Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości…

„Stoją, czekają, obserwują…

Właściwie ma je większość miast. Wiecie, te kamieniczki, Jedne się sypiące, jedne dziwnie załaane, pokruszone, pochylone, inne znowu dziarskie, odnowione, odmalownane, pełne ludzi, hałasu, z dopisaną istorią, która nagle staje się sławna.

Wiedźma Wrona Pożarta kochała domy i kochała kamieniczki. Jakoś dla niej to nigdy nie były po prostu domy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

27go znowu nas sparaliżuje.

Nie no, pewno że na chwilę, ale jednak… widzicie, nie rozumiem tego, ale jest jak jest. Jak w tej kreskówce gdy ten pies od Myszki Miki, ale ten dwunogi, chodzi po chodniku i klnie na auta, a potem jest kierowcą i odhacza sobie z dzikim rechotem trupy na karoserii. Tak jest z rowerzystami. Wydaje się im, że nie dotyczą ich znaki płaskie, znaki stojące, znaki wszelakie i zwykłe, podstawowe prawa ruchu drgowego. Spora część świata uznaje, że na Wyspie to rower ma pierwszeństwo. I kończy się to częst krwawo… jako człowiek chodzący obrywam od obydwu nacji, choć kulę się na swoim paseczki z narysowanym ludzikiem.

Od tego roku przestaję się kulić. Mam dość. Dość tej jebanej ekologiczności rowerzystów, którzy uznają się za święte krowy. Tak, właśnie tak tutaj jest. Afery tego typu są nazbyt częste. Nagle panowie z brzuszkami w śmierdzących strojach są wymiarem, którego nie da się osiągnąć nikomu innemu. Tworzą kastę lepszych od reszty świata. A jaka jest prawda? Że mają często największe samochody.

A ich ciuszki nie rozpadną się nigdy… więc…

Sparaliżuje nas coroczny rajd. Na szczęście tylko na jeden dzień, ale śmieci zostaną na dłużej. Często na zawsze. Ciekawe jak poradzą sobie z rozkopanymi drogami i korkiem trzyminutowym przy Gudhjem? Nie wiem. Postanawiam mieć to w dupie. I tych rąbanych cyklistów, tak odmiennych od zwyczajowych ludzi, którzy jeżdżą, bo to lubią, którzy zamiast auta do sklepu depczą z buta czy też z rowerkiem. Mieć gdzieś panów z brzuszkami na wielce wypasionych bike’ach, którzy właśnie przdzierają się przede mną przez zarośla. Boją się kałuży, nie podjadą pod górkę. Tak właściwie nie wiem po kiego im te rowery, gdy głównie je prowadzą. Ale co tam, śliczne są takie, wymuskane, oni też odziani od czubków butow po czubki głów, więc co mi ubogiej do nich? Nic. Zresztą, oni są w grupie… a ja sama. W lesie. Lesie, który chcę pełen ptaków i cichości leśnej, a nie ich wrzasków i muzyki.

Włażę w ten as i zaskakuje mnie w nim wilgoć. Bo widzicie, to mże was zaskoczć, ale po wszelakich perturbacjach z wielkim tam centrum przy Hammershusie mamy teraz dziwność. Mamy 3 parkingi. Dla motorów, dla autobusów i niepełnosprawnych oraz dla reszty świata. I to KURWA płatne!!! Dlaczego klnę, bo widzicie, w Danii jest coś takiego jak wolny wstęp do większości miejsc historycznych i przy nich zwykle jest parking zwyczajny, darmowy. Ale nie… i żeby to jeszcze Wyspa kosiła kasę. Nie, kopenhawka, czy inny tam zamorski byt. Dlatego człek naciągnął kilometr i zatrzymał się na malusim parkingu pod drzewami. Dzięki temu nie zalał nas gorąco, ale zeżarły komary. Oj tak, spacer skałami i lasem w stronę Vang to był komarowy szał. Jako jedyne na Wyspie, gdzie ogłoszono chyba ósmy stopień zasuszenia, tutaj jest wilgotno, coś się kluje, dziwne oczka powstały chyba nie do końca naturalną ręką, a robalom ino w to graj. Tosz tylko wypatrywać malarii, czy czegoś tam!!!

Jest buba!!!

Przemykamy się przez las opędzając się od robali na górze, na dole, a nawet takich lewitujących Piękno skał i młodych liści nas omija. Człowiek chce dotrzeć przynajmniej do tej drogi, żeby chociaż było ich mniej, a na drodze… na drodze kurna cała parada samochodów, rąbany kład z jakimś dziwakiem kochającym pylistość, chyba już wtedy miałam dość tych ludzi. Najpierw ten parking, potem oni tutaj, a w lesie kurde krwiopijcy. Nie ma wyjścia, przyśpieszam i znowu trochę w las, ale potem już jest… ten błękit, ona niebieskość, to wszystko błękitne górą i granatowe, to wszystko piękne lekko pofalowane, w mazy jaśniejsze i ciemniejsze, lekko poruszone, lekko…

Po prostu niesamowite.

Ale jest ten wymarzony, choć wysoki, brzeg… są skały, pojedyncze, ostatnie kwitnące jabłonie i oczywiście niesamowite brzozy. Czadowa droga pełna kup, więc trzeba uważać, ale tylko garstka najeźdźców, więc nie jest źle. Da się wytrzymać. Do tego te kozy. Choć bardziej jak kozice. Wygrzewają się na najwyższej skale, śpią, żują, lekko pomrukują, szarawe, białe i brązowe oraz skompllikowanie klejone z tych barw… patrzą na ludzi niczym na jakąś rozrywkę. Jakbyśmy byli dla nich czymś ciekawym. Intrygujące te kozy, naprawdę intrygujące. Ta jedna stoi, jakby pilnowała wszystkich, a tamta leży, raciczki jej zwisają, więc słodko wygląda… ale ja chciałam pod Hammershus. Na tę plażę, którą niewielu odwiedza. Na one kamienie nad oną rzeczkę i drzewko tak cudownie ukształtowane, jakby ktoś je uczesał.

Lekko zgiął i wiecie, spryskał lakierem.

Ale najważniejszy ten spokój, te bniebieskości i ruiny górująe nade mną.

Wcześniej jednak trzeba było częściowo się ześlizgując, zleźć w dół. Część drogi sama spłynęła zimą, część odkryła nowe, gładkie kamienie, a reszta pełna kwitnącego w końcu czsnku niedźwiedziego. Zielona i biała. Pomiędzy krzaczkami wąziutka ścieżynka. Po prostu coś niesamowitego. Coś jak z bajki, a potem pierwsza część tej plaży, z ogniskiem jeśli ktoś chce, a potem druga z ruinami i wielkimi głazami i zielenią obijającą się w spokojnych toniach morskości i dwie przeładowane łódki z Turyścizną i w oddali żaglówka oblewana srebrzystością słoneczną.

Po prostu coś niesamowitego.

I nikogo poza nami!!!

Przycupnięcie tutaj, tudzież spacer po kamieniach – nie polecam w kiepskich butach i gdy macie problemy z równowagą – to naprawdę zaczepista sprawa. Po prostu coś oczyszczającego maksymalnie, ale trochę dziczy jeszcze przed nami. Bo trzeba wrócić do samochodu, a jednak nie ma go na parkingu pod Hammershusem jest dalej, dlatego zagłębiamy się w dolinkę tuż pod punktem widokowym, którą niewielu odwiedza. Widać, bo trawa wysoka, mostek łobliwy i ogólnie mówiąc dzicza. Ptaszęta świergolą, choć pora już mocno popołudniowa, czy nawet wieczorna, znowu straciłam poczucie czasu… genialne uczucie. Co prawda droga wąska, głazy i zarośla, powalone drzewa, strumień wciąż szemrzący, więc problem siku… ale jednak po prostu raj. Skała po prawej, skała po lewej, kolory nieziemskie. Górą oświetlone wciąż drzewa, dołem lekka ciemność. I maciupki wodospadzik i w końcu jakaś prostość drogowa i nagle… mostek, który jest tylko deską i jeszcze dziwny szlak w górę… między drzewa stojące blisko siebie, czy człek się zmieści, do tego śliskie, gładkie głazy, do tego jeszcze piach, suchość i ogólne szarawary, ale damy radę. No musimy i tyle.

Nie ma innego wyjścia.

… więc dajemy radę, ja częściowo na czworaka, ale to te krótkie nóżki, choć ćwiczenia popłacają. Człek sapie, ale zaraz przestaje, nic go nie boli, teraz stąpa przez pola jagodowe, zapatrza się one drzewa tak różnie ukształtowane, jakby znowu znalazł się w ogrodzie tanecznym, w którym ktoś czas zatrzymał. A może jak tylko się odwrócę, to wszystko znowu zacznie pląsać i muzyka zacznie grać? Może… coś przecież szeleści w krzakach, jaszczurka zaliczoa – krzyki są – zaskroniec też, ale ten już bez krzyku, bo to nie ja go widziałam.

Dobra wycieczka.

I jest auto, chłodne, zacienione, czas do domu… a wszystko przez to, że mieliśmy pinsedag! Dokładnie dwa, ale niedziela się nie liczy.

Wolny poniedziałek za to, to jest to!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości… została wyłączona

Pan Tealight i Łoś…

„Widzicie… Wiedźma Wrona Pożarta kochała wrony bo tak, polarne misie i niedźwiedzie w ogóle bo tak, oraz łosie, bo inaczej.

Wiadomym jest, że w każdym człekopodobnym czai się coś ze zwierzęcia. W niej od zawsze siedziały wrony i misie. Ale łosie, ech, z łosiami, ale i rogasiami wszelakimi było inaczej. Pojawiły się gdzieś nagle w jej istnieniu w okolicach wszelakiego niedojrzewania i jakoś tak, nie dały się wyplenić. Ni chirurgicznie, ni antybiotykami, czy wiecie, przeszczepem jakimś. nie, nic z tego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwa jesteś piękna” – … oto opowieść o celebryctwie. O naszym współczesnym świecie, w którym o wiele łatwiej zdobyć sławę dzięki złu niż dobru. I oczywiście o tych, którzy one celebryctwo ułatwiają – dziennikarzom.

Bohaterka może nie jest jakoś wybitnie zaskakująca. Niby dziennikarz od zbrodni, a rzyga na widok krwi – to już było – niby silna, a jednak dziwnie rozmiękła miejscami, wymęczona, ale i dziwnie silna, choć skąd niby czerpie oną siłę? Niby wie co robi, a jednak, a jednak przesadza… Czyli wiecie, jak zwykle. Ale może nie do końca? Bo gdy nasza bohaterka, Eve, powraca do domu, powraca też do smutnej codzienności ojca zmagającego się z Alzhaimerem. Do codzienności ulicy, która ją zna i wciąż obserwuje, oraz do mordercy, który zaczyna do niej czuć coś więcej… On – artysta. Ten który ze swoich zbrodni czyni nadzwyczajne pokazy i ona, której życie nie potoczyło się tak jak sobie wymarzyła. Nagle jedno nie istnieje bez drugiego. Dopełniają się, uzupełniają, grają ze sobą… ale kto zwycięży?

I gdzie tutaj jest ono wymuskane, definicyjne dobro? Czy w ogóle ma znaczenie? Czy tak naprawdę da się je znaleźć?

