Pan Tealight i Włochanki…

„Najpierw na niebie pojawiło się dziwne lśnienie.

Potem nagle rozległ się grzmot, chociaż nie atypowy, w końcu lato pełne jest wyładowań, ale jednak zaskakujący i niezwiastujący deszczu. A po tym pokazie światła i dźwięku z niebios zwiesiło się na białym, grubym sznurze, zwykłe, metalowe cynowe wiaderko i zaczęło sie zbliżać ku Wyspie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zamęt nocy” – … bo lubię. Uwielbiam ten świat. Świat, w którym magia jest czymś namacalnym. Nie tylko wampiry i wilkołaki, ale ona cudowna, mityczna magia…

Tak, oto jest cykl – co znaczy, że nie należy czytać o tego tomu, lecz początku, który wychodzi teraz w nowej odsłonie okładkowej – który ma w sobie wampiry i wilkołaki. Arroo… tak w ogóle, czy one wciąż jeszcze są popularne? Nie wiem. Dla mnie świat stworzony przez Briggs to coś więcej. To magia, to one postacie poboczne, to te drobiazgi, które niekoniecznie mają kły i cztery łapy. Tak, oto jest cykl, który czytam nie dla bohaterki i jej włochatego męża – już męża. Zaraz, wróć, ona też umie być włochata!!! LOL No więc czytam nie dla nich, a dla świata magii.

Oj świat magii jest tutaj wyczesany. Nie tylko mamy wiedźmy, nie tylko wszelakiego rodzaju stwory i byty, ale przede wszystkim mity. Bo ta autorka doskonale korzysta z krytyki i wykorzystuje ją. Tak, oto jest autor prawie święty, który przyjmuje na klatę, że zrobił byka i zasięga porad, zatrudnia pomoc (niemiecki, mitologia, badania). I z tomu na tom wciąż potrafi wciągnąć.

Olać to. Pożarłam książkę na jedno posiedzenie, chcę więcej i tak, chcę w niej więcej magii. I kowala i jego syna i… nie zdradzajmy więcej. Chcę więcej tego świata, choć tak naprawdę mogłabym wyciąć z niej tych dwoje. Hmm, czyż to nie dziwne?

U nas serio to ludzie mają problemy z przestrzeganiem prawa. I to mocne problemy, zapewne jakoś wrodzone, czy coś… może po polskich przodkach LOL? No co, pewno mają takowych, tylko się nie przyznają.

Sprawa z Gudhjem jest dość dziwna.

Facet wybudował szpetną małą szopę, bo niby może, ale nie może, więc nakazano wyburzenie. Ale prawnie może, problem w tym, że miejsce to takie, które naprawdę jest niebezpieczne dla ruchu, więc czy on serio może czy on może ma gdzieś wszystko? W to jeszcze zaplątane są prawa i umowy niewypełnione, ogólnie burdel. Niby wynajął to czarne, drewniane, podłużne coś, co jeżeli znacie port w Gudhjem wiecie, gdzie stoi, w znaczeniu budynku. Ale umowy nie dostał, więc… klucze chyba ma, po co mu więc szopa? No i jeszcze właściwie właścicielem jest onego Surf Lodge’a, który jest do wynajęcia, a jak chciał sprzedawać jedzenie, to czemu nie tam?

No ale…

… problem główny to to, i warto ono to zapamiętać, że w Danii umowę można przypieczętować na twarz, na rękę i tak dalej. Bez podpisów, więc gdy podesłano mu prawny wycinek smsem, że do iluś tam metrów kwadratowych można sobie coś postawić, to se postawił i wiecie, chciał użytkować, ale… Ale przecież nie dość, że to szpetne, nie dość, że hamuje ruch, utrudnia widoki, spokojność wszelaką i tak dalej. Na dodatek jest w środku miasta, do którego prawa mają różni, to jeszcze okazuje się, że ten co postawił nie ma stałego miejsca zamieszkania, pierun wie gdzie dochody i takie tam, więc skąd i kto mu dał prawa do tego wszystkiego?

No kto?

