Pan Tealight i CallWitch…

„Długo się zastanawiali nad numerem, bo musiał być i z szóstkami i niedługi, wiecie, jak człowieki w desperacji, to nie spamiętają masy zer, tudzież innych kombinacji, a jeszcze literki, może o to chodziło…

Samo, dość może i dobitne i raczej mało oryginalne: 666, jednak okazywało się już bezczelnie zajęte, wot dziwaczna bezczelność, próbowali coś z tym zrobić, ale nie wyszło, więc… No a same trzynastki, to nie w jej stylu, no nie, kompletnie nie w JEJ stylu, więc… co z tym zrobić?

Jak opisać…

CallWitch!!!

Niby można literkami, ale przecież się nie zgodzi. Że niby co? Jeszcze znak świetlisty na niebie, słuchawka w uchu, pelerynka i rajstopki? Przecież jedną z rzeczy najwyżej na liście były właśnie one jebane rajstopki, których nienawidziła od czasów maleńkości, gdy to jej kazali nosić te za małe i się jej obcierało… Nie, nic z tych rzeczy nie wchodziło w grę. Kompletnie. Zresztą, przecież i tak by się na nie nie zgodziła, to wiedzieli, a to, że wszystko robili za jej plecami, no cóż, czasem przecież trzeba, gdy wiedźma jakaś niemota totalnie w ramach finansowych.

Trza samemu ją sprzedać.

Mieli taki plan, wiecie, linii w stylu onych pornograficznych oralnie, ale trochę innej… chociaż bez urazy, przecież i tak chcieli robić podkłady samemu, więc… potrzebowali tylko jej nazwiska. Resztę sobie sami dogrywali już od miesiąca śledząc ją w sytuacjach rozmaitych, często nie do końca koszernych. Albo i gorzej… Ojeblik – mała, ucięta główka, co prawda na początku trochę protestowała, ale reszta przekonała ją, iż to dla dobra ogólnie pojętego ogółu i wszystko będzie dobrze i zgodnie z jakimś prawem, a jak takiego prawa nie ma, to zawsze można je spisać, więc…

Mieli tylko problem z tym numerem.

Właściwie byli już gotowi do odpalenia onego, wybitnie obiecującego interesu. Taśmy gotowe, kilka Wiedźm z Pieca o podobnym tembrze głosu na wypdek wszelaki, oraz sam Wypadek, by wiecie, nie zapeszyć… Ale czy wybrać 0666-666-6 czy jednak coś więcej. Może HELL? Może INNENIEBO666? Przecież w końcu każdy odbierał wszelakie te sprawy inaczej, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zimistrz” – … kocham zimę. Fanatycznie. Uwielbiam i wersję mokrą i wietrzną, ale oczywiście ta śnieżna, dziwnie niebieska w swej bieli jest moją ukochaną wersją…

No kocham, więc „Zimistrz” to moja jedna z ulubionych powieści!!! Dzięki młodziutkiej Tiffany i oczywiście Nac Mac Feeglom. I duchowi zimy. Śnieżności wszelakiej, zimności, pięknu niesamowitemu…

Powieść należy do onego nurtu bardziej „dziecięcego”, ale tak serio, to wcale tego nie widać. Że co? Piosenki o jeżu nie ma, czy co? Trudno uznawać małych niebieskosięmalujących gości za poprawnych  politycznie i tak dalej. Ha ha ha!!! Jak najbardziej dla wszystkich pokoleń. Nie ma boja Pratchett jest po prostu niesamowity i tyle. Bawi i uczy. Tłumaczy i ćwiczy nasze szare komórki.

Genialny!!!

Biało.

Niby mgła, a jednak jakoś jej nie wierzę. Wszystko roztoczyło się gdzieś za moim żywopłotem, a miejscami i przed nim, więc nagle… jestem tylko ja. Mój dom, mój świat, mój wszystko. Jakby świat się nagle ścieśnił do tego podwórka, do onej bombki wszelakiej wilgotności.

Mleko dookoła, nie mgła, ale waniliowe, stojące w powietrzu mleko. Dobra, wróć. Stojące mleko może się najlepiej nie kojarzyć, ale serio tak to wygląda. Nawet mona dostrzec one drobiny wanilii. Pięknie się jakoś to wszystko mieni i sprawia, że nagle pojawiają się kolory jesieni. Że to nie słoneczna aura, ale właśnie mglistość i ciemność, szarość i wilgotność, ofiarują nam one rdzawości i czerwienie, śliskie żółcienie, zielenie mchów i wszelakie czarowności burgundów. No i jeszcze oną bezczelność tych wiecznie zielonych iglastych, wiecie, puszących się tym, że co jak co, ale ona na gołego to w zimę nie mają zamiaru włazić. Ni hu hu!!!

Taka mgła zamyka człowieka w domu, na jego własne życzenie, albo gorzej, zmusza do wyjścia, bo takowe, mleczne inspiracje zdarzają się tylko teraz. Tylko teraz złapiecie kolory na białym tle. Niby śnieg, a jednak nic z tego. Niby pachnie jesienią, a jednak jest tak dziwnie i gęsto. Jakby ktoś oblał was pianką, która do końca nie zmywa się nawet pod prysznicem. Zostaje z wami na dłużej…

W końcu w oddali zaczyna znowu huczeć morze i mgła odchodzi. Zdaje się nawet machać na pożegnanie, ale nic to. Nadal nie zgadzam się z teorią, że ona nie ma smaku. Zapakowałam sobie kilka kubków i słoików. Porobię eksperymenty!!! Zobaczymy, przekonamy się, czy nie jest waniliowa…

… a może raczej śmietankowa, z jakichś krów niebiańskich? LOL

Aż człowiekowi szkoda tej mgły. Onego kąpania się w dziwnej, poszarpanej miejscami mieszanki niebiańskości i morskości. Bo przecież u nas to wszystko choć trochę jakoś słonawe. I wiecie co? W tej mglistości łatwiej żegnać te wszystkie dynie. Te już zmurszałe i te świeże względnie, porzucone przez Turyściznę

… ot znowu pobawili się z Wyspą i pojechali.

I nastała cisza.

Nie tylko dzięki mgle kołyszącej do snu nawet największych robotocholików i pracusiów, ale też i tych łatwiejszych, leniwszych, a może i zwyczajnie zmęczonych. To chyba najlepszy okres, by coś zbroić, jeśli ma się takowe pragnienie, choć nie polecam. Bo przecież, kto nas zauważy? Nie dość, że mgła, to jeszcze weekend, ostatni feriowy… wszyscy gdzieś śnią, albo pędzą na prom. Wszyscy zajęci swoimi sprawami, ale jakoś tak wolniej, nawet nie klący na nieschnące pranie… no sorry no, ale po staremu tutaj pranie schniemy. Wiecie, za pomocą zewnętrza, które powinno wiać, ale nie wieje…

Oto nastał czas przed czasem, Przed Czasem Uśpienia.

Wiecie, oczekiwanie na Jul, a potem kima do późnej wiosny. Inaczej nie działamy. Taka budowa chyba, a może to geny, nie mam pojęcia. Ale dajemy radę. Jakoś tak to się samo robi, jakby przyroda wymuszała na człowieku wszelkie spowolnienie. Oj, oczywiście że z nią walczymy, nosz przecież człowiek z przyrodą zawsze, czyż nie. Ale przegrywamy. Choć nie wszyscy. Ci artystyczni właśnie teraz w większości dostają kopa, jakby im ciemność nie przeszkadzała, jakby sobą wydalali skumulowane przez lato światło. Jakby cała inspiracja, wszystko co zobaczyli, czego dotknęli, wysłuchali, czego doświadczyli, właśnie teraz zaczynało z nich wyłazić…

A może chodzi o ciszę?

Wiecie, w końcu słychać tylko szum fal…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i CallWitch… została wyłączona

Pan Tealight i Heyyourweeny…

„No właśnie.

Jako wiedźma, Wiedźma Wrona Pożarta powinna była wpasowywać się w ten cały dyniowy szał, ciasta, pająki i tak dalej, co nie? A jednak nie. Nie ona. Zresztą, przecież była dziwaczna, więc czemu tutaj się dziwić?

No czemu.

Powinna być opajęczyniona, pijana zielonkawym naparem w opiekuńczych ramionach Szkieletwego Księcia, z jakimiś cząstkami krwawymi zwisającymi ej z uszu, czy też uszkami choć nietoperzymi. No chociaż we snach, przecież kto ją tam sprawdzi? Gnijąca Wiedźma Niemłoda też by uszła, serio, a ona co? Popatrzyła na plastikowe kociołki i prychnęła, dobra, szkielet chciała, ale od pająka uciekła. Rzeczywiście, nie dość, że skurczybyk wielki ze świecącym odwłokiem, czy cokolwiek tam miał, to na dodatek na paluszki! A jak tutaj odgryźć brudnemu dzieciakowi takowe? Nosz przecież jakiś umiar w diecie trzeba mieć.

I higienę zachować!!!

Za to dynie sprawiła sobie wielkie, swego feriującego się usilnie, ale z przerwą na sprzątanie ogródka, Chowańca do drylowania ich zagoniła oczywiście, bo przecież i tak bezpieczniej… no i wiecie, ona kawałków ciała nie gubi w potrawkach potem… więc, on sam jakoś tak, drylował i wiercił, a potem obydwoje sobie je świecili. Wiedzieli, że krótko to będzie, bo przecież czas gnicia prędki, a to nie GMO, więc… nie, oni nawet się nie spieszyli. W końcu ona chciała teraz, wcześniej, a nie jak wszyscy. Jak zwykle nie na czas, jakby serio się nie pragnęła zgadzać z kalendarzami. Zresztą, kto mógł jej przykazać? No kto? W końcu julowe sangowanie kręciła już od lata…

A może zwyczajnie nie przerwała.

