Pan Tealight i Eventyr Sapiens…

Eventyr wpadł do Sklepiku z Niepotrzebnymi sapiąc, krztusząc się i plując na wszystko, co stanęło mu na drodze. Na nieszczęście, była między przeszkodami ucięta główka zwana Ojeblik, więc hałas oznajmiający przybycie gościa uległ zwielokrotnieniu. Pan Tealight wyjrzał zza zasłonki – ta w mieniące się groszki, która ostatnio przypełzła sobie sama i zawisła – i potrząsnął tylko szarą głową.

Przeczuwał, że tak będzie. Uchylił się, gdy Ojeblik z łoskotem pomknęła w kierunku mieszkania Utopców – znaczy ich zimowej przestrzeni zwanej zwyczajowo łazienką – okupowanej przez Błotne Wiedźmiaki. Nawet nie patrząc – oczywiście, że się sparzył – chwycił imbryk i dwie filiżanki. Eventyr już łkał na fotelu, wycierając ogromny, śliwkowy nos w firankę.

Firanka lubi to :)

- Nic nie ma sensu. Kiedyś wszystko było proste. Baśń to baśń. Ale nie, ów tak zwany Homosapiens domaga się więcej. Ale ja już jestem więcej. Nie zniżę się. Nie oddam smoków i dziewic. A co mnie obchodzi, że oni mają na nie deficyt! Niech sobie wyhodują. – Eventyr possał wszystkie pięć kostek różowego cukru – cóż kontakt z romantycznością Wiedźmy Wrony zmienił to i owo – nim wrzucił je do kubka z herbatą i spojrzał dziwnie na pływające w niej płatki róż i stokrotek. Pan Tealight tylko wzruszył ramionami. Ćwiczył ten ruch!

-Świat się zmienia – szepnął, by tylko zabić odgłos męczonej postukiwaniem o brzeg filiżanki, srebrnej łyżeczki z rzeźbioną w smoki rączką.

- Ja się nie zmienię. Baśniowa kraina zostaje jaka była. Oni niech sobie stworzą swój Eventyr Sapiens!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytałam tom pierwszy trylogii „Strażnicy Veridianu” Marianne Curley – a raczej chyba należy powiedzieć, iż odbyłam podróż. Podróż specyficzną… dodatkowo wiem już dlaczego pewne rzeczy się dzieją, a wpływ na nie mamy znikomy. I wiecie co, świetnie się bawiłam.

Wyobraźcie sobie, że nasz świat i czas, to w rzeczywistości coś nader prostego, No może raczej powinnam powiedzieć, że my ludzie sami sobie wszystko bardziej utrudniliśmy. Całe to mierzenie, upływanie i wszelakie lęki… bynajmniej siły Dobra i Zła muszą się jednak równoważyć. To wiedzą wszyscy, ale niewielu wie, że pewna nieśmiertelna znalazła drogę, by zmieniać przeszłość, bawić się tym, co było, a tym samym motać w teraźniejszości. Nad wszystkim, co zapoczątkowała Chaos, bo to jej sprawka, czuwa Straż, po jej stronie stoi Zakon.

A tak w ogóle, Chaos jest kobietą!

„Strzegę czasu. Dokładniej mówiąc: historii. Moje praca polega na dopilnowaniu, żeby wszystko zdarzyło się tak, jak powinno, w taki sposób, jak już się zdarzyło.”

Nasi bohaterowie to ludzie o przeróżnych umiejętnościach, wędrujący w czasie, by przeszkadzać sługom Chaosu w ich niecnych zamiarach… Początkowo zdają się być tak nieliczni i młodzi. Poznajemy Ethana i Isabel. Parę nastolatków z okropną przeszłością, problemami i ich przewodnika - Arkariana. Jednak z czasem uzmysławiamy sobie, że Zło nie mogłoby żyć od tak krótkiego czasu, jak oni. I wtedy zaczyna się zabawa. Niestety wlicza zagrożenie duszy i ciała.

„Straż” to wielka przygoda. Napisana z pomysłem, nadzwyczaj prawdziwa, miejscami przerażająca. Nie stroni od znanych mitów, ale też pamięta o współczesności. Aż korci, by zrobić z tego film.