Powieść zaczyna się bombą i toczy niczym lawina. Nie można zatrzymać czytania, odkładacie książkę, bo przecież trzeba wrócić do życia, ale potem nagle, rezygnujecie z codzienności, by czytać dalej. Bo choć wiecie prawie wszystko, podejrzewacie jak to się skończy, to jednak te wszystkie niespodzianki po drodze, te zaskoczenia, wtręty… nie, nie możecie przerwać. Po prostu. Dostaliście zaproszenie na tę wystawę i wstydem byłoby odmówić. Przemykacie między problemami samotności, strachem przed śmiercią, obawą o życie, ale i lękiem pozostania na tej ziemi. Wszystkim co człowiecze, dosłownie i boleśnie wszystkim oraz samotnością, która często zabija w nas ludzkie odruchy…

… i odnajdujecie w tym wszystkim samego siebie…

Naprawdę dobra powieść.

Nyhavn.

No dobra… znaczy, nie oszukujmy się, oczywiście, że chodziło mi o zdjęcia, a w polskim sklepie Chowaniec nie dostał pączków i się wkurzył… czasu do wizyty w konsulacie mieliśmy jeszcze trochę, więc biegusiem, bo wiecie, to jednak kawałek… jak się okazało spory całkiem.

Oj, oczywiście, że to nie nasz pierwszy raz w stolycy, ale jednak nigdy nie było czasu, a teraz wzięłam to na celownik. Do tego ten rąbany heat wave, więc niebieskie niebo, odbijające się wszelakości w onych kanałach, łodzie restauracyjne, łodzie mieszkalne i te, które wielu zastępują samochody… i masa mostów. Po prostu masa. Niewielkich, większych, betonowych, z metalowymi poręczami i wiecie, ogólnie kombinowanych… no i w końcu są, malowane domki. Datowanie, pewno gdzieś od drugiej połowy XVII wieku, ale po prawdzie te kanały rodziły się przecież wcześniej. Kamieniczki kolorowe z fikuśnymi zwieńczeniami, a pod nimi uliczka zatkana po dziurki w załamaniach betonu ogródkami piwnymi. Oj pewno, że człowiek trafia na czas frokostu, więc ludzi jeszcze więcej niż zwykle, straszne… koszmar.

Ble!!!

Ale chodziło o te domki, więc człek czepia się tego jedynego, pięknie kutego mostu z całą masą pierońskich kłódeczek… tia, tutaj przerywnik: serio ludzie, serio zamykacie tutaj swoją miłość. Tak pomyślmy na chłopski rozum: ciężar tych cholernych kłódeczek niszczy most, na rozum wiedźmowy, jeśli naprawdę w to wierzycie i kochacie kogoś, pozostawiacie tutaj swój ślad, który ktoś wam naprawdę niechętny może łatwo złapać i narobić niezłej buby w związku. Jakby to powiedzieć: nie róbcie tego. Nope, niet i w ogóle ogólnie nie. „Put a ring on it”, a potem pracuj nad związkiem. To nie jest fizyka jądrowa, ale wymaga wiele gadania, czasem ciszy, a czasem pozwolenia na wolność… naprawdę. No ale, kłódki są kolorowe, więc świetnie wyjdą na zdjęciach, do tego oczywiście one kamieniczki, tu mieszkał H.Ch.Andersen… ciekawe, czy woniało mu z kanału, jakby co, jest sklepik z pamiątkami z jego imieniem, a w nim jego figurka lekko nadaktywna, ale zbyt mnie przeraża, bym tam pobyła. Kilka zdjęć odbić, bo te muszą być, potem zajrzeć w tę czy inną mieszkalną łódź. One koszyki z kwiatami, te wycieraczki i skrzyneczki pocztowe, te malunki ptaków, no po prostu coś cudownego, ale nie dla mnie. Gdzie ja bym książki pomieściła? No i ciągły hałas… straszne.

Straszne to wielkie miasto, naprawdę. Z jednej strony serio wygląda jak Wrocław, z drugiej, rowerzyści bardziej agresywni. Ale może teraz i we Wrocławiu tacy są? Kto to wie? Nie było mnie tam już dawno… ilość ludzi przeraża, ciągle czuję się nie na miejscu, mało drzew, nie ma się gdzie schować… trzeba uciekać.

Czy już stałam się wieśniakiem? A może odludkiem i kuzynem Szymona Słupnika, czy innego tam samotnika? Pewno tak. Ale czadowe kolorki kamieniczek rzeczywiście są jak na zdjęciach. Pojechałabym tam kiedyś, gdy pogoda inna trochę, gdy ludzi może mniej, wcześniej, by zrobić zdjęcia takie, przy których nikt cię nie przejedzie i nie zostawi śladów opon na grzbiecie czy nogach… bo można tutaj poszaleć, ale bez ludzi. I bez tego całego ruchu. W jakiejś spokojności może, jesienności, może się uda. Ale jakby nie, to widziałam. Wiecie, można uznać za odbębnione.

Tylko jak znaleźć się tam, ale nie brać udziału w ruchu drogowym. Onym koszmarze i tłoku, wszelakim szaleństwie…

Ale popatrzcie na taki Lund. Niby miejsce mniejsze, a jednak…

Akurat szykowali się do jakiegoś świętowania.

Serio nie wiem o co chodzi, ale podejrzewam studentów. Kurcze, studia tutaj naprawdę muszą być czadowe. Tak jak we Wrocławiu kub Krakowie. Wiecie, spojone oną aurą przeszłości. Z tymi postumentami i ludźmi odlanymi w brązie czy innych metalach, tudzież kutych w kamieniach i spoglądających na was z góry… spod onej brwi obsranej przez gołębia, świntucha złoczyńcę, co akurat tutaj lubi se posiedzieć, a że przy odlocie popuszcza, no cóż, jedni mają to za cudzołóstwo, wszelaką abominację, a inni nie zauważają…

Mniejsza, Lund.

Miejsce, które serio warto odwiedzić wiosną lub jesienią, albo zimą. Mają nowy, zaczepisty sklepik z pamiątkami, bo widzicie o to w tym miejscu trudno. Jak tu wam powiedzieć gzie on jest, n po drugiej stronie parku za katedrą z Groszkową Panną. Jest tam kawiarnia, a po drugiej stronie, niepozorny, wyglądający jak domek, pokoik właściwie, sklepik. Sklepik z cudami wszelakiej myśli i sztuki szwedzkiej, ale nie jakiejś wiecie przaśnej i dziwacznej. Znajdziecie tu coś z metalu, dziewiarstwo, wszelkiego rodzaju figurki, kubki, cuda wianki i takie tam. Łosie, misie i koniki… i dla dzieci i dla tych, co wciąż dziećmi być chcą, ale wiecie, data w paszporcie już nie ta…

PS. Pamiętajcie, że płaci się tam wyłącznie gotówką. Ale bez boja, ATM zaraz obok, więc nie ma wielkich trudów.

Chyba lubię Lund, choć też ma ten „vibe” wielkiego miasta. Ale więcej zieleni i kwitnące bzy, które u nas dopiero zaczynają… wynagradza wiele. Lund wymaga czasu i cierpliwości. Oraz dobrych butów, bo tutaj się chodzi i podziwia. Podobnie jak Ystad, które sobie pooglądaliśmy w zachodzącym słońcu, a jakiś Tubylec próbował mi wyjaśnić, że to zielone między kostkami chodnika, to będą piękne malwa… co ja mu na to: Bitch, please! My są z Bornholmu, my kurna wiemy jak wygląda zielsko kwitnące na chodnikach i tulące się do kolorowych domków. Ha ha ha!!! Uśmiał się gość, a potem umknął, chyba przerażony moim strachem, że przez jego pytlowanie mnie światło ucieka… a ono tak cudne gra na starych drenach, metalach i cegłach. Bawi się z pajęczynami, odbija się, miejscami wchłania, tam znowu pląsa…

Doszliśmy do czegoś na kształt arboretum.

Drzewka tutaj milusie, egzotyczne i oczywiście cudowne, do tego wąziutki strumyk i małe, włochate świeże kaczuszki, no serio… gdy tak dzień, tudzież raczej względna świetlność trwa do dziesiątej, to można się zagubić, zatopić w tym pustawym Ystad. Pewno w lecie więcej tu hałasu, ale na razie, tylko te pustawe pociągi w kolorze milki. I kilka rowerów. W niektórych miejscach grają światła wielkich telewizorów… a to już wiemy, gdzie są Tubylcy. Ale nie ma czasu na badania etnograficzne, bo prom nam jeszcze z tego wszystkiego ucieknie no!!!

To pa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łoś… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Zamorze…

„Tu nie chodziło o to, że uznawali Wyspę za pępek świata. Ale nie oszukujmy się, w końcu im była. I z prawej i z lewej, a już ze środka wielowiecznego w szczególności. Naprawdę była pępkiem świata, znaczy dokładnie jest.

Nadal…

To dlatego tak się wkurza, jak Wiedźma Wrona Pożarta opuszcza ją chociaż na chwileczkę. Chociaż na momencik. Chociaż w myślach, snach, zagubia się gdzieś w tych rejonach wszelkich wieloświatów, woali, równoświatów i innych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dziś będzie o paszportach, wielkim mieście i bzach.

Ale najpierw oczywiście będzie o czymś takim, co się zwie Molslinjen, a raczej wróć, przecież teraz to Bornholmslinjen. No wiecie, w końcu się dotarli, przemalowali i tak dalej, a to oznacza, że gdy porą nazbyt wczesną, wybudzeni z dziwnego snu o pięknych książkach, ale powiem wam, takie były piękne. I oprawa rzezana, tłoczona, i ryciny ręcznie malowane i jeszcze tematyka ludności pierwszej w Ameryce Północnej… o cuda wianki wam powie, ale nagle siku i po śnie. Niby przez czwartą, ale człek wie, że jak teraz przyśnie na te pół godzinki, to umarł w pacierzu, więc bierze się za robotę i w ciągu chwil niezbyt kilku coś tam nadgania. A potem mycie, herbata w kubek, proszki na rzygania wszelkie i w drogę. Chociaż obiecali morze gładkie jak stół, taki wiecie, gładki stół, to jednak bez avio ani rusz…

Podjeżdża dusza pod punkt, w którym bilecik się skanuje, bo wiadomo teraz te techniki, to sam se musisz w domu bilet wydrukować, a i często kurde skaner w porcie i tak nie umie gładkiej kartki sczytać, więc i numerki wbić człeku sam se musisz, no a tam… serio mocna kolejka!!! I człowiek nagle? Nieczęsta sprawa. Wiecie… człowiek. Nie maszyna. I zabiera się za skanowanie tych biletów. Bo wiadomo, jak doszło do przejęcia starych linii promowych przez nowe to nie poszło gładko i bez oskarżeń. Wprost przeciwnie. Poszło źle i z wyzwiskami. Pozwalniali ludzi i teraz te biedne babki szukają pracy… a u nas o pracę trudno. Nawet wybitnie trudno. Nawet jeśli startujecie na sprzątaczkę, możecie zostać odprawieni z kwitkiem. No ale… są nowe linie, mają być tańsze, nie do końca są, ale nie miało być o tym. Świt wstał piękny. Serio morze jak stół. Piękne, niebieskawe refleksy, wielkie słońce… nic, tylko płynąć, gdyby nie ta spora i radosna, gromada rozwrzeszczanych nastolatków.

Ale… to morze.

Jest w nim taki ogrom wody, takie szaleństwo kosmiczne, ale też i ten spokój dziwny, atłasowość romantyczna. Gdyby tak skoczyć… przecież onej prędkości promu nie widać, wiecie, bo to ten szybki, więc gdyby tak skoczyć i już nie wracać na powierzchnię, zostać w błękicie?

