Pan Tealight i Macacze Wiedźmy…

„No kurna z łapami, mackami, odrostami, policzkami…

Choćy dotknąć, tknąć, pogłaskać, musnąć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dotyk ognia” – … dobra. Przyznaję. Strasznie bym chciała by te książki były większe, bardziejn obszerne, mniej pisane współcześnie, wiecie morda-kubeł-pogrzeb-ślub-end.

Tak bardzo bym chciała z tej opowieści takie tomiszcze, gdzie więcej będzie o magii, o onych postaciach pobocznych, gdzie Mercy mogłaby sobie pozwolić na większe rozkminy… na więcej magii, na po prostu więcej słów!!! Bo to co dostajemy, oczywiście, że trzyma w napięciu, ale bierzecie to na jedno posiedzenie i tyle.

Koniec…

I znowu tyle czekania na kolejną część.

Dobra, jak ktoś cyklu nie zna, to nie wie o co chodzi. Jak zna, to i tak sięgnie po tę powieść, więc po co o tym gadać? Tak, to tasiemiec o wilkołakach, magii i świecie po ujawnieniu się wszelkich, zapomnianych mocy. O baśniach stających się prawdą i oczywiście o ludziach i nieludziach, chociaż…

… kto to tam wie, jak to jest?

Tym razem Mercy ma oczywiście problemy, ale doprawdę wielkiej mocy. I wszystko znowu może zakończyć jej i tak niespokojne istnienie. Oj będzie się działo. Naprawdę wiele. I jeszcze więcej pewno nas czeka sądząc po zakończeniu, więc… jeśli lubicie fantastykę dziejacą się bardziej niby współcześnie, gdzie tylko magia się czasem pojawia, ale i normalnych ludzi są problemy, więc zacznijcie od początku!!!

Koniecznie!!!

Bo to naprawdę świetna zabawa.

Nie tylko dla bab!!!

Dobra… słuchajcie, to już zaczyna być dziwne.

Znaczy te wizytacje. Żeby ludzie z całej ulicy się złazili? Nie wiem kogo pochowali w moim obecnie ogródku, ale zaczynam mieć więcej teorii niż radochy z nowego domu. Ale… w końcu dziś oddaliśmy stary dom – czyli Mold House i… zobaczymy jak to będzie. Oj, zobaczymy. Bo, po pierwsze, facet chyba się przeraził tym, co zobaczył, znaczy wodą w ścianie, po drugie, ogródek mu się podobał.

Nie wiem jak oni to wynajmą, ale mam dziwne podejrzenie, że wymienią wykładzinę kompletnie i do betonu spaloną słońcem, która wciąż mi zalega w płucach w postaci plastikowych włókienek, i wciąż w zatokach się mieni, jeśli zajrzycie mi przez nos, na pewno zobaczycie tęcze, serio… mienią się tak mocno, że w nocy mogę do kibelka iść z zamkniętymi oczami.

No dobra, to nie jest śmieszne, bo moje książki umarły i muszę się z tym pogodzić i zwyczajnie wywalić tonę książek. I… nie wiem, serio, nie wiem jak sobie w tym poradzić. Pierwsze wydania, wspomnienia, to wszystko… przecież ja je czytałam wielokrotnie, wciąż planowałam wrócić do wielu z braku finansów na nowe…

Nic z tego nie będzie.

Otrząśnij się…

Ale się nie otrząsnę.

To nie ja.

Ja będę uprawiała żałobę wielką i ciężką przez długi czas. Ale najpierw muszę jakoś odżyć, a tutaj… pukania nie słyszałam, wiecie, człek się jeszcze nie nauczył nowych dźwięków, więc wybudził mnie z klikania w kompa – na szczęście miałam na sobie gacie, a to akurat było po wielu godzinach wyrywania trawy z podjazdu i innych miejsc Mold Housa… wiecie, prysznic, Chowaniec aktualnie pod prysznicem, więc weźcie sobie dopiszcie całą malowniczą dramaturgię…

Ktoś włazi do domu.

Po prostu.

Wiatr się zerwał, bo baba nie zamknęła drzwi!!!

Kuźwa, jak można nie czuć przeciągu?

Jak durna trzymam te moje prawie francuskie drzwi i… wrzeszczę do niej żeby zamknęła głównę, a ta co… cóż, zamknęła je, ale za sobą. Podejrzewam, że poszła dookoła domu, bo potem Chowaniec znalazł od drugiej strony kwiaty na ławce, ale… co robię ja? Otwieram drzwi moje prawie francuskie, sprawdzam szybeczki, zamykam drzwi od tarasu i lecę do wejściowych przekonana, że ona tam czeka.

Ale jej tam nie ma.

Pewno polazła na taras, zastała zamknięte drzwi i wiecie, pomyślała sobie, że ją wypędzam niczym niechcianą teściową… chociaż, czyż nie miałam prawa?

No kurźwa mać?!!! Kto włazi do domu? No serio? Jeżeli pukacie i nikt nie otwiera, to ładujecie się komuś na chatę?

NIEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!

Kto dostał ataku paniki? Oczywiście ja.

Kto musiał poleźć, odnaleźć babę – okazało się, że mieszka na samym końcu, nie pytajcie się mnie gdzie, sąsiad z prawie na przeciwka pomógł… no Chowaniec, tak, ten co pod prysznicem był i małpa jedna nie wylazł w ręcznikus prawdzić co się dzieje. A powinien. No czyż nie powinien? Hałas był taki, jakby w końcu ten pomór z niebios na mnie za pogaństwo wrodzone spuścili!!!

A on se siedzi tam, choć oblucje już zakończył.

No nic, znalazł babę i musiał jej tłumaczyć, że przeciąg, że tak dalej…

Ja się telepię w kuchni.

Wciąż nie rozumiem jak można wleźć komuś na chatę!!!? No błagam. Wiem, że drzwi nie były „zakluczone”, ale były zamknięte do cholery!!! Zresztą nawet. Jak na pukanie nie odpowiadaja, to się nie ładujesz i tyle… chyba, że coś się zmieniło. Z drugiej strony, mieszkaliśmy już na Wyspie obok takiej wariatki, co mi się ładowała prawie przez okna, więc serio… chyba wystawię jakiś znak, ale najpierw chyba musimy zrobić jakąś imprezę żeby wszyscy się dowiedzieli jakie mamy korzenie rodowe, grupę krwi i czy nadajemy się na dawców narządów – NIE!!!

Bo te pielgrzymki to mnie na zawał…

W życiu przeprowadzka nie była takim koszmarem.

A tyle ich przeszłam…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Macacze Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Zastały Gość…

„No widzicie…

Zaśmiardł się.

A serio chcieli mieć takiego jednego, może przesuwnego nawet, coby zawsze móc powiedzieć, że są zajęci i nie przyjmują! No co…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem po prostu człek już nie może i zwiewa do lasu.