Widzicie, wszyscy chcą zarobić, a w takim miejscu zarobić oznacza lato. I dlatego najwięcej tych wszystkich przekrętów wyłazi w tym okresie. Jedni kopią pod innymi dołki i nagle już nie będzie picia wina w Listed, bo tam król jest tylko jeden. Ekhm, tak, taki gość od pływających diamentów i zegarków. Nie ma żadnego znaczenia, że ten król zajął się też już kilka lat temu gastronomią dobrze kumając, że przecież na loda to zawsze każdy wpadnie, a te tam błyskotki to kogo tam stać… Baczniejszy wzrok sąsiadów zakapuje czy nie robicie czegoś nie tak w swoim własnym ogródku i czy macie wszystkie pozwolenia na oddychanie. Taki trochę PRL, gdy wiedzieliście, że sąsiad sąsiadowi zawsze ZOMO.

Tutaj to normalne.

I wciąż wątpię w cokolwiek zwane „pomocną, duńską dłonią”…

Gorzej…

W różnych już obecnie częściach Wyspy, wykryto pałeczki okrężnicy, więc to chyba już jakaś tam epidemia. Pamiętajcie, że to wykrywa się po fakcie, więc polecamy baseny bardzo własne, brodziki, prysznic i tak dalej, ale jak już prysznic, to bez połyku, bo i w pitnej u nas ostatnio coś się lubi kręcić. A tu każdy przecież ciągnie prosto z kranu. Kurde, upał straszny, ale pływać nie można?

Jak żyć?

Tak, nadal gorąco, sucho i tak dalej.

A tutaj już końcówka lipca.

Bryza chłodna od morza nie istnieje, albo pojawia się od wielkiego dzwonu, przynosi ułudę i spiernicza w swoją stronę. Znajomi w Finlandii padają od gorąca, wiadomo, heatwave. A może to ten księżyc? Bo wiecie, podobno znowu mu odbija, a na dodatek ono odbicie ma teraz trwać ponad 4 godziny, więc… może zwalmy wszystko na księżyc, bo jakoś tak ciągle na siebie. Nie, już mam dość.

A i tego całego słońca też powyżej koron drzew. I pomyśleć, że kiedyś tak mnie zachwycały pustynie. Kurde, może człowiek teraz dorabia się własnej, a nawet o tym nie wie? Ech, może lepiej nie myśleć nazbyt wiele?

Może?

Wiecie co wkurza, te wszystkie memy o lecie, co to że niby w Danii zawsze pada? Ekhm, nope bitch! Co jak co, ale rzeczywiście fajniejszą niż zwykle zimę mieliśmy w tym roku, ale wciąż logicznie bardzo ciepłą. I tak dalej… i nie, zima naprawdę nie trwa tutaj osiem miesięcy, co za czub to wymyśla? A może przepisuje z tych memów angielskich i irlandzkich? Podobno u nich ciągle pada, choć jakoś chyba od 2 miesięcy też się ciepłołejwują, więc raczej pewno nie…

A wam jak leci ten heatwave?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Włochanki… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Żarów…

„Przyszła, usiadła i żarzyła…

Ale nie, że jakaś wstrętna była, czy coś.

Nie, naprawę nie.

Ona po prostu jest chyba tak bardzo smutna. Tak bardzo nienawidzi sama siebie, że jakoś tak to z niej wychodzi i tak się kończy.

Mocno.

Paląco.

Wrząco.

Przeraźliwie smutna i dobita. Jakby wiedziała, że nic już się nie wydarzy, co mogłoby ją z tego stanu wydobyć. Jakby już odpuściła. Nie było żadnego przed za i teraz się dziejącego. Żadnej toczącej się kuli historii, która miałaby ją zaprowadzić w inne miejsce, pośród inne byty. A może też i nie chciała onych innych? Może zwyczajnie chciała już tylko żarzyć i nic poza tym? A może nawet tego nie chciała, ale taką była stworzona, nie mogła, nie umiała tego powstrzymać, więc…

Z daleka była tylko wysoką, długowłosą, odzianą w powłóczystą, burą szatę kobietą. Szczupłą, wychudłą miejscami, o dziwnie białych oczach i wąskich ustach, zapadłych policzkach, skórze wiszącej to tutaj to tam. Kimś, kto po prostu już dawno odpuścił, ale dopiero teraz sobie to uświadomił. Naprawdę. Do końca. Dogłębnie i z przypisami. Z erratą i adnotacją od największych autorów.