Melduję śnieg, aczkolwiek może nie jakieś nie wiadomo jakie ilości, ale jest. Tak cudownie tańczył, cudnie pod butami chrzęścił i szeptał… Tyle ma w sobie historii, gdy tak po drodze z nieba obserwuje ziemię… Tak piękny, cudowny. Zrobiłam zapas w zamrażarce. Jak co roku odnawiam pudełeczko ze śniegiem, a co! To moja magia, a raczej jej śnieżna część. Bo zima to mój wiedźmi czas!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Wiedźmie towarowe zasady…

„Właściwie istniał jeden zaledwie towar, który zarazem był i zbędny, jak i kompletnie nieistotny, a z drugiej strony tak pożądany i popularny. Ze skupem wszelako problemu nie było nigdy, a już szczególnie w okolicy poświątecznej oraz przed wakacjami – w nadmiarze i za friko! Ze zbytem o zgrozo jednakowoż też nie! Właściwie też rzecz owa była to dość niewymowna. Z jednej strony niepoliczalna, z drugiej nadzwyczaj podwójna. Pan Tealight nie czuł się komortowo w obliczu owego asortmentu, więc całe składowanie oraz dystrybucję, zlecał Smokowi z Zapchanego Komina.

Smok lubił to. Podobno nawet w granicach fetyszu. Pan Tealight pozwalał sobie zwyczajowo nie drążyć tematu, a nawet nie zauważać obrotu owym towarem, uciekał do Wrony; Smok zaś pogodził się ze wszystkim i temat uznał za nieistotny. Podobnie jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Dla tej wprost był to temat zakazany. I choć sama była właścicielką jednej sztuki, zauważalnej aż nadto… jednakowoż pomijanej w rozważaniach, wciąż miała zasady! A z wiedźmimi zasadami lepiej nie komplikować sobie teraźniejszości. Zawsze mogła w końcu zamknąć drzwiczki spiżarni i dostę do weków ograniczyć!

O tym nie rozmawiano na Wyspie!

Że nie napisałam o co chodzi? No o dupę chodzi! Zwykłe litery cztery, popularny cud co to każdy ma… ale którego wszyscy mają dość, bo się tam w odwłokowej części szyderczo i rzpustnie dynda; choć też jakże często gęsto pragną zwyczajnie mieć w nim wszystko ci sami, by ulżyć sumieniu. Sumienie zresztą też ma nadwagę! Jednakowoż sporadycznie zauważalną.

A co do dup, cóż, zdałby się poemacik dla tych policzków, fałdek i ochrony siedzenia. Dla symbolizmu oraz wszelakiej użyteczności. Jednakowoż: cicho sza! To wiedźmia zasada towarowa!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat bez książek, a co to mnie obchodzi… póki mam co czytać znaczy oddycham i wsio mi tam w srodku bije jak należy, jak nie będzie co czytać, zacznę umierać. Po kolejnym tomie serii: „Kroniki Wardstone” tom 7 - czuję miłe łaskotanie. Takie coś, co szepcze, że w życiu istnieją wciąż dobre opowieści, baśniowe, choć tyle wnoszące do rzeczywistości. Choć czasem mi się już miesza co prawda, a co książka.

Na szczęście mi się miesza!!! Inaczej nie mogłabym żyć.

Siódmy tom opowieści o siódmym synu syna siódmego: Tomie, jego przyjaciółce Alice, oraz nauczycielu Stracharzu ponownie wtłacza nas w walkę Dobra ze Złem. Choć zdawałoby się, że można je tak łatwo rozdzielić, to jednakowoż pojawiają się starości. Stary Mistrz nie ma wad, a i młody skrywa tajmnice. I choć pod koniec tom trochę mnie znużył, to Delaney pisze tak, że aż coś mnie w środku drapie. Coś mówi – że pisać jeszcze można zwyczajnie umieć. I to odpowiednio do wieku odbiorcy, bo w końcu „Kroniki Wardstone” przeznaczone są dla młodszego odbiorcy.