I znowu idzie przez ten las, i nawet udaje mu się nikogo nie spotkać. Tylko te drzewa i ptaki przemykające po wciąż zeszłorocznych liściach i lekki zapach grzbni, i jeszcze może te szyszki i aromat onych drzew, które wiedzą, ale nic nie mówią, a może mówią, ale wiedzą, że i tak nic to nie da, więc…

I po prostu się udaje.

Wiatr się zwiększył, już człek słyszy, że raczej nie popływa, bo przecież nie chce stać się nagłówkiem w gazecie… ale wiecie, pomoczyć tyłek można. I może między falami na chwilę się zanurzyć, gdy ktoś inny pilnuje. I tyle. Piasek i tak zawiezie się do domu w gaciach i miejscach, o których serio, nie chcesz teraz myśleć.

Aua… się obetrę!!!

Ale nic to, bo morze znowu piękne, czyste, chłodne może dla niektórych, ale dla nas idealne w temparaturze. Słońce wali, na niebie gigantyczny łabędź, albo coś mutantowatego, jak łabędziopaw? No po prostu spektakl niesamowity. Ten błękit, one niebieskości i szmaragdy wody i ten oiasek, bursztynowy i biały i ta domieszka perłowa i czarniawa z muszli oczywiście… i jeszcze kilka małżowych cudów i może jeszcze kilka wodorostów…

I ten zapach…

Niesamowicie oddychający za nas.

Jakoś tak…

Morze.

Szumi i huczy, a jednak jest to dźwięk, który nie denerwuje, wprost przeciwnie, niektórym reguluje wszelkie szumy uszne. Innym znowu w końcu wyłącza nasdmiernie myślenie, abo odwrotnie, właśnie mobilizuje myślenie na całego.

I już rzucasz się na skrawek papieru i szukasz czegoś do pisania, a może jednak, na mokrym piasku, może fala pozwoli skończyć chociaż jedno zdanie?

Może się uda?

Pewnie nie, ale przecież spróbuję. Bo na mnie morze działa kreatywnie. Najpierw się trzeba namoczyć, a potem wariować, bo leżenie plackiem to wiecie, w moim przypadkiem dla tych chorych. Serio. Jak już jestem o krok od śmierci, to plackiem jak nic… sprawdzone! Niestety. Jakoś tak, no w jednym miejscu mogę tylko wtedy jak robię zdjęcia i zoom wymaga kompletniej nieruchliwości i wszelakiej bezoddychalności.

Oj mogę.

Dziwne to… przecież takam niecierpliwa.

Szczególnie jak patrzę na tych gości, co oną dziurę nam w podjeździe już dzień drugi robią. I jakk najbardziej będą ją robić i jutro, bo koparka wciąż stoi… kurcze, sąsiedzi nas znienawidzą od pierwszych tygodni no…

Ale, z drugiej strony, no przecież wielkiego hałasu nie ma, ino kilka godzin, a na dodatek każdy to robił, więc…

Może nie zabiją?

Jakby co, to pa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zastały Gość… została wyłączona

Pan Tealight i Koparka Nocny Marek…

„Nocą na Wyspie wiele się dzieje.

Większość z onego dziania wcale nie chce być obserwowane, ale są takie dziania, które wprost krzyczą: oglądaj mnie, doceniaj mnie, podpatruj, chcę być w mediach, chcę byś o mnie pisał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podłączanie internetu na Wyspie

No więc jak wszelakie zachowania Tubylcze osobników pracowniczych, ono podłączenie do czegoś, co zdawałoby się być niesamowicie ważne i właściwie, bez urazy, ale szczególnie tutaj, no niezbędne. Bo przecież jak bez netu? Jak pracować? Serio… do reszty życia, to wiecie, słabo się przydaje, ale na pewno sporo ułatwia, ale robota…

No jak?

Zresztą ona współczesność, w której żyjemy przecież na internecie stoi, więc… kurde, no nabyliśmy dom bez internetu. Trzeba było załatwić przybycie gościa i tym zajęliśmy się wcześniej jak już pisałam, ale w życiu bym nie pomyślała, że postawienie kropki, to taki długi czas, kolejnej, jeszcze więcej… a teraz… no tak, po dwóch tygodniach przyjechali sobie panowie. Wielu ich było, bo się okazało, że nie mogą szparki na kabel zrobić takim fajnym pługiem, bo ziemia za twarda, ino musi być koparka… i w ten sposób zapoznaliśmy się z przekrojem wszelakim i warstwami naszego podjazdu…

Mocno się zapoznaliśmy.

Panowie oczywiście przybyli z koparką na lawecie, ale… żeby nie było, każdy swoim autem. Kopareczka najpierw stała i stała, potem w końcu się ruszyli i przyleźli powiedzieć, że oni zaczną, ale dziś – był piątek – jest dzień krótki i oni tylko do 13gej robią. Chyba coś się nam o uszy obiło, bo było jakoś po dziesiątej, więc wiecie, człek pomyślał, no spoko zdążą zrobić, co nie?

Na pewno!!!

Osz naiwności szalona!!!

Najpierw gadali ze sobą i nie wiem, no wiecie, koparka stała, a oni sobie tam okoliczności przyrody podziwiali, czy coś i inne tam… rozgawory prowadzili wielkie, a potem wjechała koparka z włączonym radiem na full. Niech mnie ktoś objaśni, czy oni mają zajęcia z tego jak słuchać radia, gdy go w ogóle nie słychać, bo urządzenie produkuje taką ilość decybeli, iż właściwie winieneś nałożyć słuchawki.

I tyle.

Przecież tak jest wszędzie, więc serio, no czy oni mają szkolenia, czy jednak specjalne jakieś magiczne umiejętności?

Serio?

No ale… okazało się, że czasu styknęło jedynie na jakieś pół metra dolka i to takiego na kilkadziesiąt centymetrów, bo mamy jakąś czarowną siatkę, która powstrzymuje rozrost chwastów… hmmm, chyba ktoś chwastom nie powiedział o tej siatce, no ale, niech im będzie. I tak przecież niedługo jesień…

I tyle… ile czasu kopali? A jakieś kilka minut.

Ile hałasu narobili… wkurzająco zbyt wiele.

Człek by pomyślał, że oni po prostu się zwiną, że coś źle może zrozumiał, czy coś, w końcu jeden z nich w ogóle nic nie mówił, ale coś mi się zdaje, że nie… bo kolejną godzinę panowie spędzili sobie na naszym skwerku, zaraz za moim żywopłotem pytlując i żrąc… Nie no kurna. Tosz nie można było już zrobić tej roboty?

Serio?

No ale… co ja tam wiem.

Poza tym, że teraz mam dziurę w podjeździe i jakby tak polało, to wsio się rozpierdzieli… tych panów, to akurat raczej na pewno mało to obchodzi, ale… zostawili mi koparkę. No serio zostawili!!! Kurde, może bym se sama dziurę zrobiła i już? No wiecie, po swojemu i mieć zrobione? Bo ja nie trawię niedokończonej roboty. Po prostu mnie to nerwuje i tyle. A u mnie to jednostka chorobowa, więc… może w sądzie jakby co, to da się wytłumaczyć? No wiecie, bo biedna koparka samotna się czuła i ją utuliłam pracowniczo? Czy spina się to kabelkiem, czy jakoś inaczej się da załączyć?