Ale…

Witamy w Ystad… a dokładniej od razu w drodze do Kivik.

Widzicie, Kivik jest słynny z grobu i jabłek.

Oczywiście w moim przypadku grób ważniejszy, ale zobaczyć te drzewka jak kwitną, marzyło mi się strasznie od dwóch lat, naprawdę strasznie. I jestem teraz, jestem na miejscu w odpowiedniej porze, nawet błękit nieba jest i słońce, światło niesamowite, patrzę na nie, a one są… bardzo disappointing. Strasznie. A wszystko przez to, że drzewka mocno przycięte, dziwnie rzadkie, jakieś takie, pewno dobre dla wielkich owoców, ale nie do zdjęć. Zresztą, włazić komuś na posesję, czy też w ogród/sad, to raczej nie moja bajka. Ale czosnek niedźwiedzi u nich kwitnie mocniej niż u nas. Ludzie jeszcze jacyś tacy nie do końca wybudzeni, ale w sklepie kilka dusz, czas wysłać kilka kartek. Nie mogę tego sobie odmówić, to po prostu niemożliwe.

Jednak przecież przybyliśmy tu, by dotrzeć do Danii.

Ogólnie mówiąc to kosmicznie dowcipne, że płyniecie z Danii – Bornholmu – do Szwecji, by dostać się do Danii. Tak wiem, Wyspa siedzi sobie bliżej Szwecji niż swego kraju, ale jednak. Takie to dramatycznie sarkastyczne czasami. Pomijając fakt ceny. Niestety, nawet te bilety kupione miesiące wcześniej są zwyczajnie drogie. Pewno, że bierzesz ze sobą samochód, ale jak inaczej? No jest pociąg w czadowym kolorze Milki, ale jednak, zbyt wiele zachodu tym bardziej, ze konsulat kraju zwanego Rzecząpospolitą Polską leży w miejscu… chyba najdroższym. Chowaniec sprawdził ceny posiadłości tam i plasują się one w granicach trzydziestu milinów, więc chyba… ekhm, płaci się za bliskość morza, wszelkie zagrożenie zalewowe, zielone drzewa, trawniki wyskubane i przepiękną architekturę. Naprawdę. Domy tam to całkiem osobny rozdział. Warto się przejść, nie zwracając zbytniej uwagi na siebie, na wszelki wypadek, i pooglądać sobie ten przepych i kasę przeciekającą przez płoty.

Ale idziemy…

Najpierw zaskoczenie, bo kurde, kto pokręcił temperaturę?!!! Serio, gorąc jak na Saharze!!! Suche powietrze, mocne, parzące słońce, nie no… pod tym względem Kopenhaga jest marunda jak cała Anglia. Zawsze uważają, że mają kiepską pogodę!!! Zawsze!!! Mamy z Irlandią i łkającym chłopcem na ławce, że on nie będzie miał lata, bo z Irlandii są i w wersji duńskiej. Może mieszkanie na jednak ciepłej Wyspie nie zalicza się do Danii. No ale, idziemy wyrobić paszporta. Mamy oczywiście te tam papiery i zdjęcia i oczywiście jesteśmy umówieni, bo widzicie, trza się zapowiedzieć sporo wcześniej. Ale, gdy zatrzymujemy się przy miejscu, w którym dwa lata temu byliśmy, wyraziście pisze, że mamy iść dalej naście metrów, bo tak, bo chyba remont, czy coś.

Może ich wysiedlili?

Może imprezowali…

Idziemy więc, architektura piękna, dziwność tuptania na poziomie morza nadal niepokojąca, kolejna nalepka, że ci co umówieni, to jednak nie tu, a dopiero do następnej bramki. Oczywista, trza odczekać swoje, bo otworzą dopiero o wiadomym czasie, a tu już kolejka i te dziwne pytania „kto ostatni”. Dobra, nieczęsto muszę stać w otoczeniu ludzi mówiących po polsku i łapię się na tym, że nie dość, iż odpowiadam po duńsku, to polski jako język jest dla mnie dziwnie egzotyczny. Jakiś taki… obcy. Ale nic to… prawie tysiąc koron w pięty, do tego pobranie odcisków palców wskazujących obydwu dłoni… serio? Znaczy co? Już jestem winna? Niby pada, że to dla mojego bezpieczeństwa, ale zbyt wiele mam we łbie teorii spiskowych, które okazały się prawdą, żeby im uwierzyć. Ale czy mam inne wyjście? Widzicie, przy moście kontrola. Jeszcze duńskie numery ze Szwecji do Danii przepuszczają normalnie, ale w drugą stronę już nie.

Trzeba okazać papiery i tyle.

Aj dziwna ta Europa.

Paszport ma przyjść w ciągu 4 tygodni.

Zobaczymy.

Panna w okienku warknęła lekko, jak się dowiedziała, że muszą to wysłać, no ale… co ja ci na to poradzę? Dania to wyspy!!! Dlaczego wszyscy tak dziwnie na to reagują? Dlaczego wszystko było takie głośne, czemu Polacy tak krzyczą? I czemu wiem, że pan się rozwiódł? A! Gdyby wam ta wiedza była potrzebna, to w przypadku rozwodu małżeństwa zawartego w Polsce, to że rozwiedliście się w Danii – kilka klików w kompie – nic nie daje. Musicie założyć sprawę w Warszawie lub miejscu zamieszkania w Polsce jeśli takie posiadacie. Sorry, ale w małym pomieszczeniu były trzy okienka z ludźmi mówiącymi przez głośniki, jakbyśmy byli oddaleni od siebie o lata świetlne, więc człek wiele się dowiedział. Też o obywatelstwie dzieci urodzonych z polskich matek tutaj. Wsio trza załatwić w Polsce. Nie da się przez komputery!!!

Kurcze… strasznie to dziwne. Takie pokręcone. Bo przecież niby jedna Europa, a jednak problemy graniczne.

PS. Chłopak, o którym pisałam w poprzednim blogu okazał się mieć nie tylko 15 lat, nie tylko biegać zbyt wiele, ale i jest teraz w Kopenhadze i stara się żyć. Miejmy nadzieję, że się uda… Powodzenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Zamorze… została wyłączona

Pan Tealight i Młyn Niepamięci…

„Miele, miele i miele…

Wszystko właściwie. Wiecie, te wspomnienia z nieudanych randek, podróży, wkurzających rozmów i dziwnych świąt. Miele momenty, zbyt przykre, zbyt bolesne, ale i miele słowa. Bolące, drażniące, dziwnie wlepione w czaszkę, wciąż dziwnie uciskające… miele. Zmienia stałą przygód, niepowodzeń, ale i tych momentów szczęśliwych, które jednak okazały się złudną nadzieją. Oj tak, na nadziei Młyn najbardziej skrzypi. Gdy ją miele traci najwięcej kół, wygładza się najmocniej, dziwnie spowalnia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I wybrzeżem…

Nie wiem dlaczego, ale czasem muszę. Jakoś tam mnie nosi. Ta dziwna granica między ziemią, niebem, a ogromną połacią wody. No serio. Może i widać Szwecję w oddali, ale jednak na tyle zamgloną obecnie, że jakoś tak… nie można w nią nawet wierzyć. Niby tam jest, a jednak jej nie ma przecież. Nie może być. Bo przecież ja tutaj stoję, między kwitnącymi biało krzakami i brzozami leciutko zielonkawymi i jeszcze ostatnimi kwitnącymi drzewami, bo tutaj, na północy, wszystko jeszcze jest tak romantycznie, bujnie kwietne.

I ta trawa jakoś zieleńsza.

I, ekhm, krowy większe, w pełni na wolności, więc uwaga na placki. Co jak co, ale nie są ni kruche – no może niektóre – ani wiecie aromatyczne, owocowe i tak dalej. Ale krowinki przesympatyczne. No coś jest w tych różkach i grzywkach. Wiecie, jakby dopiero co lokówki zdjęły. Czarne i takie ciemnomiodowe. Może mnie zeżrą zaraz, ale przecież ja chyba boję sie tylko tych krówek biało-czarnych, chyba? Nie wiem… spróbujmy. Przejdę, czy nie. Czuję na sobie ich wzrok, raz nawet oddech, jakby wiecie, sprawdzały. Jakby nie były pewne, czy mi ufać, czy jednak nie. Czy chcę je głaskać, czy nie? Kurcze… jest w nich coś z tych takich piesków lekko przywielkich, jest w nich coś tak pluszowego, mięciutkiego i takiego misiowego, aż chcesz podrapać za uszkiem, ale przez cały czas nie jestem pewna, czy to kurna byki, czy jednak krowy. Nosz kurde!

Żeby mieć takie problemy z krowią anatomią!!!

Ale nic to. Idźmy dalej nieruszeni przez stadko. Wolą chyba widok na morze, nie ccą zagłębiać się miedzy skały gzie pląsają sobie owieczki. Oczywiście z młodymi, ale nie patrzę na nie, tylko na ten zagajnik śliwek, czy czegoś tam, co wciąż kwitnie. Tak pachnący, tak niesamowity, tak dziki. Nawet ten dziwny malarz, z dziwnie czystymi przyborami mnie nie poruszy. Nie. Jestem dzielna i chcę tych zdjęć i tej samotności pośród drzew. Chcę tej dzikości, ale i dziwnej, zwierzęcej dróżki. Czystej w końcu, bezkupowej, więc włażę i dalej i dalej i jeszcze dalej i nie chcę myśleć o kleszczach. Ni o tym, że gdzieś tam odkryli, że roznoszą nową chorobę, jeszcze bardziej niebezpieczną. Jakby świat chciał nas odpędzić od natury. Nie, nie chcę tak żyć w strachu przed trawą, zresztą, nawet nie jest wysoka, wprost przeciwnie, ścieżka jest, choć wąska, a trawa niska i pełna mleczy. I nie mogę się oprzeć tym drzewom. Niewysokim, lekko karłowatym, pokręconym i wszelako fantazyjnym w swoich kształtach. Pięknych. Jedynych w swoim rodzaju, niczym zaklęciem zastopowane siostry, które chciały na zawsze zostać razem. A między nimi i te orchidee i niezapominajki i stokrotki

… i mlecze…

W takim miejscu długo można robić zdjęcia. Można się zapomnieć. Zapatrzeć w płatki i błękit nieba i one różne zielonkawości. Posłuchać ptaków i trawy wzrastającej, dać się omieść tym płatkom opadającym na twarz, omamić szeptami, które pędzą do mnie i od skał i od konarów i od kwiatów mijających. Zostać na zawsze. Bez problemów. Stopić się w jedno z tym czarownym zagajnikiem. Jakoś tak legendarnie. Ale też chcę iść dalej. Chcę znowu zobaczyć morze, które z tego miejsca jest tylko linią na zbyt dalekim horyzoncie, ale i bliskością, którą człek trzyma w sercu, czy duszy, jak zwał…

… więc idę dalej. Choć żal.

I tak manewrując między skałami człek mija Salomons Kapel, ale przystaje przy onym jego nibyporcie. Zapatrza się w niebieskości morza i nieba. W te wodorosty podskakujące na falach, które rosną, gdy zbliżasz się do brzegu. Gdy próbujesz ostrożnie balansować na tych niegładkich, wprost nadzwyczaj szarawych, chropowatych skałach… dziwnie wulkanicznych, ale przecież nie… one jakby chciały człowiek zabrać. Jakby naprawdę były gotowe obiecać mu wszystko.