Zastanawiacie się czasem co w życiu jest ważne, a co nie? Bo mnie naszło… bardzo mocno naszło. Ale ja tam jestem Bardzo Starą Wiedźmą Wroną Przez Książki Pożartą, na pewno mam dziwne poglądy! :)

Ostatnio dochodzę do wniosku, że poza łazienką, wodą ciepłą, dobrymi zębami (zgodnie z tym, co rzekł sir Pratchett) i czymś do zjedzenia… no poza książkami, pluszakami i łóżkiem, to ważny do życia jest piękny widok z okna.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Romantycznej Wiedźmy oddziaływania…

Ojeblik - mała, ucięta główka, miała uczulenie na amorki. Szczególnie chronicznie oddziaływała na te gołe totalnie z pozłotką na skrzydełkach, a już wymioty wywoływały upiorne tłuste główki ze skrzydełkami. I choć większość mieszkańców Sklepiku z Niepotrzebnymi podejrzewała, iż główka zwyczajnie zazdrościła piórek innym – amorkowym, to zgodnie milczeli wszyscy.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie chodziło o małą, uciętą główkę…

Oj nie, bo dzisiaj Wiedźma Wrona wciąż była w stanie pisania. W takowym stanie bywała często, ale zwykle spokojnie mordowała, ujeżdżała smoki, elfiła się lub krasnoludziła. Tak łatwo można to było znieść… a nie popadała w romantyczność. W jej przypadku było to jak wyduszanie łez z kamieni. Niczym robienie soku z suszonych jagód. Ale na upartą Wiedźmę nie poradzi się nic.

Takoż więc w małej osadzie, na małej Wyspie, pewna Wiedźma Wrona wyduszała z siebie miłość: uczuciowości przelewała na strony, przywoływała ckliwości, serduszka, kwiatuszki, ptaszki, amorki i inne wszelkie jamiołki, słodycze i lukrowania, a cała reszta świata… we względnej i nadzwyczaj często wątpliwej ciszy, kichając i rozdrapując wyskakujące wypryski, pocierając zarumienienia i łzy z przekrwionych oczu wyduszając… cierpiała NIEWYMOWNIE!

Tylko Ojeblik przeżuwała zadowolona coś nader pierzastego. Coś piszczącego i chyba świecącego golizną… choć może lepiej uznać to za niebywale wymowne i zakończyć tę romantyczność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzje: „Niepokój”, „Akademia mroku” i „Strasznie mi się podobasz”.


Nadeszła najnowsza powieści Jolanty Kwiatkowskiej. Muszę przyznać, że to jedna z tych fascynujących autorek, które sprawiają, że tzw. „upływ czasu” człeka babskiego nie przeraża, a na dodatek dobre pisanie zawsze w cenie! I choć pewno, smoków tam nie ma, to jednak dla owego DOBREGO PISANIA oj lubię Jolę poczytać. Jej poprzednie książki, to: „Jesienny koktajl”, „Rozsypane wspomnienia”, „Tak dobrze, że aż źle”, oraz „Kod emocji”.

AND!!! My amazing, beautiful gift from Kathy, created by Kasia, so also Kathy somehow :) LOL the owner of the WANDS OF TRANSFORMATION!!! Another amazing wand. This time, this is a dream which became truth… the dream which is called healing SPIRAL!!!

And I love her!

Kasia also added awesome earrings, and You People know, that I have really MANY holes in my ears!

Amazing jadeit! And a wand which seem to sing in my hands :) I took my Yule wand and we went for a walk to call some snow!

Magic is all around!!!

And me – a Little Old Crow Witch from an Island did it!!! I did it… in an hour it started to SNOW!!!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Wiedźma Romantycznie Rozkoszna…

Pan Tealight od początku przeczuwał, że coś z tym dniem nie będzie jak należy. Najpierw do wilgotnego okna przykleiło się serduszko w kolorze wkurzonego różu, potem na progu „Sklepiku z Niepotrzebnymi” pojawiły się czerwone płatki, aż w końcu Ojeblik – mała ucięta główka – ozdobiła jego ciemny płaszcz kokardkami w mdlącej tonacji niedosolonego łososia (co zauważył dopiero za zakrętem).