No dobra… nadal bez internetu.

Tymczasem Wyspa krzyczy, że: cały rok w Svaneke.

Znaczy…

… sklepy mają być otwarte. Co dokładnie? Wiecie co, pewno wyjdzie w praniu, ale nagle wszyscy szukają pracowników na cały rok, bo wiadomo, wakacje być muszą. Tutaj jakoś to, że pracuje się tylko kilka miesięcy w roku jest nader męczące i zmusza do długi i najlepiej półrocznych wakacji na Ibizie czy innej Majorce.

Jak to wszystko się rozkręci?

Się zobaczy…

… czarno to widzę, serio. Albo stali mieszkańcy stąd spieprzą, albo wszystko się rypnie, bo taka ilość ludzi, to męka straszna. Nagle człek czuje jak bardzo mała jest ta moja Wyspa. Naprawdę mała.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koparka Nocny Marek… została wyłączona

Pan Tealight i Zaklęcie Co Chciało Inaczej…

„Ona nawet go nie tworzyła.

Serio, samo się jakoś tak, niby znikąd, niby jakoś z siebie, może z marzenia, sennej wiedźmiej maligny, a może pragnienia takiego, które łkało już o spełnienie…

A może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zagrzmiało, z niebios wyrąbało wielką całodłużną błyskawicą z pięknymi rozgałęziami, błysnęło gdzieś po lewej i tye… jeszcze niby coś się przewala pod niebiosami, ale… burzy nie będzie. Nic z tego. Może popada… mogłoby bo kurde nikomu nie chce się podlewać przecież. No i ziemia dżdżu łaknie…

Właściwie nie wiem, co się dzieje w świecie.

Sprzątam i przybijam rzeczy do ścian i myślę, czy wszędzie taka fuszerka, czy tylko tutaj. Pewno wszędzie. No ale. Czy walczyć, czy jednak nerwów nie tracić? Nie wiem już, chyba za bardzo jestem zmęczona. Siedzę i poza rozbłyskami nielicznymi i niknącymi gdzieś daleko, pewno na kontynencie, to jakoś tak ino te lampy pojedyncze się świecą i nic poza tym. Poza tym zaraz, nie do końca nic, bo jakiś świerszcz gra.

Za darmo.

Powinien człek zamknąć okno, ale jednak… chłodu mu szkoda. Chce go więcej. Chce go skumulować i jakoś taak się nim do snu otulić, bo przecież to już noc idzie. Noc dziwna, pokrętna może? A może spokojna w końcu?

Przydałoby się.

Spokoju trochę.

A może jednak, jak zapowiadają wydarzy się otwarcie niebios i ogromniasty shower? kto to wie? Ostatnio prognoza pogody, to tylko dziwna propozycja. Jakby menu w knajpie i nikt nie wie kto zamawia. Może ci co budują to coś do gry w bule… weźci mi powiedzcie co to za nowomoda?

Powiedzenie: „w kulki se grasz” nabiera WIELKIEGO znaczenia.

WIELKIEGO.

No ale…

Na razie zmrok nadszedł. W końcu mamy trochę więcej nocy, co mnie cieszy niezmiennie. No i te błyskawice. Wiecie, że wciąż boję się burzy, ale jednak ono piękno w niej zawarte jest takie intrygujące. Ale wciąż strach jest większy. Dziwne to wszystko, że niby człek tak zwanie dorosły, a jednak się boi…

No mniejsza… znowu zaczyna grzmieć, błyska się, dziwnie coś szumi i chyba już można uwierzyć w ten deszcz. Ae w nowym domu człek uczy się najpierw onych wszelakich, choć pewno zwyczajowych, nowych dźwięków.

W ogóle wszystkiego nowego.

Choć nagle odkrył, że nie ma zamrażarki i stracił właśnie żelazko, ale nic to, przetrwamy. Pogniecione, to nowy styl i tyle!!!

Na pewno utraciłam całego Tolkiena, Anne Bishop i oczywiście kolekcjonerskie bajery Pratchetta. I jeszcze całego Harry’ego Pottera. Czuję się jakby mi ktoś dzieci zabił. Książki dla niektórych znaczą więcej niż ludzie. Pewno jak z kotami czy psami dla innych… wiecie, każdy jest porąbany w jakimś kierunku.

Mnie uczyły i kształtowały książki.

… więc jest źle.

Jak człek znajduje na to wszystko siłę, by przetrwać ciągłe kopanie w dupę? No serio. Jakby co, na razie pielgrzymki sąsiadów się skończyły. I tak musimy ich sprawdzić na fejsie, bo człek z wrażenia zapomina co usłyszał i tyle. Wciąż nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.

Przecież oni tak nie robią, no!!! LOL

Jak jest tu wytwórnia zombie, to będzie miło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaklęcie Co Chciało Inaczej… została wyłączona

Pan Tealight i Tęsknota…

„Jest w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki ta tęsknota za Pewnym Miejscem, Tym Drugim Miejscem i jest ona wielka i bolesna nadzwyczajnie… No po prostu ona musi tam. Ona chce tam, ona potrzebuje tam… ale co zrobić? Jak zapłacić za te podróżowanie? Jak sprawić, jak zaspokoić tęsknotę chociaż na chwilę… choć na trochę może i dłuższą?

A może…

Może jednak jeszcze więcej winno się zmienić?

Może znowu czas… ale przecież, przecież tak wiele się wydarzyło, dopiero co, więc dlaczego, jak, po co, czemu…

Ale ona Tęsknota. Tak wielka, wzburzona, puchnąca, męcząca. Wszelako niesamowicie niszcząca każdą chwilę… jak to tak? No weźcie, no! Jak oddychać, jak patrzeć, jak wstawać i kłaść się, jak? I ono Miejsce… czemu tak woła, krzyczy nawet, wysyła monity, listy pisze, myślomyśli mąci, na kamykach na plaży układa wiadomości, w liściach szemrze, strumykami nuci… nawet wiatr, nawet Księżyc, ale ten to kurna zawsze przeciwko Wiedźmie Wronie, więc…

Co zrobić?

Przecież się nie da… nie ma możliwości!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Karpie bijem” – … nowy. Nowiuśki.

Zbimbrowany.

Po prostu hot dog po piesku sortu lubelszczyźnianego…

Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Raczej tak, no wiecie, zwyczajową rozrywkę. Znajomego Wędrowycza, chociaż… kurna, no nie do końca, bo jakby, jaky było go mniej. Jakby Semen chciał przejąć jego schedę, jakby staruszek był gotowy na odejście? Bo bez urazy, ale sporo z tych opowiadań to takie miniaturki, miniaturowe bardzo. I wszystkie właściwie wykorzystują znane nam już motywy.