Zupełnie wszystko czego o pragnie.

Tylko że… pod wodą.

Trzeba się od tego oderwać, bo mieliśmy dojść do latarni, tylko której. Czy wracać do Hammer Odde czy wybrać Hammeren? Trudniejsza droga, ale nęci, więc wybór jest prosty. Bo przecież ja lubię trudno. Zmęczyć się, spocić, wykończyć… skręcamy więc najpierw nad samą wodę, mijamy bagienka i znowu w prawo. Drogą w głąb Wyspy, ale tylko przez chwilę. Malutką chwilę, niewielką, cieniutką… bo zaraz kusi mnie dróżka, której kompletnie nie znam. Może i nowa. W końcu tyle ich teraz potworzyli, jakby chcieli za każdą cenę zlikwidować oną dzikość. Dzikość wyłącznie stojącą na papierze, więc… pod górę. Kurcze, takie nachylenie, że nosem ciągnę po glebie. Do tego gładkie skały mojego wzrostu, na które trza wleźć, bo innej drogi brak, a przy krótkich moich nóżkach człek sobie dziękuje za te gimnastyczne tortury, które uskutecznia. Dajemy radę, ale kolejna podbieżka, kolejne podejście, może i na czterech, ale jaki widok i one aromaty. Splątane żywiczności i kwitnące drzewa. Po prostu raj. Do tego jeszcze słonecznie i całkiem ciepło, a tutaj osłonięty od wiatru człek znowu… nie chce się ruszyć. I wcale nie dlatego, że jakoś tak nie ma sił. Może sapie, ale to zaraz przechodzi. Tuli się do brzozy, ale wie, że nie może zostać na dłużej. No sorry, mrówki w pełnej gotowości i to takie wielkie postanowiły mu towarzyszyć, więc lepiej się ruszać i…

… i nagle jesteś na miejscu.

Co dziwne, bardzo osamotnionym miejscu. Możesz wejść na latarnię, możesz poleżeć na głazie. Możesz wszystko. Nawet przemyśleć dlaczego Rosjanie znowu podejrzewają nas o szpiegowanie. Hmmm, nie żebym wątpiła w one szpiegowanie. Bo przecież to byłoby nielogiczne jeśli jesteśmy duńską jednostką najbardziej wysuniętą na wschód. Ale to co pokazali akurat, to co oskarżyli o oną działalność, było stare, wyłączone i całkiem nie od tego, więc…

Teraz droga w dół.

I znowu te opadające, niesamowicie malownicze, bajeczne kwitnące drzewa. Pięknie tak. Samotnie tak. Dobrze tak. I inne miejsca człeka napierdalają. I ta kręta ścieżka, no dobra, droga, i te domeczki i te plamy zieleni, i ta woda jeziorka, d którego w końcu człek dociera. I w ogóle, potem domy, barwne, pełne tulipanów w ogródkach i innych cudów rzeźby i wystroju. Takie kolorowe to wszystko. Te białe płotki, te cuda wianki… Takie jest to Sandvig, w którym chcą zamknąć jedyny spożywczak. Ekhm… ciekawe czy mieszkańcom się to spodoba. Choć w Nyker zamknęli i jakoś im to przeszło.

Smutne wieści z Bilmuseet

Ole Hermansen zmarł. Niby 80 lat, ale jednak to ikona…

A teraz… Właśnie znaleźli młodego, nieżywego chłopaczka… co się dzieje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Młyn Niepamięci… została wyłączona

Pan Tealight i Rybki Bezpozłoty…

„W dalekiej odległości, w wielkiej wysokości… czy raczej na onej wysokości i tak dalej, no wiecie, gdzieś tam, w tym miejscu, po którym człek by się nie spodziewał takich zachowań i w ogóle… istnieje basen. Bo raczej ni to staw ni jeziorko, więc użyjmy onego słowa. A może zbiornik po prostu? Nie, to za mało. Nie pasuje do rybek, kolorów, kawałków nieba, które odprysnęły z góry i tak sobie plusnęły, pojedynczych liści, może zeszłorocznych, może nie, może taki wystrój?

No mniejsza, jest sobie kołyska pełna wody, w której żyją ryby. Nikt ich tutaj nie przyniósł, ni wiatr, ni sztorm, ni rybne tornado. Nie mogły też tutaj wpłynąć, bo nie dość, że bardzo stromo i skaliście, to jeszcze wodospadu do wspinania się nie ma, więc… musiały się tutaj narodzić. Z jakiejś tam nicości. No przecież już były takie przypadki, nie one pierwsze, co nie? Może i nie ostatnie?

Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę była zaskoczona ich głodnymi, wilgotnymi ślepiami, które się w nią zaczęły wpatrywać. W oną głębokość, ale i dziwny, mało nęcący zapach i jeszcze ten głód wyczuwalny dookoła, dziwny pochył brzozy opuszczającej liście nad ruchomym lustrem wody… wszystko to ją zaskoczyło, gdy wspinając się po skałach znalazła się za wysoko i zrobiło się jej nagle, ale i dość jak zwykle, po prostu mgliście i mdliście niedobrze. Gdy zapragnęła jak najszybciej znaleźć się na dole… przy morskich falach, przy onej świeżości, niskości, braku zawrotów głowy, choć lekkim powiewie morskiej choroby…

A tu nagle one.

Rybki, rybcięta, ryboczki… pomniejszone, zdegradowane syreny, które omówiły poddaństwa Wielkimu Trytonowi. Ogólnie mówiąc ostatnio zrobił się z niego taki stary świntuch, że chyba się im nie dziwiła. I te wymogi, że łuski mają być takie, nie inne, włosy zawsze rozwiane i kręcone, ale nie mokra włoszka czy inne chemie, makijaż dobrze oporny i tak dalej. Rozumiała. Ale te tutaj, nie dość, że wybrały kompletną niewolę, to jeszcze były głodne!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Milczące dziecko” – … koszmar. Koszmar inaczej zwany właściwie całym dotychczasowym życiem. Zło… które przecież pląsa nawet w tych miejscach, które zdają się być go pozbawione. Idyllicznych wioskach, onych wymarzonych, wszelakich wiejskich ostojach.

Tak, to wydarzyło się w takim miejscu. Wydarzyło… a potem nagle zatrzęsło wszystkim. Mały chłopiec zaginął, może zmarł, tak w końcu łatwiej myśleć, wszystko na to wskazuje. Problem w tym, iż powraca nastolatek. Dziwnie się zachowujący, ale to chyba normalne. Jednak matka… dziwna wrogość okazywana właśnie jej, bliskość mężczyzny. Nic nie tłumaczy tego, gdzie był. A on, nie mówi.

Nie może? Nie chce?

A może są inne powody?

Bardziej przerażające?

Książka jest poruszająca. Dobra, można się domyśleć o co chodzi, kto z kim i jak, ale obserwacja całej akcji, fabuła plącząca się w różne strony, zazębiająca się o wszelakie problemy, ludzi… przyjaźnie i miłości, kłamstwa i prawdy, a co gorsza, one półprawdy… ale przede wszystkim matka, której syn nagle nie kocha, a ona przez cały ten czas o nim myślała. Marzyła, kochała, czekała na więcej…

A przynajmniej tak to wszystko wygląda.

Bo co naprawdę jest prawdą?

Czy chłopak może kłamać? Czy wszystko może być ułudą? Dziwaczną podpuchą? Okrutnym żartem… a może wszystko jest prawdą?

Co bardziej was przeraża?

Dobra powieść. Może trochę oczywista, ale jednak niesamowita jeśli postawicie się w miejscu jej… matki. Genialna, jeśli przemyślicie jak bardzo okrutni, pojebani, pokręceni, chorzy… mogą być ludzie.

Znajomi.

Havgus i Eurowizja…

Havgus przewala się za oknem, toczy po ulicy, ale dziwnie nie przebija przez żywopłot. Czy szanuje moją prywatność, czy nie chce widzie tych dziwnych piosenek. no sorry, polityczny, patriotyczny obowiązek , to dopingować swoich. A mamy fajnych Wikingów. Cudnych nawet!!! Może walą o pokoju i tak dalej, ale jednak…

Havgus utrzymuje się właściwie od wielu dni, ale dziś wieczorem znowu zaatakował tak bardziej w skupieniu, tak gęsto. W pewnym momencie zawiało też i wszystkie, dokładnie wszystkie płatki z czereśni spadły… w jednym momencie. Niczym rzucony welon niewinności. Niczym porzucone marzenia. Niczym pragnienia niespełnione by zrobić miejsce dla braku wszelakiej nadziei. Jakby wszystko zmieniło się w jednej chwili. W sekundzie właściwie. Trochę to dziwnie dołujące, ale z drugiej strony, powtarza się przecież co roku. Powinnam być przecież przyzwyczajona, ale nie jestem.

Nie mogę.

Za każdym razem jest to takie dołujące…

Większość drzew wciąż nie odziała się w liściejowe garnitury, ale to nic. Chyba mają jeszcze czas. Przecież to dopiero połowa maja. Dopiero, a może już? Kto to może wiedzieć? No kto? Tylko ona, Matka Potężna Natura!!! Jak to wszystko pobiegnie? Kiedy świeżutkie, malutkie pyrki? No kiedy? A i cała ta reszta? Pola cuchną dziwnym czymś, więc może jednak lepiej przerzucić się na odżywianie słońcem, choć nie, ono też dziwnie ostatnio cuchnie, boli i parzy.

Bardzo mocno.

Lepiej popatrzeć na havgus, który nocną porą wygląda tak niesamowicie. Tak z całkiem innej bajki. Kłęby zdają się mknąć pod moim oknem, jakby wiedziały gdzie zmierzają. Gdzie się skupią, gzie zbudują swój nowy świat. Bo serio, czy ktoś poza, nadzwyczaj widać zboczoną Australią czycącą oną imprezę dziwnie i nadzwyczaj głośno, ogląda jeszcze oną Eurowizję? No dobra, dla Skandynawów to zło konieczne, ale reszta świata… chyba nie, co? Dlaczego wciąż to robią? Czemu i po co? Czy wciąż to czysto polityczna zabawa? Spoglądając na unowocześnione metody głosowania, raczej nie?

Może? Nie wiem…

I wciąż nie kumam Izraela w Europie. I dlaczego Izrael tak, a Palestyna nie? Polityka, dziwne strefy, czary mary? Lepsi i gorsi?

4000.

Tak, staliśmy się sferą 4000.

Jakkolwiek wielorako może się to kojarzyć, odpowiedź na one 4000 jest prosta. Jedne badania wykazały, że będzie nas właśnie o tyle mniej, inne znowu, że będzie nas o tyle AŻ więcej. I komu tu wierzyć? Najprawdopodobniej temu, który stał lub wciąż stoi, tudzież kuca, po środku. No wiecie… czy potrzeba nas więcej? Nie. Nie oszukujmy się ten ekosystem trudno znosi większą ilość osób. Ale pewno lepiej tego nie mówić, co? Czemu więc tak politycznie chcą nam wtłoczyć te ludzkie zasoby… no bo politycznie. Nie oszukujmy się, to jest miejsce, które im łatwo wykorzystać, obeżreć, zimportować warzywa i owoce, napitki i wszelkie przetwory, oraz zrzucić Turyściznę, by się wykąpała, nabrudziła, bo przynajmniej u nich nie ma problemów, a my… no właśnie, czy ktoś w ogóle rozumie jak działa Wyspa?

Ja nie.