Po prostu.

Problemem było to, gdzie usiadła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wystarczyło, że popadało przez noc i kawałek dnia, a trawnik od razu się zazielenił. Dziwnie. Nierealnie. Magicznie i jakby z bajki. Od razu pojawiły się te żółte, wysokie, niewielkie kwiatuszki i kilka margerytek. Jakby znikąd się wzięły, a może jednak tylko czekały? Wiecie, na wystarczającą ilość wilgoci.

Ciemność i szarość?

Nie wiem, ale w dziwny sposób ta cała wilgoć i szarość, tak pożądana i wymarzona, nie przyniosła Wyspie wytchnienia. Bo przez cały czas w powietrzu jebane tropiki!!! Na dodatek kąpiele stają się coraz bardziej niemożliwe i już nie tylko z powodu alg. Po raz kolejny E coli pojawia się w artykułach i człek zaczyna wątpić w ekologię. Po raz kolejny… Bo przecież nie oszukujmy się, to kupa. Ekhm, tudzież jak ładnie definicje trąbią „wydzieliny i kał”. Czyli znowu ktoś wypuszcza ścieki prosto do morza i to jeszcze tak bezczelnie w pobliżu, czy też dokładnie w, miejscach kąpieli. Ekhm, niby zwyczajna rzecz. Wiadomo, tutaj wszystko drogie i chociaż sommerhusy mają pewne przywileje, to jednak no bez przesady.

Ludzie!!!

A może od tej ciepłości, co to sobie radośnie na sucho i temperaturalnie mocno wysoko wróciła, bakteryjki postanowiły poszaleć i też się poplażować? No kto takiej pałeczce zabroni? Może i ma piwko u boku, mały leżaczek – mikroskopowo mały i parasol i parawanik…

No ale… kąpieli już mi brak, ale po ostatnich doświadczeniach chyba sobie odpuszczę. Pamiętajcie, że informacje o bakteriach, algach i tak dalej, pojawiają się dopiero, gdy do lekarza zgłoszą się chorzy ludzie, czyli po fakcie. A ilu wróciło do domu z bólem brzucha i zwaliło to na stres podróżny? Oj nie, może sobie wody napuszczę do miski w walnę się na trawniku? Zawsze jakiś holidej, co nie? Tylko że miska malutka, taka ino na stopy, no i kurcze, popływać się w niej nie da. LOL

Ale… może jednak?

No dobra.

Trzecia część lipca.

Miesiąca największego zagęszczenia Turyścizny na Wyspie, głównie w postaci rodzin z dziećmi, Duńczyków i Niemców. Niewielu Polaków, na pewno w weekendy tych, którzy załapią się na rejsy Żygolotem. Żeby nie było, pamiętajcie, że to właśnie wy macie zniżkę na fish and chips w Svaneke. Nie wiem co to za dziwna umowa, ale poczułam się znowu jak wtedy, gdy zobaczyłam zamiast naszej gazety niemieckie papierówki. Jakoś tak… ech, co ja się oszukuję. Przecież tutaj nikt nie wspiera się wzajemnie. Ni rolnicy ni artyści, ni nawet firmy. W końcu dyrektorzy wszystkiego co najważniejsze zawsze siedzą w Kopenhadze, więc…

Czy mam wrażenie, że Wyspa jest miejscem, które reszta Danii wykorzystuje? Ależ gdzież tam, nigdy w życiu. Ja to po prostu boleśnie wiem. Kocham to miejsce fanatycznie, więc mnie to boli. Już nawet nie chodzi te teksty, że „to przecież już nie Dania”, czy macosze traktowanie, ale przede wszystkim spoglądam na ludzi, którzy przybywają tutaj, powracają z obczyzny kontynentu, opiewani w gazetach i po roku wracają z podkulonym ogonem z powrotem. Sprzedając dom, który mieli remontować, wywalając plany ekologicznych gospodarstw, wielkich wizji, cudownych przemian wszelakich, komun, które miały być samowystarczalne… a tak, takie pomysły są tutaj bardzo częste. Wiecie, niby to już było, ale dla Duńczyków to zawsze szansa na odkrycie Ameryki. Lubimy to robić wielokrotnie na Wyspie.