Nie ma jakiegoś dreszczyku…

Nie ma tego czegoś.

Nie wiem, z jednej strony nie żałuję, ale z drugiej… coś mi się wydaje, że wszystko kiedyś musi się skończyć. Ale jakoś, nie no, nie chcę by to się kończyło no. Bajer z Karpim Królem naprawdę intrygujący. Wstawki Semena miejscami aż nazbyt nachalne, a poza tym… to co się stało z jego rodziną? No serio? Kiedyś mieszkał u siebie i tak dalej…

Ale… dla wielbicieli i tak powiem, że warto.

Dla mnie to wciąż Wujek Józek w natarciu.

Świętej pamięci, żeby nie było.

Gdy człek nagle się gdzieś przenosi, zdarzyć się może, że… nie będzie miał internetu. No i nie mamy internetu. Oczywiście, że można coś kupić, korzystać z tego telefonowego, ale bez przesady, kogo na to stać? No więc… od nowa chcemy ten nasz zwyczajowy bornhfiber, ale… tia, czas oczekiwani na koparkę i całą resztę to jakieś 6 tygodni, więc wiecie, jeśli wciąż się wam wydaje, że internetu tu jest dla wszystkich, no to…

Nie.

Przez ponad tydzień czekaliśmy żeby koleś przybył i postawił kropkę, na szczęście tego, co zaznaczył na ścianie miejsce, w którym mają wiercić został zamówiony miesiąc wcześniej, ale to oczywiście nie wpłynie na oczekiwanie… na wkurzanie wpływa za to doskonale. Serio!!! Żeby przyjechać i zrobić jedną nalepkę, potem kolejny co robi kropkę, potem przy będzie ten z koparką, a potem ten z kabelkiem, a potem jak już dostanę szału… albo i nawet później oczywiście… przybędzie ten, co wkręci w ścianę pudełeczko.

Szczerze?

Dlaczego nie można wszystkiego od razu?

Żeby nie było, jest odpowiedź w przypadku kontroli przeciwpożarowej i ubezpieczenia. Dziunia w telefonie poinformowała nas, że wakacje ludzie mają. Nosz kurna rondelek, popierdoliło was? Jak urlopy, to się załatwia zastępstwa. A jak nie ma zastępstw, to urlopy się nie mają prawa zazębiać, nosz kurde no.

Przecież to ważna sprawa.

Jakby nie mieć chirurga na oddziale!!!

No ale, widać, że nie tylko nie ponosi.

Właśnie nasi kierowcy autobusów strajkowali.

Oczywiście grzecznie, oczywiście, ino jeden dzień, milusio w okresie powrotu dzieciaków do szkół? Miodzio!!! Oczywiście się dogadali z rządzącymi dość szybko, więc na razie będzie spokój, ciekawe na jak długo. Na pewno im nie zazdroszczę roboty przy tym natłoku ludzi, przy tych pierniczonych korkach.

Kurna, przecież u nas nie bywa korków no!!!

3 auta w rządku to maks!!!

Poza korkami giga wypadek w Svaneke. Niby nie do końca strasznie źle, ale jednak zniszczenia na kopę kasy. I tyle. Znowu będzie jęczenie, ale czy ktoś zwróci, uwagę na to, że tam na zakręcie należałoby wprowadzić jakieś ograniczenie ruchu? Może w sezonie górą w prawo, a dołem w lewo?

No wiecie, tylko na 2 miesiące?

No nie wiem.

Tak czasem mi się wydaje, że serio dziw wielki, że jeszcze nic się nie stało na przykład u nas. Bo przecież ta główna droga w Gudhjem to proszenie się o śmierć. Serio. No i jeszcze te smutne miejsca na wynajem… czy to jeszcze ma szansę, by się ruszyć? Może jakaś dotacja? Bo ja mam obrazy i zdjęcia na sprzedaż!!!

Ja bym chętnie, ale wiecie, ceny powalają.

A Turyścizny ma być jeszcze więcej i to jeszcze więcej rok cały, więc tak serio zaczynam odczuwać lęk. Na spacerze ostatnio, krótkim wszelako, byłam jakieś 2 tygodnie temu. No zgroza no!!! Ale te tłumy, rowery olewające jazdę gęsiego…

Nie na moje nerwy.

Tego roku sezon jest przerażający.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tęsknota… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmar dzienny…

„Trzy żółte szopy, a w każdej świat inny.

W jednej drzwi do wymiarów wyłącznie owłosionych, w drugiej dziwne zapomnienie, a w trzeciej, no właśnie… rozmiarów ludzkich zamrażarka i zestaw pił, młotków, toporów… a wszystko rdzawe, dziwnie czerwone, jakieś takie…

… używane.

I tak to się nowa Chatka Wiedźmy otoczyła nimi, Starą Śliwą, Tarasem Bezpoznawalności oraz Różanymi Strażnikami… i wiecie, już było po. Wiedźma Wrona Pożarta jęcząc i kwęcząc musiała się przenieść, przetoczyć i wszelako przeprowadzić… i niestety… uświadomić sobie boleśnie, że nazbyt wiele z jej Ksiąg zmarło…

Odeszło…

Bo Wielki Żółty Potwór był w rzeczywostości tym, przed czym Chatka uciekała. Tajemnicą, którą próbowała kryć, ale gdy w końcu się przestało udawać, jakoś tak, wiecie… zmieniła i i położenie i kiecę, i dach i ściany… a jednak, tak naprawdę, wciąż widziała i Białe Domostwo i Seniora Łindmilla i…

To, co zwykle.

Tak więc wszystko się zmieniło…

… i niewiele też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Trzy szopy i redrum…

Powiem wam, że oczywiście, kocham mój domek, nowy domek, ale jednak kurcze wciąż nie rozumiem. Po pierwsze redrumu, który mamy. No żeby taką czerwień na ściany położyć… a jednak jak się tam człek ułoży na dywaniku na podłodze, to jakoś tak się dziwacznie wycisza. Chociaż może nie powinien, przecież ona czerwień wzbudzać winna agresję i działanie… a ten odcień, nie wiem, no jakoś tak… może zostawimy? Nie, walnę kobalt jakby co.

Albo biel…

Prawda jest taka, że dom nowy nie tylko trzeba dobrze wyczyścić, ale też zdałoby się odmalować. Nie da się w tym roku. Modlić ofiary należy złożyć byśmy z głodu nie zeszli, ale… wyczyścić, to go czyścimy. Byli właściciele zostawili tyle rzeczy, że no naprawdę. Przede wszystkim dwie szafy, niepotrzebne, do tego zmywarkę, jak ktoś chce kupić, z chęcią sprzedam, a po trzecie 3 szopy i brak carportu.

Żeby nie było, w papierach stoi, że być winien.