Wiem jedno, to kruchy ekosystem, który mocno się męczy w okresie letnim. Bardzo mocno. Pewno, gdyby ludzie zachowywali minimum rozumowości, nie śmiecili, srali i wieszali toreb z gównami na drzewach, byłoby okay, ale… ten pet ciepnięty coraz częściej pod nogi. Ech, nie wiem. Pewno, łatwiej zrzucić to na młodych, ale sorry, akurat tak postępują starzy, którzy powinni być… MĄDRZEJSI!!!

A Wyspa?

Ta cała koszmarna wycinka drzew sprawia, że wkurw miesza się z łzami i… chyba już nie mogę. chowam się. Uciekam. Nie chodzę pewnymi ścieżkami, bo patrzenie na ten koszmar, na te trupki pieńków, na oną całą zabitą dzikość względną, to nie mogę. Nie mogę już. A przecież wiem, iż możliwym jest, że dotrą nawet w te miejsca jeszcze dzikie. Te, gdzie drzewa spadają i powoli próchnieją. Gdzie wszystko pokrywa mech, wielkie mrowiska szumią tak dziwnie, tak jakoś hipnotyzująco, że chciałoby się tam wskoczyć. Na amen. Niech człeka zjedzą, przynajmniej coś normalnego.

A z kości to dopiero jaka będzie pomoc naukowa!!!

Prawda jest jedna.

Fluktujemy. Wszyscy. I Wyspa i ja. Zmieniamy się, szaleńczo nawet, raptownie, może i męcząco… tyko czy na lepsze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rybki Bezpozłoty… została wyłączona

Pan Tealight i Studnia Kiełkująca…

„Tak.

Właściwie wiecie, to była chyba w pełni, i zasłużona bardziej niż wybitnie, wina Wiedźmy Wrony Pożartej. Jej pudełko tekturowe z kolorowymi kwiatuszkami, obiecujące romantyczną, cudowną łąkę. I wiecie, złapali się na to, na ono pragnienie z przeszłości, chętkę mieli na dzikość i frywolność łachoczącą gołe nogi, na one biegania rosą skażone… no i jakoś tak to posiali. Rozrzucili je na świeżo poruszonej opowieściami ziemi, z której wyprowadziły się perze, trawy i pokrzywy. Aczkolwiek te ostatnie akurat wiecie, przeniosły się tylko pod lasek z tyłu Białego Domostwa, by nie przegapić tego, co się dzieje i dziać będzie… Jakby wiedziały.

Choć, czy pokrzywy nie wiedzą… wiecie, jak te brzozy i sosny…

No więc tak się zebrali, bo nasion sporo, pudełko jedno, więc porozdzielali je między siebie. Może i powinni byli zwrócić na nie uwagę, przypatrzeć się im lepiej, ale byli tak podnieceni samą wizją niesamowitej łąki pełnej kolorów, bzyczeń, dźwięków mniej lub bardziej opisanych i określonych, i barw skrzących i rosy zbieranej na mycie głowy mrówczej królowej i oczywiście zapachów… byli tak zaskoczeni tym, że mogą to wszystko mieć na zawsze, dla siebie tylko, jakby na własność, że nie przyjrzeli się im. Nie popatrzyli też na te, które upadły przy rozsypywaniu ich do garść, łap, skrzydeł i malutkich pojemników z liści babki polnej.

Nie zauważyli.

A przecież powinni byli… nie byli durną gromadą opętanych wizją wyznawców łączanej treści, ale tymi, którzy mieli marzenie. Choć może i byli tak naprawdę opętani? Choć może? Bo przecież miało być tak wiele. Miało być wzrastanie powiązane z czekaniem nie do końca tak słodkim, rozpoznawanie gatunków, nazywanie tego, co nieznane całkowicie, przypominanie tego, co gdzieś tam jarzyło się w śmieciowym DNA każdego z bytów tego miejsca…

Ale to?

Miały być kwiaty, pszczółki i cały ten jazz, a skończyło się na tym, że wysiali pole pełne studzienek. Wszelakich studzienek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szeleszczące liście, takie dziwne, takie suche… całkowicie niepasujące do tego, co wzrasta gdzieś nad nimi, bo przecież i pnie takie nagie dołem, dziwnie odkryte, a jak podniesiesz głowę, ten błękit, ta słoneczność, przenikające ciepło i jasna, świeżutka, niewinna zieleń. Jeszcze niewinna… ale i niejednorodna. Bo przecież nie każdemu zielonemu zwykły zielony, innym trochę bardziej zielony innym trochę mniej, a jeszcze innym dziwnie rdzawy, czerwonawy, winny nawet…

Są takie miejsca na Wyspie, gdzie las to pustka dołem i szeleszczenie. To dziwna otwarta przestrzeń, ale tylko dla tych nader niskich. Jakiś krasnali raj… a może po prostu miejsce, gdzie liście, te zeszłoroczne odpoczywają i prowadzą wszelakie nauki dla swoich potomków? No wiecie. Przedszkole, szkoła, a może i uniwerek? Kiedy tak naprawdę znikają? Kiedy do końca się rozsypują? Kiedy w końcu zmieniają się w siateczkę idealnych otworków, która zdaje sie być skrzydłem zapomnianym przez jakiegoś elfa… wiecie, kupił sobie nową parę i już nie chce tych starych.

A może… może to coś innego?

Ale co?

Dziwne są takie miejsca.

Jakby żywcem wyjęte z innego świata. Poukładane, niedopełnione. Takie wzbudzające urazę w moim horrorze vacui, który budzi się nagle i czuje się doprawdy głęboko obrażony. Jakby mu i matkę i babkę ubili, ale zapomnieli o onej wielkiej, cholerycznej teściowej. A takową ma. On, nie ja. Bo w końcu człek w sobie ma tego tyle, że czasem mu się wydaje, że jest tylko pojemnikiem na różne pomysły, marzenia, ale i, co dość przerażające, też i osobowości… i gdy tak staje w takiej pustce, one nagle wyłażą i domagają się uwagi. Jakby ona leśna, czy raczej wielkozagajnikowa, pustka dawała im silniejszą wolę.

Moc przebicia…

I ten zapach.

Zapach jesieni, który widać w ogóle w tym roku jakoś nie chce mnie opuścić i kamień, który się na mnie znowu patrzy. Łaknący smalcu, masła i słodyczy, a może tylko i wyłącznie krwi? Modlitwy, zaklęcia, dotknięcia i ofiary. Może tylko ofiary z opowieści, wyszeptanej historii, która będzie od tej chwili należała tylko do niego. Serio, gdy człek wsiąka w ryty naskalne, a dokładniej w one bardziej brązowe, czy też wcześniejsze próby wszelakiego opisania świata, lub tylko zaznaczenia świętości miejsc, sacrum-profanum, to jakoś rozumie to wszystko. Problem w tym, że rozumie mocno inaczej. Bardzo inaczej. Nagle logicznym jest piorun, kora, kamień, a nie nauki wpojone, nowoczesne wejrzenia w głąb wszelkiego jestestwa, nagle najlogiczniejsze jest zwątpienie i poukładanie sobie rzeczywistości od nowa.

Ale z zachowaniem współczesnych utensyliów higienicznych.

Oj bardzo!!!

Ale, to jednak wiosna, prawda… idąc plażą w stronę Balki, tudzież właściwie Balką do Balki, człek jakoś nie ma wątpliwości. Ilość Turyścizny na to wskazuje wyskokowo. Niektórzy nawet próbują wejść do wody, ale szybko uciekają. Za to łabędzi zatrzęsienie. Jakoś tak lubią na końcu Snogebæk sobie gniazdować, prać się i tak dalej. Czasem wyglądają jak dzicy, biali spiskowcy, sekta jakaś, która chce powiadomić o końcu świata, ale wciąż się waha. Albo lepiej, jacyś Świadkowie Wszelkiego Istnienia chcący uświadomić nam naszą małość, ale zdumieni głupotą rodzaju ludzkiego milczą… nieme łabędzie. Aczkolwiek syczące i atakujące.

Lepiej je zostawić, niech se spiskują.

Idźmy dalej.

Choć troszku dość naturalnie śmierdzi, bo i wodorosty i niski poziom wody. Wiecie, właściwie dziwne to, ale po raz pierwszy idę tą częścią plaży. Jakoś tak nie przepadam. Piasek tutaj nie tak fajny jak na Dueodde, a i ludzi cała masa w sezonie, no i płasko tak, w oddali Nexø, no i jakoś tak dziwnie. Ale w końcu musi być t piewrszy raz. jeszcze kwitną ostatnie owocowe drzewa i krzewy wszelakie, puchate pierwsze liście bawią się z wiatrem i nie wiadomo czy się zapiąć czy rozpiąć i w ogóle…

Słońce świeci mi w tyłek, więc przynajmniej tam ciepło.

Po prawej woda, po lewej garść domów na sprzedaż. Jakby ktoś był zainteresowany to kilka milionów minimum. Serio, jak chce się coś dobrego i ciekawego. Albo może grunt kogoś zainteresuje? Ktoś chętny na drewniany domeczek? Może jakieś preferencje? Bo widzicie, plaża zaorana… no dobra, pewno raczej pociągnęli broną i sprzątnęli wodorosty, ale wygląda jakby ktoś chciał sadzić. Może parasole, może maty, może dmuchane materace, a może tylko drzewka ręcznikowe? No wiecie, w końcu to przecież plaża, więc trza tematycznie. Nawet nie wiedziałam, że to tyle drogi takie iście. Idzie człek i idzie, te rysy na piasku coraz głębsze, nic nie kiełkuje, kaczki za to bawią się w najlepsze, łabędzie zostały w oddali…

W końcu docieramy do maciupkiego, podzielonego na dwie części ale i murowanego portu. Bardzo cuchnącego. Sztorm by im się serio przydał. I to sporawy, na przeczyszczenie. Kilka kamiennych, rybackich domków, a potem droga z powrotem, na parking. Między domkami letniskowymi mniej lub bardziej. Staruszkami i wypasionymi nowymi. Tymi prusomurowanymi i tymi zwykłymi, wiecie, jak to mawiali: komunistycznymi klockami. Ale są i takie mikroszałasy, że człek się zastanawia nad gabarytami tych, co tam sypiają. Ale i ville wszelakie z ogromnymi, wystrzyżonymi ogrodami. Najlepsze są oczywiście sosny strzelające szyszkami. Cudowne, pachnące. I te drzewka wszelakie kwietne i jeszcze względna cisza, choć Niemców masa.

No jak najazd jakiś! Sporo z nich przyjeżdża w miejsca znane, nawet swoje własne, inni znowu szukają tego, co wynajęli i gubią się w plątaninie ścieżek. Tu i tam skowronek, kosz, czasem szpak. Wrony oczywiście. I jakaś taka dziwna żarowość od tej betonowej ścieżki we mnie bije Piasek był jednak lepszy. Ale wrócić człek chce inną drogą. Obok domku z niebieskimi drzwiami i okiennicami, ale i czerwoną skrzynką i wiatraczkiem za deskowym, białym płotkiem.

Za tulipanami, zdechłymi żonkilami…

I nagle syreny się podnoszą i tyle ze spokojności względnej. Sięgasz po internet i po chwili wiesz co się pali… a raczej co się już prawie spaliło. Szybko poszło. Czy przypadek czy jednak za ubezpieczeniem? A może to jednak u nas taki sezon, bo co roku się dymią? Nie wiem, ale dźwięk syreny jest tutaj tak rzadki, iż zdaje sie być krzykiem uwięzionego gdzieś, smutnego, rozgoryczonego, niechcianego ale pięknego, egzotycznego ptaka. Miał spełniać życzenia, ale nie ta opcja, a samego piękna nikt nie chce… więc tak krzyczy. Rzadko, ale jednak wciąż próbuje powiedzieć, że wystarczy poprosić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Studnia Kiełkująca… została wyłączona

Pan Tealight i Arka Zwątpienia…

„Niewielka.