Mniejsza…

… chodziło o to, że Wiedźma Wrona Pożarta gdzieś to wszystko miała poza szkieletem i cudownym dzwonkiem do drzwi, który urywał dzwoniący palec i dzięki czemu miał zasilanie. Sprytne, czyż nie… wprost perpetum mobile!!! No więc poza tym i gnijącymi dyńkami była już po. Dwa tygodnia przed… i na dodatek wymyśliła nowe, wzbudzające dziwny rechot w każdym imię dla onego swego nieczekania na odpowiedni czas… Heyyourweeny… czyli Upyourass.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pasterska korona” – … no tak.

Znaczy nadal no nie.

Nie przeczytam do końca i tyle. Nie ma takiej opcji. Odmawiam zakończenie i na pewno ma to związek z moim ogólnym bzikiem i wszelakim szaleństwem, ale nie mogę. Nie mogę tak po prostu zamknąć tego rozdziału. Onego czegoś, co kształtowało moje dorastanie w dorosłości. Pomogło mi przebrnąć przez studia… nie mogę. Odmawiam uznania GO za zmarłego.

Wolno mi.

I znowu maryśka…

Tym razem w stolicy policja skonfiskowała pięćdziesięciolatkowi niestety aż 38 roślinek, które podobno były na własny użytek. Ja tam jak najbardziej popieram i niech se pan kopci, czy piecze w czymś, ale serio tak mu od razu zabierać? Nosz na pewno będzie za nimi tęsknił!!! Przecież do roślin człek wykształca w sobie coś na miarę uczucia i tak dalej. No kochamy te nasze doniczusie i palemki i tak dalej!!!

A oni mu tak rach ciach i zabrali.

Ciekawe, czy spalą to jakoś komisyjnie, i po której stronie się ustawić, wiecie, no jak będzie wiało? Ekhm, no coby się do końca nie zmarnowało w myśl ekologicznej w końcu dewizy Wyspy, czyż nie? Nie rozumiem jak można tak zmarnować, na pewno z trudnością wypielęgnowane, roślinki. Kurcze… bezduszne to trochę. Ale za to odciąga człowieka od większych problemów, jak to, czy znowu jakieś cudactwo ustawią na rondzie i czy w końcu któreś z tych cudactw się rozpadnie i czy artystyczne prezenty rzeczywiście są takie obciążone… no wiecie, ekspresją pokazania? Czy prezentu nie można oddać? Albo na razie po prostu gdzieś schować?

Myślę, że w tym wszystkim przydałby się jakiś minimalizm. Naprawdę. Drzewa, kwiaty, wszelakie rośliny i tak dalej, ale potem basta!!! Naturalność wszelaka i piękno sztuki liściastej, pieniastej i wiecie, korzeniastej. No i kwiaty, choć okresowe, to jednak czad jest, co nie, więc dlaczego…?

Właściwie na Wyspie wszystko się kręci wokół natury. Biednej, maltretowanej i ogólnie poniewieranej. Powycinali tyle drzew trzymających nabrzeże w porządku względnym, że tylko czekać kolejnych tragedii. Jak nic coś się obsunie. Ludzie wciąż głupio walczą o to, by budować na piasku, a już Biblia mówiła, że to durnowaty pomysł. No co, każdego się chwytam już argumentu. A wycinanie drzew i pozwalanie na erozję – tak naprawdę miejscami zaskakująco szybką – skał, sprawi w końcu ze się nam Wyspa obłamie i tak dalej. A jak przyjdą znowu wyższe fale?

Co wtedy?

Tydzień „halloweenowy” w Gudhjem niestety po raz kolejny pojechał na pogodzie. Ja już nie wiem jaka to klątwa, ale skuteczna. Wszystko za to się pootwierało, ludzie dyńki sobie dziarają, pełno ich nawet jak pada, kropi, czy wieje. Łapią się za nożyki i dziarają, a potem dumnie kitraszą to do domu, albo sommerhusu, albo komuś po drodze upada i zostaje taki plaskaty, pomarańczowy kleks… aż chce się obrysować kredą i oskarżyć tego, czy innego o zbrodnię na dyniowej głowie.

No serio, ostatnio dziwne mam przemyślenia na temat onych głów. Jakieś takie żałosne, pieszczotliwe, jakieś pokręcone. Żal mi ich niczym tych choinek ostatnich, które stoją już w Wigilię, pewne, że nikt ich już nie weźmie…

Pokręcona jestem mocno.

Ale nic to…

… jeszcze kilka dni i wsio się zamknie. Lista julemarketów mi rośnie. Oczywiście, że bez zmian trzeba zobaczyć te co roku, ale może trafi się i coś nowego? Nigdy nie wiadomo. Może jednak ktoś się odważy? Może? No nic, pożyjemy, zobaczymy, na razie czekam na pustkę i ciszę. Na tą wszelaką nagość i zimno, które podobno już za rogiem. Na wycieczki, szalik i wielkie skarpetki, które sobie zanabyłam. Wielkie skarpetki są super. Szukam takich z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych… wiecie, takie ćwiczebne z harmonijkową górą. Ktoś coś? Wiecie w ogóle o czym mówię? No były takie skarpetki. Fajne były. Bawełniane oczywista…

No ale… piątek, weekend, dynie pewno znowu wylądują na polu ekologicznie gnijąc i odżywiając spokojnie ziemię, która w tym miejscu odpocznie. Bo cała reszta ziemi, znaczy pól, to wiecie, nie wiem… widzę zwykle traktory na nich przez cały rok i strasznie mnie to zaskakuje. Przecież wegetację mamy tutaj jednorazową w roku, ale jednak może w dzisiejszych czasach i to się zmieniło…

… wiecie, wszelkie traktorowanie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Heyyourweeny… została wyłączona

Pan Tealight i Korzenna Wiedźma…

„Nagle, tak jakoś, zresztą, nie oszukujmy się, tutaj to zwykle wszystko się działo nagle, niespodziewanie i bez wcześniejszych RSVP. Nikt się nie zapowiadał, nikt nie pytał, czy można, czy wolno, czy ktoś będzie miał coś przeciwko, czy może jednak to czas całkiem nieodpowiedni, albo gorzej, odpowiedni, ale nie do końca…

Nie… nie pytali, nie wysyłali świstoklików, sów, czy listów – zresztą, z pocztą były takie problemy, że nawet gdyby wysyłali, to wiecie, pierun wie kiedy to dojdzie i na czyj tak naprawdę czas? W dzisiejszych czasach pewnym być można wyłącznie onej niepewności, silnej i zwartej, gotowej sprzeciwiać się przeciwnościom.

Albo coś w ten deseń.

Mniejsza.

… więc, jak zwykle bez zapowiedzi coś się zaczęło dziać z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki. Po pierwsze musiała być nader chora, bo nie mogła czytać. Już nie chodziło o to, że nie dawało się jej położyć, by przestała klikać w te klawiszki, ni wycierać powierzchni, ni czyścić ogródka… no wiecie, zwyczajnie plackiem się uwalić, może pospać, podrzemać, może i poczytać… Po drugie, widzicie zaczęła mieć dziwne smaki i zachowania zbyt zbliżone do szeroko komentowanych jako NORMALNE. A to już serio było straszne! Okropne i obrzydliwe!!! No i wiecie, wycięła sobie dyńki. Jakby to miało znaczenie. Jakiekolwiek… a przecież nie miało.

No dobra.

Oczywiście, że już od dawna dość przekonująco i głośno… nuciła sobie wszelakie kolędy, czyli jeszcze nie przechodziła całkowicie w inny wymiar, ale jednak stała tam już półtorą nogą. A może i trzyczwartą? Ekhm, nikt nie mógł dokładnie tego zwymierzyć. Zresztą, nawet nie chciał. Bo taka odchodząca wiedźma, to musi być straszna sprawa… więc co się z nią działo? Co było przyczyną? Czy rzeczywiście ów brak korzeni? Jakieś dziwne, nieprzecięte pępowiny?

A może jednak sekret?

Czy Wiedźma Wrona Pożarta posiadała jakiś, którego nikt i nic nie znało? Nawet Wyspa, ni Pani Wyspy? Ni… Pan Tealight? Czy było możliwe coś, o czym nie mieli pojęcia oni wszyscy osobnicy ze Sklepiku z Niepotrzebnymi, którzy teraz stali nad śpiącą śliniąco się Wiedźmą i dość szemranie przemyśliwali swoje teorie? Czy było możliwe coś, co przegapili?

Mogło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zadziwiający Maurycy…” – … dla dzieci? Ależ gdzież tam. Znaczy nie no, pewno może i być dla takich trochę bardziej kumających, ale głównie… dla kociarzy. I myszarzy. Wielbicieli magii i tych, którzy zwyczajnie czytają wszystko Terry’ego. Wiecie, nas wyznawców Płaskiej Ziemi!!!

Oto opowieść, która ponownie ma u swoich stóp jedną z dawnych legend. Wiecie o głosie, śpiewie, grze, o zaganianiu gryzoni. Ale też i o kocie w butach i wszelakiej kotowatości, którą tak wielu ostatnio uważa, że rozumie. O onej zwierzęcej mądrości, często zaprzeczanej i wszelakiej sprytności. Oraz o człowieku, który jak zwykle mało jest czegokolwiek świadomy.

To niesamowita książka nawet dla kogoś, kto woli psy. Wiedźmowata taka, wiecie… pokrętna. Bo przecież nawet inteligentny, tytułowy kot Maurycy, nie mógł przewidzieć, że zło pomiesza mu szyki. Ale czy się podda? W życiu! A raczej, na żadne z dziewięciu jego kocich żyć!!! Nigdy!!!

Tak… ludzie brudzą i niszczą środowisko. Wycinają drzewa, poczynają sobie lekce z wybrzeżem, ale… prawda jest taka, że wiatery zawsze się zdarzały. Czyż nie dziwne to, że dziś, w dniu, w którym i u nas słońce zmieniło się w złowrogą, czerwoną kulę, a cienie w coś na kształt odbić palących się okolic przypominamy orkan, który się zdarzył dokładnie 50 lat temu?

A tak… tutaj fotki.

Ale wróćmy do dzisiaj.

Jest gorąco i duszno, do tego chłodny wiatr i dziwaczny posmak w powietrzu. Niby często coś nam tam nawiewa znad Sahary, ale dziś to przesadziło. Serio? Przecież mamy własny piasek! Że się nim tak nie dzielimy?