No i jest problem oczywiście. Ale co tam, trzeba się będzie z nim uparać, jak z grzybem, który znaleźliśmy w naszym byłym miejscu zamieszkania. Co do tego, to chyba będziemy potrzebowali adwokata, bo zniszczone mienie i zdrowie przez ich niedpoatrzenie i wszelakie olewanie zgłoszeń… no sorry, tamto było wynajmowane!!!

Przegramy?

Jak tak, idę w ballade w mediach społecznościowych!!!

Moje zatoki jako pierwsze!!!

No ale poza tym wszystkim, pogromem przeszłości, który oczywiście trzeba będzie ogarnąć i oddać za jakieś 10 dni… książkami, które muszę wyrzucić… to mamy trzy dziwne żołte szopy!!! Serio TRZY!!! W ekko różnych rozmiarach. W jednej było coś w rodzaju warsztatu chyba, bo został stół i imadło. Mi się przydać może. Na pewno, ponieważ jest tam okno, złożę tam pbrazy, niech sobie odpoczną, a i trochę książek…

Ale szopa numer dwa…

… jest dziwna. Niczym bliźniak syjamski numeru trzy, nie chce się od niej odczepić. Przylepiona na maksa. Nie da się zniewolić cudzymi zmyśleniami o jakiejś taam samodzielności. I tutaj są dziwne rzeczy i tutaj jakoś tak pokrętnie i tutaj, hmmm, jakby to powiedzieć, dałoby się kogoś zaciukać.

Obok stoi takie dziwne usypisko upłaszczone, na którym wielki stół i palastikowe krzesełka po poprzednich właścicielach. Możnaby pomyśleć, że od miejsca uboju wprost na stół i tak dalej, ale jednak, czyż to nie nazbyt przerażające?

Nie, za bardzo zmęczona jestem na te myślenia.

Pobije was szopa numer TRZY!!!

Oto i ona. Niby taka jak inne, ale jednak gdy wchodzicie, wiecie od razu, że coś jest na rzeczy. I jest to coś doprawdy wielkiego. I nie chodzi o te dwa dziwne, fikuśne, jakoś tak turecko wyglądające dywany… nawet nie o zardzewiałe piły i młotu, wielkie młoty, powieszone podług wielkości na ścianie. I nawet nie o inne utensylia kroicielstwa, bijactwa i tak dalej w tej szopie, o nie…

… wcale nie o to.

Ale o ludzką w rozmiarze zamrażarkę!!!

Zaczynam się zastanawiać, że może choć niedaleko, to jednak ta dzielnica ma jakieś WIELKIE sekrety, bo wszyscy do nas przychodzą się przedstawiać. I to tak dziwnie… gdyby jeszcze przynosili gifty, zaczęłabym się bać.

Albo wiecie, wdziała boskie szaty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmar dzienny… została wyłączona

Pan Tealight i Ryba z wody…

Chatka oszalała, nadęła się, stąpnęła prawym rogiem, potem lewym, a potem… stanęła obok siebie i odeszła. Nie żeby daleko, ot na ten tell nad Melsted. Tam, gdzie kwiaty czerwone. nieba więcej widać…

… a potem zaczęła się przeistaczać i już…

… no dobra, całe ono przeistaczanie się zajęło o wiele więcej czasu, ale i tak było to coś, co Pan Tealight sporadycznie widywał. Moc natury, kamieni, drzew i woli podobno bytu… eee… nieożywionego.

Wiecie, w końcu nazywają to nieruchomościami.

I tak oto nagle, choć dla ludzi jakby wiecie, zawsze tutaj była, na tellu, który pojawił się ponad miasteczkiem, otoczona ogródkiem z różowymi różami, ziołami i wszelaką swobodą. Z trawnikiem, co prawda bez garażu, no ale… spojawiła się w innej lekko formie. Pożółkła i drewniana z ogromnymi oknami wpatrzonymi w dal tak daleką, że patrzyła poza Sklepik z Niepotrzebnymi, poza pola i lasek, rzeczkę i inne pola i drzewa i uliczkę, czy ścieżynkę…

Była nowa, inna, ale wciąż była sobą.

Prawdziwą Chatką Wiedźmy.

Nie że ta nagle stała się rybą bez wody, miejscem co to nie miało gdzie prowadzić swego kryjącego się często, skonfundowanego istnienia i wszelaką samotnie pozostawioną bez korzeni istotą… Nie. Po prostu teraz miała swoją Chatkę inną… taką, jaka się jej tak często marzyła. Mocno lekką, jasną, z podłogą, która nie gryzła w dupsko, a i wrotami do Innych Światów, które nie latają po całej zamieszkanej powierzchni, ale spokojnie siedzą w przeznaczonym dla nich pokoju.

Uporządkowaną.

Się zmieniło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeprowadzka…

Czasem się zastanawiam ile razy w życiu ludzie się przeprowadzają. Wiecie, nie tak, że mieszkają przez tydzień czy dwa w cudzym domu, ale naprawdę przeprowadzają. Biorą graty, nagromadzone marzenia, życzenia i… wyjeżdżają… najczęściej mają pomoc, jakieś ciężarówki, chcociażby znajomych. Ech, ze znajomymi jest fajno, raz tak mieliśmy. To było cudowne, ale kurcze samemu, nawet w dwójkę…

To koszmar.

Jeszcze szczególnie, gdy wciąż do czegoś dążycie…

Gdy w końcu chcecie być bliżej i bliżej marzenia.

A może spełniacie własne marzenie? Nie wiem, ale właśnie tak. No więc ile razy ludzie się przeprowadzają? Raz, dwa razy w życiu? Znam takich, co wciąż mieszkają w domu, w którym… prawie na świat przyszli. pełnym wspomnien z dzieciństwa, dorastania… czy ja bym tak mogła? Chyba nie. Czy tutaj udzie tak mogą? Wydaje mi się, że na Wyspie młodzi najpierw przechodzą etap odrzucenia, uciekają w świat, do Kopenhagi chociażby… a potem, po kilku latach, czasem szybciej…

… czasem później…

Wracają.

Kupują dom, zakładają rodziny, albo wprowadzają się już z nimi. Tak naprawdę ukształtowani przez inny świat wchodzą w ten. Ten, który ktoś niedawno określił „światem dziwnych ludzi”. Była to osoba, która przeprowadziła się tutaj kilka lat temu, świeżak właściwie, ale już nienawidzący tego miejsca straszliwie… może za młody, może za stary, może zwyczajnie nie potrafiący docenić, a może…

… natura to nie wszystko…

Nie dogodzisz ludziom ino morzem, skałami i malowniczym widokiem.

Ludzie wracają tutaj często na starość, wracają na chwilę, często nie wytrzymują długo i spieprzają, aż się za nimi kurzy. Zostawiają rzeczy, mają w końcu fiirmy od przeprowadzek, ale my… biedota nie ma, więc sama musi przenieś jakieś 5 tysięcy książek te 90 metrów, bo tak, właśnie tyle się przeprowadziłam.