Właściwie tak bardziej rzeźbione pudełeczko, niż coś na kształt wielce czczonej skrzynki. Coś, co łatwiej schować, udawać że jest czymś innym, a może jednak tylko mu schlebiać, przy obcych twierdzić, że przecież to nic takiego. Żadnych bogów, żadnych za i przeciw czy też wszelakich: później będzie niebo… za to wiele wszystkiego. Dziwnych pytań, dociekań, wszelakich wykresów, ramek, tabelek. Za i przeciw, po co i na kogo, dla czego i dla kogo, w jaką stronę…

Może i malutka?

Może i naprawdę zbyt niska, nieszeroka…

Ale jednak Arka.

Coś, co musi istnieć, by mogło istnieć coś innego, coś, co wielu uznało za tajemnicę wielką, największą, wyjaśnienie religii, wiary uprawomocnienie i topienie ryjów nazistowskich. No co, Arka Zwątpienia kochała Indianę Jones’a. Wolno jej było. W końcu była sobą, a nie tylko i wyłącznie nośnikiem swojej zawartości, a gdy jeszcze się wcielała, umacniała w prawie człowieczym kształcie, była z niej całkiem porządna ciotka. Wiecie, taka jeszcze niestara, ale też i już niemłoda. Taka, która straciła większość nadziei, ale i umocniła się w wierze w samą siebie… I ona to wszystko miała. Na zewnątrz. Razem z czarną kurtką z ćwiekami i wąskimi portkami, lekko przetartymi na kolanach. Z tlenioną burzą włosów… i tym nadmiernym zapachem perfum, które rozsiewała. Z tym makijażem, lekko za mocnym, a może tylko przedawnionym. I tym uśmiechem, który nigdy do końca nie był pewien siebie. Wiecie, taka babka świetna, do rany przyłóż, co wysłucha, nie będzie oceniać, bo swoje przeżyła… z tymi wielkimi kolczykami, złotymi, rzucającymi dziwne refleksy na jej pudrowaną twarz…

Nie, w tej formie Pan Tealight nie mógł z nią przebywać. Nie, kompletnie nie, i w ogóle naprawę nigdy. Po prostu. Chociaż był przy jej narodzinach. Patrzył, jak wtłacza się w jej wnętrze to wszystko, co odbiciem jest teraźniejszości, przyszłości i przeszłości, spoglądał na Innych Mistrza, który zdobił jej ciemne wieczko w misterne tatuaże, dziarał one kropeczki, kreski, zawijasy, kwiaty i oczy, języki, uszy oraz wszelkie bestie o pokręconych łapach i ogonach zwodniczo łagodnych. Który dodawał złocenia, teraz pociemniałe lekko… jakoś, choć był jej Oficjalnym Strażnikiem, to jednak nie mógł, nie potrafił przebywać z nią jako… kobietą.

Gdybyście tylko słyszeli, jakie ona świńskie żarty opowiada!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kredziarz” – … niezły. Zaskakująco niezły. Choć znowu zgadłam kto co i jak, to jednak… No i ta oprawa, ona powieść w czerni niczym znienawidzona szkolna tablica baziana cuchnącą gąbką.

Na naszej głównej księgarni właśnie reklamują tę powieść. Kredowe ludziki wspinają się po szklaności wystawy, do tego linia, tytuł, autor… wszystko takie skromne, a jednak przenikające. Tchnące onym pyłem, oraz dziwnym poskrzypem, gdy trafiła się kreda z gatunku niepylących. Pamiętacie te wynalazki? Niebrudzące kredy piszczące koszmarnie!? Ale przecież to nie o tym. Nie o zabawach dzieci, graniu w klasy, ale o zbrodni.

Przeszłości, która niczym w „It” wraca po latach.

Oj tak, podobieństwo w układzie treści jest znaczące, ale nie znajdziecie tutaj klauna. Ni legendy. Raczej zbrodniarza, który zbyt długo się ukrywał, i który w końcu winien ponieść karę. Ale kto nim jest? I czy przeszłość nie jest zbyt zamazana? Czy nie upłynęło zbyt wiele czasu? A może, może wszystko jest tak naprawdę aż nazbyt, zbyt boleśnie oczywiste i lepiej tego ni ruszać?

Tylko, gdy przybywa zwłok i duchów… chyba już nie można.

Powieść jest dobra.

Inteligentna, wciągająca, kłująca mocno czytelnika wspomnieniami własnego dzieciństwa – ekhm, jeżeli oczywiście oscylujecie w granicach potrzydziestkowych chyba? Ha ha ha! Ma bardzo dobrze nakreślone postacie, ujawnia oną dziecięcą naiwność nagle zniszczoną, rzuca nam w twarz ono zbyt szybkie dorastanie, wprowadza śmierć. Z jednej strony tak zwyczajna, z drugiej…

Naprawdę warto!!!

No i wolne.

Czy już wspominałam, że Dania bardziej święta od papieża? Mimo protestanckich napadów jednak do końca pozostała przecież pogańska, a jednak, kurcze, jednak święta wolne od pracy to te kościelne. Strasznie to intrygujące. Ale co tam. Dają wolne, to przeca głupio nie brać, co nie? Pogoda ma być podobno zmienna, no ale, tutaj jest zmienna cały czas. Dziś na przykład różnica temperatury między jednym a drugim końcem Wyspy to 18 stopni!!! No ale co tam… ja wolę chłodek.

Słońce wali jak szalone już drugi tydzień i przyznaję, że go nie rozumiem. Rąbany showman. Płacą mu, czy jednak naprawdę jest oną okrutną siłą, która pragnie zniszczyć ludzkość? Bo tak serio, niby mówią o nadmiernej aktywności słońca, ale mówią skąpo, za to o tak zwanej dziurze ozonowej przestali… chociaż, czy ja ich słucham? No wiecie, tych co mówią? A może teraz tyle tych coachów życia, że po prawdzie nikt już nie wie jak postawić zwyczajowy krok dalej?

No nic… wolne!

Czyli jak ja to mówię Wielkie Wniebowpierdnięcie. No sorry, życie codzienne w trzech językach sprawia, że człek śmieje się ze zbyt wielu rzeczy. Bardzo logicznych dla innych, ale nas… zabawnych. Zresztą „fart” w duńskim ma tyle znaczeń, że wiecie, ekhm, da się z tym coś zrobić nie tylko po angielsku.

No ale… wolne!!!

Co prawda tylko w czwartek, ale napływ ludności pozawyspowej został odnotowany, więc możliwe, iż spora część wzięła sobie wolne w piątek, albo wiecie, odpracują sobie to później. A może w ogóle. Podobno ludzie po czterdziestce powinni pracować tylko 3 dni  tygodniu. Hmm, no ja nie wiem, ale jak to tak, znaczy co mam robić, gdy nic nie mam robić, bo jakoś do mnie ten etos dnia wolnego w ogóle nie dociera.

No kompletnie, sorry!!!

Spacer! Tak, to zawsze działa, a praca po drodze! LOL Może nie natknie się człek na Turyściznę. A przynajmniej te jej głośne odłamy… gdaczące, krzyczące, śmiecące i wszelako wkurwiające.

Spacer…

Bo choć czwartek może lekko chłodny, ale wiecie, słoneczny i jasny, to szkoda skurczybyka zmarnować jakoś… tylko gdzie iść?

Coś zobaczyć znowu, w innej pogodowej odsłonie, czy może jednak znaleźć coś, co jeszcze nieoglądane, niemacane, niepoznane? Bo przecież wciąż mam chyba jeszcze jakieś tutaj takie miejsca. No musi być coś jeszcze, czyż nie? Musi musowo!!! Chociaż, może jednak zostać tutaj, w domu, pod czereśniami, które łkają białymi płatkami zmieniając mój zielony trawnik, w którym więcej mchu niż trawy, w coś na kształt wypasionego dywanu dla celebrytów.

Ale takim, po którym tylko ja mogę sobie połazić… choć czekajcie, może nie boso, bo jednak mrówki, kleszcze i tak dalej. Ech, te choroby odbierają człekowi każdą radochę. No nie, może jednak się skusić? Może? Albo wyjść… na plażę, między głazy, na klify, w górę, między drzewa… albo na skały, na gołe one, w ruiny wszelkich domów pozostawione przez one mityczne olbrzymy, czy też nad rzekę, ale jeśli tak, to którą wybrać. Jak wybiorę tę, to inna będzie zazdrosna i tak dalej, więc jak wszystko i wszystkich zadowolić? Może jednak miasto? Architektura i te sprawy? Albo wiecie, jakaś tam wyprawa do przybytku wszelkiej muzealności? Ech, chyba nie, w końcu większość albo droga albo zamknięta jeszcze, albo zwyczajnie głupio się tam czuję.

To co robić z oną wolnością dnia wolnego?

Przespać?

Szkoda jakoś. Za jasno. Za słonecznie… za bardzo denerwująco. Nagle człeka jakaś mania opada i nie, już wie, że z tego dnia nic nie wyjdzie. Musi sobie jednak z nim poradzić, bo dzień właśnie się zaczął. A człowiek choć zmienna istota, to jednak też i dziwnie podatna na naturę…

… więc może znowu w las?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Arka Zwątpienia… została wyłączona

Pan Tealight i Krzyże…

„Wyrosły…

Na ziemi wzruszonej, na łzach drzewa wyrwanego, powstały. Gromadnie. Grupowo. W pełni swych sił. Może i dziwne w takim miejscu, może i nazbyt pełne katolickiej mocy, może… ale jednak pojawiły się. Czy chciały dać tylko wyraz, niektóre byle jak sklecone, byle jak zheblowane. Zbite z dwóch patyczków, deseczek, niektóre nawet tylko związane trawą, sznurkiem. Jedne bardziej zbliżone do krzyży sprzed cyrku noworeligijnego, inne znowu proste nadmiernie, zadufane w sobie, w onej swej smukłości, właściwie artystyczne, niesamowicie wyraziste, trochę nie na miejscu, ale jednak…

Wszystkie zebrały się by płakać Lipę.

Lipę.

A może im chodziło tylko o Galę MET? Nie, na pewno nie… w żywicznych łzach było zbyt wiele smutku, wściekłości, oskarżenia. Bo przecież jak mogli, dlaczego, po co, czemu już? I tak naprawdę, okraszać to wszystko wielkimi słowami o sztuce, potrzebie piękna, wyrazie, w takim miejscu, z tak niesamowitym drzewem!!!

Pan Tealight jak nigdy poszedł do miasta i stanął na drodze. Niewidzialny dla wszystkich, dziwnie niematerialny. Smutniejszy niż zwykle, bardziej przygnębiony, oszukany pokrętnie, nienawidzący ludzkości. Pradawny żałujący tak wiele, ale pewien jednego, że już nie ma odwrotu. Że Śpiący Bogowie się nie przebudzą, choć odpowiadają na kołysanki Wiedźmy Wrony, że Śniący w końcu przestaną śnić, bo dla tych dwunogów nie ma już ratunku… że Zapomniani się przypomną i znowu popłyną łzy. I jemu będzie po raz pierwszy wszystko jedno.

