez dźwięku? Bez natury? Bo przecież, to o to chodzi. Wyspa, to wciąż moc natury, to cisza poza sezonem, to ona cudowna nuda, dla innych, bo przecież tak to widzi wielu z was. Nie ma sklepów, nie ma zabawek, nie ma imprez, nie ma… wiele nie ma, a nie widzicie co jest. I przez to, niestety, świat tutaj niszczy to, co ma. To, co jest najpiękniejsze, najbardziej niesamowite, najbardziej…

Wkurza mnie to.

Nie oszukujmy się, Wyspa ma naturę, więc powinna jej pilnować, a nie tylko o tym gadać – w wymiarze politycznym. Może warto zastanowić się nad tymi odwiedzającymi, którzy własnie to doceniają i nie robić z nich wariatów? Bo jakoś w świecie ci, co nie szukają drogich torebek, zdają mi się ostatnio piętnowani. Ci, którym wystarczą drzewa i skały i morze nie do końca ciepłe i jeszcze…

To jak to jest?

Jak u was z wiatrami?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Król Jednej Pary… została wyłączona

Pan Tealight i Czaszka Niejadka…

„Ale pił…

… nie żeby, wiecie, całkiem tak niczego nie przyjmował, ale jako że mieszkał na najwyższej półce w bardzo jednak wysokiej kuchni, to nikt nie zauważył, że przestał jeść. A nawet czaszki muszą.

Naprawdę!

Dopiero, gdy zniknęły wszystkie najlepsze napitki i Czarnoksiężnicy i Czarownicy oraz Mikołaje zaczęli się burzyć w onych Podziemiach Sklepiku, to Pan Tealight rozpoczął śledztwo. Tak naprawdę polazł po śladach kropel i zapachu unoszącym się w Białym Domostwie, no i tak ją znalazł. A raczej jego, bo co jak co, czaszka może tylko, ale jednak… facet. No i zobaczył te wychudzone kościane oblicze, oną pustkę większą niż pustka zwyczajowa u takich osobników…

Oną nicość.

I wezwał Wiedźmę Wronę Pożartą, bo to tylko ona potrafiła zrozumieć. Wiecie, ono dziwaczne zachowanie, co to żłopało, ale nie żarło. Co to połykało, ale nie gryzło… bo nawet robaczka z butelki, serio!

Nic!!!

A ona to rozumiała.

Tak bardzo i tak mocno i tak do końca, na zawsze. Po prostu. W pełni najpełniejszej. Nienawidząc, a jednocześnie darząc głęboką, bezbrzeżną obsesją… ale kurna czaszka? Serio? Znaczy jak? Miałby mieć przyrost kośćca? Bo chyba raczej nie. No może i jakieś muchomory czy inne tam porosty, skrzaci domek w oczodole, ale lewym, bo prawe miało dziwnie skrzywiony kształt…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noc…

Czasem, coraz częściej, zastanawiam się, czy mogłabym znowu zamieszkać w miesćie. Wiecie, w bloku, pod nim kłapiące starsze panie, srające pieski na trawniku, brak drzew i ciągła jasność. I hałas oczywiście, bo przecież tym jest miasto. I to pukanie do drzwi, zamęt, samochody, smrodek…

Nie, nawet jak wyjeżdżamy, zamykamy się na jakieś wyspie, w jakimś odosobnieniu, uciekamy z miasta strasznie, jakby nas gonili i to ze srebrnymi widłami i wodą święconą. Sprawdziliśmy to kilka razy i za każdym razem lepiej było poza. Nawet za dnia, a co dopiero nocą, gdy tak naprawdę to wszystko nie mija przecież. Gdy to wszystko nagle jest bardziej głośne, gdy to wszystko nagle szaleje…

Gdy naprawdę nie jest do wytrzymania.