Tylko jedna osoba mogła być za to odpowiedzialna! Jeżeli ogólnie wiedźmę można było zwać OSOBĄ! Szczególnie taką, której do końca ogarnąć nie potrafi nawet ona sama. Gdy pod stopą strzelił purpurowy, styropianowy aniołek, Pan Tealight westchnął ciężko i przystanął. Zaczął liczyc dni… nie, to chyba nie to, choć może wcześniej zaczynali w tym roku? Nie no dopiero połowa stycznia. To nie mogło być jeszcze to… zresztą znał dziwaczny stosunek Wiedźmy Wrony do kobiecości. Udawała, że jej to zwyczajnie nie dotyczy i tyle. Pan Tealight to szanował, serio! Ale nie mógł nie zauważyć dziwnie ozdobionej wiedźmowej chatki, zwisających wszędzie girland serduszek, pucołowatych aniołków, zwierzątek w wołających o pomstę barwach umaszczenia i… zastanowił się – tak! ten zapach!!! Waliło różanym różańcem.

Pod chatką wił się omdlewając ze śmiechu Chochel - chochlik pisarski nader poniższego stopnia i wielbiciel męskich aci oraz Chowaniec Wiedźmy Masław, zwyczajowo właściciel owych gaci. I wszystko było jasne… Wiedźma Wrona znowu pisała romans. Czyli koniec świata był tuż za progiem.

Wiedźmy nie uczyły się na błędach, one czyniły z „błędzenia” wielką sztukę!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

NOBO Konkurs jest!!! Wszelakie wieści TUTAJ :)

PS. Recenzja: „Królewska krew. Wieża elfów”.

A ja zatapiam się w zimowej cudowności, wilczej wolności wszelkiej namiętności, w tych słowach… bo przecież historie takie już drzewiej bywały, ale jednak ta opowieść, ci bohaterowie, ten typ narracji… Już „Drżenie” mnie zaskoczyło, na szczęście ciąg dalszy zapowiada się tak samo pięknie.

Jakoś tak pięknie!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Pierwsza Gwiazdka…

Pan Tealight nie był może zachwycony, ale też właściwie nie miał wyboru. Wszystko zaczęło się od tego, że Pierwsza Gwiazdka, dotychczasowy symbol wigilijny, została brutalnie zwolniona z roboty. Co prawda w jej przypadku było to porządne łupnięcie, poprzedzone niewyrachownym zmieceniem z niebiańskiego firmamentu, ale kto by się czepiał szczegółów?

Za powód zwolnienia i zerwania niegdyś dozgonnego kontraktu, podano brak zainteresowania „targetu”… więc z rozpaczy Gwiazdka w target wycelowała i łupnęła. Niestety target nazbyt zapatrzony był w zwyczajność i owego „łupnięcia” nawet nie poczuł. Matka Tradycja załamała ręce, ale już dawno przestała wydawać głos. A i oczywiście Wigilijna Noc, teraz tłusta, napuszona dama, zawiadująca wszelkimi aromatami Świąt Zimowych była przekonana o swojej racji. Ludzie mieli zegary. Wigilie, co roku dziwniejsze, rozpoczynały się karnie co do zapisanej godziny. Nudnie ze śpiewem kurantów, zgrzytnięciem wahadeł, dzwonkiem mechanicznych maszyn… brzmieniem wściekłości nagromadzonej w ludziach.

Wigilijna Gwiazdka nie miała złudzeń i choć czuła się oszukana, od wieków zaglądała ludziom w okna, podglądała zmieniające się obrzędy, musiała rozejrzeć się za nowym Przeznaczeniem. To, że od tak dawna prowadziła badania nad wigilijną radością, obserwowała i notowała objawy radosnego oczekiwania, wigilijne ewolucje… od rozbuchanych radości starożytnych, po ugładzone spotkania, poprzez tajne zbory po gigantyczne bale. Wtedy była ważna. Ważna też gdy nadeszły czasy krwi i przemian… wtedy często była TYLKO ona. Potem pojawiła się Choinka, Zielona Iglistość, zastępując to, co niegdyś było tylko zielenią. Potem… to wtedy stała się jeszcze czymś. Twarzami za szybą, walką ze szronem pokrywajacym okna, magią iskrzenia. Po prostu świeciła.

