Pan Tealight i Mgła…

„Tym razem była mocno waniliowa i z tymi czadowymi, czarnymi kropeczkami. No wiecie… naprawdę waniliowa.

Nie żadna podróbka.

Nie.

Jak zwykle dookoła Sklepiku z Niepotrzebnymi zebrali się wszyscy z łyżeczkami, widełkami, widelczykami, pazurami – ale wymytymi oczywiście, dokładnie, wyszorowanymi na błysk – mackami, łapami, miseczkami, garnuszkami i całym tym pojemnym tałatajstwem, które sprawiało, że jedli jakoś tak, no wiecie, sprawniej i szybciej. Ale tym razem, mimo utensyliów, szło im powoli.

Bardzo powoli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sklepowe szaleństwo znowu…

No wiecie, trzeba trochę poszaleć. Znaczy, bez urazy, ino wzrokowo, ale jednak. Chyba też się liczy? Vloga z rozpakowywania reklamówki nie będzie. Nic z tego, no chyba że w końcu znajdę sobie jakiegoś sponsora, ale nawet wtedy nie wyobrażam sobie kupowania czegoś poza książkami… hmmm, tak właściwie, to dlaczego ludzie kolekcjonują produkty do makijażu? Zawsze mnie uczono, że otwarte to trwają tylko kilka miesięcy i ogólnie niebezpiecznie tak wsio sobie ciapać na ryj… z każdego kraju, miejsca, czy co gorsza jakiegoś Aliexpressu… A słyszeliście, że mają go uzieleniać. Znaczy tam uekologiczniać i oczywiście my mamy za to płacić?

Bo Chiny się rozwijają, więc…

… więc no tak!

Nie rozumiem.

Tak, kompletnie tego nie rozumiem, ale wiecie, kto mnie wysłucha? Nikt. Nadal ludzie będą sprowadzać kilogramy plastiku z Chin, gdzie pan Wong w piwnicy produkuje sobie kosmetyki, bo fajne pudełeczka ma. I żeby nie było, tak, dokształciłam się w tym temacie, niestety. Brutalnie. Nie wiem po co, miałam opory, ale jak człek nagle się dowiaduje, że jego podatki mają iść znowu na Chiny, to…

Ma dość.

Lepiej myśleć o tych dziesiątkach rytów, które odkryte w zeszłym roku, w tym zostały odsłonięte. Jest na co popatrzeć, a i do mojej roboty dopisek będzie. Uwielbiam jak kopią tam, gdzie mi się wydaje, że powinni. Hihihi… i jeszcze dostali ćwierć miliona dofinansowania na badania dalsze!!! W końcu kasa na coś ważnego! Coś, co może… choć czy dzisiejszy czas jeszcze dba o te rzeczy. Tylko dlaczego kurcze w artykule piszą o sumie „ćwierć miliona” a nie 250 tysi?

Bo lepiej brzmi?

Zresztą…

Czy archeologia, szczególnie ta mocno symboliczna, która doprowadziła mnie do załamania nerwowego, wciąż coś znaczy?

Nie ważne.

Odstawmy problemy przeszłości i przyszłości, zawalczmy o teraźniejszość i zwykłe oddychanie. Ciepło dziwnie nadal. Wilgoć niby wiruje w powietrzu, susza nadal. Rzeki puste, morze dziwne.

A jednak, wciąż tak pięknie, dziwnie czarownie.

Na gałęziach kołyszą się te ostatnie liście, które w grupie nagich, poskręcanych konarów, tych witek i im podobnych, wyglądają jak klejnoty. Rąbane rubiny lesistości. I te knieje nagle odkryte. Te wszystkie załamania, zawirowania i geometryczności, które ponownie powracają na horyzont. I jeszcze tylko krzaki się rubinią, bursztynią i ogólnie mówiąc szaleją. Gdy mgła je omiecie, wydaje się, że świecą. Naprawdę świecą, jakby lampki choinkowe zstąpiły na ziemię w ich cielesności.

Tak wiem, miał być shopping.

Ale co to za zabawa łazić po sklepach i patrzeć na rzeczy, na które i tak cię nie stać. Których mieć nie możesz. Zresztą, może i ich nie potrzebujesz? A może potrzebujesz, ale wmawiasz sobie, że nie. Że życie w gaciach póki się nie rozsypią to przejaw myślenia ekologicznego? Chyba mam już to w dupie. Bo jak Chiny ważniejsze i płodzi się cała Azja na potęgę, to co mnie ich dzieci? Tak na chłopski rozum, jeśli nikt nie dba o mnie, to dlaczego zajmować mają mnie inni? W oczach onych innych widzę to samo zagubienie. Niby polują na coś co przecenione, niby chcą czegoś więcej, ale, tak naprawdę… skądś i dokądś tak jednocześnie uciekają. I też nie dbają o nic już. Zmęczeni podatkami i ciągłą odpowiedzialnością zbiorową tych podobno rozwiniętych – protestuję w tej sprawie, wcale się nie czuję rozwinięta – narzucaną nam przez partie.

Oni wychodzą z niczym.

Ja też.

Zresztą, i tak już zamykali…

Bo przecież tutaj na zakupy człek ma czas ino w weekend, czyli sobotę właściwie, a wtedy sklepy raczej w okolicach południa czy lekkiego popołudnia spać idą i tyle. Rozumiem, ale… kurcze, no przecież… może zostać blogerką modową?

Za staram!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mgła… została wyłączona

Pan Tealight i Panna z Morskiej Głębi…

„Mokra…

Naprawdę tylko to na początku dało się o niej powiedzieć.

No i ten zapach. Oj tak, jechała rybami i to tymi nie całkiem najświeższymi. Oraz wodorostami, no i może jeszcze tym czymś lekko już butwiejącym, nęcącym robaki i ptaki. Mocno sycącym, ale jednak… do obrzydzenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Biało dookoła.

Gęsta, mleczna mgła wisiała, otaczała nas przez dwa dni i dwie noce. Niczym jakiś duchowy byt, coś całkiem niewytłumaczalnego. Coś, co chciało się przedrzeć przez wszelkie moce obecnych, technicznych cudów jak najbardziej, ale… już nie dawało siły. Już nie mogło, nie umiało, więc stało, wisiało…

… czekało.

Na chwilę, może na sekundę wyszło słońce, ale nie było go widać. W ogóle. Tylko ona poświata się zmieniła. Tylko coś zalśniło, a potem znowu mleczność. Stała, dziwnie namacalna, mocna i silna. Może i bardziej człowiecza niż nam się zdawało, może i bardziej ludzka, radosna, pena przeróżnych emocji… a może tylko smutku i przygnębienia? Ale chyba nie, bo przecież nie to czułam zamknięta w swoim domu i ogródku, niczym nagle osłonięta szklaną kulką, w której ktoś nie mieszał, ale w zamian, tak dla zabawy zakręcił światem dookoła niej, by ten stał się biały i puszysty.

Uwielbiam taką mgłę.

Po prostu.

Daje mi oparcie, staje się chrztem, odpuszczeniem, tymczasowym zwolnieniem z życia, z odpowiedzialności, z bycia dwunogiem wielce cywilizowanym, wyspecjalizowanym, znającym się na tym i na tamtym.

Mgła.

Gdy się pojawia wszystko się zmienia. Ludzie nagle zdają się przedzierać przez nią wydzierający, wytyczając własne, artystyczne, ścieżki, które od razu za nimi się zamykają, zaszywają, zanikają. Jakby ich nie było. A może tak naprawdę mgła żywi się tymi, którzy odważą się wyjść na zewnątrz? W ten ciepły, dziwnie niewilgotny, ale jednak przecież poprawnie mglisty świat.

Nawet te lampki, które już pojawiają się na domach, choinki w Nexø przyczepione do domów, są ledwo widoczne. Nawet one lampy wzdłuż drogi, te odblaski… wszystko zdaje się być wyssane z życia. I tylko ta mgła tak ciężka, miękka, taka ludzka. Może w rzeczywistości bardziej ludzka niż my wszyscy?

Nie wiem…

Czasem mi się wydaje, że tutaj zjawiska pogodowe naprawdę są bardziej osobiste, bytowe i wszelako… oj, na pewno mają swoje własne spojrzenie na świat i stany pogodowe. Znaczy wiecie, te no tam, hormonalne! Taki zwykły sztorm czy havgus… no serio, aż chce się zapytać jak mają na imię dziś. Bo przecież z każdym dniem czy sezonem one się zmieniają. Jak się czują i w ogóle, jak tam u nich, jak życie, dzieci i rodzina… jak teściowa, bo podobno były ze starą problemy!!! LOL

Albo wiecie, pogadać z nimi o swoim życiu, marnej ludzkiej egzystencji, diecie i problemach jelitowych?

A może to już dla mgły za wiele?

Po dwóch dobach mgła zniknęła.

Nie pozostała gdzieś na horyzoncie, albo jakby się spakowała i wyprowadziła. Ciekawe czy wróci? I czy to wciąż będzie ona, czy jednak może będzie to całkiem inna mgła? Bardziej babska lub bardziej męska… albo krewna tej, tylko wiecie, tańsza może? Bo przecież możliwym jest, że Wyspa je zamawia?

Co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna z Morskiej Głębi… została wyłączona

Pan Tealight i Ostatni Liść…

„Na starej, dzikiej czereśni, kołysze się ostatni, burgundowy niczym najlepsza krew, albo mocno skwaśniałe wino… liść. Zwyczajny liść. Jesienny liść. Zmęczony już słońcem, wiatrem i sporadycznymi w tym roku opadami. Bardzo wykończony, może i gotowy na ten ostatni krok, by się puścić, by opaść w ostatnim, najpiękniejszym, jedynym takim, najważniejszym przecież, tańcu na ziemię, gdzie leży już ich tak wiele. I tak wiele już wiatr rozpędził po Wyspie

Gotowy.

A jednak wciąż drżący na gałęzi, choć wiatr właśnie przestał wiać. Chociaż powietrze zdaje się stać, zmartwiałe lekko w onym ostatecznym oczekiwaniu. Jakieś dziwnie nietakie jakim być powinno, trudne w odbiorze, nieoddychalne… chwila prawie wiekuistego spokoju, a jednak wciąż drżenie. Jednego liścia. Ostatniego na drzewie. Drzewie, które już dawno zasnęło i nie dba o nic…

Ni o chmury, ni szarości, ni…

Cokolwiek.

Ale on wciąż się trzyma tej gałęzi. Nie jakiejś specjalnej gałęzi. Nie onej najgrubszej, nie najgłówniejszej, nie tej najmłodszej, najstarszej, po prostu jednej z tych wielu, witkowatych może, pokręconych… ale jednak jego gałęzi. Którą teraz ma tylko i wyłącznie dla siebie. Jakby całe drzewo było tylko jego… jakby był jednym i jedynym, jakby nic innego nie istniało w liściowym świecie, tylko ów Pan i Władca, który nie potrzebuje ni sług ni tym bardziej odpowiedzialności i poddanych.

Co z nim jest nie tak?

Jak długo wytrzyma?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ja w mieście.

Pustym mieście…

Spoglądając na Gudhjem rozżarzone słońcem, choć niskim, zimnym, dziwnie krótkotrwałym, sporadycznym. Niesamowite, jakże inne niż w czasie lata, miejsce. Puste i ciche. Gdy tylko człek przysiądzie sobie na falochronie – bo akurat nie tylko świeci, ale i mocno nie wieje – to naprawdę, wszystko to wygląda jak miasteczko stworzone na potrzeby jakiejś filmowej scenerii, albo… po prostu, by wypełnić je krasnalami i innymi magicznymi stworzeniami.

Jakby… nie było dla ludzi.

Kompletnie i wcale.

Siedząc na falochronie człowiek nie ma pojęcia, czy wciąż żyje, czy jest tylko częścią czyjejś bajki. Jakiejś wizji o krainie, w której spokojność jest najważniejsza. W której możliwa jest utopia, ale wiecie, krótkotrwała, bo to tak bardzo strasznie nudne. Tak bardzo pruderyjne. Dziwnie nudne, a czasem i nawet bezmyślne. Te kolory, te wolne parkingi, te pozamykane okna.

Nawet dzwony nie biją na kościelnej wieży…

Nawet one śpią.

A może… a może tak naprawdę wszyscy się stajemy niewidzialni? Może w rzeczywistości naprawdę jesteśmy tylko czasowi? Sezonowi? Ku uciesze wszystkich innych? Bo przecież, bo przecież to wszystko jest takie ciche.

To wszystko…

… wszystko jest takie…

Inne.

Siedzieć na falochronie, spoglądać na piórko unoszące się na solnej powierzchni niewielkiej kałuży… po prostu bajka… a potem oczywiście spacer ulicami. Pustymi. Tego jednego człowieka nie ma co liczyć. Wszystko pozamykane i chyba raczej miejski julemarket odwołany, bo cukierki kupicie dopiero na Wielkanoc. Nie wcześniej. Z drugiej strony cały rok otwarte w Rønne, więc…

Więc who cares?

Nie wiem.

Nie wiem jak to wszystko ma się spodobać Turyściźnie z Niemiec, co to ma teraz zjeżdżać się do nas przez cały rok. Nie wiem i chyba już nie mam sił na myślenie o tym. Ludziom się wydaje, że rzeczy zrobią się same, że ogólnie wszystko samo się zrobi, samo się rozda, sprzeda i podatki pewno opłaci za siebie. Wiecie… jakoś na Wyspie ukuło się przemyślenie, że praca w sezonie wymaga co najmniej półrocznego odpoczynku. Albo i więcej. I oczywiście gdzieś indziej…

Z promami oczywiście nadal problemy.

Po wyższych podliczeniach wychodzi na to, że ów nowy przewoźnik pobił wszelkie rekordy poprzedniego jeśli chodzi o… niepływanie oczywiście. No wiecie. Fale, promy i te sprawy. Ale co tam. Może świat się zmieni, morze zamieni się w stół gładki i wszyscy nauczymy się po nim chodzić?

Wszystko się może… zdarzyć?

Puste miasto naprawdę napawa człowieka zbyt wielkim myśleniem. Nagle czujesz się panem tego świata, samotność jest codziennością, a braki na sklepowych półkach to norma. Wiecie, no zwykłe życie. Sezonowe! Ale, nic z tego. Przynajmniej nagle człek ma ten świat dla siebie.

Na chwilę.

Chociaż może i na dłuższą chwilę?

Zobaczymy… na razie po prostu spacerowanie. Dom taki, dom inny. Ten na sprzedaż, tamten na sprzedaż i ten… może ktoś chociaż sklep wynajmie? A może jednak zajmiecie się piekarnią? Ktoś chętny? Naprawdę masa możliwości tutaj. Tylko ludzi brak… czasem się zastanawiam, czy to wszystko, to nie jest jakaś wersja „Domu woskowych ciał”? Bo wydaje się, że to miejsce czasem żyje, ale czasem… jakby nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostatni Liść… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Siąpiel…

„Przylazł.

Rany, zawsze ma w worku te chusteczki, wiecie, takie haftowane, szmaciane, posklejane, ale z monogramem, żeby nie było. Kraciaste i takie całkiem białe… batystowe? Chyba tak na to drzewiej mawiano, więc… i jeszcze te błękitne z haftowanymi stokrotkami i jaśminami i jeszcze czerwone w choineczki i bałwanki, jakby miał smarkatki na każdą porę roku, każdy miesiąc, a nawet może i dzień tygodnia? Pierun wie, przecież nikt nie będzie mu grzebał w tym dziwnym worku. Wiecie, no worku, takim nieprzemakalnym, ale radośnie różowym w czerwone muchomorki…

Co jak co, ale braku barwności mu nie można było zarzucić.

Na początku myśleli, że on to ona zaraza, tylko wiecie, inna taka. Specyficzna całkowicie. Prawie jakby nie chciał nikogo urazić, zarazić, sprzedać siąpiącego nosa, oklejonych dziurek, oczu zaropiałych, kaszlenia, kichania, sarkania, dudnienia w płuckach, bólów wszelakich… jakby naprawdę chciał się tylko tutaj schronić i kichać sobie w spokoju. I smarkać w te swoje chusteczki, które ubrana w ochronny strój jednak z Wiedźm z Pieca prała mu i suszyła przy kominie… wiecie, by tylko odgonić wszelkie bakcyle smoczym pierdem. Bo Smok w Kominie, co to się smoczycą okazał, doprawdy potrafił odczynić wszystko. Może tylko poza tym…

… poza tym, co ostatnio działo się Wiedźmie Wronie Pożartej.

A bardzo źle się działo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zatrzymujesz się przy kamieniu…

I modlisz się.

Bo tutaj jakoś tak, kościoły to budynki, które się zasiedla, w których czasem biją dzwony, czasem coś się dzieje, ale tak naprawdę… czy są ważne? No stoją. Stoją w miejscach, które wskazały małe, magiczne stworki. Dziwne? Życie łączy się na Wyspie nie wykluczając siebie na wzajem. Kompletnie. Stare boskości, wiary i tylko przywierzenia jakoś zostają, może pogniecione, może często zakurzone, ale jednak…

Podobnie z kościołami.

Tak, odmalowane, odnowione, ale jak większość zabytków.

Zabytkowe.

Czasem coś się dzieje, ale czy naprawdę są boskie? Bardziej boskie zdają się drzewa rosnące dookoła nich, to morze, które widać z wieży, ten wiatrak, tamto pole i kurhan, na którego środku stoi krzak. I jakoś tak, jest dobrze. Poprawnie. Zgodnie ze wszystkim. Nikt nie krzyczy. Nikt się nie przepycha. Skrzaty spokojnie przezimują pod dzwonem, a inne zadekują się w jakimś gaardzie.

Wiara…

Tutaj chyba się już nie wierzy. Po prostu się wie. Wiecie, wie że wiatr może sprawić, że ludziom odbija. Wie, że spacer daje siły. Że oczywiście kamienie są super. I chociaż czasem trochę dwie osoby się nieznające mogą być lekko skrępowanie rzucając płatki przy tym samym kamieniu, bo wiecie: co kto powie, zrobi i może jeszcze na YouTube’a puści… ale, jakoś leci. Naprawdę. Dlatego najfajniej, jak się to wszystko robi w samotności. Tak po prostu, ma się to tylko dla siebie…

Wiarę?

Wiedzenie?

Wiedźmienie…

Pieta, czyli Hellige Kvinde jest dość popularnym kamieniem do takich obrządków. Nie chodzi tylko o grób, ale o to jak ona sama wygląda. Właśnie jak matka, która straciła syna, albo kochanka, której drugą połówkę wyrzuciło morze. Która właśnie zrozumiała, że jej bajka się skończyła i to w taki sposób, o jakim nie pisały żadne książki. O jakim nie krzyczały żadne strony…

… straszny…

Kamień u jej stóp, wystrzępiona głowa. Smutek, ale też czas przejścia. Decyzja, czy żyć dalej, czy jednak nie. Bo taką decyzję też czasem trzeba podjąć. Można podjąć… a czasem nie ma wyboru.

Legenda głosi, że niepozdrowienia kamienia przynosi smutek, klątwę, złe wszelkie działania i tak dalej, więc… nie omijajcie tak o prostu stojących kamieni. I pamiętajcie, że skrzaty i trolle kochają słodycze. Ale nie tylko. Najbardziej fascynującym znaleziskiem była chyba butla piwa zostawiona skrzatom razem z drobiazgami kwiatowo-jedzeniowymi. A kilka dni temu HK dostała mały kamyk z wymalowanym skrzatem.

Cudownie!!!

Oto czas, gdy Tubylcy przejmują Wyspę.

Choć na chwilę.

I ostatnio… ostatnio się zastanawiam jak żyje reszta świata. Jak oni to robią? I czy ja w ogóle jeszcze rozumiem resztę świata? Wiecie, oną metkową, a nie noszącą co jest do końca, aż spadnie, zedrze się, spłynie z człowieka. Na pewno nie umiałabym się już ubrać. Być czymś takim wiecie, codziennie ludzkim w Polsce. W Danii i Szwecji ujdę, bo przecież tutaj jakoś tak to wszystko nie ma znaczenia. Ono zewnętrze. Kurtka, torebka. To wszystko to tylko rzeczy potrzebne by przetrwać, nie zmarznąć, przenieść pyrki ze sklepu do domu itp. Chociaż Duńczycy przecież kochają blichtr i metki. Ale chyba bardziej oni Kopenhascy. Wiecie, ze stolycy!!! LOL

Ale, czy tak nie jest wszędzie?

Z innej strony, tutaj panie po czterdziestce noszą krótkie gacie i mają to gdzieś, a w Polsce podobno nie… hmmm, chyba tak bardzo już mnie to nie obchodzi. I chyba lepiej, żebym nie siała zgorszenia w tamtym kraju, co nie? Ja dymię pod kościołami!!! A jeszcze katolickimi, to wiecie, w obrębie kilometra!!!

Byłby czad!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Siąpiel… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz…

Mistrz, ale od czego?

Bo wiecie, przedstawił się jako Mistrz, przyciągnął za sobą wielką, kraciastą walizkę z oberwanym uchem i już się zaczął wprowadzać. Porozstawiał wszystkich po kątach… aczkolwiek trzeba przyznać, że się nie opierali, bo… jakoś ostatnio mało było rozrywek, więc braki, co się nawinęło. A nawinął się on, więc… jakoś nie wybrzydzali. Zresztą, połowa wybyła nasłonecznić się przed bardziej szarymi dniami, które miały podobno nadejść, inni poszli pływać, bo ciepłota dziwna obmiotła Wyspę, a jeszcze inni mieli to wszystko gdzieś, pozamykali się w swoich pokojach, komnatach czy tam… tych miejscach z kajdanami i oczywiście rozżarzonymi narzędziami…

… wiecie, dla każdego coś miłego.

Wiedźmie Wronie Pożartej Mistrz nie spodobał się od razu, więc spierniczyla do lasu wymachując aparatem i udając, że ktoś jej zapłaci za te wygibasy, próby uchwycenia niewidocznego, bycie innym i takie tam. Jakby kurna w dzisiejszych czasach nikt nie posiadał aparatu… no weźcie no, wszyscy je mają, a nagrody dostają ci co robią fotki telefonem, więc po co się babo wyginasz? Zainwestuj w retusz i będzie grało, ale nie… bo ona chce prawdziwie, choć w jakimś stopniu…

A Mistrz?

Nikt go nie pytał, więc wziął się za swoją robotę…

Chyba mieli być zaskoczeni. Za jakiś czas. Ale na razie, nic z tego nie miało znaczenia. I to najmniejszego!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarości i mglistości.

Ale nie pada.

Jesień, która nagle wyskakuje, w końcu zmienia świat na szary w tle, a na poboczach znowu one złocistości, pomarańczowości, one cudowne plamki burgunda. Szczególnie, jeśli akurat wybieracie się do Paradisbakkerne.

To naprawdę cudowne miejsce. Idealne dla tych, którzy mogą sobie pozwolić na lekkie wspinaczki i ślizgi, ale też i tych na rowerach, wózkach, czy w wózkach. Możecie zabrać na spacer osobę mniej lub bardziej niepełnosprawną i naprawdę, dzięki asfaltówce biegnącej środkiem tej krainy, nie będzie żadnego problemu, ale… no właśnie, ale. Ale na pewno zaskoczy was to, że zwykle tak znajome jeziorka i inne zbiorniki wodne zniknęły. Dziwnie. Jakby nigdy ich nie było…

Na szczęście drzewa wciąż są.

No dobra, niektóre.

To niestety pracujący las, więc często się i wycina i sadzi. A ja źle działam, gdy widzę puste miejsca. Wiem, że urośnie, ale… szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy pogoda naprawdę zdaje się boleć, to jednak odradzam wycinki każdemu. Rozumiem, że takie to pole, ale naprawdę wciąż widać jak GIGANTYCZNĄ różnicę robi las ze starszym zadrzewieniem i ten, który dopiero stara się wzbudzić naszą sympatię i wszelkie uśmiechy. Wiadomo też, że starsze drzewo produkuje więcej tlenu niż stado młodych.

Może zróbmy drzewom amnestię na dłużej?

Może?

No ale, idziemy na spacer.

Najlepiej na długi.

Bo tutaj są skały, niesamowite, zbite, samotne, wciąż jeszcze w miejscach bardzo zalesionych są one oczka wodne, wilgotności, zieleniące się neonowo krzaczki już odartych z owoców jagodników. Mchy… no i te listki. Tak, w większości już nieistniejące, ale miejscami wciąż jeszcze są i tworzą coś między pomarańczowym, a wściekle czerwonym światem. A już miejsca, gdzie znajdują się iglakowe zagajniki, takie z pojedynczymi brzózkami, dodającymi im lekkości, fioletów i kształtów czarownych… Mglistości jakiejś takiej, uczucia ciągłego, magicznego ruchu.

Ale… te świerki.

Spora część z nich ma spalone całe gałęzie, albo tylko części. Szczególnie w tych miejscach przytykających do kamienistej, wyboistej ścieżki prowadzącej do kamienia, który drga czasem, ale widok… widok jak z Alicji, tej, co wiecie błąkała się po onej czarownej krainie, molestowała królika czy tam zająca i miała dziwne uczucia w stosunku do herbaty i żarcia oraz picia wszystkiego, co znalazła. No i była tam królowa o specyficznie czerwonych włosach… no to właśnie taka barwa błąka się między zwyczajową, ciemną zielonością tych iglastych choineczek.

Ech… a jak pachniały!!!

Świątecznie na maksa!!!

No a potem człek jak zwykle dał się opętać tym drzewom i skałom. Pustym gałęziom, tym wciąż pełnym gałęziom i wiecie… zatopił się. Na ponad dwie godziny. Potem ta dolinka, trochę owczych kupek, a potem, wiecie, czerwony las. Ale nie iglasty. Liściasty. Wciąż jeszcze trzymający się dobrze… a potem żółte modrzewie, wciąż włochate i brzózki młode, złociste, przepiękne, cudownie wciąż połyskujące.

No po prostu to miejsce jest magiczne.

I możecie wybrać sobie miejsce, w którym się schowacie, i w które da się lekko wchłonąć, i zostać z wami na dłużej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Skurczybyków…

„Bogowie się rodzili.

W bólach, wkurzeniach, cierpieniach cielesnych i wszelakich uniesieniach. Tych postrzeganych jako dobre i tych złych. Rodzili się w mgnieniu oka, albo też w bólach i wszelakich przekleństwach, które naprawdę wymagały czasu, by namoknąć, nasączyć się uczuciami. Albo też tylko oszukiwały i zwyczajnie nie chciały wyłazić wtedy gdy inni. Po prostu pragnęli tylko czasu dla siebie.

Rodzili się.

Tak naprawdę nigdy nie tworzyli się sami, choć istniały pewne teorie i Wiedźma Wrona z Panem Tealightem badali to zagadnienie, ale wciąż byli w lesie, więc, tak między drzewami raczej bawili się kolorowymi i spalonymi liśćmi bardziej, niż wiecie, zajmowali się nauką i takimi tam… Chcieli skorzystać z tej jesieni, choć była taka uboga, umęczona, dziwnie sucha, ciepła i naprawdę obolała.

Ale oni się rodzili.

I ludzie nawet nie zdawali sobie z tego sprawy.

A jak się rodzili, znaczyło to też, że będą się wtrącać w życia i postępowania wszelkich dwunogów. Wiecie, psy od dawna wiedziały, że wszystko można osikać, a koty, wiadomo… za to reszta zwierzyńca zbyt zajęta była tym, by przetrwać i miała naprawdę gdzieś tych całych bogów. Mieli swoich, a ci łatwo gryźli i drapali, więc wiecie… lepiej ich nie denerwować.

Zostawiać kości i mięso, ale nie denerwować.

Czcić, ale niekoniecznie spraszać na imprezy rodzinne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra, dość tej przyrody.

Jesień bidulka się nie wybarwi, wiatry wrócą, na zewnątrz ciepło, może i będzie słonecznie, może nie, jedno wiadomo… Jul is coming. Czy będzie zima? Wiecie co, nie widzę tego, a to oznacza, że już mam doła. Ja chcę zimę. No ale. Przecież jak ja coś chcę, to bardziej niż rzadko się wydarza, więc…

Chodźcie na zakupy!

Bo wiecie.

Tutaj jak nie znajdziecie cudów wianków i tak dalej do połowy listopada, to po ptokach. W połowie grudnia to w ogóle rzeczy znikają, więc pozor pozor i szukamy. Oczywiście pierwsza myśl to nasza piękna stolica, Rønne. Mamy tam większość sklepów, w tym te dwa najważniejsze czyi Tiger i Søstrene Grene. Tak jak latającego tygryska zna spora część Europy, tak już sióstr G. nie tak wielu. A to dość specyficzny sklep. Coś jak mała IKEA połączona z kopiami wielkomarkowych, ale tutaj tańszych marek. Czyli szklane kule będą z plastiku, ale też mamy dużo drewna i ceramiki. Oczywiście wszystko do pakowania, DIY jak najbardziej, choć ostatnio uszczuplili malarski kącik. Są gary do kuchni, są i słodycze z dalszych części kraju i tym podobne.

Wszystko z papierowymi torbami i ogólnie szyk fik.

Wystrój typisz skandinawisz.

Naprawdę można się obłowić, ale… bierzecie poprawkę na to, że ludzi w tym miejscu może w tym okresie mniej niż przepisowe 40 tysi, ale jednak oni dobrze wiedzą, że jak coś jest to trzeba brać od razu, więc… niektórzy polują. Dodatkowo na Wyspę dostarczane jest mniej asortymentu i w ilości i w jakości często i w… rodzajowości. No sorry, niektórych rzeczy nie ma w ogóle. Dlatego… trzeba zaczynać wcześniej! Albo zostają wam zakupy przez neta, które przy wiatrach i ogólnej promowej niesubordynacji zdaje się być ostatnio dość ryzykownym pomysłem.

Potem zostaje Nexø.

Oczywiście w stolycy mamy jeszcze kilka kwiaciarni, zaraz, nie czasem jedna? A może dwie, no i są ubraniówki i coś, co jest w Nexø, więc wiecie, wspomnimy o tym teraz. Imerco i Kop og Kande. Dwa sklepy, które trzeba odwiedzić, ale które mogą was mocno walnąć cenami. Pewno, pod koniec lipca będą jakieś przeceny, ale nie takie jak kiedyś. Nic już tutaj nie jest jak kiedyś, jak kilka nawet lat temu.

Nie wspominam Lidla, Netto i Kvickly, czy tych kilku sklepików w niektórych miastach, bo one często… kompletnie to olewają. Już od kilku lat nie ma na przykład rzeczy na Halloween. Z jednej strony to rozumiem, bo kogo to obchodzi, ale z drugiej to dziwne. Wiecie, nobody cares… Warto do nich zajrzeć, mogą czasem zaskoczyć czymś wyciągniętym z magazynów sprzed wieków, ale jednak, niezbyt mocno. No chyba, że styknie wam ser, flaszka wina i musztarda. To jest wszędzie. Lidl oczywiście jak zwykle daje du… znaczy ciała. Są już 3 lata, a od dwóch bardziej powiększają przestrzeń pustą niż oną zapełnioną towarem.

Ale ludzie i tak przychodzą bo wiecie… brak wyboru.

Warto zajrzeć do dwóch księgarni, czyli i Nexø i stolica, i sprawdzić market w Aakirkeby, ale wiecie, nie oczekujcie cudów. Zdarzają się jak wszędzie, ale ostatnio jakby się nie zdarzały, a ból złamanych marzeń jest straszny.

W tym roku nie ma nawet skrzacich drzwi!!!

Jak ja to przetrwam?!!! Co z moją kolekcją?

Cudownym elementem zakupów oczywiście MOGĄ być julemarkety, ale…

Nie wszystkie.

Te najlepsze to ten nad morzem w Sandvig, pod latarnią, no i oczywiście u nas w Gudhjem! W gaardzie. Nie w mieście. Zepsuł się ten z Middelaldercentrecie, ale na spacer za friko tam zawsze warto pójść, zwierzaczki są fajne, więc wiecie, można to potraktować inaczej. Naprawdę fajnie. Są piękne, kapitalne rzeczy, które dostaniecie od złotników i wszelkiej maści rękodzielników, ale tak serio, to lepiej, jak się ich zna i zwyczajnie zagląda do nich tak wiecie, prywatnie.

Umawia się i ma świnkę na szczęście…

To jak? Gotowi na polowanie?

LOL sorry, czasem to tak wygląda. Albo zwyczajnie, nastawiacie się, w gazetce reklamowej jest, a potem w sklepie śmieją się wam w twarz, że chyba was polało… oczywiście, że jak zwykle nie dowieźli.

Promuje w tym Lidl.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Skurczybyków… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Gnój…

„Gigantyczny nawet…

Wiecie, taki dobrze uformowany, z malutkimi wypustkami, z rzędem oczu, czy raczej ocząt? Spoglądających na wszystko i wszystkich z każdego kąta, boczku, górki i dołku… zmiękczający, poruszający, zaskakująco intrygujący, może i upragniony, a jednak, kurcze… no wciąż Gnój.

Ino Wielki.

Może więc dlatego tak bardzo onieśmielający, nawet zniewalający, przerażający, gdy pomyśli się o nim wieczorem jesiennym… Bo wiecie, Wielki Gnój to przecież bóstwo niepotrzebujące wyznawców i pochwał, czołobitności wszelakiej czy darów nawet. Tak wielu jest jego akolitami, awatarami nawet, że się opędzić od nich nie może, więc uciekł… uciekł na Wyspę i zaszył się w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi. Tak po prostu, może i bezczelnie.

Jakby wiedział, że tylko oni naprawdę zrozumieją…

Ale oni nie do końca zrozumieli, a potem Ojeblik – mała, ucięta główka, wcieliła w życie swój plan i coś się w nim zmieniło. Żadnej gnojowatości, ino zwykły, rumiany facet zbliżony gabarytami i wystrojem czaszki do Mikołajów Wszelakich, więc… co teraz z ludzkim gnojostwem? Czyżby teraz miał zmienić swoją specyfikację? Specyficzność and OOAK? Stać się… innym?

Naprawdę?

Ale jak poradzą sobie ludzie?

Pewno świetnie. W tym, w onym gnojostwie wszelakim, jakoś ostatnio są najlepsi. Niczym przodownicy pracy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brzoskwiniowo-różowa poświata…

Ostatnio pojawia się gdzieś ponad horyzontem, za linią drzew, za polem, oświetlając wiatrak… no taki widok z okna mam. Pojawia się i wisi. Smacznie wygląda z tą szarą chmurą nad chatką i lekką szarą grafitowością pomiędzy tymi dwoma żywiołami. Bo jakoś zdają się, są namacalne. Żywe bardzo.

Nie ma jeszcze tych wieczornych kolorów, pożarów nieba, ale jednak czasem można coś zobaczyć. Coś intrygującego, coś niesamowitego, coś… innego. Porwane chmurki, takie, jakich używa się w tych niesamowitych zdjęciach, które powalają wszystkich, a które tak naprawdę nie zaistniały w rzeczywistości, ale wiecie, magia fotoszkopa działa. I ludzie jakoś w to wierzą nie wiedząc, że takie coś zdarza się w naturze. Naprawdę. Widziałam to… z lekko zaróżowionym, jakby zawstydzonym nieboskłonem i zniebieściałą szarością na krawędziach onego zawstydzenia i onymi chmurkami, podświetlonymi słońcem, którego już nie widać.

Które udało się na drugą stronę Wyspy.

Które zaraz zniknie.

Wieczory listopadowe są niesamowite. Krótkie, migają, trzeba je przyłapać, czatować na nie niemal, ale jednak są. Podobnie jak wschody słońca. Uwielbiam właśnie te jesienne wschody słońca. Późne, prawie już wczesnozimowe, więc… więc staram się nimi nacieszyć, gdy są. Ale jakoś ostatnio ich mało.

Czy to za sprawą tej dziwnej, ciepłej pogody, czy jednak suszy ciągłej, czy może zieleni wciąż na drzewach, albo już gołych niektórych gałęzi? Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale na pewno mnie to przeraża.

Bardzo.

Ach, no tak, ciepło znowu jest.

Lekki wiaterek, liście na ziemi. W większości spalone, a rzeką można sobie na spacer iść. Naprawdę. Pewno, że widoki piękne, dół kolorowy, góra dziwnie wiosenna lub naga, i jakoś tak, dziwnie. Niby piękna jesień, ale sucho. Nic nie pęcznieje, nic nie nabiera sił przed zimą. Nic… Jakby nic już nie miało wzrosnąć za te kilka miesięcy. Bo przecież tak to sobie działa.

Woda potrzebna rok cały!

Przyroda wydaje się być taka zagubiona i przerażona. Z jednej strony człek wie, ze starsza i mądrzejsza od niego, ale przecież to nie znaczy, że się nie boi. Że coś tam jej nie leży, że nie czuje, prawda? Bo przecież takie coś, to na pewno nic dziwnego dla natury, ale jednak, może miała nadzieję na to, że już tak nie będzie.

Tak bardzo źle.

Tak, dziwnie.

Tak boleśnie? Wiecie… może miała?

Mrok oczywiście zapada już w okolicach 15tej. Oczywiście, wciąż jasno, ale już słońce się chowa po tej naszej stronie, już dziwnie, ciężko w powietrzu. Jakoś szarościowo. Jakby nagle taka czarniawa firanka, kręta hafciarska sztuczka opadała na Wyspę. Jakby coś nas przywalało. Jakby coś bardzo uniemożliwiało oddychanie… coś, ale i nicość jednocześnie. Jakby… no wiecie, jakby coś. Ono uczucie, przez które chcecie kupić świeczki i zrobić zupę albo ciasto.

Albo… w końcu zeżreć gęsty sos z pieczenią.

No… co kto lubi!

Fajny czas. Gdyby tylko nie te przymusowe internety. No wiecie, to przymuszanie siebie samego do roboty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Gnój… została wyłączona

Pan Tealight i Poganiacz liści…

„A ten bacik… kurcze, ten bacik to miał serio wylaszczony.

No na maksa!!!

Wiecie, tak naprawdę nic w jego burym stroju nie było istotne. Nawet te frędzelki i koraliki, nasionka poprzylepiane do tkaniny i malunki na twarzy czy dziwnie długie włosy, którym pozwalał łapać te zbuntowane najbardziej liście. Wiecie, onych rebeli, którzy nie chcieli się poddać jego woli. Ni wiatrom, ni grabiom ni czemukolwiek takiemu… nic nie bylo ważne tylko ten bacik.

Bo jakoś tak tylko on działał. A może było w tym coś więcej, ale obserwująca go zza okna, bezpiecznie ukryta Wiedźma Wrona Pożarta nie była do końca pewna. Jedno wiedziała. Liście pędziły, tańczyły, wirowały wzlatywały i opadały, a w końcu… znikały. Tajemniczo i z każdej powierzchni. Jakbyt tutaj na Wyspie nie trzeba było ich grabić, bo za wszystko odpowiadał właśnie on…

Ciekawe jakie miał ubezpieczenie i płacę?

A może robił to dla zabawy?

Miał taką pasję, lub obsesję, tudzież… sam składał się z nich i nie potrafił bez nich żyć, ale miał wielkie problemy w komunikacji międzygatunkowej, bo na bank sam nie był liściem, ale komuś mógł wymalować z liścia, lub podłożyć koło… bo wiecie, rower ze sobą ciągnął. Nigdy na nim nie jeździł, ale zawsze miał go obok. Niczym pieska, czy inne fajne zwierzątko. Wiecie, przyjaciela na zawsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szczury…

No więc…

… wiecie, jest wyspa, są łodzie, więc są i szczury. I to jakie wielkie, no jak koty. A że koty, wiadomo, ze szczurami w dzisiejszych czasach nie walczą ino się żywią pieprzonym złotym kuskusem, czy jakoś tak, no to jest trutka. Podejrzewam, że trutka jest ekologiczna, tudzież, nie wiem, no małokilująca, więc gówniarze się uodporniły. Że my jeszcze nie mamy tutaj nowego Camusa, to się dziwię.

Czasem tak wielkie ścierwo leży na drodze, że człek myśli, że to dzieciak wilkołaka. Seryjnie!!! Albo jakiś inszy mutant. No gigantyczny truposz i to w całkiem niezłym wdzianku! Ino flaczki czasem trochę brudzą… no ale, jakoś tak, przyznaję, że częściej jeża widzę niż szczura. I z tego co wiem, to akurat właśnie poczciwy Igiełka jest o wiele lepszy niż cuchnący kot. Jakoś tak się nie lubią.

Problem szczurowy na Wyspie jest ciągły i chyba raczej większość wysp się z nim mierzy. Może to zaprzeszłość rybacka, może i teraźniejszość, miejsc wiele do ukrycia i ogólne naturalne możliwości, ale… kurna, przecież tutaj ludzie nie mają porozwalanych śmietników, więc na czym one się tak pasą? A może jednak z któregoś statku z II wojny światowej coś wypłynęło i mamy mistrza żółwia i jego nastoletnich mutantów szczurzych? No wiecie, odwrotnie niż w komiksach?

Bo przecież u nas tak wiele jest na odwyrtkę.

Właściwie to ciekawy koncept, nie sądzicie…

Bajkę można by napisać.

Choć z drugiej strony, to pewno tym, co szczury mają bardzo namacalnie, to chyba nie do bajkowego stanu. Znaczy daleko im do niego. No ale… nadal mnie korci, serio. Tylko z którego ze statków mogłoby to się wywalić? Hmmm… tak ogromny wybór, a wieczory takie ciemne, więc wyobraźnia szaleje.

No ale… wtorek był chyba najcieplejszym dniem jesieni.

Może i to 15-20 stopni trwało tylko chwilę, ale wiatr potęgował dziwne, suche uczucie i jakoś tak… cóż, dziwnie było. Teraz oczywiście z tego powodu znowu mamy sztorm, znowu promy odwołane i ogólnie mówiąc, znowu jest szaleństwo. Ludzie nierzygający zwyczajowo na promach doświadczają onej mało przyjemnej cudowności i jęczą.

I mają oczywiście rację.

Nowy przewoźnik, czy raczej przepływacz, nie ma promów odpowiednich na ten akwen. I nie ma tutaj żadnego znaczenia, że pracował na Kattegacie. Naprawdę nic. Jak się okazuje Bałtyk dookoła Wyspy jest nadzwyczajnie specyficzny – no przecież nawet syreny tutaj mamy – więc należy to przyuważyć przed stawaniem do przetargu. Czy czegotam. Bo ostatnio to zaczyna wyglądać coraz gorzej. I wiecie co, wszyscy mają to gdzieś. Przede wszystkim, niech mnie moze ktoś oświeci o co chodzi z oną popularnością katamaranów? Bo jak zasięgnęłam języka u wyjadaczy pływania, to jakoś im to nie leży z wysokością fal tutaj.

No ale… pewno marudzą i się nie znają, co nie?

Znają się.

Ci ludzie używają promów jak inni rowerów i samochodów, czy autobusów. Nie ma żadnych innych opcji. Nadal nie jesteśmy Jezuskami. Nie mamy też latających pociągów ni aut, wiecie, jak z Harry’ego Pottera. Wiedzą. Czują. Widzą… i tak, wiatry to coś na co nie mamy wpływu. A nawet jeżeli, to przecież nie pstrykną palcami i nie zmienią się w koty olewające wszystko.

Nawet te szczury.

Nie da się!!!

Co najdziwniejsze, polityczny świat na razie się nie odzywa. Ktoś tam zaczął bączyć, ale to dopiero dziś, więc wiecie, muszę doczytać. Ale… jeżeli politycy tak optują za mocniejszym zasiedleniem Wyspy, to sorry, ale jak zamierzają tych ludzi tutaj teleportować. Oj sorry, przypłynąć no. Przetransportować! Nie żeby to miejsce potrzebowało ludzi, raczej drzew i spokoju, oraz bana na Monsanto, no ale…

Ja tam się nie znam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poganiacz liści… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniana Bogini…

„Zapomniana, wkurzona, a może już tylko zrezygnowana?

Spoglądająca na ten świat, w którym kobiety nie mają ni siły, ni głosu, ni nawet praw, choć na papierze jest wszystko, a jednak… najsmutniejsza z nich wszystkich. Mogąca tak wiele, ale przecież kto by w nią uwierzył? No wiecie, tak od początku. Od zachwytów, zabaw, po oną codzienność, która często pomaga w spokojności i bezpieczności. Która sprawia, że wiesz na czym stoisz i nie chcesz więcej…

Zapomniana Bogini.

Spoglądająca na świat, na swoją przeszłość i nie do końca pewna, czy chce do tego wracać. Do onych jęczących dusz, do pośmiertności, do wszelkiego przemijania, do ich błagalnych jęków i ofiar, które nigdy nie były w jej guście. No bo serio, smalec i krew. Wiecie, jak to trudno sprać z, nawet kamiennego, odzienia…

Albo ubzdurali sobie raz ofiary z ludzi!

Rany ile to było krzyków, a ona zawsze tak bardzo ceniła sobie ciszę i spokój. Nudę wszelaką, którą mogła przełamać podróżą incognito. Którą mogła zmienić na swoją modłę, którą mogła… no właśnie, przecież wciąż mogła. Była może i zapomniana, ale przecież nikt nie mógł odebrać jej boskości. Może nie miała zasięgu jak niegdyś, ale jeśli wierzyła w samą siebie, to była zarazem i boginią i wyznawcą, więc wszystko grało. Wszystko było dopełnieniem… dopełnione.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mindhunter” – … po prostu mega. Powieść prawdziwa, wstrząsająca, poruszająca.

Coś pomiędzy biografią profilera, historią FBI oraz opowieściami morderców. Coś dla kochających powieści detektywistyczne, kryminały, thrillery itp. Ale też coś dla tych lubiących spojrzeć na autora z pozycji socjologa, antropologa czy psychologa. Bo przecież autor naprawdę podaje się nam tutaj na tacy. Jest onym geniuszem, ale też… cóż, też my możemy potraktować go niczym obiekt badań.

Książka wciąga, miesza w głowie i mąci.

Tak naprawdę w pewnym miejscu już nie wiem, czy chcę poznać jego życie. Czy chcę być świadkiem egzystencji takiego człowieka. Tak ludzkiego, normalnego, a z drugiej strony tak bezczelnie zdolnego wejrzeć w każdego z nas, bez pytania… nie wiem. Gubię się, ale to niesamowite zagubienie. To prawdziwa powieść, która jest w stanie dać nam prawie wszystko. I bohatera mocno niejednoznacznego, dziwnie balansującego w świecie szarości, zbrodnie, ale też i wszelką pokrętność tego świata.

Przerażającą i brudną.

Straszną…

Prawdziwą.

Świetna książka!!! Naprawdę warta przeczytania, choć to bardziej „Silmarillion” niż „Władca pierścieni”. Bardziej historia, niż akcja i manipulacja, chociaż… nie zagwarantuję wam, że autor nami nie manipuluje. W końcu zna się na tym.

Pamiętajcie o tej jego stronie. LOL

Wieje…

To ten dziwny, przerażający wiatr.

Prawie bolesny psychicznie. Wyczerpujący, mieszający w głowie, sprawiający, że dziwne myśli pojawiają się częściej. Wycieńczający. I dorzucający do wszystkiego migreny. Z jednej strony pozwalający zostać w domu, chłoszczący powietrzem i deszczem, ale też zniewalający. Odbierający coś ważnego…

Ten wiatr jest dziwny.

Z jednej strony występuje na całym świecie, miewa różne imiona, różne historie, różne zapachy, ale też… jako tutaj jest bardziej mocny, bardziej dokuczliwy. Może dlatego, iż nie możesz się przyznać do tego, co czujesz. No przecież jesteśmy tak kurna cywilizowani, że powiedzenie, iż czujemy coś duchowego w eterze nie jest na miejscu… że w obliczu zbliżającego się Halloween wolno nam tylko ubierać się dziwnie i prosić o cukierki, ale już inne obrządki, jak kolacja ze zmarłymi nie jest okay.

Że wiatr unosi dusze, toż to głupota…

Czyż nie tak?

Cóż.

Wiatr jest za darmo. Może tylko na razie? To, co czujecie też. Czy to wytrzymacie, zależy od was, lub pomocy wszelakich medykamentów. Ja korzystam, ale ja korzystam codziennie, więc czy to się liczy w ogóle? Nie wiem. Na pewno nie warto planować podróży, a jeśli już musicie, t może nauczcie się chodzić po wodzie, latać, czy niech was Scotty bimnie ap… no wiecie. Ten ze Star Treka. LOL

Wieje…

Ciemność dzień i noc i tylko od czasu zagubione jakby słońce przeciska się przez oną szarość i szaleje z kolorami. Bo człowiek zapomina jak bardzo kolorowa potrafi być szarość. Jak bardzo cudownie bawi się z tym, co dotyka i jak rozprasza niesamowicie nagłe, niskie światło. No po prostu bajka, ale dolecieć do tego na czas z aparatem, to wielki wyczyn!

Gigantyczny nawet.

Ale czasem się udaje.

Uwielbiam oną szarość i ciągłe palenie świeczek. Tak, pewno, nienajlepsze dla płucek, ale w dzisiejszych czasach wszystko nie jest dla nas dobre, więc mam już dość. Nie biczuję się, czy jak inni mówią, na coś zemrzeć trzeba i tyle. Nieładnie tak wiecznie żyć. LOL Chyba że… ale nie, no zombie to nie mój styl.

Co do Halloween, to u nas już ludzie zaczynają wieszać lampki świąteczne. Ale ino julowe i tyle. Jakoś tak, chociaż dynie są w sklepie, to jakoś nie widzę… może w tzw. miastach coś się dzieje, ale raczej jak już to zamiera, zamiast się rozwijać. W naszych miejscowych sklepach żandych tam, straszydeł, ale jul już jest.

Czy raczej w moim języku, to wiecie, W KOŃCU I DOPIERO!!!

A tak, niektórzy kochają ciemno, zimno i tak dalej. Pasuje to do mojej depresji i stanów lękowych, które od dawna nie są już stanami… tylko wiekuistym trwaniem. Tylko nasilenie się zmienia. Wiatr oczywiście w nasileniu się pomaga. Ale co zaskakujące, tylko jak wieje z pewnej strony… nie z każdej. Ten teraz się zmienił i z psychicznego zamętu przeszliśmy do wiatru wzmagającego motywację i ogólnie pobudzającego do roboty.

Wiecie… wieje.

A na Wyspie wianie różne ma twarze, strony i ogólnie mówiąc dotyka każdego inaczej. Najczęściej dotyka go tak, że promów nie ma, poczty nie ma i Wyspa zamknięta, ale czy tak naprawdę ci „naprawdę” tutaj mieszkający o to dbają? Jeśli nie mają jakiejś nagłej potrzeby wyjazdu/wypłynięcia, to na pewno nie. W końcu po to mieszka się w takich miejscach, gdzie schronienia szuka się między skałami i drzewami, gdzie naprawdę preferuje się milczenie i względną samotność… Nie dla bujnego życia towarzyskiego, ale raczej pewnego rodzaju… hmmm, kontemplacji nawet?

Kościelnie to brzmi, ale może to wiatr narzuca takie myśli i interpretacje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniana Bogini… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne Nasionko…

„Przyleciało, wylądowało i postanowiło zostać.

Próbowali je wyeksmitować sprzed Białego Domostwa i magią i szpadlem, i ogniem i kwasem, ale nic nie podziałało. Ni magia, ni działania bardzo ziemskie, nudne i ogólnie mówiąc sprawowane w gumowych rękawiczkach. Ni łzy czy krzyczenie. Ni prośby, błagania, czy groźby. No zakopało się i zaczęło…

Kiełkować.

Naprawdę kiełkować.

Wiecie, te dziwne, alienowate, miękkie, dzielne choć wilgotne, lekko śluzowate też, białe macki wypuszczać coraz dalej i dalej, i dalej. Ale w górę nie rosło w ogóle. Ni drzewo ni krzak ni kwiatek czy inna roślina. Że zaczęło się to wszystko dość wczesnym latem wszyscy obwiniali suszę. Wiecie, no w końcu ktoś się zlitował i zaczął je podlewać, pewno Wiedźma Wrona Pożarta, bo z niej taki miękusz, chociaż udaje, że nie… czasem aż za dobrze udaje i obrywa… No ale, pewno ona. Na pewno ona, bo kto inny. Część po pierwszych miesiącach zaintrygowania zwyczajnie zarzuciła obserwację nasionka. Inni znowu w ogóle mieli je gdzieś…

A potem nasiono zniknęło.

I już nikt nie wiedział o co chodzi, czy też chodziło… bo widzicie, macki zostały, zakończone łapkami, długie, oplatające Wyspę, ale Nasionka nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostatnio na Wyspie hejtu tyle, że…

No ale, nie że coś, ale nosz kurna mać!!!

Po pierwsze oczywiście promy.

Nie oszukujmy się, nowy przewoźnik daje dupy na całej linii. Molslinjen, które chce się nazywać Bornholmslinjen, ale ostatnio odebraliśmy im oną nazwę… nie żeby sie przejęli, czy coś… po prostu mają nas gdzieś. Coś w rodzaju: chcieliście tańsze bilety, to nie narzekajcie, że promy nie pływają, że łaskawie wam dajemy jakieś zniżki, że przecież podstawiliśmy prom a to, że auta wychodzą z niego w formie mocno skażonej i bitej, to już nie nasza wina, tylko wiecie, no… wasza…

Jakakolwiek gorsza – w znaczeniu wietrzności – pogoda, od razu oznacza brak połączeń. Jedyny dobry prom, PA, nie może załatwić wszystkich połączeń. Nie da się. Po prostu. A dwa najlepsze przecież sprzedano, więc… chyba naprawdę nikt nie docenia Bałtyku. Nikt nie słucha marynarzy? Serio? Informacja od przewoźnika, że ICHNI kapitanowie muszą się nauczyć pływać, gdy jesteście na promie, to jakoś wiecie, nie pomaga. To nie jest jakiś nowy przewoźnik. To ktoś, kto zatrudnił ludzi kiepskich, niewykształconych i niedoświadczonych, chociaż podobno pływających na tym akwenie…

… chyba…

Po kiego pozwalnialiście tych najlepszych? Starych pracowników? Po kiego nie używacie słowa PRZEPRASZAM?!!! Dlaczego od razu przybieracie nazwy i definicje, które nijak się do was mają? Nie wiem. I nie wiem, czy to kiedykolwiek się zmieni. Jest nie tylko źle, jest już gorzej i coraz gorzej, tym bardziej, że wchodzimy w ten okres, kiedy fale są większe i na przykład polskie jednostki zapychają Ystad i PA już nie może z niego wypłynąć. I wszystko staje. I przewoźnik ma was gdzieś.

I to wam powie!!!

Po drugie…

Lipna sprawa.

Znaczy wiecie, sprawa lipy. Pamiętacie, jak ludzie walczyli o drzewko na rondzie… no więc po tym jak przed wakacjami, nocą je usunęli, po stawianiu krzyży i gnomów, teraz stoi na tym rąbanym rondzie sztuka. Znaczy ja jebię, jaka sztuka, po prostu model architektoniczny, lekko skrzywionego rundkirka. I tyle. Mają dodać drzewka, podejrzewam, że z plastiku, bo to cholerstwo jest gigantyczne!!! I tak, używam takiego języka, żeby nie wyjść z domu z siekierą, którą bym to rozwaliła.

Na nasze nieszczęście nie dość, że to wygląda dość solidnie i jest naprawdę gigantyczne, co aż się prosi o wypadki, o turystów włażących na główną drogę, o krew i flaki, to jeszcze dodatkowo nawet jeśli ktoś to podpali… my będziemy musieli za to zapłacić, bo przecież to jebany prezent!!! Kuźwa no!!!

Wiecie, co jest najgorsze?

To, że z tych cudownych prezentów, które zaczęły się od szrotu na wjazdowym rondzie – metalowy koszmar, który rdzewieje… przez ten model koszmarny… teraz szykuje się nam jeszcze trzecia „rzeźba”. Czy tam przejaw ohydnej, narzuconej, koszmarnej i jak zwykle „nienaszej”, sztuki. W języku wszystkich GÓWNO zasłaniające drogę lub naturę. W języku tych, którym posmarowano, bo sorry, jeżeli na początku się nie zgadzali, a potem nagły nastąpił zwrot sprawy, to ja jakoś nie wierzę w sztukę… więc, wzbogacimy się jeszcze o bryłę cementu.

Czy tam betonu raczej, no przecież, kobieto!!!

Wyspa zawsze była wykorzystywana przez tych co żyją poza nią. Zawsze wykorzystywana w brzydką stronę i wiecie co, powiem tyle, autor pierwszego „dzieła” już nie żyje. Ja bym przemyślała udział w czymś takim!!! Po drugie, ZAWSZE uznaje się ludzi, którzy tutaj żyją i w większości tworzą – nie oszukujmy się, to wyspa, więc twórców na milimetr sześcienny masa, tak takie miejsca działają – za niegodnych, za tych co winni pokłon onym bożkom i tych, co kompletnie się nie znają na sztuce, więc jak się nie podoba, znaczy to, że zwyczajnie się nie znają na wyższych sztukach… blah blah blah.

No więc…

Brok brok brok…

PS. Ustawili też ramkę instagramową w Rønne. Jakbyście byli zainteresowani #weloverønne LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne Nasionko… została wyłączona