No za ładny jest!!!

Mniejsza, na pewno ona pogoda dobrze ułoży się z Halloween i Gudhjem. Wiecie, podkład pod pumpkiny będzie superancki!!! Ale mnie przeraża. Zimny wiatr, wrzątek w tle, ta czerwień… nie przepadam. Gdybym była z innego świata, z innych nauk, z onej treści kamiennych dni pewno przepowiedziałabym coś fajnego. Apokalipsę jakąś albo choć pięć połówek końca świata, których nie wolno złożyć do kupy, bo gdy się je złoży, to wyjdzie wisiorek, który każda będzie chciała mieć i wtedy dopiero będzie prawdziwy koniec świata. No wiecie, wojny bab!!!

Wiater wieje, Chowaniec szaleje w ogrodzie, bo bidok wolne ma, więc wiecie, do roboty poszedł. ozrywkowej przy takiej pogodzie. Szum piły cudownie zlewa się z oną wszelaką, zewnętrzną aurą. Nic ino horrory trzaskać. No nie wiem, może ja się tutaj marnuję klepiąc w klawisze, a tam jakiś Oskar czeka, czy cztery nawet? Nigdy nie wiadomo w czym człek temu światu zabłyśnie. Bo wybredny dziwnie ten świat.

I pokrętny…

Czerwonego słońca czerwony cień się przesuwa…

Dzień powoli przemija. No dobra, może nie tak jakoś dziwnie powoli, ale wstało się wcześnie, więc mi się jakoś dłuży. Ostatnio praktykuję takowe wstawanie i ładne iście spać bez czytania po nocach. Bo jakoś czytanie ostatnio mi nie idzie… smuteczki. Pewno przez choróbska, ale damy radę. A jak nie to na pych. Bo przecież nie da się tak bez książek, co nie? Nie da się…

Ciepło jest, ale podobno za tydzień już zwyczajowa, jesienno-zimowa pogoda, czyli słoneczko i pięć stopni. He he he!!! Może być intrygująco. W końcu zimno, w końcu grube skarpety i wszelakie ocieplacze. Ech… i może śnieg jeszcze, co? Bo ja tak bardzo czekam na wielki śnieg. Ale najpierw jakaś jesień by się zdała!!!

Czerwone słońce właśnie zaszło całkiem niespektakularnie. Kompletnie po staremu, wiecie, ogólnie mówiąc wszelako jak zwykle. W powietrzu miły chłodek, średnia wichura, która gasi mi świeczki w dyńkach, no cóż, nie mam na nią wpływu. W tym przypadku ogieniek przegrywa, w innych dmuchnięty rozpala się jeszcze mocniej… ale dość tych seksualnych podtekstów. Ekhm… wiecie co, jedno wiem na pewno. Ludziska wzięli się za ogrody, domy ogacają, ogólnie mówiąc szykują się na jakiś odpoczynek i tak się zastanawiam, jak to będzie w przyszłym roku, gdy Turyścizna będzie towarem dostępnym przez cały rok. Z jednej strony to dość dowcipne, gdy słyszy się, że przecież ludzie narobili się przez pół roku, więc mają prawo do odpoczynku, a z drugiej… kurcze, ostatnimi czasy już szczególnie, Turyścizna stała się bardzo uciążliwa, bezczelna, wulgarna i groźna.

Nie wiem jak Wyspa to zniesie tak całorocznie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korzenna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Praktykantka…

„Dobra, przyszli oglądać ją wszyscy…

… w końcu to trochę dziwaczne i dziw nad dziwami by chcieć być przedwiecznym i wiecie, tak na zapas, i gdyby świat miał się zakończyć, pobierać nauki. A dodatkowo dziewucha była niczego sobie. W typie księżniczki, złotowłosa i biuściasta, taka, że Królewny i Księżniczki po Best Before od razu się obraziły i zajęły swoje wieże zasuwając kotary i zatrzaskując wymownie okiennice w różyczki i motylki, tęcze, jelonki i wszelakie tam krapowate, słodkie do wymiotu pawiowego cudowności. Te mniej obraźliwe chciały podpatrzeć w co była ubrana i jak uczesana, co nosiła i czym pachniała ona Praktykantka Adeptka… wiecie, w końcu mieszkając na Wyspie czerpać mogły wszystko wyłącznie z internetu, a tutaj jego działanie plątała magia i Pan Tealight który nienawidził onego ustrojstwa, więc… Ale ona Praktykantka miała na sobie poza oną księżniczkowością tylko dziurawe , sprane, ale wciąż ostro czarne dżinsy i czarną bluzę z kapturem i napisem Death Metal…

… więc…

Za to Wiedźma Wrona Pożarta poczuła się najpierw zaskoczona, a potem najzwyczajniej w świecie bezczelnie oszukana. Wiecie, ona, taka jedyna pieszczoszka Szarego Przedwiecznego, nie tolerowała innych kandydatek do tego tytułu, więc… no ale, co miała zrobić. Smarkula, oczywiście o idealnej figurze i cudownych włosach rozbiła sobie ciepły namiocik przy Mostku i kłaniała się jej niżej niż kostki, co łamanej bólami krzyża Wiedźmie zdawało się dodatkowym szyderstwem. No i to ubranie. Przecież to Wiedźma Wrona kochała czerń!!!

A Pan Tealight?

Widzicie, w tym całym zamieszaniu chyba ktoś go zapomniał zapytać o zdanie, więc się ukrył. Nie wiadomo było gdzie, choć pewno, gdyby przydusić Ojeblika – małą, uciętą główkę, to spokojnie by go wywąchała… ale nikt jakoś o tym nie pomyślał, jakoś tak wygodniej było, więc… więc w końcu Praktykantka zwyczajnie wtopiła się jakoś w otoczenie.

I czekała.

Wszyscy właściwie jakoś tak czekali.

No musiał przecież Przedwieczny zareagować, bo już go głośno Wiedźma Wrona informowała o swoim obrażeniu i przeprowadzce do Szwecji. A wiedźmy Wyspa nie mogła stracić. Nawet takiej o marnych włosach i w wieku podeszłym. Z brzuszkiem, zwisami i ogólną degrengoladą w spojrzeniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wolni ciutludzie” – … oni, malutcy. Ale nie lekceważcie ich, bo są wolni, co są sobą i waleczność ich jest legendarna.

Poznajcie ich, ich mitologię, ich Największą oraz… Tiffany Obolałą, bo to przecież poprawny początek jej historii. Dziewczynę, która po śmierci swojej babci przejmuje jej obowiązki właściwie naturalnie. Właściwie nawet nie myśląc, nie zauważając magii. Ale oczywiście wiedząc o nich…

I tutaj zonk.

Pamiętajcie, że istnieje inne tłumaczenie tych kilku części Świata Dysku i tak naprawdę warto przeczytać obydwa. Mimo wyższości Piotra W. Cholewy, to jednak naprawdę warto, bo ci piktyjscy wojownicy, choć mikrzy, to jednak rajcujący są. Mega są. I w ogóle chcę ich w swojej własnej okolicy, ale u nas kreda to występuje tylko na niewielkiej połaci Wyspy, a nie sądzę, że chłopaki chcieliby w granicie?

Chociaż może?

Jedna z najbardziej mocnych powieści cyklu!

Naprawdę.

I szarość i wietrzność.

Tak sobie myślę, że jeżeli komuś trafia się taka pogoda na wakacje, to rzeczywiśćie będzie już zawsze myślał o Wyspie dość mrocznie. Szczególnie w tym okresie, gdy w Gudhjem rozstawili stare ozdoby. A tak, już są, pojawiły się w piątek po południu. Co zabawne, jak biegłam na swój spacer jeszcze ich nie było, ale jak mnie przewiało, wywiało i tak dalej… i wracałam, to już były.

Koszmarki.

Wiem, że większość powie, iż lepiej to, niż nic, ale… mnie to smuci. Stare sześciany słomiane, które przechowują chyba od wieków. Lekko nadpleśniałe, strasznie cuchnące… oczywiście bdzie maciupki labirynt wkurzający tych grających w bule, będzie wyścig, dziaranie dyń… będzie, wszystko za opłatą, no przecież o to chodzi. Jak na razie sobota była szara i wilgotna, choć ciepława, więc nie było tak źle. Pewno. Na 100 procent są cukierki i czekoladki. Ostatnim dechem bulgocze lodziarnia już tak bardzo gotowa na to, żeby po prostu odpocząć. Trzeba będzie wybrać się na lody i uczcić nadchodzącą zimę. Nie mogę się jej doczekać, ale jak na razie – połowa października – jesień mnie zawodzi. Wieje, zrywa zielone liście, nie koloruje ich, jakby ktoś serio zapomniał na czym to polega. Nawet klony w większości strajkują.

Nie ma szurania liściami, nie ma spacerów po kolana w tej szemrzącej szaleńczości, nie ma… no nie wiem, jak nie ma, to co właściwie jest? No jest jeszcze wciąż zieleń. Za to morska jesień już zniknęła. Jeden sztorm, drugi i już nie ma traw, wodorosty posprzątane. Jeszcze czasem coś się trafi, ale to już wyłącznie wspomnienia. I nastał tylko błękit i granat i ona stalowatość, dziwnie zdająca się smaczną, gdy tylko słońce zajdzie, albo zacznie zachodzić… oj, wtedy ona stalowość staje się liliowa i już nie rozumiesz jak to wszystko działa. Znaczy uczyli cię w szkole, ale przecież jak takie niesamowite piękno wpisać wyłącznie w naukę?

No właśnie jak?

A może o to chodzi, żeby tego nie robić? Tylko czuć?

Ech…

To nie jest tak, że człek marudny i ogólnie dziwaczny, ale serio czekam na jesień. No jakoś mi jej tak mocno brakuje. Za to dzisiaj sprawdziłam głębsze połacie lasu i wiecie co? No zieleń tam ogromniasta, a kolejny orkan styrke się zbliża i co my z tym zrobimy? No znowu nam liście zwieje?