Potem zaczęli o niej zapominać. Twarzy było mniej, choinki coraz strojniejsze i dziwaczniejsze; jej jasne światło nie pasowało do pstrokacizny. To wtedy zaczęła czuć się biedna, samotna i smutna. Przestała patrzeć na świat. Świat przestał się jej podobać i urażony postanowił przestać patrzeć na nią.

Upadła Wigilijna Gwiazdka nie mogła liczyć na bezpłatną opiekę psychiatryczną. Musiała poradzić sobie sama. Najpierw podpytała Panów Innych Świąt, ale nie chcieli jej. Oburzył ją absurd nie przyjęcia nawet do „Tańca z Gwiazdami”… tam podobno mieli nadmiar, byłaby tylko jedną z wielu! Wielu!

A przecież była JEDYNĄ!?

Pan Tealight uśmiechnął się i okrył Gwiazdkę abażurem w malinki. Pięknie wyglądała przy oknie, obok fotela… i choć nie potrzebował światła, była dla niego ważna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Poczta na dziś, czyli superszybkałorpowa moc przesyłkowa i proszę… nagroda z konkursu zorganizowanego przez Syndykat Zbrodni w Bibliotece jest już u mnie!

Dziękuję!!!

I to aż dwie książki!!!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight milczy…

„Otuliłam się w magię ochronną zbyt szczelnie,
by do środka wpuścić choć cud i nadzieję.
Zakopałam się w ziołach, opisałam runami,
czy będę jeszcze ja, czy tylko to co za nami?
Zapomniałam przeszłość, pomijam teraźniejszość,
czy możliwe jest, by odczynić współczesność?
Bo ja tu nie pasuję, nie ten kształt i wiara.
Ja tu nie pasuję, ja jestem tylko mara…
Coś co się przytrafiło, pomyłka w obliczeniach,
zagubione marzenie, pominięte wspomnienia,
zapomniane pragnienia, niedostrzeżony cud…
gdyby tylko życie oznaczało mniejszy trud?”

Pomiędzy tym i innym Pan Tealight tylko milczał. Ale to wystarczyło Małej Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki, po prostu wystarczyło. Czasem niczego więcej nie było potrzeba. A może było, lecz nikt sobie z tego nie zdawał sprawy? Może tak było lepiej, milczeć i nie wiedzieć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem chciałoby się uciec jeszcze dalej… ale już nie ma gdzie.

AAAAA!!! Cudowna niespodzianka!!! An amazing surprise came today. I really did not know! And It made me smile! Made my day and changed me :) Thank You Kathy and Hestia’s Hearth. She really creates an amazing magic, check Her shop.

I love it!!!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Niepotrzebna Niepotrzebnym…

„To był inny wiatr.

Nie przygniatał drzew do ziemi, ani nie unosił fal, nie bawił się z ptakami, ani nie rzucał, nie zmieniał narzuconych przez człowieka struktur. Ale jednak był to wiatr. Potężna siła, powiew i dech. I była ONA. Jedyna, która nigdy nie znajdzie się na półce Sklepiku. Ta, której ta naprawdę nikt w tym świecie nie chciał, a jednak potrzebował. Musiał ją mieć, by zobaczyć w życiu to, co dobre i piękne. To wzniosłe zatrzymać w pamięci.

Ulotnie urocze otulić.

Zawsze była wiatrem. Wciskającym się wszędzie powiewem, zauważającym wszystko podmuchem. Powietrzem, którym każdy oddychał i kruszyną tak niewielką, że pomijały je najdokładniejsze, naukowe sprzęty. Była bólem i smutkiem, brudem i wszelkim paskudztwem. Zmęczeniem, roztargnieniem, cierpieniem, niezrozumieniem, niesprawiedliwością. Była wszystkim tym, co tak bardzo staramy się wymijać na swojej drodze. Każdym dołem i ostro zakończonym kamieniem, śliskim pasem trawy i wciągającym błotem. Kawałkiem szkła na cudownie ciepłej plaży, ukrytym w miękkim piasku kolcem.