No więc jak często się przeprowadzaliście?

A może coś planujecie?

Może to wciąż tylko marzenie – własny dom?

Dla mnie chyba już nie, chociaż wciąż w to nie mogę uwierzyć. W Gulehusie, który, gdy zajrzeliśmy mu do wnętrza, okazał się rąbanym ideałem. Wiecie jak to jest, jak widzicie coś i czujecie, jakby ktoś wa czytał w głowie i robił i kuchnię i pokój i łazienkę jak chcieliście? No dobra, nie pomalował na biało, a tutaj rzucił czerwień niczym w rąbanym „redrum” i jeszcze brak kobaltu na ścianach w kuchni, ale przecież to szczegóły… maciupkie. Minimalne. Wytrzymam dziwną zieleń ścian kilku i brzoskwinkę w kuchni nim uskładam na bukłak farby…

Kurna, od kiedy farba kosztuje 500 koron?

I to ta najtańsza?

Gdy ludzie na Wyspie się przeprowadzają, zwykle… nie wiem, może innym się zdarza to inaczej, wiecie, tym, co się tutaj urodzili, na pewno się zdarza, w końcu każdy tu każdego zna, ale jednak… po raz pierwszy, a przeprowadzaliśmy się tutaj już co najmniej 3 razy w znaczeniu pobytu stałego, wynajmowanych na kilka tygodni mieszkań nie liczę, było ich jednak kilka…

… i nigdy sąsiedzi nie zleźli się dość tłumnie pierwszego dnia.

Jeden nawet z flaszką.

Dziwne?

Może boją się, że ich zjemy? Hihihi… albo ma to coś wspólnego z trzema dziwnymi żółtymi szopami, które mamy w ogrodzie na onym naszym telu, gdzie stoi żółty nasz dom otoczony czerwonym kwieciem. Gdzie dwie są jabłonki i starsza, chyba śliwka? Nie wiem, bo kurna owocki zniknięte są…

… nosz bezczelność mnie tak w niewiedzy zostawiać.

Tak naprawdę wciąż się przeprowadzamy, w końcu to tylko 90 metrów, a jednak, a jednak kurcze jakoś tam już nie mogę żyć. W tym czymś, co nieomal mnie zabiło, a może jeszcze dobije, co zabrało nazbyt wiele… bo widzicie, domy na Wyspie są łapczywe. A i są miejsca, w których lepiej nie mieszkać… to w końcu magiczny przybytek, a magia wcale nie jest puchatym zwierzaczkiem.

Ona warczy, macha pazurami i jadem pluje.

Ja ostatnio nie…

Jestem nazbyt zmęczona.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ryba z wody… została wyłączona

Pan Tealight i Panienka z Wiaderka…

„Bo okienko jej zabili dechami, olaboga, to sobie wiaderko znalazła stare takie, bardziej wielki skopek na mleko niż wody nosiciel prawdziwy z wielkim nosidłem, drewniane, ze szczap grubych, gładzowne, pociemniałe i wiecie, wodą wypełniła dla lepszego, odbiciowego efektu i kuka…

No kuka, no.

Kuka tak na wszystkich i ich przeraża. Bo wiecie, gorąc wielki jest to i ptaszek chciał się napić i Biały Jednorożec i jeszcze Ojeblik – mała, ucięta główka… i wtedy się rozeszło, rozwaliło i wybuchło. A Wiedźma Wrona Pożarta na takie ballade od razu podskakuje i wiecie, łbem w podsufitkę, w ściany się chowa, w drzwi się wtapia, zamiast okna staje i za ojca szklarza robi…

A nawet raz próbowała zasłonką być, ale taki wyszedł jej kolor, krój i upięcie, że do dziś ludzie źle się czują na samą o tym myśl, więc gdy dźwięk wybrzmiał, otoczyli Wiedźmę Wronę i zwyczajnie trochę ją poddusili.

I już…

Tylko co teraz z Panną z Wiaderka?

Bo niby nie miała złych zamiarów… znaczy podobno, tak myśleli, ona tak bulgotała im prosto w twarze mocno ich mocząc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żeby nie było, nic o tym nie wiedziałam.

Ser serem, ale co my tu jeszcze robimy? Wodę? A tak, rzeczywiście, robimy wodę i piwo. Tak, może i wino i maść z dodatkiem specjalnego ziela – mrugam teraz, więc wiecie jakiego. No trawy tej. Ekhm. Robi się czekoladę, cukierki i lody oraz wszelakie przetwory, ale przede wszystkim sprzedaje się ziemniaki, na które w tym roku miejscowych raczej nie stać. Czujecie ten absurd? Mogą kupić pyry z innych części Danii, ale nie z Wyspy. Przecież to kurna poronione mocno!!!

No ludzie, no!!!

To samo z kalafiorem czy cebulą…

A ceny!!!

Do tej pory serio ziemniaki były już w dość normalnych cenach, znaczy drogie, ale wiecie… a w wyniku zwiększonej ilości Turyścizny nie tylko braki w sklepach, to jeszcze ceny przez cały czas górują ponad wszystkim… czy ludzie je kupują? Nie wiem, sporadycznie kogoś widzę, mnie nie stać. Zresztą, człek nie ma czasu nawet by poszukać dobrej odmiany. Bo przecież nie wszystkie są dobre… nic z tego!!!

Ale…

Na drogach korki. I to takie, że wyjazd z gudhjem zajmuje minuty, nie zwyczajną sekundę, ale wiele minut. Korek ciągnie się poza zakręt i… jest ciężko, do tego te problemy z promami, chamstwo przewoźnika i macosze traktowanie miejscowych. A przecież te bilety miały być dla nas przede wszystkim…

… ale na kij my, zwykłe małpy w zoologu wyspowym.

Sadzące pyry.

No dobra, wróćmy do pogody.

Jest… gorąco.

I to tak dziwnie gorąco.

Niby słońce za chmurami, a jednak parówka… niby powieje, ale jakoś nie daje się oddychać. Podobno Syberia płonie, może to to tak wpływa na nas? Morze wciąż jeszcze strute, więc Turyścizna szlaja się po mieście marudna i wkurzona, agresywana i kopcąca pety.

Nie znoszę tego!!!

Ludzi wciąż jak mrówków, aż człek się zastnawia, czy kontnentów nie pomylił. Bo przecież to w Italii czy innych „ciepłych krajach” winny być takie ich ilości, a nie tutaj, więc.. i przyznaję, że zwiększył się ruch nie tyle osobników zrowerowanych, ale tych z plecakami, w wielkich butach, umęczonych, chodzących…

Wiecie, staromodni gracze.

Ciekawi mnie kto napisał o Wyspie i PRowo zadziałał, że aż ich tyle? No bo bez urazy, ale ludzie sami się z siebie tak nie robią, trza ich zachęcić, podać rączkę z biletem i tak dalej. Sami z siebie nie znajdą.