Powroty tych urodzonych tutaj, tudzież takich, co to mają rodziny, to zawsze wielkie polityczne rozważania nad ludzką potrzebą spokoju, powrotu do natury i tak dalej. Wiadomo, każdy lubi wykorzystać innych marzenia. O tym, że ci wracający wytrzymują tutaj sezon lub dwa, a wracają nawet na… taaadaaam!!! Wyspy Owcze, czyli wiecie z deszczu pod rynnę raczej… no to już musi być wielka desperacja chyba – to już nie jest ważne. O tych powrotach nie wspominają.

Było, minęło.

Ale okładka była.

Bo w końcu w takiej naszej gazetce to jednak równoważnik onych wielkich okładek grubszych i wydawanych na lepszym papierze tabloidów. Tutaj każda wieść, to wielka wieść. Mały metraż mamy, wiecie, to łatwo nas nakarmić. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Żarów… została wyłączona

Pan Tealight i Matrioszki…

„No więc najpierw było sztormowo.

Wiecie, tak dziwnie, że tylko fale były, a wiatru na Wyspie nie, więc właściwie wszyscy byli zaskoczeni, gdy do drzwi zapukała ta malutka, bardzo mokra i ociekająca kapiąco, babuleńka w chusteczce i łamanym rosyjskim przez angielski poprosiła zebranych, i mało zainteresowanych, o pomoc.

Oczywiście, że nie rzucili się od razu w ramach powszechnego ruszenia, bo po pierwsze to mogła być ułuda, po drugie zmora całkiem tutaj nie zarejestrowana, a zresztą mogli i śnić. Dlatego nie podnieśli się, nie sfrunęli, nie odkleili… po prostu czekali. Widzicie, w takim miejscu jak Białe Domostwo szybko uczono się, że ufać to można tylko sobie a i to raczej tak pobieżnie raczej. W końcu Wiedźma Wrona Pożarta otworzyła oczy, wszystkie, i spojrzała na okoliczności i zobaczyła w końcu cały ten sztorm i to, co po nim i ślady i krople… I oczywiście był w tym wszystkim jeszcze wrak skrzypiący, krzyczący, który został onym sztormem znikąd poruszony i zagubione duszyczki, które znowu chciały być jednością.

Ale najpierw była ona…

Matrioszka do rozwiązania. A to jej się wcale a wcale nie podobało. Jakoś naprawdę nie. Widzicie, jako idealna metafora matki i rodziny, matrioszki nie leżały jej w kontekście jakiejkolwiek uczciwości.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ocalałe” – … znowu. No dobra, znowu wiedziałam, ale i tak czytało mi się tę powieść naprawdę nieźle. Tym bardziej, że pokręcona mocno, a i sama tematyka dość intrygująca. Często nieporuszana.

Co po…

Co z tymi, którzy ucierpieli, a potem przetrwali i starają się żyć. Czy to na nich wpłynęło? Zmieniło ich? A może jednak nie powinni byli przeżyć?

Powieść to naprawdę mocna historia z gatunku tych „po”. Po przejściach. Po krwi, bólu, o zaleczonych ranach, o radzeniu sobie z codziennością, o wygranych. A może tylko o tych, którzy przetrwali? Bo przecież one wcale nie zostały ocalone. One same się ocaliły. Tylko… czy zdołają zrobić to raz jeszcze jeśli zajdzie taka potrzeba?

Zacznę od tego, że „Final girls”, to na pewno tytuł, który po angielsku poruszyłby mnie mocniej. Polski jednak jakoś miesza, ale to prawa języka. Jednak całe tłumaczenie przez większość czasu sugeruje, że nasza bohaterka w rzeczywistości była ocalałą w znaczeniu tej pozostawionej przez mordercę, a to… porusza w nas coś, co od razu wyjaśnia całą fabułę. Niestety fabuła, choć poruszająca i intrygująca, trochę zalatuje naiwnością. No serio, kto z was zaprosiłby do domu nieznajomą, dziwną dziewczynę? Ktoś z syndromem samo destrukcji czy jednak wariatka? A może ktoś, kto pragnie bólu, lub zaawania go innym? A może w tej powieści nie istnieje tylko jedno dno?