Może człek się oducza…

… kiedyś musiał mieć zajezdnię tramwajową pod nosem. Serio, we Wrocławiu nie potrafiłam bez niej żyć. A teraz, cisza, wiatr, niebo pełne gwiazd, morze, fale uderzające i pulsujące na piasku. Po prostu bajka. Wyobraźnia pulsuje i nagle ona normalność staje się dla innych czymś dziwacznym. Że wyłączają lampy o północy, że wszystko ucicha, no chyba, że orkę zaczną o północy, albo ratują kogoś z morza…

Wiadomo, inny świat.

Dla tak wielu dziwaczny.

Niezrozumiały.

Deszcz.

No i jeszcze, gdy z wiatrem przychodzi deszcz, wydaje się, że jest pełen malutkich, srebrnych rybek. Nie jest oczywiście, ale to świało księżyca, światło ze świeczki zapalonej w domu, wszystko igra ze zmysłami. I jeszcze te dźwięki. Tylko wiatr i tylko deszcz. I brak światła z zewnątrz poza onymi gwiazdami i księżycem, jeśli się zdarzy i jeszcze ta świeczka w domu, i jeszcze… wyobraźnia.

Słuchanie tego czasem może sprowadza na moją biedną, miękką łepetynę, strach i paranoję, ale tak naprawdę częściej to jak podsłuchiwanie – ale dozwolone – legend i wieści z przeszłości, która jakby żyła przez cały czas. Która jakby nigdy nie minęła, która… wiecie, jakoś te legendy i mity tak naprawdę tylko przysnęły, niektóre ewoluowały, niektóre znowu przeszły kompletną metamorfozę.

Kompletną…

Świat tutaj jest inny. Szczególnie gdy nie ma Turyścizny, gdy ona spokojność wiążąe się z malą ilością ludzi, gdy… jest przyroda. Tylko i prawie tylko ona. Gdy jakoś tak łatwiej przedzierać się przez codzienność i Fastelavn. Czyli wiecie, dzień, w którym dzieci łażą po domach i chcą kasy. I to serio kasy… kurde, co to jest? Znaczy nie no, kiedyś to miało sens, ale teraz? Serio?

No ale… oto nadchodzi wiosna, wraz z wiatrami.

I jeszcze deszczami.

I sztormem…

… i oczywiście odwołanymi rejsami promowymi, bo przecież. Wciąż nie ma lepszych promów, a i tak, po mojej wolącej niechwiejność ziemską myśli, to wiecie, lepiej nie pływać jak bujający się statek sprawia, że czujecie jak wam się mózg przewala z prawej na lewą i lewej na prawą, a potem wywija fikołka.

Wiadomo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czaszka Niejadka… została wyłączona

Pan Tealight i Pęknięty Globus…

„Ale chodzi o to, że on taki już był!!!

Nie, że ktoś mu to zrobił tu i teraz. Znaczy pewnie i zrobił, ale nikt z tych tutaj i nie po przybyciu, zwyczajnie on pojawił się już taki, nie inny. Chociaż może i miałbyć właśnie taki inny? Może o to chodziło? Może był to jakiś performens, czy coś? Wyzwanie, do nieklejenia się i tak dalej… a co się stało, no wpadł w sidła Ojeblika – małej, uciętej główki i od razu łóżeczko, herbatka, bandażyki…

I plasterek z Hello Kitty.

I polazła gotować klej, bo wiecie, nie ma to jak domowy klej, receptura pradawna i trzymająca przez wieki i tak dalej. Na początku dookoła zrobionego mu szybko w jadalni posłania tliło się od osobików wszelakich, ale jak mijały godziny to się ludzie i mniej ludzie wykruszali. Tym coś kipiało, tym coś rosło, tym coś zbierało, a tamtym zwyczajnie się nudziło, więc nikt nie zauważył, kiedy Pęknięty Globus zniknął. Takk bez słowa, bez pozostawionej skorupki, zrzucając bandaże, składając je jednak w kosteczkę, podobnie kocyki, kołderki, nawet poduszeczkę strzepnął znikając okrąg swej globusowatości, zachowując tylko ten plasterek, bo zwyczajnie mu się podobał, a miejsce, które zakrywał było tym, które lubił najmniej, więc…

Zniknął.