Kupą, która zawsze była aż nazbyt przylepna i aromatyczna.

Tylko ona, ten wieczny i przedwieczny wiatr zmian, nigdy nie odwiedzała Sklepiku. I Pan Tealight był jej za to wdzięczny. Miał w końcu swoje zmartwienia. Tej Pani nie potrzebował!

Ojeblik – mała, ucięta główka poszła, a raczej potoczyła się krok dalej i naskrobała przy pomocy innych na drzwiach: Tej Pani nie obsługujemy!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Czytam teraz „Królewska krew. Wieża Elfów” - po raz pierwszy od dłuższego czasu mam w rękach książkę, która mnie wciągnęła. Lekko czupurną fantasy, łotrzykowską opowieść z bohaterami, którym świat się w pas kłania, a może i niżej… są tam i krasnoludy i elfy, a i magia oczywiście jest obecna. Jednak najważniejszy jest humor. Ten język, dzięki któremu człek w treść wpada, odbija się od dna i unosząc się pośród przygód świetnej pary złodziei, po prostu dobrze się bawi…

Melduję jednakowoż, iż śniegu nadal brak. Nic ino te sztormy, orkany, kurdcze wieje i wieje i wieje… Ale za to udało mi się wygrać w konkursie: Syndykat Zbrodni w Bibliotece!!! Yupppiii!!!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Niepotrzebne Zapomniane…

„Nawet Pan Tealight nie pamiętał.

Nawet on w całej swej wiekowej mądrości, ospałej możliwości pomijania świata… nie pamiętał o nich. Ale one pamiętały o wszystkich, wyrównując rachunek Wszechświata. Także i Sklepik pamiętał, by tego zakurzonego, pokrytego pajęczynami krańca strychu, miejsca tuż obok opuszczonej mysiej dziury, pomiędzy pogryzionym abażurem w różowe kwiatki, oraz rozbitą szklanką z niebieskim wzorkiem, nie zastawiać. By go zauważać, ale nie zmieniać.

Tak było lepiej. Dla nich i dla wszystkich.

One pamiętały. Dwa plemiona, zadziwiająco liczne, przerażająco ogromne, a jednocześnie tak niewidoczne. Niezauważone Cuda – te które się spełniły, ale nikt tego nie dostrzegł, oraz Spełnione Marzenia - tak upragnione, głośno wzywane, wymodlone w swym czasie, a w końcu zapomniane, okryte ciszą, ulatniającą się gdzieś mocą niegdyś tak wielkiego pragnienia. Nikt ich nie potrzebował. Nikt nie chciał pamiętać… niepotrzebne,  zbędne balasty przemijania.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


I have a new bear from TurquoiseVillage, made by Jeff Eriacho!!! Amazing piece to my growing collection of Zuni Fetishes!!!

Thank You Kathy!!! You are my Santa :) Collecting them, or just having one or two was my dreame in 2011… well, we can say it became true!

Life is painful, and in fact only small things are important. And Nature, Creating, Love… good teeth, warm water, roof, home, something to eat… and something precious – and someone precious. And books and bears!

I have it.

Love You Masław!

PS. Przeczytane: „Łotr” - trzeba przyznać, że Trudi Canavan potrafi wciągnąć do swojego świata. Mota stworzonymi postaciami, komplikuje im sytuacje, co rusz wynajduje nowe światy, nowe magie, siły, z którymi należy się zmierzyć… ale ten tom mnie raczej wykończył!

Poprzednie coś w sobie miały, wielowątkowość tak nie przytłaczała… a ten, cóż, wszystko jest nie tak. Cała historia zdaje się być przydługa, rozciągnięta w niebycie, jakby każdy miał się dowiedzieć kto i kiedy zawiązał sobie sznurówki. Sonea jest jakaś przygaszona, a dwie młode studentki – poprawny wątek w typie kochać każdy może – jest przewidywalny i strasznie śmieszny! Cery stracił pazur, uczucia zostały wypłycone, a jedyne intrygujące momenty jakby wybielono, wytarto ze stron! Tak jakbym czytała tylko didaskalia, bez pasji i cudnego napięcia.