Jakkolwiek jestem jak najbardziej za, to mogliby chodzić po wyznaczonych miejscach i to zgodnie z prawem drogowym? No serio… jedziecie, wymijacie, a tutaj po niewłaściwej stronie drogi biegacz – OCZYWIŚCIE ZE SŁUCHAWKAMI W USZACH – i tragedia gotowa. Ludzie, to lewołaźdźctwo wymyślili dla waszego bezpieczeństwa, nie dlatego, że tak im się wydaje. I tak, oczywiście, że są na Wyspie miejsca, gdzie iść można tylko jedną stroną drogi, ale to się wtedy oczy ma dookoła łba a uszy rozpoztarte jak Dumbo!!! No czyż nie? Rodzice tak winni uczyć…

Co się dzieje z tym światem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panienka z Wiaderka… została wyłączona

Pan Tealight i Boże Odrodzenie…

„No rany no… bo wam to zawsze na myśli ino jeden bóg, a przecież tylu ich tu się kręci, że czasem człek się stąpać boi.

No jak mrówków!!!

I każdy coś chce. Ten atencji, ten ody, psalmu czy innej litanyi, a tamten znowu koniecznie ofiary choćby z palca, ale koniecznie krwawej i to już i teraz, bo się mu spieszy na spotknie z jakąś dziewicą. I choć wiesz, że laska na pewno go w balona robi i to helowego, to jednak jak u zabronisz?

Bogowi?

Wiedźma Wrona Pożarta od zawsze śpiewała Uśpionym Bogom kołysanki, a Zapomnianym przypominała, że są tacy, co wciąż pamiętają, że choć może ich mniej trochę słychać, że choć może szepczą ylko, że choć czasem jakoś tak im się wyrwie, że wiedzą, że są… przy tych co sądzą, że BÓG ów jest ino jeden…

No więc WiedźmaWrona wiedziała, robiła to i na dodatek jeszcze, wiedząc, że Wyspa będzie temu przychylną, nie tylko dary ofiarowywała, świece paliła, ziołami się otaczała i naturę gnębiła swą obecnością… to jeszcze na dodatek miała teorię. I wielką ona teoria teorią była.

Ogromną!!!

Że ONI wracali!!!

I to z własnej też woli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, popadało.

Podobno ogólnie cieplej i tak dalej, ale przyznam, że u nas jeszcze da się to znieść, choć przyjemne nie jest. Na pewno nie jest tak ciągiem jak przez dwa poprzednie lata. Za co dźwięczę jak dzwoneczke Dzwoneczka… a tak właściwie, to czy ona miała dzwoneczek jakiś? Pyłek chyba miała, co nie?

No to pylę.

Ale, żeby nie było, widziałam deszczu cień. Ale najpierw oczywiście morze zaczęło śpiewać. I to jak… Gdy się mieszka tak zakręt od linii brzegowej, to wiecie, słychać je. Słychać jak szpecze, słychać jak nuci, jak śpiewa i czasem się drze… zwykle to jakaś odmiana poszumów, coś jak ciągły dźwięk, dziwnie sporadycznie tylko zmienny, a jednak jakoś niedenerwujący. Jakoś tak… dziwne to bardzo.

Bo przecież powinno denerwować.

Kilka dni temu morze szumiało mocno, głęboko i mrocznie. Ale nie żeby groźnie, choć na pewno nie chciałbyś wypływać w nie, gdy wydaje takie dźwięki. I choć czasem dźwięki nie są współmierne co do całej onej jego wielkiści fal, to jednak… nie umiem żyć bez wsłuchiwania się w nie. Bo zawsze przybywa z nową pieśnią, nową historią.

I mitem.

Opowieścią z przeszłości, która w głosie fal wybrzmiewa o wiele sprawniej i prawdziwiej. po prostu wiesz, że to tak było…

… że inni kłamali.

Kłamali.

Przewalające w głębinach wielkie głazy morskie trolle mają się widać dobrze. I co jak co, ale nie płacą im w wodorostach czy suchych flądrach.

Oj nie.

Oczywiście morza większość ludzi nie docenia.

Spora część uważa Bałtyk za takie większe jeziorko. Za ono wewnętrne morze, co to oceanów i wielkich wód nie widziało. I potem kończą bul bul bul… i to sorry, ale na własne życzenie. I przez takich ludzi będziemy mieli więcej dziwnych ostrzeżeń na plażach, jakby kurcze, no weźcie no, przecież i tak nikt tego nie czyta.

Każdy wie lepiej.

Każdy.

Gdy człek tak patrzy w oną szarą stalowość fal.

Cieszy go brak jaśniejącej żarówy nad głową. W końcu odpoczywa od nadmiernego światła. W końcu wydaje się mu, że może naprawdę wszystko, jak to obiecywali w dzieciństwie, a na starość mydlą w reklamach. No wiecie. Że kosmos, kasa, willa i jednorożce w ogródku. Ale to wszystko to ino ten zaśpiew. Może serio to te syreny? Wiecie, podłączyły się do morskiej ścieżki dźwiękowej i już nie muszą wysiadywać na skałach i dupy se o twarde obijać.

Nie.

Bałtyk jest niebezpiecznym morzem. Morzem niedocenianym i cierpiącym. Tak szczerze zaleca się kąpiel wyłącznie w okresie zimowym i wiosennym. Ha ha ha… sarkastyczny śmiech. Naprawdę bardzo cierpiącym. Jest piękny, niesamowity, w kształtach fal finezyjny tak bardzo niespodziewanie… i z cudownym piaskiem. I jeszcze brzegami kształtowanymi tak różnorako, bo to i skały miękkie i twardsze i najtwardsze…

Wszystko jest.

I wszystko niszczeje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Boże Odrodzenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek…

„No właśnie i był problem, ale tak to jest jak ktoś zaufa za bardzo medycynie kosmetycznej. No serio. Nadmierne maseczki i te sprawy… to skrobania, oklejania, oklepywania, te złuszczania i pillingi… no po prostu…

Zadziałały i tyle.

A przecież jak się jej dziwić, gdy od zawsze wiedziała, że tylko jednego będzie się od niej żądać? Że inaczej rodzina wkurwa załapie, przestaną na imprezy zapraszać i wiecie, no odstawią na boczny tor i tyle… i będzie sama. A ona samotności bała się straszliwie. Niby nikt tego o niej nie wiedział, bo sierota i tak dalej, do Macochy się nie odzywa, z siostrami przyrodnimi nie chce maseczek sobie robić, więc…

A jednak przecież chciała być w tej rodzinie. Rodzina, która się rozrastała i która, o czym niewielu wiedziało, pewne rzeczy z przyszłości wie. I jedną z onych rzeczy był właśnie ON. Wiecie, ten facet, co pokocha za nic, od pierwszego wejrzenia, który nie będzie zmuszał jej do wszystkiego, no pan… kochanie…

… miłości…

Ale żeby to się stało, jej stopy musiały być idealne.