Ale pomiędzy oną zielonkawością oczywiście są pojedyncze gałązki, są i klony, które nieśmiało, ale jednak próbują coś z siebie szalonego wykrzesać. Ech, dumna jestem z nich jak nie wiem co. Za to grzyby – pewno przez wilgoć wszędzie się przebijającą, nowe strumienie tworzącą i oczywiście stojącą na polach – są. I dziwne są. Wiecie, niby człek od małego bawił się albumami o leśnej ściółce, ale jednak takich cudów w takich kolorach: niebieskich, szarawych stalowo czy buraczanych i fioletowych… to jeszcze kurcze nie widziałam. Do tego drapieżne ptaszęta siedzące na polach…

No dzicz!!!

Oczywiście w leśnych ostępach raczej pustka. Tu i tam ubyło drzew, tu i tam znowu przybyło młodziaków. Wszystko się zmienia, niestety, bo leśnych zmian nie lubię. Tych ludzkich. Zapatrza się człek w małe, leśne jeziorko, na one dryfujące po nim wszelakie liścieje i inne tam nasionka i jakoś tak się uspokaja. Bo jeżeli one się nie boją tak po prostu szaleć w ostępach onej dziczy wyspowej, to może i ja mogę? Wiecie, poszaleć? Chociaż nie. Kurcze, no za mokra ta ściółka, żeby po prostu tak się na niej uwalić. Nie, to nie przejdzie, do tego oblazły mnie robale i robiłam striptease!!! No tak mnie robale oblazły!!! I to wielkie takie!!! O co chodzi? Ja rozumiem, że nagle ciepło strasznie się zrobiło, ale to przejdzie, spokojnie, robale won z powotem spać. Nawet mrówki, w tych swoich gigantycznych, semi-termitowych kopcach wciąż jeszcze nie śpią. I nie chcą zjeść okruszków czipsów.

Hmmm…

Ciekawe…

Człowiek serio tak zwyczajnie spacerując widzi dziwy i szaleństwa. Oraz pierwsze Julowe słodycze w Lidlu i Netto!!! Hurrrrraaaa!!! Tak, jestem absolutną zwolenniczką christmasów przedwczesnych! Zresztą, jak dla mnie i tak późno! Ja zaczęłam już we wrześniu, zresztą, tak serio przecież… czy ja w ogóle kończę kiedykolwiek choć na chwileczkę? Nieeee!!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Praktykantka… została wyłączona

Pan Tealight i Obski Bożek…

„… a podobno znał wszystkich, nawet tych co mieli być wymyśleni dopiero w tym tygodniu, przyszłym miesiącu, czy tych, którzy zawładną umysłami przyszłej ery. Nie żeby mieli być jakoś wybitnie interesujący, tudzież już zaciągnęli u niego jakieś długi, ale Przedwieczny Pan Tealight wiedział zwyczajnie takie rzeczy. Zwyczajnie i niestety. Pospolicie stara już Wiedźma Wrona Pożarta dziwnie też wiedziała… ale wiecie, to całkiem inna kwalifikacja czynu. Zresztą, ona nie lubiła się do tego przyznawać, bo rozmowa z człowiekiem, który wie… jest straszna.

Dlatego lepiej nie wiedzieć.

Ale on się pojawił.

Obski Bożek.

Całkowicie nieznajomy, jak nic z innego wymiaru i czasu i przestrzeni, i jeszcze na dodatek odmiennej silnie specyfikacji stylistycznej. Czy też, powiedzmy to dosłownie – goły był, ale wiecie, w kolorowych, lekko pastelowych, z ciemniejszymi wtrętami, koralikach. Chyba drewnianych i ceramicznych, sądząc z brzęczenia i dręczenia, paciorkowych, owiniętych dookoła jego grubiutkiego ciałka nie do końca niemowlaka, nie jeszcze starca… pojawił się. W sandałkach typu Jezuski Duo. Z torebeczką z ręku i berłem, oraz dziwnym wisiorkiem w kształcie lampy oliwnej, ale nie miał w sobie nic z dżina.

Oj, oczywiście, że od razu wiadomo było, że gość z boskiej generacji, ale jednak i on i ci patrzący na niego – rumieniący się bardziej lub mniej, w tych, czy innych granicach cielesności i myśli – nie do końca wiedzieli, czy to jego czas. I dlaczego akurat tu jest, przecież żadnej bożnicy ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta nie pobudowała… tak, zdarzało się jej tworzyć takowe. I po co w ogóle jest i ile może i co za to chce, i czy obecność jest obowiązkowa?

A może są zwolnienia lekarskie chociaż?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W północ się odzieję” – … i się skończyło. Wszystkie tomy kioskowej serii wydane. Naprawdę ładne, estetyczne, jeżeli spoglądacie tylko na to, co dobrze wygląda na półce, to jak najbardziej! Twarda okładka, kolorki, a jednocześnie wciąż ten stary posmak.

Śliczny papier w środku… kremowy, grubszy, w końcu nie rozmazują się literki jak w pierwszym wydaniu. Ech, pamiętam te wydania, zeszytowe takie, kupowane we Wrocławskiej Składnicy Księgarskiej… ech nostalgia…

Ale, treść?

No taka sama!!!

Jak zwykle wiedźmy, jak zwykle te starsze i te młodsze, jak zwykle magia… zaskakująco prosta głowologia, ale też i ta, która powala na kolana. Ta, której nie daje się wytłumaczyć ściemą i placebo. Magia prawdziwa, która nakazuje ci się pokłonić i wyznać grzechy, a potem, jeśli tylko były głupiutkie, wyśpiewać je, wypić, zabawić się… W roli głównej oczywiści Tiffany Obolała, Kreda i Nac Mac Feeglowie oraz zło, z którym trzeba sobie poradzić. Tylko, czy ona już do tego dorosła?

A może aż za bardzo?

Jak tak bardzo wieje, najbardziej zaskakujące jest słońce.

Pojawia się nagle, wyłazi spoza ciężkich chmur, szarawych, albo tych granatowych, które nie zdarzają się tutaj często… i atakuje. Nagle cały ten Armageddon na zewnątrz wydaje się być totalnie nie na miejscu. No bo przecież jak tak, przy słońcu? No jak on śmie? Przecież może i wieje, ale ona światłość jest aż nazbyt radosna. Może i po drugiej stronie Wyspy mają ogromne fale, ale nie tutaj.

Nie…

Tu mamy światło.

Może czasem się chowające, może czasem znikające, może czasem i całkiem niemożliwe, ale jednak. Tu je mamy. A może to nie słońce, ale dziwne światło skumulowane ponad chmurami, które zdaje się od czasu do czasu przeciekać z tej czaszy, w której ją umieszczono? A może to worek? Wiecie, taki dziwnie pierwotny, z jelita czy innej tam skóry, długo czyszczony, szyty, woskowany. Całkiem zdający się być niezniszczalnym… Ale przecież nie, to nie może być.

Nie może… przecież zapowiedzieli sztorm.

Po takim dniu zwykle wychodzisz przed dom i zbierasz rozmaite elementy wystroju, które jednak pofrunęły – jak kosz na śmieci – i znowu dziękujesz sobie, że nie zgodziłeś się na jakiekolwiek wiszące, ozdobne roślinki. Oj, oczywiście, że wyglądałyby niesamowicie i pięknie by rosły, ale pomyśl sobie jak daleko teraz musiałbyś szukać tych doniczek. Nie. Zbyt wiele roboty. Zbyt wiele. Lepiej pozostać bliżej podłoża i zainwestować w gigantyczne klomby. Ciężkie i nieruszalne, ale mieszczące tyle kolorów!!! Bo widzicie, tutaj wietrzności to codzienność. Wiesz, że będą połamane drzewa, wiesz, że będzie masa sprzątania i ogólnie wszystko będzie przez co najmniej dzień wracała powoli do normalności powietrznej, ale wietrzność, to też normalność.

Tylko trochę inna.

A teraz znowu słońce.

Może trzeba zakładać już więcej warstw na siebie, ale nadal się da pływać. Naprawdę. Tak, woda to wszelaki szok na początku, ale ciało szybko się przyzwyczaja, a męczenie się rozgrzewa mięśnie i nagle… już nic nie czujesz i boisz się tylko wyjścia z tej wody. Onego momentu nim ręcznik dotknie twojej skóry, nim zdejmiesz mokre stroisko. Nim znowu wleziesz w jakąś określoną temperaturę.

Tak wiem, mory zwykle tylko wchodzą do wody i wyłażą, ale ja nie jestem morsem, ja muszę pływać, ruszać się, coś robić, bo inaczej wariuję, nawet w morzu. Ale oczywiście tylko wtedy, gdy nie ma wielkich fal.

Ale wróćmy do świata dookolnego, a nie moich dziwnych zachowań. Oficjalnie zaczynają się ferie, czyli też oficjalnie zaczyna się czas wzelkich dyniek, słomianych kostek, dziwnych kukieł i pragnienia nagonienia Turyścizny. Ciekawe czy się uda. Podobno pogoda powinna dopisać, więc może rzeczywiście… tylko dlaczego? Tak serio, nie możemy wymyśleć czegoś swojego. Muszą być te dynie? Potem gniją przez dłuższy czas… niby logiczne, że natura i przemienią się w pryzmę ziemi, ale jednak… jakoś mi z  nimi smutno. Tak jak z choinkami, tylko one, w nich jest coś więcej. Są jakby miejscowe, a te dynie dziwnie nieprzynależą do tego świata. A przecież mamy co pamiętać. Spaloną JĄ iegdyś. Oskarżono, on ją zadenuncjował, a może ktoś inny…

Dlaczego nie pomyśleć o NIEJ.

No nie wiem.