Bez walki…

Czuję się zawiedziona i oszukana!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Wietrzenie Wiedźmy Wrony…

„Wiatr był odpowiedni. Tak się rozochocił, że obecnie zabawiał się już sam ze sobą. Wiało mocno, ale żadne drzewo, żadna gałązka, a nawet zagubiony, jesienny liść, nie drgało. Nic się nie poruszało. Wiatr wiał sam sobie i swym własnym muzom. Był tym kogo gonią i goniącym, bawiącym się i jedyną, słuszną zabawką…

Tak, to była dobra pora. Jedyna taka w roku. Pora na coroczne wietrzenie Wiedźmy Wrony!

Pan Tealight, gdy zrozumiał, że odtąd będzie to jego obowiązkiem, gdy pojął kto, a raczej co tak naprawdę przybyło na Wyspę… nie rozumiał. Wykorzystał jeden z tych nielicznych „razy”, by spotkać się z Panią Wyspy, ale nawet po tej rozmowie nie czuł się przekonany. Na początku raczej czuł się oszukany, zagubiony, zaniedbany, po raz pierwszy niezauważony do końca, prawdziwie pominięty. ON! A jednak z czasem, z tymi ulotnymi chwilami powolnego poznawania… Nie! Raczej się przyzwyczaił, choć czy można było się do tego przyzwyczaić? Wpychając cokolwiek może i małą, ale wyraziście przyciężką, Wiedźmę Pożartą Wronę na skały nawet nie spoglądał, na jak zwykle płaczącą ze śmiechu uciętą główkę - Ojeblika. Przyzwyczaił się do tego całego wietrzenia wiedźmy.

Dobrze, że miał pod pieczą tylko jedną! Z dwoma by sobie nie poradził. Zresztą coś takiego nie istniało w przyrodzie. Nie wystarczałoby uwolnionych przez wiatry dusz, by oczyścić więcej wiedźm. Dusze stały się towarem deficytowym. Ale ostatnie sztormy, huragany, orkany i wietrzyska wichurcze, zebrały ich wystarczającą ilość. Kłebiły się teraz wokół skały ostukiwanej, obmywanej i poszturchiwanej przez fale, i na wpół zmoczone otulały drżącą kupkę nieszczęścia, oddaną ich siłom. Motały jej krótkie włosy, wplatały w nie wodorosty, rzucały muszelkami i różowymi kamykami. Niektóre jednak, śmielsze, albo bardziej zdesperowane przenikały przez wiedźmostwo i zmieniały się w motyle.

Pan Tealight nigdy nie zrozumiał tego zjawiska i motyli wyłażących z wiedźmy… ale pamiętał by rok w rok wywietrzyć swoją w końcu, wiedźmę. Patrzył teraz na skałę, do której nie można się już było dostać, której ścieżkę zalał przypływ i zasypała fala piachu i skłębionych morskich roślin, i trochę się bał. Bał się, że kiedyś świat może znów się zmienić, a Ojeblik być tylko małą uciętą główką. Że kiedyś znowu zapomni się o wiedźmach, a te dziwne, pstrokate i niepoprawnie wybarwione motyle rozpadające się po chwili w miliony szaleństw, zaginą.

Bał się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Cuda cuda cuda!!! Czyli jednak dotarły książki z nakanapie.pl!!! Strasznie się cieszę i dziękuję! Chwilowo melduję, że seryjnie na chwileczkę i momencik aktualny… mam co czytać. Nakarmię te swoje chciwe strony wnętrzności własnych, te literki w krwioobiegu wzbogacę, dotlenię… nowością zanęcę!

A i niespodzianka. Dokładniej to pewno, że wiedziałam, czekałam, sama sobie w końcu wygrałam…

…ale przecież doszło… no tak super ekspresssowo!!! WANDS OF TRANSFORMATION!!! LOVE!!! Oj moje wiedźmostwo czuje się dopieszczone i dziwnie zrozumiane w końcu!!!

Zapoznałam moją rózdżkę z moją Wyspą, ale zdaje się, że one się już znają… dziwne uczucie. Świat jednak to w końcu jeden organizm. Obecnie nadzwyczaj wietrzny! Jak wiatr ucichł na chwilę myślałam, że ogłuchłam.