Może jest ich więcej?

Bo przecież to przeszłość nas kreuje, więc z łatwością możemy być tylko kłamstwem odzianym w ułudę…

Warto zajrzeć.

Po pierwsze uważajcie na morze…

Znowu ratownik ratował tych, którzy winny byli być pod opieką rodziców. Ale przecież dzieci się nie wychowuje, co nie?

Po drugie, uważajcie na gąsienice.

Milusie i włochate, w rzeczywistości są groźne nie tylko dla ludzi, ale i dla zwierząt, więc pas pa siebie! Naprawdę.

A po trzecie… znowu morze.

To chyba jednak już czas by odpuścić kąpiele. Po ostatniej omal nie zeszłam, więc z własnego doświadczenia powiem, byście uważali. I to wcale nie musiały zakwitnąć nasze plaże i nasza część morza, ale ponieważ było trochę faliście, możliwe iż przyniosoło ten cały szajs ze Szwecji lub tak zwanej Danii. Wiecie, te kraj, co to podobno Wyspa jest jego częścią, ale się ją pomija i takie tam…

Naprawdę dochodzę do wniosku, że coś nie jest tak.

Rano popadało.

Chwilkę i zaraz pojawiła się temperatura, która sprawiła, że wszystko zamiast się napoić, to spaliło liście roślin. Coś jest nie tak z tym deszczem, słońcem i w ogóle powietrzem. A mówimy o tak idyllicznym miejscu, czyż nie? Ptaki są strasznie niespokojne, w lesie wydają dźwięki dziwnie niepasujące do tej akurat pogody i czasu, ale… nie wiem co o tym myśleć. Wszystkim doskwiera pragnienie. Tak lub inaczej…

Wysychamy…

Ogólnie mówiąc cała Dania objęta jest najwyższym stopniem zagrożenia pożarowego. Czy będzie klęska żywiołowa? Już jest, ale wszyscy tak przyzwyczajeni do tego, że jedzenie przychodzi do sklepu jakoś o tym nie myślą. Za to większość boli zagrożenie praw i swobód obywatelskich w związku z korzystaniem z ognia. Ech ludziska, no trochę pomyślunku, a potem posadźmy więcj drzew. No naprawdę. Porównajcie jak się czujecie pod drzewami, jak tam ziemia wygląda a jak wygląda w miejscu, gdzie je usunęliście dla widoku. Proste. Dodaje się jeden do jednego i opuszcza swoje dziwactwa. Warto. To wszystko w końcu rąbana kulka. My. Ziemia. Świat. Wiecie, zakręca i wraca i leci dalej…

Padnie na każdego.

Lepiej pod drzewkiem.

No nic, to trzeba przetrwać jak kolejki w sklepach, problemy z parkowaniem większości świata i to ich całe wkurzenie, że wszystkiego tutaj nie dostaną. No i moje własne niezrozumienie, dlaczego buda z hotdogami spod głównego sklepu zniknęła? Serio nie było chętnych? Jakoś po prostu w to nie wierzę.

Jaja…

Oto jest i nowa rozrywka w naszej stolicy. A co, jak się bawią, to a całego. Kiedyś odkręcali kółka, a teraz, ekhm… Wiecie, jest ciepło, więc ludzie mają otwarte okna. Wiadomo, AC nie jest czymś zwyczajnym, większości zresztą nie stać na taki wydatek prądowy, więc korzystają z chłodniejszych nocy. No dobra, może nie chłodniejszych, ale jednak trochę bardziej powiewowych? Bo nie wietrznych… a tutaj ktoś postanowił wrzucać przez one otwory tlenowego życia… jaja. Chyba raczej niegotowane. Chyba raczej na pewno surowe i tak dalej. Wiecie, mam nadzieję, że chociaż świeże?

Tak się tutaj bawimy.

Rany julek, współczuję sprzątania.

A tak w ogóle…

… padało w nocy, popadało też w dzień. Dziwne to wszystko, serio. Taki deszcz. I parna aura. Gorąco i pada. Kurna, Amazonia jakaś, czy coś? Koło grenlandzkiej wioski przepływa iceberg a u nas to? Ech tam. No ale… najważniejsze, że pada. W końcu o to chodziło, więc czemu czuję się tak dziwnie? Tak jakoś nienormalnie? No serio? Nie wiem, ale jednak coś jest nie tak.

Choć może tylko zwyczajnie człek się oduczył deszczu i szarości?

Tęsknił, ale nie wiedział za czym?

No nic to.

Pada i to najważniejsze. Miejmy nadzieję, że, no wiecie, wsiąknie ładnie, nie zmyje i czemuś tam jeszcze pomoże. Bo temu co już umarło, to raczej nie. Ale to, co jeszcze życia się trzyma może się jednak napije? Chociaż. Czy to dobry deszcz? A może niedobry i wcale nie będzie nam lepiej? No nie wiem. Nie wiem. Ale najważniejsze, że przez te kilkanaście godzin było wilgotno. Liczy się!!! Niech pada dalej. Się namoczy wszystko i znowu będzie jakoś tak, no wiecie, zwyczajnie i letnio.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matrioszki… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Bitwa…

„Dwa ciastka, czterech chętnych.

Dwa bananowe, dwa truskawkowe.

To pierwsze z czekoladową polewką. Mięciutki i aromatyczne. Chyba z jakąś niewielką domieszką czekolady białej i migdałów, ale tylko lekko wyczuwalną, nieprzytłaczającą bananów, które tutaj smakują i pachną… Właściwie, to coś na kształt maleńkiej tarty. Z wyższymi boczkami lekko podpieczonymi, ale nie spalonymi. Złotymi, cudownymi, niesamowicie kruchymi, które rozpływają się w ustach, którym nie można się oprzeć, które zlizuje się z talerza, brody… nawet z sąsiada, jak się zdarzy, że ciasteczko nazbytnio się rozpuknie. Pewno, że sąsiad może mieć opory, choć pewno nie ma, co bardziej przeraża, ale jednak…

Te drugie ciasteczko jest pokryte białą, puszystą pierzynką cukru pudru i perełkami lukieru. Właściwie można się nie domyślać czym jest nadziana ona płaskawa bułeczka czy też pączek w srebrzystym papierku z koronkowym wycięciem, ale przecież zapachu truskawek nie dało się pierzynką słodkości zakryć.

Oj nie… pachniało… Świeże ciasto, słodki wypiek. Grzeszna przyjemność, choć kurde, no dlaczego niby grzeszna. I cała gromada harpii, mend i potworów pragnąca ich całych tylko dla siebie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Słońce…

Boli.

Ale przecież nie da się tak nie spacerować. Wiecie, siedzieć tylko w domu i gnić tam, czy raczej suszyć się na rąbanego mumiowca czy inne tam prażynki. Po prostu się nie da, a morze coraz bardziej zdaje się pokrywać oną kwitnącą maziają. Ale jednak musisz wyleźć, bo nie da się. Możesz siedzieć na tarasie, ale jednak to za mało. Potrzeba ruchu, spotkanego wiatru, może i tych skał, a może…

Ale to chodzenie boli.

Dookoła umierają drzewa. Trawy już dawno odeszły w suchy niebyt. Można dotknąć te, które zdają się jeszcze stać, a one się rozsypują ci w dłoniach. Spora część jarzębin już zdaje się być dojrzała, a reszta raczej nie wyda owoców. Brązowe liście migoczą w mocnym, palącym słońcu. Właściwie nie ma przed nim schronienia. Niby można nastawić zimno na 19 stopni, ale jednak… to nie to samo. Sztuczne dmuchanie, mimo przeczyszczonych wentylów, jakoś tak męczy i oczywiście powoduje wszelkiej maści schorzenia dróg oddechowych, więc… od wielu miesięcy brzmię jak pomieszanie astmatyka ze starą pijaczką.

I nie ma widoków na deszcz.