Ale jednego jestem pewna. Znowu będzie tak samo, no i znowu większość sklepikarzy oleje to wszystko, więc lekko powieje smutkiem. Tak jakoś. Ale na szczęście las wciąż stoi, więc wiecie, zamierzam spędzić ten czas tam, w ukryciu. Może i powinnam zająć się ogródkiem, ale walić ogródek. Może zrobi się sam?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obski Bożek… została wyłączona

Pan Tealight i Zarobkowanie…

„No sprzedaż ciała to nigdy chyba nie wchodziła w rachubę, nawet jakby miało być na części, w młodości może i w całości, to wiecie… Tak naprawdę nigdy nie byłoby dostępne psychicznie i ogarniościowo dla wszystkich mentalnie niestabilnych… może tylko dla onych nadzwyczaj mocno specjalnych zwyrodnialców. Naprawdę specjalnych. Takich od krzywizn, zwisów, blizn i dziwnych pętli czasu, które sprawiały, że nie zawsze było wiadomo, czy to noga, czy ręka, czy sztuczna szczęka Pradziadka, o którego istnieniu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nigdy nie wiedziała. Takich, którym albo nie przeszkadzało, albo co bardziej chyba przerażające… wiecie, bardzo właśnie tego pragnęli. I tylko i wyłącznie tego.

Serio…

A już teraz i wiek nie ten, a te części, kurcze, zeszmacone jakoś. Wiecie, wszystko jakoś mocniej dziwne, mocniej porąbane, mocniej zawoalowane światami równoległymi i wszystkim tym, co zwane jest codziennością. No ale, czyż nie wszyscy się zmieniamy? Oj wszyscy… nawet chirurgia plastyczna nie sprawi, że czas się zatrzyma. Nawet jak ci ryj się nie rusza, to umysł…

O tak, ten jej sporawy i działający we wszystkich niemożliwych wymiarach, oraz możliwych czasem też, mózg można by przehandlować na coś ciekawego. Bardzo ciekawego nawet, ale kto by się odważył? No wiecie, kto by naprawdę był pewien swych pragnień, by go używać, tudzież chociaż jako relikwię trzymać… oj tak, pewno na relikwie by się nadawała, to dlatego Ojeblik – mała, ucięta główka tak ostatnio ryła w książkach i internetach wszelakich. Zaglądała w światy równoległe przez Bardzo Zbite Lustro i zastanawiała się nad religijną użytkownością Wiedźmy Wrony Pożartej. W końcu stworzyć teraz religię nie było czymś trudnym.

Zresztą…

… nigdy nie było. A religia od zawsze była doskonałym sprawcą finansowego dobrobytu. Albo nadmierności jaj, kur i gęsi. Tudzież krowiej tuszki, czy świńskiej, czy jednak wiecie, wszelako dzikiej. Bo przecież od zawsze ci kapłani, ci władcy umysłów, oni pastorzy, papieże i inne tam kardynalskie głowy, zawsze były dobrze ustawione. Taki szaman może miał gorzej, ale wiecie, jak się miesza uczciwość i religię, to raczej nigdy się na tym dobrze nie wychodzi.

I magię…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A tak w ogóle… w końcu pochmurnie.

Wczoraj pogoda, jak to mawiali „drut”.

Mocne słonko, szaleństwo czyste, światło niesamowite, więc wiecie, leżę w lekko podśmiardujących już wodorostach, coby złapać oną morską jesienność… bo widzicie, w końcu morze posprzątało i zabrało stare wodorosty, a naddało nowych. Wielkie są niektóre, drzewa czy tez krzaczyska prawdziwe. Aż człowiek zastanawia się nad tym, co w głębinach. Widzieliście kiedyś mapkę dna morskiego dookoła Wyspy? Zachwycająco-spooky!!!

No więc leżę i myślę o tych całych głębokościach, o onych ogromnych lasach wszelakiej roślinności gdzieś tam w zagłębiach skał i innych tam jaskiniowatości. Myślę o onych potworach, bo przecież jakieś muszą być, inaczej wiecie, trochę byłoby to marnowanie przestrzeni! No więc… co ja robiłam? No leżę!!! Leżę i robię zdjęcia. Staram się złapać i to i tamto i wszelako jeszcze coś innego. Tak wiem, wszystko wygląda jak obraz, ale przecież o to chodzi. Nie chcę zwyczajowych zdjęć, nie chcę pozowanych mord… kompletnie!!! Chcę czegoś więcej. Nieba odbijającego się w glonach i glonów odbijających swoje barwności, o tego bursztynowości, czerwienie i żółcienie i w ogóle…

Piękne to, choć pachnie nie do końca.

Nawet wiecie, jak przewiane i przesztormowane. Jak już posprzątane i poukładane. Jak już morze się wzięło za układanie po wakacyjnym rozgardiaszu. Powoli zwijają mola, wiecie, żeby kolejny sztorm znowu ich nie zniszczył, to lepiej serio je zwinąć. Podobnie niektóre ławki. Może to i śmiesznie brzmi, ale przecież w zimnie i tak nie będzie nikt siedział, a i tak kilka stałych zostaje, więc wiecie, miejscowi wiedzą dokładnie co, gdzie i kiedy! A przyjezdni… może i Niemcy mogą cały rok od przyszłego roku, ale jak znam życie, to to wszystko się jeszcze zobaczy. Może mi się uda w końcu zobaczyć oną północ Niemiec? Całkiem fajnie tam było. Choć nie, przecież nie mogę nie mieć corocznego, nowego stenbuczka. No nie mogę.

Kocham je!!!

Listonoszowe sprawności fizyczne.

Trzeba to im oddać.

A już szczególnie po wczorajszej listonoszce w formie kostka lodu… serio, babka przyjechała w krótkich portkach, bez rękawiczek i to na motorku. Nie no… pewno, że było słonecznie i ślicznie, ale też i pizgało nieźle. A jeszcze ten pęd motorynkowy! Przecież no padnie nam kobieta!!!

Ogólnie mówiąc wiadomo, po krętych ścieżynkach i uliczkach jakoś tak im łatwiej. Biorą ono ustrojstwo między nogi, poczta do bocznych i przednich toreb… i gra gitara!!! Radzą sobie. Wdzianka mają śliczne, ale strasznie często je mieszają niezgodnie z pogodą. A może to takie wishful thinking? Wiecie, pragną ciepła, rozbierają się i wierzą, że magicznie wsio się rozciepli? A może uwierzyli pogodynce, która zapowiada na przyszłe tygodnie, że będzie nawet 15 stopni!!! Ha ha ha!!!

No zobaczymy, wtedy może uwierzymy.

Może!!!

Oczywiście w ferie byłoby cudnie mieć słońce, a nie jak przez ostatnie kilka lat same deszcze i wichury. Miło byłoby w końcu mieć coś świecącego, na drzewach wciąż jeszcze liście kolorowe. Wiecie, takie tam proste przyjemności. Niech już będą te dyńki, niech już będą te wszelkie straszydeła… niech już se będzie. Ale jakoś tego nie widzę, bo na razie zapowiadają sztorm kolejny i totalne urwanie głowy. Czując moje własne zatoki powiem, że całkiem możliwe, iż mają rację.

PS. Aktualizacja w sprawie ronda, mającego umrzeć drzewa i sztuki… Po tym jak obrażono zmysły estetyczne większej części Wyspy wyszło na jaw, że coś w stylu prawa i porządku drogowego odmówiło pozwolenia na postawienie owego cudactwa, zwanego u nas smerfowym domkiem, z powodów wiadomych. Że coś takiego sprawi, że ludzie będą włazić pod koła, że przecież to nie miejsce… ale zmienili zdanie. Tak, widać ktoś posmarował i tyle, więc zdaje się mi, iż coś dziwacznego tutaj się dzieje. Przecież kurde no, nic się nie zmieniło z cholerną sztuką. Nie stała się prześwitująca. Ja wam mówię, że tutaj jest jakaś wielka afera!!! Ciekawe kiedy wsio pyknie i wysypią się karniaki…

Pewno nigdy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zarobkowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny Kolejny Problem…

„Ogólnie mówiąc, by rozpatrzeć ów problem, należy najpierw sobie uświadomić, że Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie miewała względnie normalnych problemów. Wiecie, nudnych takich, totalnie nierozwiązywalnych bez upuszczania krwi, ofiarowania dziewicy na rozstaju dróg, tudzież bez złożenia ofiary z piętnastu białych byków i trzech czarny trzech krów. Bez szantowania zaklęć, wszelakich nagich tańców, no i koniecznie rozpalenia co najmniej pięciu czarnych świec oraz dwóch białych. Wiecie, trzeba mieć klasę. Ale jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę, to nie. Jej problemy od razu musiały przybierać formy pokrętnie cielesne, najlepiej dość dziwaczne, miejscami nawet rozczłonkowane, z brakującymi częściami i dziurami wypchanymi pakułami… z dziwnymi mowami, pieśniami, albo gorzej, dźwiękami, które najpierw trzeba było rozcyfrować, a ile można starego Champolliona z grobowca wywoływać? No ile. W końcu chłopak się wkurzy mocniej i nie zmumifikuje człowieka, jak będzie potrzeba. A wiecie, taka potrzeba na pewno się pojawi.

Należy też zrozumieć naturę Wiedźmy Wrony, która z jednych rzeczy robi problemy wielkie, a reszta świata, w ogóle nie zauważa onych problemów, nawet pod mikroskopem elektronowym, oraz to, iż dla niej problem, to coś bardziej zmyślnego, i szantażującego jej umysł, niż u innych. Ona zwyczajni nie olewa problemów.

Niezależnie o ich rozmiarów.

Sorki!!!

Przejdźmy jednak do onej natury Problemu, która niestety zdawała się by aż nadmiernie ekshibicjonistyczna. Nie dość, że łaził za Wiedźmą wszędzie, nie dość, że wprowadził się jej do Chatki, nie dość, że wkurzał wszystkich i ogólnie powodował niesnaski, to na dodatek… to na dodatek robił to na golasa. Serio… i jeszcze chodził w taki sposób – tłumacząc się problemami z kręgosłupem – że wszystko mu powiewało, kręciło młynki i ogólnie mówiąc było widoczne. Naprawdę było źle.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Skrzywiona litera” – … nie. I to z tak wielu powodów, że aż mnie telepie. Nie z powodu tekstu w stylu: ale to już było. Nie z powodu nielogicznych bohaterów i ogólnie nie!

Opowieść na wskroś amerykańska, zahaczająca o przeszłość poniewolniczą, o one związki mieszane i przyjaźnie kolorowe. Byłoby okay, gdyby zbrodnia i kara, jako nastąpiły, ale one, widzicie, one serio postanowiły zastrajkować. Podobnie zresztą postacie. Coś w nich szwankuje. Może i główny samotnik jest intrygujący, ale mam wrażenie, że coś takiego już czytałam, a jego były przyjaciel… nosz nic tylko zdzielić przez łeb durnia.

Ogólnie… książka może być ciekawa, może się spodobać, ale brakuje jej tego czegoś. Czegoś, co wciąga, co sprawia, że nie możecie się oderwać, co pozwala wam mieć nadzieję na inne zakończenie tej powieści, że jednak nie domyśliliście się zakończenia. Że może… ale nie. Tego wszystkiego zabrakło. Zabrakło też dobrego pisania. Takiego od serca, z duszą, takiego ludzkiego. Osobistego. Mocniejszego. Mniej rozlazłego i nie tak obrzydliwie topornego. Bo tak naprawdę wszystko wiecie o tej powieści prawie od początku. I to strasznie wkurza.

No, przynajmniej mnie wkurzało!!!

Wieje…

We wszelakiej cichości Wyspy oczekującej na kartoflane ferie powoli liście drzew zmieniają swe barwy. Jakoś tak pojawia się zapach, ten jesienny i ten zimowy, wiecie jednocześnie. Temperatura spada poniżej 10 stopni, więc jest dość nieźle chłodno jak na nasz urodzaj pogodowy. Ale jak zaświeci słonko, to serio cudownie jest. To niskie światło, dziwnie jaskrawo błękitne miejscami, odbijające pierwsze kolory, starą zieleń i oczywiście morskość.

Oj tak, morskość ma się super.

Piękna jest.

Nadrabia brak kolorowości na drzewach, ale musicie ją złapać. Bo wszystko to kolorowe trwa tylko chwilę. Jeden sztorm lub dwa i znika kolorowość. Będą oczywiście wodorosty zielonkawe i burgundowe, ale już zwiędnięte. Mniej onych drzewek pływających, dziwnych, przypominających w wodzie jeżyki cuda, które wyjętę wyglądają jak zwiędnięty… ekhm!!! Ludzie przechadzają się brzegiem, albo biorą łódki i płyną pierun wie gdzie… Jest w tym tak maksymalna wolność, choć wiesz, że też płacą za parking i leją beznzynę w bak… no chyba że kajaki, tak ci to muszą mieć w ramionach, nogach i kręgosłupie, co nie? No więc ci są raczej sporadyczni o tej porze roku, ale wciąż… przecinają słońce. Zachód słońca, wschód księżyca. I choć pływanie w ciemności nie jest bezpieczne przybrzeżnie – pamiętajcie, że dookolność wilgotna Wyspy najeżona jest skałami i tak naprawdę nie zawsze wiesz, która akurat się wynurzyła, a która nie. Wiecie… niczego nie można być pewnym. No i zawsze mogą was porwać Syrenice, Krakeny albo Morskie Trolle. Może i to miłe towarzystwo, ale przy tej temperaturze lekko hipotermiczne. Tym bardziej, że nocki dobijają już do 5 stopni!!!

Ale i tak kocham oną morskość. Chociaż czasem muśnie człowieka wodorostem, a ty już masz w głowie obrazy ze wszystkich morskich horrorów, które oglądałeś i jesteś pewien, że to to, bo przecież nic innego… więc… boisz się. Podrywasz nagle, skaczesz niczym delfin i przypominasz sobie, dlaczego gatunek wylazł z wody.

Zwyczajny atawizm, nic więcej, uwierzcie mi!!!

Albo lepiej nie. LOL

Wschody i zachody.

O tej porze roku w końcu można się załapać na perfekcyjne wschody słońca od naszej strony. Naprawdę powalające. Zmieniające niebo w płomienny pokaz, w one błękity jedyne w swoim rodzaju, a wodę w mleczność i różowatość dziwną. Albo te granaty, albo chmury, a i nie zapominajmy oczywiście o cudownych złotościach pojawiających się na piasku. Opłaca się nie tylko marznąć tyłek, ale i inne części ciała, bo przecież zdjęć nie da się robić tylko na stojąco. A przynajmniej ja widzę…

… wszystko inaczej i więcej.

Niby mogę to wszystko spróbować namalować, ale jednak po co? Może warto zmienić aparat na zawsze z pędzlowej miękkości? Ale czy da się całkiem wyrzucić z siebie farby? Na razie, nie oszukujmy się, nie mam miejsca. Chatka jest malutka, wypchana i ma dywany. A choć dywaniki, tudzież raczej wykładziny, sztuczne są maksymalnie, parzą mnie w tyłek i nogi i raczej łatwo się z nich plamy wywabia, to jednak… wkurza mnie to, że brudzę. Że nie mogę rozłożyć i farb i pędzli i tak naprawdę nie wiem ile i jakie je mam. Zapominam o kolorach i… motam się jak wariat. Motam się między sztuką a nauką. Dorwawszy ryty z Ameryki Północnej, które naprawdę tłumaczą moją tezę, nie wiem co teraz zrobić. Może zwyczajnie odpuścić? Bo co to zmieni? A może jednak… tak, tego chcę… wyjechać na dłużej do Szwecji i grzać się, a może raczej zimnić, na głazach tam.

I wiecie co, zrobię wszystko, by spełnić każde swoje marzenie, bo tylko to ma znaczenie. Zwolnienie, odrzucenie tego cholerstwa, które czepiło się człowieka, a człowiek dobrze wychowany i nie umie powiedzieć NIE, a powinien to wywrzeszczeć… i rzucić to. Rzucić w końcu po 10 latach? Ale skąd wtedy kasa? Choć marna, to jednak namacalny pieniądz. Choć przerażająco skromny, to jednak… wolność jakaś.

Jaką wolność wybrać?

Umysłu czy czystych, nowych gaci?

Pisania listów i kartek do znajomych, bo przecież kocham pocztę, a znowu podrożeje, więc… kurcze, ino walić łbem w ścianę, albo znaleźć sponsora. Ktoś chętny? Pamiętajcie, że wszystkie zdjęcia z blogów (www.snebamse.dk www.gallerikobaltowawrona.dk www.bornholmdifferent.dk) i stron na Facebooku: IBornholm, Kobaltowa Wrona, Miś Śnież – wolność dla pluszaków… jest na sprzedaż. Sprzedaję je jako pliki, bo druk tutaj i przesyłka załamują każdego. Koszt to 150DKK, płatne na paypal. Otrzymujecie plik w pełnym wymiarze i drukujecie jak chcecie. Możecie też walnąć sobie tapetę na jakiekolwiek urządzenie.

Możecie zrobić i to i to…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny Kolejny Problem… została wyłączona

Pan Tealight i Kula z wiosny…

„Dostała ją.

Nie zimową, nie letnią, nie jesienną. Dostała z okazji wszelakiej i wielkiej, mocnej i niesamowitej. Dla wielu tak niemożliwej nawet do wyobrażenia sobie, nawet jeśli im się zdaje, że po prostu tak ot… się to ni zdarza.

Dostała ją.

Wielką.

Ogromną i gigantyczną.

Na czarnej, prostej podstawce, jakby potrzebowała całej siły i przestrzeni ciemności, by stać w miejscu, by się nie przechylić, nie stracić z nią łączności, nie odtoczyć się… nie zwiosennić tego, co ma być latem, jesienią, czy zimą. Nie zmienić kolejności, bo przecież co by to było, a w środku…

A w środku miała zielone krzaczki i błękitny strumyczek omiatany jasnym, radosnym światłem. Miała też wiśniowe drzewa obsypujące je płatkami przekwitających kwiatów, wszystko zatrzymane w chwili, wszystko połyskujące pyłkami i magią, i gdyby tak tylko ją otworzyć, na pewno można by poczuć zapach wiśni. I przejść się po tym srebrzystym mostu, łukowato wygiętym, przerzuconym ponad strumieniem, może i zostać tam, usiąść na nim, zabawić się a misie-patysie, a może i poczytać, wypić szklankę soczku, zanurzyć palce stóp w zawsze lodowatej wodzie… jakby ta cała strumienność, była znakiem wiekuistej zimy, a ten mostek lata, a znowu srebrzystości w powietrzu jesieni, a jednak kula przecież była wiosną, czyż nie?

Była wiosną…

No więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki dostała kulę pełną wiosny. I miała teraz władzę, o którą całkowicie nie dbała, bo co jak co, ale ona nigdy nie chciała władzy. Nigdy nie pragnęła by królową i nienawidziła odpowiedzialności. Strasznie jej nienawidziła, więc zwyczajnie tylko czasem nią poruszała. Wzbijała ruchem kolistym płatki, spoglądała na one srebrzystości, różowatości, na strumyczek, krzaczki radośnie zielne i te misterne gałązeczki i jeszcze…

Tylko patrzyła, a mogłaby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio coś chora chyba jestem. Chyba bardzo, bo nie mogę czytać. Nie też, że miałam co… sorry, miesięczny odwyk, ale jednak, kurcze, co się dzieje? Może człowiek jednak powinien udać się do lekarza?

Nawet te słodkie nowości mnie nie ruszyły… Może jednak. No weź no kobieto wybudź się z onego marazmu bakteryjnego, wirusowego, czy kto wie czego – jeszcze wczoraj coś mnie użarło no!!! Hmmm… jak nic wampir, bo dwie dziurki!

I co teraz?

Szumi…

Kładziemy się do łóżka, czy tam ukochanego swego barłożka, no co kto lubi, co ma… łoże fakira, podłoga, karimata nawet. Jest ciemno. W końcu jest normalnie ciemno, różnica między dniem a nocą jest namacalna i zauważalna. W końcu człek odpoczywa od nadmiaru światła. Wszystko zdaje się oddychać rytmicznie poza Chowańcem, który od samego położenia, chrapie jak orkiestra wojska alienowskiego… no jak zwykle. Mniejsza. Kładziesz się i słyszę je – nawet przez ono chrapanie, przez wszelakie wiatry, księżyca pełni szemranie i dziwne szepty…

Morze.

Szumi.

Niby jednostajnie, a jednak wcale nie.

Niby ciągle, a przecież zatapiam się w tym odgłosie i wcale mnie nie wkurza. Nie jak buczenie kompa czy telewizora, jak dziwne dźwięki lodówki, czy innych tam rzeczy i spraw podobno wyłączonych… Jakoś zatapiasz się w tym odgłosie i pozwalasz mu się zgrać ze swoim wewnętrznym ja i tym zewnętrznym. I pierun wie czym jeszcze. A może tak naprawdę nie mam wyboru? No wiecie, przecież go nie wyłączę!!! Zresztą, co za wariat chciałby wyłączyć morze?

Idealne i cudowone.

Zawsze zaskakujące…

W końcu to morze.

Zawsze imponujące. Z jednej strony przeraża ogromem wody, z drugiej przyciąga i chce cię dla siebie, w sobie zatopić. Esencja pierwotności, może i pełna plastiku, ale kto z nas nie jest go pełen? Nagle i Dania odkryła, że plastik pijemy i jest wielkie halo! I tak sobie ponownie myślę, że znowu? Że serio? Mniejsza… zatopić się w onej pierwotności… choć czekajcie, dla jednych to pierwotność, dla innych obrazo burczy tekst. Wiecie co? Gdzieś to mam co sobie myślicie, wy macie prawo do swych opinii i ja mam. Wy możecie mieć swojego wieloryba kosmicznego, czy Potwora Spaghetti, który, przyznajmy, z sosem czy bez, jest bardzo intrygującym bóstwem.

Pociągającym mocno.

Zróżnicowanym.

Choć nie wiem… czy obejmuje też kluchy?

Bo wiecie, kluchy są ważne. Jak kopytka, czy leniwe i jeszcze pierogi. Niby prawie to samo ciasto, więc serio? Jak to jest?

Morze…

Zawsze przypomina mi się ten pierwszy raz na Wyspie, pierwsza noc… człowiek myślał, że kurcze to drzewa, no musowo drzewa, bo przecież nad namiotem wysokie sosny filuterne, a jednak… nie, to było ono. Morze.

Czadowe, pełne włochatych kamieni.

I ta plaża…

Człowiek nigdy nie myślał, że morze tak na niego podziała. Wiecie, tak go uzależni i zmieni, pozwoli oszaleć a jego punkcie, naprawdę i do końca. Szukać kamyczków, muszelek, zachwycać się piaskami i ich różnorodnością, eksplorować to ono całe wybrzeże, przedzierać się przez drzewa i skały, moczyć się i bać… ale jednak wciąż do przodu i obejść Wyspę tak dookoła.

Tak po prostu.

Bez żadnych wyzwań, startów i met, zmuszania, przyspieszania, z daniem sobie czasu na zmacanie jej każdego kawałeczka, jej każdej cząstki, z tą wiecie, powolnością, która… która sprawia, że chłoniesz w siebie wszystko. Kompletnie wszystko. Każdą roślinkę, drzewinkę i krzewinkę, każdą ścieżkę, nawet taką zapomnianą, pamiętaną tylko przez pewną sarnę, która zdaje się być starsza od wszystkiego i wszystkich, ale ma to gdzieś i nie zgadza się na status bóstwa. Wiecie, ofiary zawsze dają jej kijowe, nigdy to, co chce, czego pagnie, no i lubi być sama, a tacy wyznawcy to i śmiecą i głośni są i wszelako upierdliwością wobec niej i lasów grzeszą.

Morze… tak, morze to zrozumie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kula z wiosny… została wyłączona

Pan Tealight i Szumi jej…

„Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki uzależniona była od tak wielu rzeczy, że trzeba by stworzyć listę jakąś by to wyjaśnić, ale komu by się chciało. Bynajmniej morze wiedziało, że jest na niej i to w kilku miejscach, pozycjach, oraz oczywiście formach. Jako mrożone i płynne, jako stojące i się ruszające, jako wszelakie wodorostowe i kamienne, szczególnie to z grzywkami. Jako falujące… oj tak, jako ono brzmiące falami uderzającymi o brzeg i siebie na wzajem, tańczącymi z kamieniami, mającymi gdzieś prawa fizyki i wszelakie wymyślone przez ludzi definicje. Tak… Wiedźma Wrona była uzależniona od brzmienia morza. Od jego śpiewów, pień, tańców i wszelakich pomruków. Nawet pierdy Krakenów i Syrenic jej odpowiadały, naprawdę. W tym wymiarze nie miała obiekcji. Lubiła ono morze nawet stojące i lekko zalatujące, które tworzyło najpiękniejsze obrazy z błękitu obijającego się od góry w wodzie i świeżych, kolorowych wodorostów.

Tak… była uzależniona od morza nadmiernie.

Na tyle mocno i dziwacznie, że gdy miała przejechać przez środek Wyspy, zamykała oczy, nerwowo odliczała kilometry do ukazania się wilgotnej linii, i nuciła wkurzające mantry. A gdy ładowała się lasom w serce, miała zawsze przy sobie szum zamknięty w słoiczku i wodę w woreczku. Ależ oczywiście, że odwrotnie byłoby łatwiej, ale przecież nie o łatwiej chodziło, czyż nie?

Tak już było…

A gdy tylko morze ucichało, bo i ono czasem po prostu chciało posłuchać czegoś innego, wcale przecież nie było aż tak egoistycznie nastawione do swoich wszelakich, namacalnych i nienamacalnych dzieł, i wiecie, miało też zmysł artystyczny przekierowany na innych wykonawców, więc by nie zagłuszać, cichło… kładło się płasko, ni smuga nie niszczyła onego idealnego błękitu i zszarganej w swej opinii niebieskości, szczególnie o wschodach słońca, zimą… wtedy wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta przychodziła sprawdzić, czy ono wciąż istnieje i czy tylko znowu słuchawki ma na uszach. Wiecie… wolała, znaczy z doświadczenia wiedziała, że czasem lepiej najpierw sprawdzić, niż krzyczeć niczym chłopiec od pożaru, że ktoś nam morze zajumał. Budząc tym przy okazji pół Wyspy. Drugie pół było świadome jej szaleństwa i nic onego nie budziło. Z czasem do wszystkiego można się przyzwyczaić, wierzcie… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Strażak” – … no cegła. To jest pierwsza myśl. I pomarańczowa, więc wiecie, wpasuje się w element dyniowy, obecny teraz aż nadmiernie, jak nic.

Oto jest powieść o zarazie. Pięknej, gdy spojrzy się na nią jedynie jak na sztukę pojawiającą się na twojej skórze, ale też i śmiertelną, jeżeli się jej nie zrozumie. Coś nie do wyleczenia, ale… może do przeżycia? Bo przecież nie może to być historia kompletnie bez nadziei, prawda? Nie może!!!

Właściwie mimo jednej głównej bohaterki mamy tutaj cały zestaw niesamowitych osobowości różnie reagujących na zagrożenie. Jedni zwracają się do istniejących bogów, inni tworzą sobie nowego, tworzą sekty, a jeszcze inni po prostu… strzelają. Nam dane jest obserwowanie społeczności, która uczy się panować nad nową chorobą. Przeżyć. Po prostu nie umrzeć. Nie spłonąć. nie zostać ludzką pochodnią. Ale czyż nie łatwo wykorzystać takich ludzi? I czy wykorzystani nie zmienią się w zło, które ich zaatakowało?

Czy utopia jest możliwa?

Czy życie ogniowych ludzi jest możliwe?

Niesamowita psychologiczno-socjologiczna rozprawa. Przewidywalna, aczkolwiek też i miejscami mocno zaskakująca. Pokazująca jak szybko się dorasta, tudzież i jak szybko można się zmienić pod wpływem… innych ludzi.

Nadziei.

Wiary.

Książka, która może przerazić objętością, ale świetnie napisana czyta się nazbyt szybko… i uczy się, by nigdy nie wierzyć, tak naprawdę. Nigdy. Bo choć to kolejna opowieść o zarazie, choć zdaje się być odbiciem tych gry o zombi, aż nadmierną, to jednak… jest w niej więcej mądrości. Więcej człowieczeństwa, więcej… wszystkiego.

Znowu pada.

Szmer kropel uderzających w okna jest tak dziwnie uspokajający. Dziwnie jakoś normalny. Zwyczajny. Starodawny. No dobra, przynajmniej tak dawny jak szklane szyby, czyli lekko niezbyt… kropel, które zdają się pragnąć tak bardzo wleźć do środka, ale człowiek, człowiek wie, że nie może im pozwolić. Nie, że nie są słodkie, ale jednak wiecie, pleśń, mokrości… i tak dalej. Człowiek stara się zatrzymać ciepło, ale wie dobrze, że już niedługo się podda i włączy ogrzewanie. No przecież nie ma innego wyjścia.

Tudzież nie będzie go miał.

A na razie popatrzmy na jeże przemierzające trawniki i kolejne posesje, starając się dostać do miejsc, do których tam planują się dostać. Choć dawno nie widziałam naszego zająca, to jednak wciąż wypatruję tej sarny z małym. Ciekawe, czy uda się ją znowu złapać – oczywiście na zdjęciu. Ustrzelić wiecie. Ekhm… tak bardzo dziwnie chce się człowiekowi do lasu, ale przemoknięcie, nie, na to nie może sobie pozwolić, no chyba że po prostu już wskoczy do tej wody, wtedy to ma jakąś logiczność. Czy coś w tym stylu. Wszyscy tak naprawdę czekają na ferie kartoflane a potem na spokój, przerwany jeszcze tylko wszelakimi marketami świątecznymi.

Nie mogę się ich doczekać.

Ale to już przecież październik!!!

Czas pędzi tak, że człowiekowi zaczyna się wydawać, że kompletnie nad niczym nie jest w stanie zapanować, więc sobie odpuszcza i goni kasztana, którego znalazł na drodze. Albo pigwę. No ale o pigwie już było. Była sobie kiedyś Genowefa o takim nazwisko, ale chyba już nie żyje. Czas pędzi i zabiera tak charakterystycznych ludzi, a nam zostaje co, Bieber? Podobno bidulkowi nikt nie chce chaty wynająć, osz jakże mi przykro!!!

Wyspa ma się serio dobrze.

Z tym jesiennym morzem, z tym czekaniem na kolorowe liście i wszelką, bogatą w nadzieję kiełkowania wilgotnością. I ostatnimi różami. Pięknymi, niesamowitymi, za którymi tak tęskniłam przez te dwa lata totalnej suszy.

Nic tylko rozpalić w kominku, ale nie mam.

Tia, brak jakiegokolwiek drewnowego systemu ogrzewania na Wyspie to rzadkość. Niestety tutaj czegoś takiego nie zaplanowano, a sam to sobie zrobić raczej chyba nie możesz. Dlatego piromanię uprawiasz tylko w świeczkach, dobrze wiedząc, że to nie to samo, ale światło jest. I ciepło jak zbliżysz nos do ognia i dziwny smrodek palonych włosów… uważajcie! A już w szczególności na dziwnie wybuchające ostatnio zapałki. Nie wiem co się dzieje, ale nie są takie jak za moich czasów… He he he!!! Nigdy nie rozumiałam tego powiedzenia, bo co to ma znaczyć: „za moich czasów”? Co to mój czas już się skończył i gadacie z uchem, czy jednak po prostu wciskam wam kit?

No serio?

Cóż… jak widać pełnia.

Jasno wszędzie, aż człekowi się zdaje, że mógłby tak przestać spać i pracować dwadzieścia i cztery na dobę. Oczywiście, gdy tylko księżyc skrywa się za chmurą, zaraz mu ochota do pracowitości nadmiernej i niezdrowej odchodzi, no ale jednak… przecież czyż nie o to chodzi światu. By się ludzie na śmierć zapracowali? W końcu oni najbogatsi będą mieli wszystko i dobrze wykonaną robotę i szybko wykonaną i na dodatek ludzkość wcześniej wymierającą. Nie oszukujmy się, przecież i tak nikt o nas nie dba. Pierniczą te mindfulnesowe teksty – a tak, tutaj też. Nagle odkryli, że w pracy należy i pochodzić i jogę potrzaskać, i może jeszcze kolorowanki i medytacje po pracy… Powiem wam, że śmiech na sali. Wystarczyłoby pracować sumiennie, wtedy stresu by nie było, świat by działał, a po robocie można by do rodziny…

Bo o niej tutaj to chyba dawno już zapomniano. Tylko wiecie, ba reklamach się ona lansuje. Ino patrzeć zimy, gdy na krowych łódeczkach wszystkich powyżej czterdziestki będą, ale oczywiście humanitarnie – odsyłać na wiekuisty i chłodny spoczynek. Ja tam przeciwko chłodnemu nic nie mam, ale… po kiego robicie tyle dzieci, jak nie myślicie o ich wychowaniu? Ogólnie w końcu świat w dziadków ubogi, a tutaj to już w ogóle, więc za rodziców nikt tego nie zrobi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szumi jej… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kiblowa…

„Dokładnie to Wielka Mistrzyni Kiblowych Dam, no ale… kto tam pamiętał jej pełne miano… W pewnym czasie Niebieskie Skrzynki przejęły jej świat, zawalczyły, stały się wrogiem, a potem oczywiście wyzwolicielem i spisującym historię bohaterem, który w końcu zrodził nowego przywódcę i już ich nie było… Kiblowych Dam. Ale ich Mistrzyni się ostała. Przekleństwo nieśmiertelnych. Świat się im wali, a oni tylko patrzą, a potem jęczą, albo gorzej… Ostała się samotna, zapomniana, dziwnie niepotrzebna, w zbudowanym na wydmach domku z czerwonej cegły, z prostą wieżyczką, białymi oknami, widokiem na wszelakie pofałdowania piasków, mchy, porosty, wrzosy swą porą i wielką płaszczyznę morskości…

Właściwie Wiedźma Wrona Pożarta nawet nie zdawała sobie sprawy z istnienia Wielkiego Muszlowego Zakonu, wszelakich obrządków i wiecie, umiejętności krojenia toaletowego na jak najmniejsze, a jedna wciąż jeszcze użyteczne kawałki. Oj, oczywiście, że pamiętała czasy papieru, który można sobie było poczytać. Oddawało się gazety, a dostawało lekko ino miękciejszą podcierkę do pupy. I te malownicze wieńce papieru toaletowego na sznurku od snopowiązałki. Niegdyś wiele dam oddałoby to, co jedyne, za takowy przedmiot oddania męskiego, biżuterię jedyną w swym rodzaju… ale czasy się zmieniły. Tojtojki niczym Wielcy Eksterminatorzy wybili Babcie Kiblowe i ona sztuka uległa zapomnieniu, ale ona… pamiętająca czasy jaskiń do wynajęcia i krzaczków do wysadzania się, nadal trwała.

Oczywiście na Wyspie.

I może Wiedźma Wrona w drodze na Wielką Piaskową Patelnię – obecnie chłodniejszą – przeszłaby obok tego domku, gdyby nie charakterystyczny zapach, gdyby nie jakieś przeczucie, że kryje się za tym jakaś wielka historia. Gdyby nie smutna starsza pani w poliestrowym fartuszku w odcieniu zdechłego błękitu… i chustce na głowie kartkująca krzyżówki na małym, drewnianym stołeczku. Gdyby nie ono uczucie w pęcherzu, które miała już uwolnić w podcieniu starszych sosen i krzewinkach, podpatrywana przez czarniawego królika.

I tak poznała prawdę o małej i dużej sprawie. O walczących kobietach, o ich magii i przekleństwach… wielką prawdę codzienności, do której każdy chodzi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I słońce i wieje i deszcz…

Cudowna patchwokowa pogoda. Raz robisz pranie i wyłazisz na wszelką łazęgę, a w drugi dzień pracujesz przez cały czas. A co. W końcu trzeba korzystać. Ale jesieni nadal brak, aż zaskakujące. Liście twardo stoją w zieleni i tyle. Czadowa zmienność natury. Człowiek spogląda na oną wszelaką zieloność, zaorane pola i wszystko to niehalloweenowe i jakoś mu tak dobrze jest. W koc się zawinie i po prostu może odpuścić. Wyłączyć internet, załączyć muzykę, albo tylko szum uderzających o szkło szyby fal deszczu. Bo to znowu jak ze szlaucha puszczają…

Cudowny te deszcz.

Po dwóch latach wszelkiej suszy w końcu jakoś namakamy. Oczywiście, że będą podtopienia, ale czy na pewno? Przecież w rzekach wciąż niewiele tej wody, wciąż jeszcze jej brakuje, chociaż na polach pojawiają się te tymczasowe jeziorka. Odbijające niebo kiedyś w końcu, wszelako połyskujące srebrem przebijających się poprzez liście słońca. Zielone wciąż, zielone. I choć jagód wszelakich wciąż masa cała, to jednak nadal mało jesiennie poza morzem…

Bo morze ma teraz pobrązowione, pomiedzianowane brzegi. Piękne, niesamowite wodorosty zdają się zastępować kolorem liści nadrzewnych. Tych wszelakich pływających traw, liści, wszelakich roślinności jest cała masa. A kolory mają od czerwieni, przez różowatości i fiolety – i to takie ostre, razem z purpurami, po wszelkie żółcienie i brązy we wszelakich odcieniach. Po prostu coś pięknego. Jeśli załapiecie się  na bezwietrzny, lekko tylko falujący dzień, słoneczny, to możecie złapać na fotografiach całe obrazy. Niesamowite i jedyne w swoim rodzaju. Do tego jeszcze ten piasek pełen maciupkich patyczków w różnych kształtach i jeszcze… no śmieci niby, a jednak, tu łupiny orzecha, tam znowu kokosa, a tutaj pierun wie co za roślinki z cieplejszych krajów…

Może popływać?

Oczywiście jest też owrzosione wciąż Dueodde, gdzie trawy wyblakły, wciąż są ostre, dziwnie niebezpieczne, niczym wstydliwe mieczyki, które jednak chcą skosztować twojej krwi. Wybierając się na spacer w niedzielę, oczywiście spotkacie z kilka osób, ale przez większość czasu… jesteście sami.

I tylko ten piasek niczym cukier puder, albo miałka sól i kamyczki wydmuchane przez wiatr, czy raczej, piasek pod nimi wydmuchany w takie wieżyczki. Nikt tego nie zniszczy, więc takowa sztuka zostaje na dłużej… niesamowita, minimalistyczna, bo tutaj jakoś tak ni kamieni ni wodorostów, dwie maciupkie meduzy, które powaliły mnie swoi pięknem… w końcu pustka czarowna. W końcu coś takiego, coś spokojnego, wszelako mocno niedepresyjnego. Mimo onej pustki, z jednej strony napływa morskość, środkiem sól i piasek który oczywiście wciśnie się wszędzie i jeszcze oczywiście te sosny. Gdzieś tam chroniące sommerhusy. Może puste teraz bardziej, może wszystko to bardziej ciche, ale o to chodzi… A! Jeśli chodzi o sommerhusy, to nadejszło nowe prawo i jeśli się zestarzejecie, możecie sobie spokojnie w takowym mieszkać. Znaczy wiecie, na emeryturze przestaje was obowiązywać prawo mieszkania w domu całorocznym.

I fajno!

Jestem za!!!

Bo ten piasek na Dueodde taki ubity, więc na starość nie będzie trudno spacerować sobie od czasu do czasu. Chociaż na własną starość, to ja poproszę raczej u siebie, w Gudhjem, bo ja bez skał nie mogę. Lepiej mi się tutaj i chodzi i żyje i pływa i nawet pigwę znalazłam… przy pomocy pomyślunku, ale w końcu może i pigwę będę miała. Na starość jednak trzeba będzie jakieś zdrowotne naleweczki, czy coś, co nie?

Ekhm… może i teraz by się zdało?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kiblowa… została wyłączona