Źle się działo na Wyspie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Idąc wybrzeżem do Vangu możecie przejść przez metalowy most… albo nie.

Dobra. Łukowato sklepiony, pordzewiały na śliczny, naprawdę wysmakowany kolor krwi zmieszanej z przeszłością, przedawnionych zbrodni, niezatartych ran, niewybaczonych win… Wiecie, niby taki most ze stopniami i z przodu i tyłu – już jak on tam uważa co za tył i przód ma – most stworzony z metalowych wycieraczek sprzed porzuconych domów. Z dziurami, tak, że widzicie wszystko.

Oną aż nader odległą dal.

Przerażającą.

Tak, mam lęk wysokości.

I tak, wolę nie przechodzić przez ten most, nadłożyć drogi przez kamieniołom, jakoś tak wtulić się w granit, choć i to miejsce mnie przeraża. Ale wiecie, na poziomie morza daje wylądować, a potem już tylko prosta droga z wodą po lewej, skałami obsadzonymi wysiadującymi, mocno wkurzonymi, mewami po prawej. Drzewami kwitnącymi i tymi się zieleniącymi, onymi błękitami i niebieskościami, skałami szarawymi… Ale najpierw kamieniołom. Drewniana aula wszelakich występów oraz ten betonowy, mocno splątany kłąb korytarzy pod. Niby są tabliczki, niby wszystko opisane ale jednak nie. Dziwnie tam. Jakby pot, ból i łzy wgryzły się w rozłupaną, wyrwaną ziemi dziurę. W te potargane szczyty, w te ściany, które zdają się krzyczeć: więcej nie… ale też ta dziwna artystyczność w kolorach onego kamienia. Co jak co, ale on fascynuje. Może i kurcze promieniuje, ale jednak.

Choć mocniej przeraża.

Ale lepsze to, niż ten most. Wolę go popodziwiać od dołu. Jest niesamowity. Naprawdę. Ale dla mnie lepsza jest droga pod. Strzeżona przez kwitnące drzewa na górze. Wychylające się. Jakby chciały podejrzeć, co to jest tam w dole.

Co się dzieje?

Bo tutaj jakoś nic nie jest przez przypadek, wszytko żyje. Nawet ten pusty port/zajezdnia statkowa, czy coś w ten deseń. Ślimakowaty kształt zagłębiony w morze z pogłębionym wstępem. Zapomniany. Porzucony? A może tylko na coś czekający? W końcu nigdy nie wiadomo, czy nie będą chcieli jeszcze podoić Wyspy. Bo w końcu do tego się nadajemy, co nie? Nawet z tym dziwnym słońcem, które niszczy wszystko.

I znowu Vang…

I można wrócić do domu.

A następnego dnia znowu.

W drogę…

Bo ono tam jest.

Znowu, a nawet mocniej. Wiecie, to morze, które rozmywa się z niebem, nieruchome… ten havgus, który łączy wszystko. I niebo i wody i już nie jestem w stanie rozpoznać granicy i nie wiesz ja to jest. Czy wciąż jeszcze są granice, czy w końcu na zawsze zostaniemy w tej niesamowitej kuli błękitów i niebieskości? Tak czarownej. Tak niesamowitej, którą chcesz w siebie wchłonąć i zachować na potem. Na czas kiedy będzie zbyt głośno, gdy już bolące słońce stanie się nie do zniesienia…

I oną bryzę.

… a więc siadasz na kamieniach, nierównych, wyglądajacych jak wulkaniczne, bo coś cię tutaj przyciąga. Zapatrzasz się w te dachy znajome, w kolory rozmyte, w to wszystko, to znasz tak dobrze, a jednak co znowu cię zachwyca. Tak mocno. Starasz się nie patrzeć na trzech staruszków na Tajki w starym cadillacowym, czarny mobilu, bo jakoś mi nie pasują do romantycznej oprawy. Wiecie, te wszelkie sex wycieczki do Tajlandii. Nie… nie chcę o tym myśleć, nie teraz. Nie, na pewno. Zresztą na małym stoisku znalazłam jedno z marzeń, misia wyrzezanego w lapis lazuli. W niesamowitych kolorach. Zwykle takie są tylko w sklepach z fetyszami Zuni, ale jednak mi się udało dostać go z Kanady.

I jest z rybą, co według wszelkich legend oznacza prosperity.

A potem, mimo niezbyt wielkiej liczby Turyścizny – PS. poro Polaków – uciekasz w las. Wybrzeżem do Czekających Wiedźm/Kapłanów, mijając samotnego, zgubionego pośród poległych Rycerza… stojące kamienie są tak bardzo niesamowite. Tak bardzo moje. I te drzewa, które choć już tak dorosłe, wciąż wypuszczają, jak moja ukochana, stareńka brzoza, której biel już dawno odpadła. Z guzami na konarach, a jednak magicznie piękna z onym pochwowym rozcięciem w korze.

Czekająca na ofiary.

Oj tak, drzewa na klifach, na skałach są jak mity o walecznych kobietach. Pokręconych, zmęczonych, ale jednak… wygrywających raz za razem. Po prostu niedających sobie dokopać, choć wiedzą, że ich best before dawno minął. A jednak wciąż ronią maleńkie jabłka, wciąż wypuszczają zielone, młodziutkie listki. Są takie niesamowite. A potem drogą prosto do domu. Dookoła. Zwyczajnie. Ulicą. Podziwiając i zielone i kwietne konstrukcje natury. I ostatnie zawilce.

Wiecie… oną mijającą wczesnowiosenność.

Ciekawe, kiedy wybuchną bzy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzyże… została wyłączona

Pan Tealight i Aromaty…

„Zmieniły się.

No wiecie, one wiosenne aromaty wylewane na pola. Zmieniły się w wielkie, ogromniaste, potwornie nieokrśelone do końca, choć namacalne, powietrzne potwory, zbrojne w zębiska, pojemniki z psikaczami, wszelakie zarazy i zapachy wyżerające nawet smocze, dmiące nozdrza, z którymi musieli zacząć walczyć. Po pierwsze uszczelniając Białe Domostwo i Chatkę Wiedźmy, po drugie, szykując broń.

Ale jak walczyć z powietrzem?

Czym?

Czy diabła diabłem zwalczać?

Może właśnie o to chodziło, dlatego wszyscy zaczęli pracować nad zdrowym, aczkolwiek niesamowicie wybuchowym sposobem życia. Czy też dokładniej nad niemożebnie adekwatną do atomówek dietą. I Wiedźma Wrona Pożarta zdawała się wiedzieć o tym zaskakująco, ale i niepokojąco zbyt wiele. Tak naprawdę wszycy poczuli się dość zakoczenie, że ona tyle wie akurat… O TYM.

AŻ TYLE.

Bez urazy, może i jej dieta była dość zaskakująca i raczej niezwyczajna, ale jednak, żeby aż tak. No i… wiecie jakie poiadała umiejętności muzyczne, nieodzowne oczywiście przy onym się żołądkowaniu, ale jednak dość atypowe. Wybitnie choleryczne czasem, a czasem eperacko donośne. Muzyczne, z linią, refrenem, powtórzeniami, taktem, rytmem i całym onym barieniem dźwięków, ale i… dość odrzucające. Tak, częściej odrzucające niż naprawdę wciągają. Chociaż wiecie, akurat w tym wypadku co kto lubi. I najnowsze badania dowodzą, iż wdychanie onych armatycznych muzycznych tematów jest doskonałe dla samopoczucia i ciała i mózgowości.

Ale wiecie… jakby co, to wiecie, no raczej nie mówcie nikomu. Wszystko w końcu zostało opatrzone pieczęcią poufności wszelakiej, sekretności do i pozgonnej oraz… zapominalstwa, więc… Pewno i tak już nie wiecie o co chodzi i z czym się tego raczej nie je, ale na wszelki wypadek. Nie wciągajcie.

Za mocno…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Smród smrodkiem, ale pięknie jest i przy tym chwilowo pozostańmy. Aczkolwiek sugeruję omijanie okolic i samego Tejn. Naprawdę. Wiecie, ten rąbany trolling trwa, ludzie, którzy nie potrafią jeździć, gdzieś mają przepisy ruchu drogowego i tak dalej. Dodatkowo nieprzepisowo usadzeni na łodziach ciągniętych przez auta…

Omijajcie dla własnego zdrowia.

Da się przecież.

Górką jak się jedzie nie dość, że widoki inne, to jeszcze na dodatek kurcze dróżki takie kręte, wioskowość wszelaka i tak dalej. No i, kurcze, tego hałasu, dziwnego, ciągłego buczenia nie słychać. Bo widzicie, wciąż mamy havgus, horyzontu właściwie nie ma, ale łodzie są i buczą. A mnogość ich ogromna straszliwie, więc można się podenerwować. Lepiej wymijać.

Dlatego tym razem postanowiliśmy wyjść z Vangu i pójść w knieje i busze wszelakie. Ale nie wzdłuż brzegu, nie przez przerażający mnie, metalowy, prześwitujący most, ale przez las, dookoła, dziwną, nieznaną ścieżką. A pięknie tam niesamowicie. Bo po tej stronie wciąż puchata roślinność niszowata, wciąż zawilce, miejscami wprost gigantyczne, pierwsze żółte pierwiosnki i kokorycze, i jeszcze takie spore kwiatki różowe, co nie wiem jak się zwą i oczywista nasze orchidee, ale nie napiszę gdzie dokładnie. Dla bezpieczeństwa. Ludzie to jednak porąbani są niszczycielsko. No ale, idziemy. Droga się robi coraz węższa, chcemy dotrzeć do Bskindalen, więc kawałek… a ścieżka zmienia się w ścieżynkę przytulającą się do rzeki albo do skał, i nagle jesteś w dolinie. Innej, pełnej błagań i mącznych pieśni. I ptasich trelów i jeszsze… i jeszcze jezioro. Czy raczej zbiornik? Właściwie jeszcze sobie doczytam, ale pewno trochę człowiekiem zmieniony w imieniu wiecznie płynącej wody… dla młyna.

W górę i w dół, a skały wciąż dookoła ciebie. Tu i tam się oberwały, naderwały. Erozja w toku. Drzewa powoli odziewają się w liście, ale wciąż zaskakują te białe chmurki – jabłonie, śliwki i wiśnie dzikie. I ten zbiornik. Tak odbijający niebo i to słońce, ciepło, a w cieniu nagły chłód gryzący do kości… A dołem te kwiaty i czosnkowa zieleń, która powinna już wkrótce zakwitnąć.

I zapachy wszelakie…

Droga, chociaż może nie aż tak długa jak potrafię iść, a potrafię dzień cały, ale jednak skomplikowana, pełna podgórków i zgórków i jeszcze podejść, i zeskoków i obsunięć i miejsc mokrych mocniej. Leśność wszędzie. Wszelaka niemonotonia rodzajów drzew, krzaki pojawiające się sporadycznie. I ptaki i jakieś ssaki i jeszcze w oddali wrzask pawia. Bo jakoś chyba wciąż moda na pawie trwa. Gdy bezczelnie dość wlazłam komuś boczkiem pola do sadu, nie żeby specjalnie, no ale zapatrzyłam się na kwiaty, to też je słyszałam. Tam pod jabłonią, która kocha swoją drabinę. Tam za krzakami pachnącymi, za drzewami nęcącymi, za wszelką przedzielenią…

No więc droga niedługa, ale skomplikowana. Skałki wyrastające z ziemi nagle, lekkie poślizgnięcia. Czas na łyk wody. Oj tak, trzeba wziąć coś do picia i jedzenia. I nagle droga i znowu las i nagle widzicie w oddali morze. W końcu wiem gdzie jestem. Po tym całym błąkaniu się – chociaż szlakiem i z mapą, aczkolwiek starawą – człek jest na drodze pylistej. Z tabliczką wspominającą tych, którzy protestowali przeciwko nadmiernemu wydobyciu granitu. I budową onego słynnego mostu. Wiecie, słynnego dla Skandynawii. No wiecie którego, oczywiście…

No to idziemy. Już w oddali, nawet między polami zielonymi, błękitem w oddali i w górze, słychać ten szmer. I jesteśmy w tym jednym z najmagiczniejszych miejsc na świecie. Naprawdę. I nie tylko chodzi o te wszystkie powalone drzewa, o rzekę wciąż rzeźbiącą ten świat i skały cię otaczające. Nie. No może chodzi o oną mnogość kwiatów, które często można znaleźć tylko tutaj w takiej ilości. O ścieżkę, która sama decyduje jaką być, niereformowalną… o wolność. To na pewno nie jest łatwa droga. Ale przepiękna. I wiecie, ni człeka tutaj. Tylko ta dzicz.

A potem o góry i brzegiem… a dokładniej klifem, mijając kolejne drewniane ławki, czepiając się o wciąż nieobielone krzaki, nieokwitnięte, podziwiając wielkie zawilce – serio giganty – widoki, ten błękit otulający wszystko i kolejne wodne zbiorniki. Po prostu zaskakujące. I ten jeden, w którym są ryby.

Ryby.

Serio ryby. Po jednej stronie skała, po drugiej skała, żadnej możliwości by wpłynęły, tym bardziej, że jesteśmy na szczycie klifu. I to cholernie wysokiego. Spadek w dół byłby nie dość, że bolesny, to możliwie, że jeszcze totalnie deadly! Brzózki w dole śliczne, no ale… skąd te ryby? I to tyle ich. I żerte takie!!! Serio. Czy ktoś sobie zarybił to miejsce i tak je zostawił tutaj? Samotne. Czy będzie je odławiał z onej kamiennej kałuży? A może jednak nie? No kurde, co to za tajemnica tuż przed kamieniołomem???

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aromaty… została wyłączona

Pan Tealight i Podkast…

„Niby sława, kasa i wszelakie dobre traktowanie, ale jednak, widzicie tutaj w dziwny sposób wszystko jakoś nazywa się inaczej. I podkast jako taki nie ma na myśli siebie gadającego i w radio się puszczającego w pełni na żywo, no chyba że na zapisie, to wtedy wiecie, bez komentarzy, ale… tutaj chodziło o to coś pod. Coś leżące pod kastem. Pod wyraźnie grubą warstwą wszelakiego nalotu, betonu, okruszków, wszelakich metali, skorupek jajek, patyczków, szyszek i innych. Obierek, papierków, naturalnie skręconych, ziołowych petów i, co nadzwyczaj zaskakujące… pod Wiedźmą Wroną Pożartą, która odmówiła ruszenia się.

Serio… nigdy jej takiej nie widzieli.

Musicie zrozumieć, że ona zawsze coś robi. Zawsze jest pod presją działania, planu i wykonania 200 procentowej normy. Bo zwyczajnie tak. Bo lepiej żeby nie zostawała sama ze sobą, z myślami, światami, które się kręcą w jej głowie, z onymi wszelkimi bytami, które nocą wyglądają przez jej nos, a widząc, co się dookoła dzieje, jak bardzo ten świat się nie zmienił, jak wciąż nie zrozumiał… cofały się do niej, mościły wygodnie i tak jakoś, zwyczajnie, buszowały tam sobie.

To dlatego w Chatce zawsze coś musiało grać, brzdąkać, nawet jeżeli w kółko, nawet jeżeli nieoglądane, musiało sobie gdzieś tam lecieć… nawet jeżeli nikt tego nie rozumiał, ona musiała mieć te dźwięki, by zagłuszyć samą siebie. Tylko w lesie było okay, albo nad morzem, które samo w sobie było jednym wielkim filmem, serialem właściwie, pełnym zmiennych i bohaterów powracających zza grobu. A teraz… a teraz zwyczajnie tak leżała niczym płyta nagrobna, dość dokładnie rzeźbiona, wiecie, ze wszystkimi szczegółami i tak dalej. Oczywiście czarna, bo jakże inaczej.

Ale nieruchawa Wiedźma Wrona to coś niemożliwego.

Coś, co sprawia, że świat się zatrzymuje i sprawdza, czy czasem mu się kierunki nie pomieszały. I nagle zaczyna się zastanawiać, gdzie zmierza i co będzie jego przyszłością i czy serio te kolory, które rano nałożył na siebie to do siebie wzajemnie pasują… i czy przed innymi światami nie będzie wyglądał dziwnie. A wszystko przez kobietę w średnim wieku, która nagle się zatrzymała. I leży przyciskając coś do ziemi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Oblicze śmierci” – … więcej. Chcę jej więcej. Więcej autorki, więcej bohaterki, więcej takiego świata, przemyśleń, tajemniczości, a nawet brutalności.

Chcę!!!

Najlepiej już teraz!!!

Tym razem nasza bohaterka jako jedyna osoba wierzy ofierze/zabójczyni. Wierzy jej, że nie zabiła tych wszystkich ludzi w przeszłości wierzy, że nie zginęli z jej ręki te ci ostatni rodzina… wierzy, ale musi oczywiście odnaleźć prawdziwego mordercę. Potwora, który przez lata kształtował sobie oną młodą kobietę. Dziewczynę. Ale czy uda jej się to zrobić? Czy nie skończy jak inni, którzy byli dobrzy dla ofiary? Czy sama ofiara nie jest już na tyle ukształtowana, by zmienić się w bestię?

Wstrząsająca, poruszają opowieść. Z bohaterką wciąż walczącą ze swoimi demonami, z jej adoptowaną, wciąż niemówiącą córką i teraz kolejną dużą, zranioną, zniszczoną, przedwcześnie rozbitą… czy to niezbyt wiele?

W tej książce wszystko jest tak bardzo niepewne. Nie wiemy, kto tak naprawdę okaże się potworem. Nie wiemy, czy uda się naszej bohaterce przetrwać to wszytko, a co gorsza, czy nie starci osoby, która trzyma ją na tej ziemi wciąż żywą… adoptowanej córki. Nie wiemy niczego. Niczego nie możemy zakładać. Na pewno trzeba przeczytać pierwszy tom tej serii „Cień bestii”. Na pewno. A potem, cóż, modlić się, że wydadzą kolejne dwa tomy?

Chyba tak. Bo widzicie, to nie jest tylko suchy kryminał, nie jest też jakieś porąbane romansidło, jest coś większego, coś prawdziwszego. Bohaterowie zdają się być aż nad podziw namacalni. Bolą. Mocno.

Wiosna.

Weekend ma być ciepły i mocno wiosenny, a nawet letni, więc jeśli ktoś coś, to może nie trzeba będzie pakować sweterków? Ale wiecie, nigdy nie wiadomo. Serio. Tutaj pogoda zmienia się radośnie, gdzieś mają wielkich naukowców, przewidywaczy i meteorologów. I tyle. Jeśli chcecie, to na pewno jest miejsce i w domkach i na już otwartych campingach… aczkolwiek przyznam, że nie do końca pojmuję jak można przetrwać w wietrzności, która się nam przydarza, w takim, nawet wypasionym namiociku. No ale… może jednak można? Czy są jakieś elementy, które ocieplają bezpiecznie namioty?

Pewno tak…

No więc campingi są, hotel jest, sklepy niektóre otwarte, większość przymknięta lub zamknięta lub, co najbardziej porusza, wystawiona na sprzedaż. Oczywiście, że na ten sezon przygotowano masę nowości, ale głównie żywieniowych. Jeśli szukacie starych, znajomych miejsc, mogą was mocno zaskoczyć.

Jeśli chodzi o noce, to wciąż jeszcze są ciemne, ale już zaczynają, wiecie jako tak dziwnie już połyskują. Zmrok oczywiście zapada coraz później, jasno robi się coraz częściej, czasem nawet możecie złapać wschód słońca poruszający wszystko, ale… cóż, o tej porze, to lepiej jednak jeszcze dospać.

Serio!!!

Większość drzew owocowych już zrzuciła kwiaty. Smutne to trochę, że tak szybko, ale wczoraj mocno wiało, więc wcale się nie dziwnie. Jakby wiecie, żywioły chciały nadgonić. Jeszcze tylko jabłonie i już będzie zielono. Te postrzępione, niesamowite liście, niczym nieobrębione tkaniny, wciąż tutaj są i mnie rozczulają. Mocno rozczulają. Forsycje wciąż się trzymają, przekwitają żonkile i powoli wyłażą tulipany. Lekko zmieszane, ale chyba nie wstrząśnięte. Na pewno też poruszone onym nocnym chłodem, który spada do pięciu stopni. Chłodem dziennym… no wiecie, jednak pewno oczekiwały czego innego. Niezapominajki spoglądają na człowieka, jakby to była jego wina, że nie jest wystarczająco ciepło, chociaż błękit nieba zdaje się konkurować z ich niebieskością, więc może jednak to o to chodzi, a nie o mnie?

Ech wiecie… człek zawsze wszystko nazbyt przemyśla, a przecież tak naprawdę tak rzadko chodzi o niego samego. Tak rzadko.

Żeby nie było, nie, nie mamy majówki.

No nie mamy, taki kraj.

Zwykła robota i takie tam. Serio. Ale w końcu dlaczego mamy mieć? Tutaj bardziej świętuje się wszelakie święta kościelne. Chociaż kościoły ludzie tylko zwiedzają, nic więcej. A jednak… no nic, fotkę do paszportu trzeba zrobić. Funny fact: gdy robicie zdjęcie do duńskiego paszportu nie dostajecie zdjęcia na papierku, tylko wysyłają je od razu do odpowiednich władz i wszystko jakby odbywa się poza wami. Co zabawne, a raczej dziwne w małym może świecie, ale jednak świecie tak wielu artystów, mamy tylko jedno miejsce na całej Wyspie, gdzie takie zdjęcie można zrobić!

Serio.

No ale…

… kolejny dzień, znowu słońce, lekki wiaterek, zielona trawka, w niej stokrotki, niezapominajki, i oczywiście okrutny ryk kosiarki, krople stokrotkowej krwi spadające na skrócone korpusiki, kładące się zielone pokłosie… może i płaczą, może i łkają, może i głośno, ale nie przekrzyczą przecież kosiarki. Zresztą, nawet jeżeli, to przecież nikt ich nie zrozumie. Kto w dzisiejszych czasach zna płynnie stokrotkowy czy trawiowy język? No serio, kto jeszcze słucha jak rosną?

Przez cały czas czuję, że czereśnia zwana Strażniczką się na mnie gapi. Serio. No gapi się na mnie jak nawiedzona. Dumna w tych swoich płatkach białawych, w onej swej wiosennej, ślubnej kreacji. Ech, nie wiem o co jej chodzi, ale przecież jak ją uściskam, to może się jej nie spodziewać, a przez tę sąsiadową kosiarkę nie usłyszę co mówi. Ech, ciągle jakieś przeszkody w życiu. Okrutny świat. A taki spokój dookoła. Rzadko co jakieś auto przemykanie się za żywopłotem, smrodek z pola równo się rozkłada…

Wiosna pełną gębą!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podkast… została wyłączona