Gdzie ten śnieg?!!! Czuję się taka oszukana!!!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Pan Tealight i Wielce Kryminalna Wiedźma…

„Wiało.

Znowu.

Drzewa znudzone ciągłą gimnastyką zaczęły się buntować i sprzeciwiać wietrznemu nadzorcy. Pan Tealight nie mógł już wytrzymać w Sklepiku, gdzie Ojeblik – mała, ucięta główka, przeprowadzała rozmowy kwalifikacyjne z zapomnianymi, porzuconymi skarpetkami, przy okazji wybuchu romantyczności starając się je połączyć w małżeńskie pary. Dlatego siedział teraz w wiedźmiej kuchni, łakomie spoglądając na zawartość Nietypowej Spiżarni, gdzie wciąż jeszcze połyskiwały weki z turystów. Marzył mu się słoiczek paluszków od stópek rozmiaru 35. W lekko słodkiej zalewie, malowniczo poukładane, wyglądały jak różowiutkie paróweczki skąpane w zielonkawej trawie cytrynowej.

Wiedźma Wrona, Statystycznie Pożarta Przez Książki nie kwapiła się jednak do poczęstunku.

Zmęczona wiatrem… jęczała:

Tylko wiatr i wiatr, potępieńcze wycia i trzeszczenie, coś dudni, coś wyje, jęczy i świszcze… psychikę rozbija na kawałeczki, a potem miesza te puzzle i wcale nie układa tego, co tam było. Nie ma niczego innego tylko ten wiatr. Dlatego tak lubię umarłych. Mają w sobie wiatry – więcej niż żywi, ale nie zrzędzą. Zresztą jak tak wieje, to nie można nie myśleć o zbrodni. O tej uldze, by zakończyć męki własne, lub cudze. Zrzucić z siebie ciężar, uwolnić napięcie. Po prostu dać do wiwatu! No zrobić to! Ukraść, zniszczyć, zbrodnię popełnić i ZABIĆ!!!

To duchy mnie do tego podkusiły!!!

W końcu wypuścić z ręki ten nóż, ukrócić ludzką brzydotę, dorzucić trucizny, słodycz zabarwić śmiercią, albo coś innego… Mam tutaj morze, przecież mogłabym zatopić zwłoki, nie muszę rozpuszczać ich w kwasie, ot drobny wypadek rybaka, lub samobójstwo pozorowane? Poradzę sobie. Są jeszcze ci, jakże użyteczni turyści. Przecież niektórzy mogą ot po prostu się potknąć, skurcz ich złapał, zawał… a potem droga do Szwecji wolna, niech ciało płynie, prądy pracują, na plaży zostają tylko porzucone szare buty i pomięta zielona koszulka.

Te szkielety w szafach, zmumifikowane zwłoki po kątach pochowane. Przecież są kolekcjonerzy, każdy musi mieć jakieś hobby! A zbrodnia to tak proste, naturalne wyjście! I może być tak bardzo artystyczne! Żeby ją popełnić, musisz w sobie coś mieć, nie koniecznie wyłącznie psychopatę, raczej małego artystę, najlepiej przebiegłego. Musisz odnaleźć ukryte tajemnice, owe sekrety ciążące na wątrobach pokoleniom i mordujące dopiero następców następców… bo zemsta poczeka. Choć jest jeszcze ta wynikająca z rozpalonego gniewu. Nagła, natarczywa, od razu domagająca się ujścia. Gorąca, spalająca cię od środka, niszcząca!

Bo dlaczego nie miałabym dostać tego spadku od razu?

No dlaczego?

Należy mi się!

Dlatego bezpieczniej, żebyś czytała, TYLKO czytała kryminały, prawda? – powiedział  Pan Tealight, związał dla bezpieczeństwa Wiedźmę, a potem ze świadomością dobrze wykonanego zadania, podważył wieczko słoika i po kuchni rozszedł się słodki aromat weków.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


DLACZEGO LUBIĘ CZYTAĆ KRYMINAŁY – KONKURS SYNDYKATU ZBRODNI W BIBLIOTECE

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj