Pan Tealight i Pan z Lasu…

„No dobra, od razu się źle kojarzy taki pan na skraju lasu w płaszczyku, z rękami w kieszeniach, albo co gorzej, tuż przy guzikach, jakby już rozchodzących się, nie połączonych z dziurkami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czerń kruka” – … erm, nie. Nie dlatego, że to już było, że wszystko jest powieleniem schematów i ogólnie już nie dla mnie. Po prostu. Nie, za kolejne wykorzystywanie specyficznego miejsca dla nie do konca dopracowanje historii i nudnych bohaterów.

Nie wiem. Może i jak ktoś nie czytał takich wyspowych opowieści, to będzie to dla niego coś intrygującego? A może jednak nie? Może wcale nie da się zaskoczyć, od razu będzie wiedzieć co tu nie gra i tak dalej. Bo ja czuję się, jakbym już przeczytała taką powieść. A może i nawet ze dwie lub trzy.

Sprawa jest prosta.

Zwłoki. Od razu oczywiście jest i możliwy przestępca, ale każda mała społeczność ma kogoś takiego, więc nic nowego. Nic zaskakującego. Jest i detektyw, jest i cala ta gra: my i oni, no i miłość jakaś i jeszcze kobieta, która się boi i możliwa kolejna ofiara… i jeszcze te pustki, wiatry i morze… i oczywiście pragnienia, bo młodzi nie chcą zostać na wyspie, wolą w świat, więc…

Morderstwo jest raczej banalne. Ale trochę otwiera oczy na oną znikomą niewinność mlodzieży. Na oną nieistniejącą umiejętność wychowywania dzieci przez rodziców. Wiecie, jak zwykle, współcześnie.

Bardzo.

Dla mnie ta powieść to klon.

Nudny i przewidywalny, ale może kogoś zaintryguje?

Lund.

Tym razem nie dałam za wygraną. Tym razem chciałam zobaczyć w końcu więcej, a mimo zimna, pogoda była niesamowita. Słońce już popołudniowe, wciąż parzące, ale jednak mocne, już nie tak błyskające, ale wciąż cudownie spowijające wszystkie miejsca, bawiące się załamaniami i kolorami.

Będące wszędzie.

Lund.

Miasto stare, pradawne, teraz bardziej studencka osada, mocno rozkopana w okolicach centrum, ale jednak tak niesamowite w tych swoich kamieniczkach, małych domkach szachulcowych, onej kostce, deseczkach, drzewach, parkach… zdaje się mieć tych parków tak wiele. Tutaj coś na ksztalt pałacyku, tutaj budynki uniwersytetu, które wyglądają jak Hogwart, a tam znowu fontanna.

I kolejna i jeszcze jedna…

I kwiaty.

Wychodzące z trawników i przygotowanych dla nich miejsc. Żonkile i narcyzy, cały krąg lilii królewskich, onych koron złotych, zwisających dookola wodnej muzyki. Patrzących na one wrony i kawki, które oczywiście bezczelnie zażywają sobie kąpieli w tych pluskach i kroplach. W wodzie górnej i dolnej. Wrzeszcząc przy tym, kłócąc się, oczywiście mają pewnie jakieś powody, ale jednak, o co im chodzi?

Ale jednak… hmmm, tak o wiele bardziej są intrygujące.

Ludzie porozkładali się gdzie się da. Tutaj mija nas jakaś gromadka noworoczniaków, którzy mieli jakąś większą przeprawę na uniwerku. Obowiązkowe ubranka, do tego wszelkie dziwne pomoce… ech, przypominają się człowiekowi te czasy, gdy sam srał po nogach przed egzaminami.

I przed tym najważniejszym… ech…

… kiedy to było?

Wieki temu.

Ale jeszcze tak, w drodze udało mi się zobaczyć jeden z największych grobowców skibetowych. No po prostu mega. Znowu obok czegoś na kształt gospodarstwa a może i knajpki… nie wiem, wiecie, jeszcze nie sezon, ale jakby tak było coś takiego, zamarzyć się tuż obok takiej przeszłości? Ale warto się przełamać i zrobić włam na posesję. LOL Kamienny Statek przy S Ugglarp. Po prostu coś mega. Naprawdę. Chociaż jak dla mnie za mlody, bo się okazuje żelazny, no ale…

I ta cisza, pustka…

Ech…

Spacer po Lundzie, to historia.

Od X wieku było to miejsce o gigantycznym znaczeniu religijnym. Właściwie religia tutaj zdaje się wyzierać i z prawej i lewej. Ta katedra. Ta niebieskość kamienia w tym specyficznym świetle, te niesamowicie rzeźbione wrota i ta pustka protestancka w środku. Takie to wszystko straszne i intrygujące zarazem. Obecnie głównie służy do tego, by przysiąść sobie od strony słonecznej i wyczajnie grzać się od rozpalonych kamieni, przysiąść i nie słuchać niczego, bo tutaj jakoś tak cicho, inaczej… czy dlatego, że większość to wykształciuchy?

Tak, nawet nie wzbudzałam tutaj zadziwienia łażąc z książką.

I mają księgarnie!!!

Najważniejsze miasto Danii w XIII wieku… tak, tutaj tak łatwo zapomnieć, że kiedyś to wszystko było jednym państwem. Zasłuchać się w ten język. Czytanie jakoś idzie, ale w movie szwedzki ma tak rozkoszny zaśpiew, że nie chcę go rozumieć, bo za piękny jst by go rozumieć ot tak po prostu! Zbyt elficki, magiczny, jakiś taki może i anielski… jakoś tak zbyt przyziemna chyba jestem by być go godną… LOL

No ale!

W końcu udało mi się nie tylko obmacać lepiej katedrę, zajrzeć do niesamowitego skepiku w białym domku, ale przede wszystkim odnaleźć kamienie runiczne, które zostały zebrane w jednym z parków. Stoją tak trochę z boku, za iglakami, w kręgu, więc wiecie, można ich nie zobaczyć. A raczej niełatwo, bo przed nimi popiersie Svena Lagerbringa. Oczywiście jesteśmy w Lundagård Park. No przecież. Jak inaczej miałby się nazywać. Kamienie są niesamowite, to należy przyznać. Może i w większości to teksty w typie ja… imię… darowałem ten kamień swojemu kamratowi… ale, co tam.

Fajnie byłoby dostać taki głaz.

Wiecie… „to naprawdę ładny głaz”.

Ale poza najstarszym Muzeum Archeologicznym, którego znowu nie zobaczyłam i jednym ze starszych kompleksów szpitalnych… co jest dość intrygujące, całe miasto kryje tak wiele przesłodkich uliczek, sklepików, miejscówek, knajpek, instagramowych rajów, no po prostu… jest idealny dla fotografa, historyka i zwykłego wielbiciela rzeczy ładnych i czystych. Starych, ale wciąż jarych.

Bardzo jarych!!!

To jak? Lund następnym razem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan z Lasu… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Dziura…

„Pojawiła się na środku Wybiegu dla Jednorożców bardzo, ale to naprawdę bardzo bardzo Wielka Dziura. Całkiem niemagiczna, żadne tam przejście do Innej Narni, ale… jednak dziura. Wejście, czy wyjście?

A może tylko przejście?

Ale czekać przy niej z chlebem i solą, czy jednak pałką, bronią bardziej bodzącą, tudzież wrzącym olejem? Czy może jednak odziać się w odpowiednie ubranko w stylu Breaking Bad? I spróbować. Wiecie…

Przygody?

Ale tak naprawdę, to nikomu się nie chciało. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przechodziła okres zbyt ciepłej aberracji związanej z jej osobistym, corocznym dramatem, czyli brakiem zimy, a Pan Tealight wolał jednak się nie oddalać z Wyspy. Spacer okay, czasem, rzadko, ale coś więcej… nie.

To co z tą dziurą?

No tak sterczeli na nią. Ktoś tam wrzucił kamienia, inny pudełko czekoladek – bo lepiej żeby nas lubili – inny znowu jakąś trutkę, ktoś kolejny, kto zupełnie przypadkiem zaplątał się do tej historii w tym czasie i miejscu. spuścił tam linę, a potem zsunął się po niej niewidziany przez nikogo.

Ale czy na pewno?

Zasypali ją w końcu… a może sama zniknęła?

Jakoś tak zwyczajnie zniknęła z ich myśli, pamięci, z wybiegu… po prostu, jakby nigdy jej nie było. Ale przecież była, bo ze słoniowej pamięci Wiedźmy Wrony Pożartej nic nie umykało, więc… ale ponieważ nikt jej nie rozumiał, nikt nie pamiętał, postanowiła milczeć i na wszelki wypadek obsadzała coraz więcej miejsc drzewami, wiecie… by nagle w coś nie wpaść, ale na pewno na czymś się oprzeć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek szuka starego.

Takie wiecie, zboczenie. Powiedzmy sobie szczerze, bo jak inaczej to nazwać? Nauką? Kto tam jeszcze wierzy w naukę? Ziemia jest płaska i takie tam… ale człowiek, czyli ja, szuka starego. Pradawnego nawet, antycznego. Ale bez przesady, no spokojnie! Skane, jak się okazuje, oferuje naprawdę wiele. W ogóle Szwecja ma masę do zaoferowania. Dolmeny, kamienne kręgi, ryty naskalne, wszelkiej maści przeszłość.

Oj, oczywiście, że wiele z tych kamieni nie stoi tak jak powinna, a już te runiczne w większości nie, ale jednak, to wciąż ona przeszłość.

Namacalna.

Tym razem tylko kilka miejsc.

Pierwsze może niezbyt niesamowite, wot kilka kamieni w pobliżu czerwonego gospodarstwa, które stoi w kompletnym pustkowiu. W zieleni, gdzie nawet nie ma drzew poza tą alejką, która prowadzi do budynków. Czerwonych.

Krwistych.

Urliksberg.

Tak naprawdę niesamowite miejsce, ułożone w kształ statku kamienie na pewno skrywają więcej, niż się wydaje, ale ja już nazbyt często wątpię w to, czy należy to ujawniać. Bo i po co? Może po tych ludziach nadejdą tacy, którzy znowu będą pragnęli wiedzy, ale na razie. Może lepiej, niech ziemia skrywa swoje sekrety.

Tågarpsdösen już jest o niebo bardziej intrygującym miejscem dla zwykłego człowieka. Kurhan, zaraz przy szosie, obok płynącego ścieko-potoczku. Na nim kamienne pozostałości po dolmenie. A może i parze dolmenów zerkających na siebie, prawie bliźniaczych. Może i nie do końca trzymających fason, ale i nie zapomnianych chyba? Bo przecież na tym pustkowiu każdy je widzi.

Każdy może wspomni, może jakoś zerknie

… może…

Potem nie do końca łatwe do zlokalizowania i dotarcia cmentarzysko z dwoma kamiennymi kręgami. A przynajmniej tyle zostało. Kamienie dziwnie nieśmiało wystają z zarośli, zbliżone barwą do pni otaczających i stojących obok nich drzew. Może przerażone tym, co dzieje się po drugiej stronie drogi. A tam chyba robią ścieżkę rowerową, czy coś, może poszerzają drogę, nie wiem, ale trochę to dziwne. Piasek, folia, kamyczki… ech, pewno sama jestem tym tak zadziwiona jak one. Nie rozumiem. Nie wiem… nie widzę potrzeby. Między kamieniami, do których dociera się przekraczając uroczą dolinkę i rzeczkę, jeśli idziecie poprawną ścieżką, jakoś tak pusto. Cicho. Samotnie. Jakby i duchy stąd uciekly…

Nie mam czasu wysłuchać ich opowieści…

Głupio mi Råkefuret.

Ale przede mną jeszcze runiczne kamienie w Simri.

Kamienie są odświeżone i niesamowite. Trzeba przyznać, że nawet człek nie wiedział, że tu stoją, ale jak tak grzebie w sieci, to i nagle znajduje takie cuda. Stoją sobie dwa, tuż przy drzwiach na cmentarz i stojący na nim kościół. Nie ma boja, nie trzeba wchodzić na poświęconą ziemię, by zobaczyć i runy i one zawijasy. Może i nie mój okres chronologicznie, może i nie moja bajka, ale wiecie, te runy

Te wężowe zakończenia.

Coś w tym jest.

A teraz coś… co doprowadziło mnie do zawału. No naprawdę! Weźcie, jednak ścieżka przez poligon z żółtymi oznaczeniami: tu strzelamy i to celnie – to raczej nie to, co tygryski lubią najbardziej. A wiedźmy nienawidzą szczerze. No serio, żeby cały wielki pas asu tuż przy plaży był objęty żółtymi liniami, tablicami i tak dalej? Żeby był tylko dla wojska? Przecież to przerażające, a ja…

A ja chcę tylko zobaczyć ten niesamowity, biały kolos.

I rzeczywiście jest wielki. I jeszcze na plaży.

Havängsdösen.

Miejsce, które serio należy zobaczyć. Trzeba. I nie tylko dlatego, że plaża biała i piękna, że cała historia zdaje się lekko romantyczną, gdy pomyślicie o tym, jak to pewnej burzowej nocy XIX wieku piaski nagle podniosły się, poruszyły, roztańczyły i ukazały właśnie oną kamienną konstrukcję. Stworzną z tak niesamowicie białych skał. Dolmen otoczony pierścieniem mniejszych kamieni, oczywiście pierwotnie był kurhanem, ot górką przy plaży, a potem, nagle, z dnia na dzień stał się tajemnicą.

Co, czy też kto tam leżał?

Nie wiadomo, ale przez jakieś 5000 lat miał spokój. Teraz już go nie ma. Postępująca erozja wybrzeża Szwecja ujawnia coraz więcej takich perełek i tylko trzeba patrzeć, czekać, wiedzieć, pamiętać, że nie wszystko jeszcze odkryte.

Że tak wiele tajemnic jeszcze kryje ziemia.

Niech kryje jak najdłużej. Mi wystarczy to, co odkryte, kurde, i tak nie nadążamy wyjaśnić tych tajemnic, a co dopiero nowe…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Dziura… została wyłączona

Pan Tealight i Porwana za Starości…

„Kurde…

No bo się pomylili no.

Wiecie, z tyłu liceum, z przodu zakład dla mocno obłąkanych i doprawdy niechętnych ku egzystencji żywej i żwawej, więc… ciemno też było. Zlecenie na tej ulicy, ten dom, no kurde, nawet ubrana była jak być miało. Ale kto przewidział, tudzież kurde porządny research zrobił najpierw, albo zwyczajnie wiedział, co się we wsi dzieje, i że akurat wyprzedaż danych ciuchów była…

No ale, zareagowali.

Wiecie, przecież to miejsce wciąż jeszcze nosi na sobie znamiona onej religii pełnej czarnych suknii, wysokich kołnierzyków, bród, wąsów… no dobra, te akurat niekoniecznie u kobiet, jak kto wolał, przymusu nie było… ale jednak, przez tak długi czas religia dziwna, narzucona, sprawiała, że ludzie byli…

… spokojni.

Wyłączeni.

Ale to się zmieniło. Naprawdę, więc dlaczego zareagowali tak łapczywie i tak dość brutalnie szamocąc nią, ciągnąc za rękaw, za włosy, które niestety okazały się peruką, która to znowu siedziała ino na gumkach, nie na kleju, bo swoich kłaczków wciąż jeszcze miała sporo, więc wiecie, nie musiała, ale chciała… no i nagle oni, z tymi wielkimi łapami, w końcu to trzech chłopa na jedną niską…

… babuleńkę no.

Naprawdę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze…

Wciąż się nie przyzwyczaiłam.

Nie wiem jak to możliwe, bo przecież raczej zawsze mieszkaliśmy blisko wody, więc widoczność i słyszalność, zawsze była, teraz też. Zresztą, przyznaję, że to miejsce, akurat to, chyba jest dla nas najbardziej idealne. I jest tutaj dom na sprzedaż. Jeśli ktoś chce mnie zasponsorować, w znaczeniu moje badania i sztukę, to jak najabrdziej, tam jest przycisk „donate” chyba działa. Ekhm… no co, inni mają Patronite, czemu ja nie mogę mieć fanów, nawet wiecie, tych tam nagabywaczy?

Czy jak oni się zwą?

No ale…

Ostatnio znowu mam te sny, że nie mogę dotrzeć na wyspę. Ale nie Wyspę, tylko jakąś wyspę… jakąś, wymarzoną, która naprawdę jest mi przeznaczona, bez której nie mogę żyć, bez której wszystko mi się w życiu wali i nie mogę. Zapominam drogi, gubię promy, statki, mosty. Nie wiem… Freud by miał coś do powiedzenia, pewno Jung też, ale głupio tak umarłych gubić co do moich snów. Wystarczy… sama sobie odpowiem na to pytanie. Zwalę na własny fanatyzm wyspowy i już!!!

No co?

Ta tęsknota, potrzeba, strach nawet… to, iż to tylko sny, nie ma znaczenia, naprawdę. Wszystko nie mija gdy się budzę. Zostaje, chociaż przecież jestem na Wyspie. Przecież wychodzę z domu i zaraz plaża. I rzeka i las. I kwiatki już wyłażą i kokorycze i zawilce, i wszystkie inne. I trawki i czosnek niedźwiedzi i…

Chyba panicznie boję się, że stracę to miejsce.

Ten świat.

Jak można tak fanatycznie kochać małą cząstkę świata? No naprawdę? Jak tak można? A może jednak to możliwe? Może zdarza się wielu, ale niewielu potrafi nazwać oną tęsknotę, ból, pragnienie. Niewyobrażalny smutek… może, każdemu jest przeznaczone pewno miejsce, w którym może się czuć jak w domu?

A może nie…

Ostatnio serio coś się nam nie szczęści w tych kontaktach pasażerskich.

Tym razem chodziło o to, że stali.

Znaczy ludzie, wiecie… bo to jest tak, że bierzecie sobie autobus i możecie pojechać do stolicy i wrócić. Oczywiście złazicie na prom w czasie pływania, ale potem z powrotem do autobusu i nie martwicie się o nic. Ten was podwiezie i zawiezie, bo nieiwleu wie, że droga od nas do Koge, bo przecież nie do Kopnehagi, jest długa, płynie się jakieś 6 godzin i ogólnie mówiąc, tym bardziej teraz, to doprawdy przykra i męcząca podróż. Lepiej wziąć autobus i zwyczajnie przepłynąć się do Szwecji, a potem sławetnym mostem i już jesteście w stolicy! Ot taka ciekawostka, ale…

No właśnie, most.

Ostatnie kontrole na moście stały się bardziej namolne i naprawdę wszystko rozumiem, ale zatrzymanie wyżej wspomnianego, szczególnie teraz zawalonego bo przecież święta, autobusu za 10 stojących pasażerów okazało się zgodne z prawami unijnymi, ale jednak niezgodne z prawami szwedzkimi? No nie wiem, kto miał rację? Prawda taka, że autobus od zostania w Ystad uratowało ino spóźnienie promu.

A tak, prom na autobus nie czeka.

Już się tak zdarzyło.

To też wyraz nowej polityki nowego przewoźnika. Nie baczyć na ludzi. A może baczyć na ludzi, w końcu każdemu nie dopieścisz, co nie?

Tak naprawdę czasem się zastanwiam mocno nad tym chodzeniem po wodzie? Albo amfibią chociaż jak u Pana Samochodzika, ale to akwen tak bardzo ruchliwy i niebezpieczny, że chyba dam sobie siana i będę cierpieć jak wszyscy biedni. I tyle… składać ofiary morskim bytom, nie za bardzo włazić w oko przewoźnikowi, bo jeszcze z powodów religijnych mnie usuną z promu… wiecie, zastraszanie to coś w czym są naprawdę i całkowicie super!!!

Niestety.

I tak, to się dzieje tutaj. W onym, już nie najszczęśliwszym z krajów, ale jednak wciąż utrzymującym się w czołówce. Pewnie dzięki prochom i piciu, ale nie mówmy o tym. Każdy se radzi jak może i ja nie oceniam.

Ale po co tak kłamać?

Może jednak nauczę się latać?

PS. 2 tysiące ludzi oglądało wypuszczanie krów… eeee, okay. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porwana za Starości… została wyłączona

Pan Tealight i Niezaspokojenie…

„Wisiało w powietrzu i pierdziało po babeczkach z czerwonej fasolki, co to podobno takie zdrowe były i tak dalej. Wzdęte, zaczerwienione…

Niezaspokojenie.

Wisiało sobie i całkowicie olewało to, że po pierwsze było grube, zaczerwienione i opuchniętę… po drugie naprawdę powinno było się czegoś napić i może wziąć jakieś leki, czy coś, a po trzecie… po trzecie wkurwiało Wiedźmę Wronę Pożartą tak wisząc i niespadając. Wkurwiało ją tak mocno, że nawet one rąbane święta, których tak bardzo nieznosiła, jakoś uchodziły bokiem. Pan Tealight nawet widział Ducha Wielkanocy, który szczuplutki, ale wiecie, z mlecznej czekolady, umykał ogródkami, nisko przy ziemi, gubiąc jajeczka, coby tylko go nie zobaczyła…

… bo jak go zobaczyła ostatnim razem, znaczy rok temu ponad, to tak się na niego spojrzała jakoś, z takim wyrzutem i w ogóle, że ten całkiem nie mógł się wykluć z myśli potem. Znaczy przez cały ten swój tydzień.

No wiecie.

Nie mógł.

Widać w tym roku wszystko miało się skupić na onym Niezaspokojeniu, co to teraz zabrało się za krówki – do których serio nikomu nie wolno było się dotykać, bo były tylko dla Wiedźmy Wrony i to tylko na specjalną okazję lub bolączkę, ale… widać ten jakoś zlazł, albo mieli w Sklepiku szpiega.

Jedno lub drugie.

Nic nie zwiastywało spełnienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Żona mordercy” – … początek. Tak, drugi tom juz w księgarniach!!! I wiecie co, warto od razu zaopatrzyć się w obydwa. Bo jakoś takoś zakończenie pozostawia nas w dość…

… hmmm, intrygującym momencie?

Oto opowieść o niej. O kobiecie, która nie wiedziała. Która nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej mąż robił TO WSZYSTKO. Że jest mordercą. I to wyrachowanym. Zboczonym. Pokręconym. Nadzwyczajnie inteligentnym.

Ojcem jej dzieci.

Od czasu, gdy on znalazł się w więzieniu ona i dzieci uciekają. Uciekają przed światem, przed codziennością innych ludzi polegającą na wpychaniu nosa w sprawy innych. Przed nienawiścią, przed innością. Tak bardzo pragną spokoju. Potrzebują go. Ona go potrzebuje i jej dwójka dzieci też.

Przecież nic nie zrobili.

Nie wiedzieli…

Ta powieść, choć niestety spisana oną nowomodną prozą z krótkimi zdaniami, z naciskiem na brak zbyt długich przypisów, opisów i tym podobnych, wciąga od początku. Bo naprawdę. no jak mogła nie wiedzieć? No jak? Przecież żyli ze sobą od tak dawna? Przecież urodziła jego dzieci. Przecież gotowała, sprzątała, uprawiała z nim seks!!! Nie wiecie, jako czytelnik, co mamy myśleć… przecież wciąż, gdzieś tam w środku, nie pozwalamy sobie na uwierzenie jej. Bo czy powinniśmy?

No przecież jak mogła…

A może mogła?

Ale może to nie jest ważne tylko to, by zapewnić dzieciom dzieciństwo, dojrzewanie i życie bez skazy „dzieci mordercy”. I by nie stały się takie jak on, bo jak wiemy, naśladownictwo to taka zwyczajna sprawa w tych kryminalistycznych sferach… Dlatego zamknijcie się w opowieści o kobiecie, która myśli, że może w końcu udało jej się odnaleźć raj? Miejsce, gdzie może żyć.

Przerażona, ale jednak… w miarę wolna?

Ale… czy takie miejsce istnieje dla żony mordercy?

Czasem się zastanawiam ile tajemnic tak naprawdę kryje Wyspa.

I nie, nie mówię o Tempariuszach, jaskiniach, załamaniach. O archeologii, historii, papierach zakopanych na strychach starych gospodarstw. O starej linii kolejowej, wciąż widocznej w pozostalościach… nie, wcale o tym nie mówię. Nawet o tych tajemnicach Morza Bałtyckiego, które tutaj jest takie niebezpieczne z tymi wszystkimi wrakami i odpadami radioaktywnymi…

I planami na przeprowadzenie czy tunelu, czy gazowej niespodzianki… nie, naprawdę nie chodzi mi o to, a może nie tylko o to… Nawet już nie mówię o dziwacznych planach duńskiego rządu w stosunku do Wyspy, nie, bo za bardzo się wtedy wkurzam, więc serio, lepiej żebym nie poruszała tego tematu, naprawdę. Robię się agresywna!!! Dlatego lepiej… pomyśleć o onych tajemnicach. Nawet nie legendach, nie opowieściach ludów podziemnych.

Nie…

Ale o tych tajemnicach kryjących się za oknami.

Za tymi odkrytymi oknami, bez firanek, zasłonek, czasem tylko z żaluzjami, gdy słonko pali nazbytnio… czasem z tymi wystawkami mówiącymi o mieszkańcach tak wiele i tak bardzo często… kompletnie nic.

Ile ich się kryje?

Szkieletów w szafach, czy raczej, tutaj, w onych wielkich, drewnianych skrzyniach po pradziadkach. No dobra, może poza pradziadkiem, wiecie… w końcu ten mógł dokonać żywota spokojnie, być pochowany na cmentarzu. Pod wielkim kamieniem stylizowanym na wikiński nagrobek. Miejscami wypolerowanym…

Nie, może nie pradziadek, czy teściowa…

Ale jakiś tam osobnik, o którego nikt nie pyta?

Sami pomyślcie.

To miejsce aż się prosi o bycie kryjówką dla seryjnego mordercy, co to wyjeżdża na łowy i wraca tutaj z trofeami!!!

Dobra, oczywiście że to dość czarny scenariusz, ale przy tym wyjącym wietrze i nocy ciemnej jak to tylko noc być potrafi, bo akurat niebiosa zachmurzone na maksa, fale huczą w niedalekiej nieoddali… aż się prosi nie tyle o kryminał czy sensację, ale właśnie o najprawdziwszy horror. o gościa gotującego sobie ludzkie udka, o paluszki w panierce i gałki oczne, no oczywiście, że ino takie w wekach, bo gałki inaczej zwyczajnie jeść nie przystoi.

Naprawdę.

Siedzi sobie taki delikwent właśnie nocą i wiecie, tego no, smutki zajada, bo żadna pana go nie chce bo podobno w modzie teraz wyłącznie roślinożercy, a on roślinki kocha bardzo, hoduje je, no nawet szklarenkę ma przytuloną do tej swojej, świeżo bielonej chatki… i kwiaty w niej piękne, i żadne z nich żarłoczne… przydałaby mu się do życia jeszcze miłość jakaś, ale jak tylko widzą te jego mięsne upodobania, to, co dziwne, żadna na policję nie leci, ale oczywiście od razu go rzucają, bo mięso.

Jedna, to nawet była okay, że nie krowie czy świńskie, ale koty kochała, a wiecie, on koty niebardzo, więc im nie wyszło.

Smaczna była…

Hihihi… naprawdę wiatr duje.

A jak duje, to człek nie musi czytać, same mu się opwoieści porąbane i pokręcone, wybitnie świadczące o niepokojach umysłowych, czy, jeśli weźmiemy pod uwagę kobiecość, to wiecie, onych smutkach macicy, czy jak to w przeszłości zwali, a i znowu zaczynają zwać, ci tam maści wszelkiej, psychiatrolodzy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezaspokojenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmit…

Kosmit miał swój spodek, filiżankę i kubeczek, no i oczywiście statek, ale wiecie, składany, więc nie pokazywał go każdemu. Wiedźma Wrona Pożarta twierdziła, że raz go widziała, ale Pan Tealight nie był pewien, czy czasem nie robi go w jakiegoś, niecukrowanego barana…

Albo inną rogaciznę.

Podobną.

Naprawdę nie do końca jej dowierzał.

Wróć… Tak naprawdę, to serio był pewien, że ona jakoś go tak inaczej niż zwykle okłamuje, może i nie do końca, ale nie był w stanie znaleźć i onego końca zakończenia ni początku, który mógłby coś wyjaśniać. Bo przecież… nie żeby nie wierzył w kosmitów, alienów czy co tam, ale żeby koleś był takim zwolennikiem herbaty i to wyłącznie liściastej, i to z miodem oraz koniecznym listkiem kapustki pekińskiej, którą ona filiżanka zawsze musiała być wyłożona?

No serio, to nie było normalne… a co jak co, w życiu Pana Tealighta, Przedwiecznego, nic takowe przecież nie było, więc gdy określał coś takim słowem było kiepsko… było dziwnie nieznajomo i zaskakująco z takiej strony, że gdy się z onego zaskoczenia podskakiwało, to dziura w suficie była pewna i ogromna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tysiące…

A niektórzy to nawet się nie dostali na prom. No mówię wam, niby to takie tylko święto, ale przez to, że Dania świętuje właściwie przez cały tydzień, więc nasz sławetny przewoźnik wody dał ciała… znacyz dupy?

Wiosła?

No nie wiem jak to określić.

Po pierwsze okazuje się, że na Wyspę skierowało się prawie 10 tysięcy osobników. No, może 8, ale biorąc pod uwagę ich pomyłki, to stawiam na więcej. Pewno pogoda ich zaskoczy, ale nic to. Problem widzę raczej w tym, że spora część z nich przywozi ze sobą samochód, a to oznacza, że będzie dym. Ech… większość oczywiście postanowiła przypłynąć z Ystad, wiecie, taka to wyspa, co to ma bliżej to Szwecji niż do kraju, do którego przynależy politycznie.

No ale… geografie są skomplikowane.

Za to jak człek sobie pomyśli, że zwyczajowa liczba ludności nagle ma się powiększyć o jedną czwartą, to trochę mną to rusza. Ale z drugiej strony i tak nauczyłam się tutaj, że kłamać kłamią wszyscy, więc raczej przyjeżdżają tylko po to by poudawać, że tu mieszkają, że sprzątają, żyją i tym podobne. Może kupili domy, może i mają przymus zamieszkania, może go nie mają, zależy od miejsca na Wyspie, ale…

Tia, ludzie…

Dziwna sprawa po tych pustkach zimowych. Uwielbiam je. Naprawdę. Dla nich warto tutaj mieszkać. Ale ten nagły zjazd ludzi to koszmar dla zwyczajnego człowieka, który znowu będzie polował na jedzenie i tak dalej. Ale jak się okazuje koszmarnie skończyło się to i dla naszego przewoźnika, bo w sobotę na główny prom nie udało się załadować planowanej liczby ludzi. Co gorsza, zapomnieli zabrać autko z pocztą, które to podobno ma na stałe wykupione miejsce… hmmm, no nic to. Dodatkowo ma pływać jakiś inny prom, co to nie pasuje wyjściowo do portu w Ystad, więc znowu jest ubaw.

Oby tylko nic się nie stało…

Serio, bo to się aż prosi o kolejne problemy i wypadki.

Przetrwajmy to, potem znowu dadzą nam spokój do czerwca… jak zwykle…

To jest takie zaskakujące, że poza onymi sezonami i napadami Turyścizny, Wyspa jest pusta i naturalna. No dobra, może te wylewy świństwa na pola wypalają skórę, oczy i zmieniają pranie w dziwnie chrupki i cuchnący spęd tekstyliów

… ale…

Czyż nie powinniśmy już do tego przywyknąć?

Bardziej mnie rusza to, że chcą śliczne łączki zamienić w jebane parkingi. I sorry, ale nie rozumiem. No bo, czy naprawdę jest aż taka potrzeba? Na te kilka tygodni? Niech zostawiają te auta, a nie muszą je mieć zawsze pod nosem! Przecież to wszystko jest naprawdę absurdalne. A kolejny parking?

Bleeee…

Las byśmy zasadzili?!

No weźcie!!!

Wiadomo, że zwykły ludź na niczym się nie zna i ogólnie działa na szkodę itp. itd. Wiecie, stara śpiewka. Potem przylezą lizać nam dupska jak przyjdą wybory, ale na razie można sobie mieszkańcem wycierać podłogę. Bo cóż to za plebs być musi, co to mieszka na Wyspie cały rok.

Co to, na wakacje na Majorce ich nie stać?!

No zwyrodnialcy!!!

I nam zwyrodnialcom amen!!!

Tak, niektórzy kochają ciszę, morze, naturę i to im wystarcza. Tak, trzeba być dość specyficzną duszą, by czuć się tutaj dobrze i by z tego korzystać, ale jednak dla nas warto. Dla tych, co się nie boją braków w internetach i tym podobnych. Co nie muszą mieć imprez pod bokiem i wielkich centrów handlowych. Tak, istnieją takie osobniki. No mówię wam, to my zwyrodnialcy!!! Buuuu!!! Hihihi!!!

No ale… nie chcę parkingu pod nosem!!!

Nieeee!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmit… została wyłączona

Pan Tealight i Bałwan z Zapłonem…

„No bo…

Dobra.

Miał zapłon serio opóźniony, serio, ale Pani Zima też przyszła dziwnie, jakby powtórnie w tym roku. Pojawiła się w kwietniu, schłodziła Wyspę, sprowadziła Północny Wiatr, wiecie, tego zboczeńca, co to uwielbia zaglądać ludziom w okna, podwiewać kiecki i wciskać się w miejsca…

… ekhm intymne.

Nawet śneigu trochę sypnęła. No czyste szaleństwo i rozpusta, ale Wiedźma Wrona Pożarta nie dała się nabrać na te jej sztuczki. Wiedziała, że to przecież ino chwilowe. Że co jak co, ale nie narobiła się Zima tego roku, czy też poprzedniego grudnia i wiecie, nie dała jej tego, czego ona potrzeboawała.

Zimna…

Śniegu.

Wiedziała, że to, ta anomalia, choć nie do końca, w końcu kwiecień plecień, co nie… no więc ona dziwność w powietrzu, zaraz zniknie. Zaraz przejdzie, rozwieje się i nasłoneczni. I tak dalej. I znowu będzie zbyt jasno i zbyt ciepło, ale gdy zobaczyła Bałwana, wiecie, lekkoducha, w słomkowej czpie, czapie nie kapeutku, w bandanie w kwiatuszki, kroczącego sobie spokojnie ulicą, to wiedziała, co musi zrobić.

Dogadali się szybko.

Duża zamrażarka stojąca, ale wiecie, no bez szufladek no, zresztą, takiego ciała nikt przecież nie zobaczy, a anwet jeśli, to jeszcze trochę miejsca zostało… późniejsza wymiana zimno-zimna i jedna opowieść dziennie…

… i już…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I śnieg…

I zima?

No nie do końca. Ale rzeczywiście poprzedni tydzień nas zaskoczył. Nie dość, ze temperatury sobie spadły w pobliże zera i to w ciągu dnia, to jeszcze dodatko nas zaśnieżyło. Oczywiście, iż tylko miejscowo, w okolicach Almindingen i Hammershusa, ale jednak, wiecie. Się liczy. Śnieg. Kurcze. W kwietniu.

Na wiosnę.

Tutaj nawet zimą przecież go brakuje.

No ale… jakby co, nadal ochłodzenie. Podobno na kontynencie nawet mroźnie, ale co tam oni, u nas oczywiście orka. Znaczy naprawdę. Jest sobie traktorek i jeździ po polu. Powiem wam, lepsze niż jakieś tam Netflixy. No dobra, od pola dzieli nas i kawałek ziemi i droga i trzy rzędy krzaczków i jeszcze trawmik, ogródek, taras i tak dalej, ale jednak siedzi człek, albo stoi przy oknie, tudzież drzwiach na taras i gapi się na ono dziwo ze światełkiem. Wiecie, styl na ufoka, jak nic.

Dlaczego stary człowiek się gapi?

A dlatego, że za onym ustrojstwem, które traktorek za sobą ciągnie, niczym jakaś najświętsza procesja, unoszą się oczywiście i mewy i wrony, a i pewnikiem mniejsze ptactwo. Dalczego? bo nadal susza, a ten przynajmniej trochę ziemię rozrusza, co oznacza robale!!! JEJE!!!

Znaczy się jak nic dla nich takie KFC?

Co nie?

Powiem wam, że serio, mewy są może dla wielu wkurzające, wiadomo, srają wymownie, potrafią stanąć blisko i patrzeć jak jecie, czy na przykład wybierają mi skamieniałe rozgwizdy z doniczki i wynoszą mi je na taras. Nie wiem, czy brakuje im wapna, czy co, ale no nawet ich dziób im nie da rady. I w jaki sposób do grzyba jasnego, odnalazły te dwie bidulki w mojej zarośniętej tymiankiem doniczce?

No serio?

Jak, ja się pytam?

Ptaszydła, co jak co, ale naprawdę mamy tutaj aż nazbytnio inteligentne. Już nie chodzi tyko o wrony, wiadomo, że te to biją wszystko na głowę, ale te ich tańce na dachu, domaganie się jedzenia, to podchodzenie coraz bliżej, to patrzenie się, niczym powietrzne ryby… bo wiecie, wielkie dzioby, oczy po bokach… ciekawe co widzą jak patrzą tak na wprost? I czy w ogóle tak patrzą?

No wiecie…

Czasami?

Nie wiem.

Podglądanie ich to naprawdę szaleństwo. Bo przecież to tylko gapieie się, ale jestem naukowcem, da się to upchnąć w badanie dziwnego zachowania pani w wieku średnim, która nagle oszalała na punkcie pierzastych badziej… niż zwykle się jej zdarzało. Tudzież syndrom wroniego i mewiego zadziwienia? Da się przepchnąć jako praca z ramienia antropologii kulturowej, co nie?

Jak nic się da, gdy dorzucimy moje dzieciństwo.

Wiecie, podstawy muszą być!!!

A gapienie się?

No co ja na to poradzę, że one są po prostu niesamowite. I co najlepsze, dobrze wiedzą, że na nie patrzycie. Jeśli tylko zbliżycie się nazbyt, znikną. Pęd powietrza ogromnych mewich skrzydeł powala, ale nic to. Poczucie tego jest zwyczajnie niesamowite. Bo przecież mimo onego życia tak zbyt blisko człowieka, to przecież wciąż są dzikie ptaki. To one wybierają, czy pozwolą ci się spoufalać, czy nie…

Zwykle nie.

Ale czasem…

PS. Wielkie otwarcie naszego nowego portu, jakby ktoś był zainteresowany. Przemyt wliczony w cenę? A bo ja to wiem? Nic nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bałwan z Zapłonem… została wyłączona

Pan Tealight i Bestia Kieszonkowa…

„Uwaga! Uwaga!!!

Promocja na jedyne takie!!!

Bestie Kieszonkowe, wyłącznie dla dorosłych. Dobijają sarkazmem oraz świńskimi żartami!!! Bestie zwracające na siebie uwagę, ale z możliwością wyciszenia, lekkiego przytłumienia, aczkolwiek nigdy… całkowitego usunięcia z własnej, pewno i tak nudnej, się nie oszukujcie, codzienności.

Oto one!!!

Bestie Kieszonkowe w różnych rozmiarach, kolorach i kształtach. Z predyspozycjami, lub i bez nich, z możliwościami, albo wiecie, takie całkiem bezbarwne… Są w szlaczki, są we wzroki, dopasowane do nacjonalizmu osobnika noszącego kieszeń, lub jego koloru paznokci czy samochodu. Jak komu co. Jak komu i wiele. Latające, fruwające, pełzające, zdolne wniknąć w ciało osobnika, albo też brzydzące się nim, dzięki czemu wzrasta własna samokrytyka kieszonkowca.

Bestie Kieszonkowe, które uprzejmią lub uprzykrzą ci życie.

Dma masochistów, desperatów, depresjonistów i tych nie do końca zdefiniowanych. Dla prawych i lewych. Wolących i niechcących. Dla wysokich i niskich, pięknych i szpetnych, Bestie nieoceniające, lub te krytykujące każdy twój krok. Te lizodupskie i te, które zawsze zasolą kopa! Jak sobie kupicie, tak się nie wyśpicie!!! Niewidzilne dla innych, by naprawdę nie utrudniać wam życia, ale też takie spełniające wasze dziwne, popierniczone, świńskie zapewne wariacje!

Bestie osobnicze i rodzinne.

Bestie grupowe i symbolicznie duchowe.

Kłamiące w prawo i lewo, całkowicie subordynowane, albo i te z tak wielkim własnym zdaniem, że do kieszeni dokupujecie garaż!!!

Już dostępne.

W dziwnych cenach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „48” – … napaliłam się na tę powieść jak „emeryt na dwudziestkę”… a może trzydziestkę, no nie wiem, ale naprawdę miałam „great hopes”… a tutaj nic.

Kurde no!!!

Właściwie nawet nie pamiętam o co chodziło.

No dobra była ona i on. On zwyczajowo stuknięty, psychiczny, tym razem klasterowe bóle głowy i masa innych schorzeń, ona młoda i kobieta oczywiście, więc… nie no, oczywiście, że są zbrodnie i to ona wpada na to jak, co i dlaczego, ale jednak… kurcze, o czym to wszystko było?

Nie pamiętam.

Kompletnie.

Rzecz ma się oczywiście w okolicach seryjnego mordercy. Tutaj kogoś porwał, tutaj innemu każe rozwiązać zagadkę, może i ci się uda, może i ofiara przeżyje, możesz mu przecież zaufać… ale jak powiązać te wszystkie wątki, jak uzmysłowić sobie, że to jeden człowiek odpowiada za te wszystkie zbrodnie. Że można aż tak nienawidzić, aż tak być pokręconym. Ale przecież te wszystkie osoby są takie przypadkowe…

No i chyba właśnie tutaj tkwi problem.

Za bardzo skupiając się na całej masie przeróżnych osób nagle… oni nas nie obchodzą. Ci zmarli. Tak naprawdę, jako czytelnik, nie jesteśmy w stanie wczuć się w ich ból, być tymi poszukującymi, grzebiąc w pamięci, wiedząc, że zegar tyka, iż nie mamy czasu na pomyłki! Dowiadując się kolejnych rzeczzy o tych, których kochamy, wciąż przecież kochamy. A potem… rozwiązanie i właściwie, nic nas to nie obchodzi. Kompletnie. Bo tak, oczywiście, on jest intrygujący i inteligentny, ale takich jak on w powieściach kryminalnych na pęczki. Rąbany Sheldon od zbrodni.

Można przeczytać, ale bez oczekiwań!

Spacerek…

Gorąco.

Nagle się okazuje, iż mimo lodowatego wiatru z północy, nabrzeże rozgrzało się właściwie do czerwoności. Ludzi niewiele, jacyś idioci z zestawem głośno ich informujacym ile to kroków przelźli. I jaką to prędkość osiągają. Ciekawe, czy zauważyli jak załamują się fale, jak niesamowicie powietrze, choć suche, pachnie. Jak kolory zdają się odrywać od siebie, szmaragdy, kobalty, błękity… wszystko to jest tuż za skałami. A czasem i między nimi. Ale jeżeli między nimi, między szarościami, grafitami, różami a nawet czerwieniami, coś się szkli. Coś neonuje.

Coś się przemyka…

Te zielone wodorosty.

Te, które wolą zimne czasy, a które tak bardzo ożywiają to wszystko. Podobnie wszelkie bladozielone porosty i te srebrzyste, tworzące koliste plamki na nierównych skałach. Prawie jak ryty naskalne, prawie jak wiadomości z przeszłości…

Prawie jak…

Człowiek mógłby się zatrzymać, ale tak naprawdę, nie może. Przystanie na chwilę, ale nagle zmienia się w tych biegaczy, tych szalonych chodziarzy czy wariatów pchanjacych się tutaj z wózkiem. Pędzi gdzieś. Bo jakoś tak chce się umęczyć. Bo jakoś tak gorąco, a on miał przecież tylko na chwilkę wyjść z domu, bo czuje się jak cuchnąca kapucha, ale jednak… wszystko się zmienia, tutaj zakręca, tu przystaje, ustawi dwa kamyki na sobie, pomyśli, że może dobrze by było sprawdzić jeszcze co za zakrętem…

A potem ląduje na wzgórzu.

A potem znowu się wspina. Bo jakoś tak chce mu się nagle ruszać. Wymijając krowie placki, bo wiecie, u nas przecież natura. Taka dziwna normalność. I choć na krzaczkach nie ma jeszcze liści, choć są pojedyncze kwiatki i pączki, to wciąż jakoś tak czuję tylko zimę w powietrzu. Może naprawdę ona wróci?

Może?

I co wtedy?

Może i zima wróci.

Może i cały świat chce nam dać do zrozumienia, że coś tutaj jest nie tak, ale jednak czy mu uwierzymy? No dobra, ja uwierzyłam. Nie czuję wiosny. Zresztą, przecież kocham zimę. No kurcze, no! Przecież tak mi lepiej. Ale jednak ten cały żar w powietrzu zniewala. Jest suchy i pożera każdą wilgoć, którą napotyka. Próbujesz się mu sprzeciwić, ale jednak nic z tego. Natura cię pokona.

Jest chciwa i zaborcza i nie toleruje kompromisów.

O nie, nie ona.

Kiedy człowiek zaczął przestać się bać natury? Od kiedy to nauka stała się nie sobą samą, a właśnie bogiem zdolnym wytłumaczyć wszystko. A raczej rzucić w twarz każdemu zgrają wszelakich tez, hipotez i tym podobnych tekstów, ale przecież… w tak wielkiej części to gdybania. Od tak dawna badania nie są przeprowadzane powolnie, z masą świnek doświadczalnych i czasem przeznaczonym na powolne wprowadzanie produktu… także i tego zwanego wiedzą.

Co by się stało, gdby nagle powiedziano nam prawdę?

Wiecie…

Gdybyśmy nagle mieli dostęp do każdych teorii? Za stara już jestem, żeby uznawać spiskowe za niemożliwe. Zbyt wiele z nich zmieniło się w jawne, a za niektóre nawet politycy przepraszali. Ech, co to za czasy były. Dziś już nawet nie przepraszają, raczej zwyczajnie zwalają winę na ludzi, a ludzie przyczepienie do wszelakich urządzeń wszystko łykną. Jak ci z wózkiem, co to się nagle zgubili.

A kto im kazał iść za nami?

Wariaci.

Człek chce sobie fotkę zrobić, to zagłębia się w znane, a ich internety niestety znane uznają za nieznane, a może po prostu linie im się zlały, kto to wie… no więc ponownie mózg ponad dziwnymi ustrojstwami. Serio! Polecam kompas i mapę!!! Naprawdę! To się sprawdza zawsze, no i jeszcze układ gwiazd i słonko.

Chyba że te burze magnetyczne coś sfafulą?

Ale wtedy… no i co z tego, że się człek na wybrzeżu zagubił? To mała Wyspa, zawsze się gdzieś dojdzie, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bestia Kieszonkowa… została wyłączona

Pan Tealight i Tomorrow…

„Chodziło o to, że Tomorrow się zbiesiło i stwierdziło, że nie ma zamiaru, ani wszelakiego chcenia, coby się przytrafić.

Nie i tyle!!!

Ani karami piekielnymi, niebiańskimi i odchudzającymi, ani kuszenie wszelką cudownością i smakowitością i odpoczynkami, kasą, podróżami… no ni w te ni wewte nie dawało się przekonać, by nastać. I tak rozpoczęło się Teraz. Wiekuiste i całkowicie nieywmienialne Teraz.

Bez Tomorrow.

I nagle…

… nic się nie zmieniło. I nagle każdy sobie uświadomił, że wcale nie potrzebował Tomorrow, bo przecież pracuje i żyje Teraz, wyłącznie i tak dalej, a to całe przyszłe czy przeszłe tak płynne jest w każdej mózgownicy, że aż… boli. Dziwnie boli. Aż zaskakuje. Nagle uświadamiasz sobie ogromne kłamstwo tego, że Tomorrow… choć przecież namacalne, szczupłe, nazbyt perfekcyjnie umięśnione, świetnie ubrane, idealnie wychowane i tak dalej… nie istnieje.

Nie ma go…

Nigdy nie było.

Była wyłącznie religia, a może i li tylko mit, jakaś legenda, która się ucieleśniła i omamiła większość świata… a może i każdego?

… i nic się nie zmieniło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna.

Sucha wiosna jest dziwna.

W powietrzu unosi się pył.

Orający traktor zostawia za sobą ogromną chmurę formującą się w powietrzu w dziwne kształty. Szczególnie, jeśli na chwilę przestaje wiać. Jeśli na moment świat się uspokoi i w onym havgusie zawisną drobinki ziemi, która teraz przemienia się w kształtujący światy pył. Tutaj coś zwierzęcego, jakby afrykańska sawanna, jakieś słonie, jakieś żyrafy, może i tygrys nawet… a potem coś z północy, miś polarny, który naprawdę ma ochotę na dziwną, falującą rybę. A potem znowu Afryka, a potem węże i pajęczaki, a potem jakby coś na kształt człowieka, a może jednak człowiek…

Taki, który nie chce już być cielesnością, a i intrygują go te zmienności, one możliwości wszelakie. To, co sprawia, że można być wszystkim i sobą przez cały czas. Że można zachowując swoją osobowość przez jakiś czas biec na czterech, wilczych łapach. Bo czemu nie? Bo dlaczego nie? Przecież… czasem każdy chce. Każdy chce chociaż też się dowiedzieć jak to jest… tak być, za drzewami. Z jednej strony podziwianym, z drugiej jednak wciąż tępionym zwierzakiem. Bo przecież tak postrzegacie wilki.

Czyż nie?

No ale…

Może i plonów wielkich nie będzie?

Może i nic tak naprawdę nie wzejdzie? Może… zaczynam się bać. Naprawdę. Zaczynam się bać, że wszystko się powtórzy, a nawet będzie gorzej, bo nie mamy zeszłorocznego, topniejącego śniegu. Nie mamy zapasu wody. Gdzie niegdzie rzeczywiście można jeszcze znaleźć jakieś podmokłości, ale rzadko.

… więc jak to wszystko ma wzejść?

Skąd woda?

Jak najbardziej świat szykuje się na święta.

Jak najbardziej, ponownie, będą one świeckie, cudownie rodzinne miejscami, no i oczywiście takie wiecie, bardziej rozrywkowe. Spacery, biegania, sprzątania domków letniskowych. Dla jednych nadgonienie pracy, dla innych wycieczki zagraniczne. A dla mnie? Praca.

Może i jakieś tam zawroty głowy, ale raczej nie.

Pewnie nie.

Ale nic to, najważniejsze, że Chowaniec ma wolne, a ja z tych dziwnych żon, co lubią męża mieć w domu, choć tak naprawdę nie pamiętam życia bez niego. Wiecie, jak już mija 20 lat razem, to tak jakoś jest. Inaczej się nie da. Coś trzeba czuć do człowieka, żeby z nim być tak długo, ni chyba, że ktoś masochista.

Ale takie zboczenia też są.

Chyba?

No mniejsza. Jeśli chodzi o naturę, to bazie już przekwitły, krokusy, jak się okazało, w niektórych miejscach wciąż stoją, dzielnie z żonkilami, które u nas oczywiście szaleją wszędzie. Nie wiem, czy ktoś je sadzi, czy się plenią szalenie, ale niech sobie będą. Zawsze to jakiś koloryt. Na drzewach są pączki, na niektórych nawet są i pojedyncze kwiatki, w końcu słońce troszkę wali, choć wieje… na południu temperatura wyższa, u nas chłodniej, ale nic to. Ja tam wolę chłodniej przecież.

Ale słońce świeci.

YAY!!!

Nic to. Niech sobie świeci, ale i wiatr i promienie słoneczne niszczą co popadnie. To wszystko zwyczajnie wygląda źle. Przerażająco. A powietrze. Chociaż nad morzem, w płucach jakoś tak coś człowiekowi zgrzyta. Ciekawe jak to się rozwinie. Ciekawe, czy uda nam się to rozwinąć. Czy uda nam się… jakoś tak, przetrwać?

Choć trochę?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tomorrow… została wyłączona

Pan Tealight i Szaman…

„No miała Szamana i tyle.

Bo niby kto miał jej zabronić?

Że niby inne nie miały i jakoś im się życie kręciło? A ona ma… a co to komu i do czego? Przecież nie was objada!!! A żerty jest!!! Kurna, mały taki, białawy między kąpielami corocznymi, ale jednak jak co do czego przychodzi, to wsuwa i michę zupy i ciastko, potem udko kurczaka, ziemniaki, nawet zielonym nie pogardzi, a już jak jajo gotowane jest… no po prostu za nimi przepada.

No taki żerty!

Żesz jakby zapełniał jakąś w sobie dziurę czarną.

Jakąś całkowicie niesamowicie porąbaną. Taką zasysającą wszystko to, co może i czego nie może, co powinien i nie do końca może powinien i tak dalej, więc… wiecie, może to była i wciąż jest, w końcu on robotny dwadzieścia cztery na siedem, jego istota. Wiecie, ona szamańska siła, która go prowadzi, tudzież, zwyczajnie pozwala mu wytrzymać z Wiedźmą Wroną Pożartą.

Do końca nikt nie wiedział, może i nawet ona sama dlaczego i naprawdę skąd, tudzież za sprawą czyją, pojawił się w jej życiu. Jasny taki, niewielki, całkiem kieszonkowy i mocno przebojowy, przylepny, z własnymi wisiorkami, wiecie, onym całym, szamańskim jestestwem… siłą zaśpiewu, umiejętnością odczytywania niebiańskich run i oczywiście… możliwością wejrzenia w głąb najgłębszą. Wszystkiego i wszystkich. Sił naturalnych i tych, które tworzą ci, dziwnie nie stąd…

No więc, ona go miała.

I więcej na ten temat nie wiecie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Biec…

Coś się stało…

Trzeba biec, więc pobiegłam. A wiecie, ja i bieganie… ja i ludzie po drodze. Ja i w ogóle ludzie. Ja i świat dookolny. Ale istnieje coś takiego jak adrenalina, a to oznacza haj, który popędzi cię, umożliwi porozumiewanie się w 3 językach byle tylko znaleźć mechanika, bo ty jesteś w miejscu, w którym nie powinnaś być, do Ystad spory kawałek, a prom odpływa jakąś godzinę, może godzinę i pół?

Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale wydawało mi się to jedynym wyjściem.

Pewno, ze mogło być zamknięte, ale, no przecież jest coś takiego jak emergency. I tak, ja nie z tych co chwytają za telefon. Nie mam go. Mam ino staruszka ICE w domu i tyle. Ale mam nogi i jak się okazało nogi są w stanie sprowadzić pomoc szybciej niż ubezpieczenie i wydzwanianie. A może to bieganie i wyglądanie jak opętana wariatka w czarnych ciuchach, z włosami w „szopena”…

Powiem wam jedno, ludzie są inni, gdy się do nich podbiega…

Boją się.

Są jak ja.

To było zaskakujące odkrycie, naprawdę. Że oni też się boją. Każdy się rozluźnia, gdy wie, że nie chcecie pomocy od niego, tylko potwierdzenia, że kierunek, w którym biegniesz jest poprawny. Że mechanik jest na wzgórzu, a właściwie kawałek za nim…

… więc biegniesz.

I kurde strasznie to filmowe.

Jakbym to nie była ja, ale ktoś inny. Wyłażę z ciała i latam nad budynkami, nad dachami, nad naprawdę pustym, nadmorskim miasteczkiem, z któego nie odpływa mój prom, widzę drogę, którą już powinniśmy wrcać, ale przecież samochód nie odpala, więc jak? Pchać? To chyba już nie te czasy…

… więc biegnę.

Odkrycie, że się dobiegło sprawia, że kurcze, adrenalina ucieka, a ja ryczę. Ryczę przed obcym facetem, co tam ma wypasiony samochód nawet nie wiedząc, a może wiedząc, przecież umiem czytać, że to nie mechanik, a diler, wielki, ogromny, ale diler… i on w końcu mówi, że mi pomoże. I człek wsiada do tego auta i przestaje biec…

… ale wciąż jakoś unoszę się ponad dachami, ponad tym światem.

Ponad wszystkim.

Tym wielkim, białym samochodem, w którym jest moje ciało. Gigantycznym, tak bardzo gigantycznym, że widzę siebie jak mi nogi nawet nie zginają się na brzegu siedzenia, bo kolana mi tam nie sięgają! Siedzę jak dziwadło, co to drogi przed sobą nie widzi, co to pewno potrzebuje siedzenia dla dzieci. Siedzę na środku gigantycznego fotela uświadamiając sobie, jak bardzo jestem dziwnie uformowana. I jak wielki jest facet obok mnie, którego imienia nawet nie znam, a potem… a potem znowu uświadamiam sobie z góry, że…

… na parkingu, od którego zaczęłam biec i pytać ludzi o mechanika, nie ma samochodu, który właśnie tam powinien być…

I nagle wracam do ciała.

Tak zwyczajnie.

Facet na pewno uznał mnie za idiotkę co to porty pomyliła, bo przecież w Simrishamn ich jest pewno więcej, ale na szczęście moje niebieskie cudo pojawia się i oddycham znowu normalniej. I chyba facet też, choć pewnie niczego nie rozumie… ja też nie rozumiem, ale co mnie to obchodzi. Auto jeździ, Chowaniec w nim jest.

Możemy wrócić do domu!!!

Tylko nie wyłączajmy silnika może?

Ale co, jak z promu się nie da zjechać? Jak tam nagle zamilknie? A pieprzyć to. Jakoś chyba mają plan na taką okazję, co nie? Chociaż z nimi to wiecie, no nie wiadomo na pewno. A raczej na pewno wiadomo, że mogą planu nie mieć.

Ale udało się.

I teraz wiem, że mogę biec, a nogi szybsze od telefonu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szaman… została wyłączona

Pan Tealight i Troll Wiedźmy…

„No ale przecież dlaczego dopiero teraz o nim piszemy?

Przecież on był z nią prawie zawsze. Od dzieciństwa, dość późnego, aczkolwiek, czy ono dzieciństwo w jej przypadku w ogóle się skończyło? Można wątpić, czyż nie? Należy wątpić, nie oszukujmy się! Z nią przecież wiadomo, wiary nie trzeba, iż wszystko jest możliwe i kompletnie odmienne od tego, co znane.

Ale jednak.

Ten Troll, choć był z nią zawsze, zwyczajowo pozostawał w postaci niewidzialnej, niesłyszalnej, ni nawet niewąchalnej. Całkiem niearomatyczny, cichutki, spokojny, choć ciężki i ogromny, sądząc o pewnych zagięciach w przestrzeni, stąpał za nią, siadał, był częścią jej cienia. Nawet jak nie było żadnego światła zmuszającego Cień Wiedźmy do objawienia się. Wiecie, Ten Cień, co to pojawiał się niezgodnie z fizyką, chemią i wszelaką logiką Wszechświata.

Tak… TEGO.

No ale… coś się zmieniło, jak zwykle nagle i całkiem nieprzygotowując świata na takie dziwności, Troll Wiedźmy się przeobraził w nie do końca wielki kamienno-błotny posążek z zadziorną miną, dziwnym uśmiechem i odziany w zielone porteczki. Bo przecież mógł. Któż mógłby mu zabronić, a ona…

Ona tego chciała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nagle…

Wyjechać nagle.

Na dzień, na chwilę.

Tak po prostu, jakoś dziwnie może, ale rzucić wszystko, oczywiście budząc się na dźwięk okrutnego budzika wątpiąc w to, co się robi, nagle chcąc wszystko odrzucić, zakopać się w pościel, nigdzie nie wyłazić… no wiecie, normalna sprawa. Ale jednak wstać, umyć ryja, ubrać się i zabrać spakowane wcześniej klamoty, do auta, na prom, a potem oczywiście do Szwecji, bo szybciej…

No to jeśli tak się wam chce, to drogo to wychodzi, ale polecam. Naprawdę. To szaleństwo i kompletny pojebany pomysł, ale czasem potrafi tak cudownie odmóżdżyć, szczególnie, że przez całą dobę nie używam internetu, właściwie poza techniką zawartą w aparacie technikę limituje mi wyłącznie otoczenie… bosko jest. Czy mogłabym naprawdę się odłączyć? Tak i to z wielką chęcią, problem w tym, że to mój jedyny dochód, a jak się robi takie pomylone badania jak ja, to się samemu musi się kombinować.

Ech!

No ale, zrobiliśmy to, akurat też mieliśmy bardzo ważny powód, więc jakby była wymowka. Nie będzie jedzenia przez miesiąc, trza będzie przyciąć wszystko co już i tak przykrótkie, no ale, było super. I mówię to ja. Osobnik, który boi sie otworzyć drzwi. Chyba zawisłam nad jakąś przepaścią i zwyczajnie…

Skoczyłam.

I tyle.

Dzień był słoneczny i wietrzny, na szczęście nie bujało!!! Podróż oczywiście i tak stresująca, bo nie wiadomo, czy ci auto przez to otwarcie nie wyleci, no ale. Udało się. Wróciliśmy lekko zasoleni, ale wróciliśmy, a gdzie byliśmu? A niedaleko. Tylko tu w Ystad i w Malmö i jeszcze w Simrishamn. Wiecie po co? Po jedzenie. Bo taniej. By wysłać pocztę, bo taniej, no i załatwić sprawy, bo można.

I by spojrzeć na inny świat…

Świat nie do końca wielki, bo przecież to miasteczka i miasto, więc co tam za wielkości. Ale jednak posiadający coś jak IKEA. Tak, stałam się już taką wieśniaczką, że gubię się w IKEA, fascynuje mnie jak ina planeta i kompletnie nie rozumiem plastikowych roślinek. kompletnie!!! No naprawdę! Wiem, że nie trzeba ich podlewać i tak dalej, ale musicie je myć! Muscie je stawiać uważnie, bo stopnieją i ogólnie, to one są sztuczne no! Kurde, czemu nie kupicie prawdziwej, nawet z hipermarketu. Przynajmniej będzie żywa. Będzie jakaś taka bardziej normalna… a jak zdechnie…

… to zdechnie.

No z nimi tak bywa.

Oczywiście, że najfajniej wziąć taką już zdechłą i doprowadzić ją do życia, człowiek czuje się jak bóg, kurcze! Przecież roślinki zawsze można wymienić. Spora ich część akurat na Wyspie super radzi sobie na zewnątrz, więc można wysadzić, no problem, więc dlaczego ludzie wolą plastik. I czemu niektórzy chcą nam wmówić, że to tak wielce i poważnie ekologiczne?

Pierdolą ostatnio humanoidzi strasznie.

A przecież do mnie dociera mniej niż 1 procent tego wszystkiego!!!

No mniejsza, masa plastiku. Trochę drewna i szkła, wypieranego przez plastik i tyle. Ale cóż, takie to dziwne czasy, co nie? Czy można z tym walczyć? Nie mamy plastikowych misek, mamy szklane. Tak, są cięższe, ale jedzenie smakuje inaczej. Sztućce, talerze, wiadomo metal i coś w stylu porcelany, kamionki czy jak to tam teraz zwą. Stare. Podobno ludzie wymianieją kuchnie co roku… ech, popatrzcie, we mnie żadnej ekologii, nadal jem łyżką sprzed 20 lat. Kurde, co ze mną nie tak?

A biedna jestem.

No i jakoś nie kumam takich wydatków.

Ale.

Jak w miastach? W zwykły dzień dziwnie. Pusto, po pracy lekki tłok. Kwiaciarnie, małe sklepiki, strach, że pozamykają je, gdy tylko człek dostrzeże ile miejsc zniknęło wypartych przez molochy. Szkoda, ale wiecie, jak wszędzie. Zmiany, choć przecież dopiero tutaj byłam, kilka miesięcy temu… czemu to wszystko tak pędzi i gdzie?

I gdzie się przed tym pędem schować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Troll Wiedźmy… została wyłączona