Nie pozostawił istu ni zapachu unoszącego się w powietrzu, choć to może i lepiej, no i tak jakby go nie było, tylko ten bulgoczący klej i wspomnienia, które już blakły, świadczyły o czymś innym… i jaki w ogóle był tego sens?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Krokusy i inne.

Wiosna.

Ciepło, wylazły przebiśniegi i krokusy, ale… wciąż fosycja milczy, inne rośliny i trawy też. W nocy jakoś chłodniej, w dzień krótki rękaw. A jednak, jakoś tak dziwnie. Jakby coś szeptało, że coś się szykuje, jakby coś krzyczało, niesłyszalnie, że coś jakoś nie tak jest, że przecież zima w lutym zwykle, a tutaj co…

Sucho.

Nie no, pewno że kwiatki ślicznie wyłażą z suchej trawy, ale jednak dziwnie niepokojąco spoglądają w morze. Pochylają się ku ziemi, gdy wiatr wieje, a wieje często i łby urywa, a jednak morze płaskie… nie no, na pewno z drugiej strony fale, ale jednak, w powietrzu dziwna niepewność.

Strach nawet…

Oj oczywiście, że mam to do siebie, że potrafię mocno paranoidować, ale jednak, zawsze mam rację. Rąbana Mamracja ze mnie, żeby nie było, bezczelny cytat i zapożyczenie to!!! Nie ja wymyśliłam Mamrację!!! A szkoda, bo tekst super. Jednak, ciekawe kto z was wie skąd, podpowiem, z jakiej książki, ona Mamracja? Starej książki?! No kto? Może jednak? Jakieś rączki w górze? Może? A może nie… zresztą, ci co takie książki czytali, to blogów nie tykają.

Chyba?

No ale, poza wiosną kilka ranników i oczywiście przebiśniegi. Poza tym nic więcej. I tak serio, to nie wiem, czy coś jeszcze wylezie. Bo jak tak dalej będzie słonko waliło, to raczej nie. Człeka goni w ogródek, ale jak tu coś plewić, jeżeli to wszystko ma przecież wznieść się spod ziemi i zakwitnąć.

No przecież…

Ale jednak dookoła Melsted kwitnie się.

Może i trawa miejscami kompletnie wypalona, ale ziemia ocieplona pragnie wydawać ono życie i oczywiście się jej to udaje. Tylko że… może lepiej było poczekać? A może przyroda nie potrafi czekać? Choć spoglądając na gałązki i drzewka, to raczej chyba się w tej mierze mylę. Bo pączki może są, ale ni kija nie liścieją.

Nie kwietną się…

Siedzi człek na zewnątrz, i trochę się telepiąc, wyciąga to, co zeschnięte z ziemi i myśli sobie, że czas, to chyba serio chce udowodnić, że zapierdalać może bardziej, niż zwykle. Naprawdę. Bo przecież już ten koszmarny marzec. Nie wiem skąd, jak i po czemu, ale przybył był już. Trochę zakatarzony, trochę zmanipulowany, urodzinwy, nadszedł. Trochę bez fajerwerków, z kilkoma pewno trzęsieniami ziemi, czy co tam się na świecie poza Wyspą dzieje…

… nadszedł.

Bo wiecie, to co poza Wyspą, to jednak całkowita, kompletna orientność. Wiecie, świat wielki i te pe i te ce. W mityczne, wielkie de też. Czasem mi się wydaje, że naprawdę można się tutaj tak zamknąć, tak zatoczyć i otoczyć, że to co poza tym małym skrawkiem lądu na Morzu Bałtyckim staje się wielkim wszystkim i tyle. Bo co więcej potrzeba? No, poza kilkoma rzeczami ze sklepów wysyłkowych i tyle. Nic więcej, nieprawdaż? Nic. Kompletnie. Choć… może nie każdemu. Bo znowu przekonuję się o tym, że mimo morza, plaż, zieleni i kwiatów, to ludziom, którym się wydawało, że znaleźli sobie tutaj własny raj, jakoś nie wychodzi…

Czy jestem aż taką desperatką?

A może dziwaczką?

Wariatem do entej potęgi?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pęknięty Globus… została wyłączona