A ona właśnie, chyba trochę… przesadziła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” – … ale… Ale ja mam inną okładkę, jak na ebooku!!! No cóż, widać jakieś zawirowania, no ale. Ważne, co w środku, choć wydanie przepiękne. Twarda oprawa z mapkami, naprawdę…

Ale… po kilku pierwszych rozdziałach się znudziłam.

Na amen.

Rzuciłam w kąt, przeczytałam coś innego, a potem wróciłam i już się nie oderwałam, chociaż… było wkurzająco. Chciałam tę powieść sprzątnąć, zniszczyć, chciałam by zniknęła, ale z drugiej strony chciałam też zakończenia. I tak naprawdę teraz, po tym wszystkim… nie ma we mnie ni zaskoczenia ni jakiejś miłości.

Ta powieść to wielki eksperyment literacki. Naprawdę, utrzymanie tego w ryzach wymagało wielkiej tablicy i wszelkich karteczek. Nie wierzę, że napisała ją jedna osoba. Ale cały ten eksperyment, ona składność, jakaś konstrukcja literacka, tak naprawdę… zrąbała fabułę. A może tak naprawdę nie chodzi o fabułę? Tylko o postacie i stylizacje. Dobrze skrojone postacie i oną przeszłość taką jeszcze niby tykalną, ale jednak…

Porównywanie do Agathy Christie to błąd.

Jak zwykle…

Ale popełniło go już tak wielu, że nie wiem czy zwracam uwagę. Tak naprawdę… chciałam kryminału, a nie „escape roomu”. Bo tak to wszystko odbieram. Odnaleźć zbrodniarza. Zapobiec morderstwu, samobójstwu, a może tylko się przyglądać? O co w tym wsyzstkim chodzi? Odpowiedzi mogą się wam nie spodobać, tak samo jak ona cała narracyjna manipulacja, więc serio… nie wiem czy polecam. Naprawdę.

Właściwie…

… wciąż nie wiem co sądzę o tej książce?

Może wcale z niej nie wyszłam jeszcze? Może ten cały eksperyment wciąż trwa? Moze chodziło tylko o pytania o życie, własne życie, cudze życie, odbieranie go… może chodzi o całkiem coś innego niż tylko czyjaś śmierć? Może o fatum, klątwę albo zwyczajny wybór i wyprane człowieczeństwo?

Takie, które powinno ewoluować?

A może chodzi o ciebie?

Gorąco… ale bez przesady.

Podobno ma padać, się zobaczy. Czy to wszystko ma jakieś znaczenie? Czy jak wiem, może przejdźmy się dziś po Sandvig? Serio, aż tak do Hammershusa? Bo wiecie, można tak. To nie do końca łatwa ścieżka, ale szalenie barwna i różnorodna. Wiem, że już o niej pisałam, no ale… po paru kroplach prawie nocnego deszczu jakoś tak…

Jakoś tak możnaby pójść.

No wiecie…

… na zwykły spacer.

Noga za nogą.

Albo zostać w Sandvig, bo tutaj też dziwy i cuda. Po pierwsze najlepsze moim zdaniem lody, po drugie malutki nibyryneczek, a po trzecie cała masa twórców wszelakich i przesłodkie domki. Ale no naprawdę i to na różnych poziomach!!! Serio!!! W dole i na wzgórku, lekko podniesione, lekko obniżone, ze skałkami i bez, przytulone do skały i takie całkiem nadjeziorne. I jeszcze te dziwne, wbite w skałę nadmorską, ale morza niewidzące… wiecie te, które widzicie wspinając się drogą do latarnii.

Bo łazić po mieście można godzinami. Można się zaplątać i zapatrzyć na te malwy i inne tam. I morze w niezbyt wielkiej oddali, a czasem nadmiernej bliskości, no i te hotele. Kurcze, aż człek szuka dziwnym oka kątem onych dam w wielkich sukniach i kapeluszach z parasolkami! Oczywiście każda z uśmiechem, makijażem…

… jakby się nie pociły.

W ogóle… wiecie one damy z czasów co to się człek nie pocił ino lekko połyskiwał. I raczej jak już kąpał, to wiecie, w takich kaftanach wielkich i portkach. Z drugiej strony przecież ta moda wróciła, cała „modesty”… wiecie, faceci w onych wielkich spodenkach… czy to serio łatwo się w tym pływa? W takich portkach do połowy łydki?

No ale… są one hotele.

Białe, piękne, majestatyczne nawet… ze schodami rpowadzącymi wprost do morza prawie. I są te hotele już przerobione na mieszkania letnie i na domki i takie tęskniące za oną jakąś świetnością delikatniejszą, elegancką i inną jakoś tak. Świętującą oną wakacyjność, czas wolny, tak wiecie, naprawdę tak jakoś…

Sandvig ma właściwie dwie latarnie.

Biała to prosta droga i nadmorska, a szara, na której szczyt możecie wleźć to sprawa grubsza. Nie wiem, ale jakoś tak boli człeka, że ona już nie może świecić. No i to szare pudło betonowe, wiecie, ten budynek, nasza „strefa 51” jak to lubię mówić, często oblegana przez owce a nawet i słodkie, włochate krowinki…

Bo one wiedzą…

… w ogóle dziwne to miejsce.

Po pierwsze możecie usiąść sobie i patrzeć na morze, za pecami mając latarnię, pod sobą drzewa, a potem w niedługim czasie, często ze ślizgiem i obiciem części dupnej, zwyczajnie lądujecie już nad morzem. Dziwne to. Czasem wyżej, czasem niżej, czasem tak mocno niespodziewanie, a czasem, serio, lepiej łazić szlakami.

A potem możecie zmienić miejsce i choć znów latarnię będziecie mieli za plecami gdzieś w oddali, to znajdziecie się w malutkim kamieniołomie, w dole będziecie mieli i kawałek morza i portu Hammerhavn i dwa jeziora. A do jednego wciąż jeszcze można zjechać na sznurku, chociaż wciąż się o to kłócą…

Tutaj stercząc na górze, widząc w oddali ruiny, oną sławetną kamienną dróżkę, ten cały ogrom Wyspy i jednoczesną jej niewielkość. Te pola w oddali, jakieś pojedyncze budynki, tą lesistość i te kolory wszelakie. I wieje, tak, często tu wieje. A w małym zbiorniku za waszymi plecami są złote rybki…

… hihihi.

A co, wiecie…

Ciekawe czy są smaczne.

No dobra, pewno że żartuję, no! Hihihi. Niech se pluskają się. Ale wciąż mnie intryguje kto je tu wpuścił… A! Jeśli zdecydujecie się na drogę dookoła Wyspy, to właśnie za białą latarnią są plaże i miejsca, na których ludzie układają kamienie. Niszcząc jednocześnie oną naszą koncentryczną niespiralność, no ale, kogo to tam obchodzi, wiecie… pewno znowu trza będzie naprawiać.

A raczej na pewno, bo widziałam zniszczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kapciuszek Bezstópek… została wyłączona