Niby coś tam ma być w środę, wiecie tak niby na niby, ale chyba już nikt nie wierzy. Sorry, zbyt wiele obiecano. Zbyt wiele już wycięto i wybito. Wymierające dzikie róże są tak… zaskakujące. Bo przecież one powinny być tak odporne. Tak wieczne. Tak niezniszczalne! Powinny, prawda?

A jednak nie są.

Nie były.

Wszystkie zakazy zostały przedłużone o kolejne kilka tygodni. Coś jak miesiąc. Czyli żadnych ognisk, grilli, odwołano Ildnat, żadnych pokazów sztucznych ogni, żadnych dziwactw z ogniem i tylko biedni Polacy dziwnie niedoinformowani. Nie no, od razu zgasili ognisko, ale policja zdążyła, a to oznacza mandat co najmniej pięć tysięcy, nie mniej. Co mnie zaskakuje, to to, że mieszkali w domu Polaka, który mieszka tu na stałe, i który powienien wiedzieć, więc… kto zawinił tak naprawdę? Przecież susza się nie chowa, widać ją i czuć, zwalamy na zdrowy rozsądek?

Znowu?

A dokładniej jego brak?

Człowiek zaczyna się bać.

Dodatkowo te wszelakie bakterie w żarciu, którym niestety się karmię, czyli zieleninie… kurna, co będziemy jeść? Co będziemy pić? Do jakich zatruć wód dojdzie? Pewno, granit z czasem wsio wyczyści, ale czy my mamy czas?

Ważne!

Nie wolno kąpać się w stawach i jeziorach oraz wszelakich innych, wiecie nieruchomych, wodnych oczkach. Dlaczego? Nie, to żaden tam wymysł, czy inne dyrdymały, to robaczki! I tym razem takie mocno egzotyczne. Serio! Cała historia brzmi raczej jak ryba w penisie, Amazonia i takie klimaty, ale… one robaczki wgryzają się w was i włażą po skórę, i dobrze się tam czują, więc, uważajcie. Poza tym morze, mimo fal działających przez dni kilka dziś było pokryte nie tylko zakwitem algowym ze Szwecji chyba, ale też i dziwnym, tłustawym brudem. Pomijam już fakt nadmiaru wszelakich, śmierdzących łódek, motorówek i innych tam takich. Nie kajaków, bo wiadomo, te działają na człowieka. Nie zwykłych żaglówek i wszelakich napędzanych ludzką siłą czy wiatrem cud się unoszących…

Ale te silnikowe, chyba przeciekają.

No, ważniejsze, że motorowcy wynieśli się do Szwecji. Były oczywicie problemy ze związaniem tego wszystkiego i załadowaniem na prom, no ale, chyba sobie poradzili. Może żadne maszyny nie uierpiały, a Szwedzi mają jednak więcej tego świata na ich smrodki i hałasy. Chociaż łosiom nie zazdroszczę. Kiedyś zawsze się rozpływałam na widok tych maszyn, wciąż są dla mnie śliczne póki nie zaczną hałasować. Bo to miejsce, ta Wyspa, naprawdę nie nadaje się na takie hałasy i aromaty. Naprawdę… co złego w miejscu, które może być tylko ekologią, spokojem i ciszą, czystością, morskimi zabawami, spacerami, rowerami, bieganiem, wszelaką odnową i sztuką? No serio? Co w tym złego? Przecież tak wiele ludzi tego pragnie? Widzicie te wszelakie dziwne memy i teksty w stylu: to domek, do którego chcę się przenieść bez WIFI!

Czy wszyscy tak naprawdę kłamią? Serio?

W internecie?

Czy rąbany peace and quiet jest tak bardzo drastyczny i dla nikogo niezrozumiały? Naprawdę? Czy ucieczka do lasu oznacza samotność, problemy emocjonalne i jeśli nie określisz się jako Szymon Słupnik, zaraz przyjdą cię ratować? Serio? Niektórzy lubią ciszę, samotność, spokój i wszelakie bezpieczeństwo związane z tymi czterema ścianami lub naturą?

A może to tylko ja?

Ale przecież dlatego się przeniosłam na Wyspę!!!

PS. A tak w ogóle. Mimo tych wszystkich promów z Polski, Polskich aut mniej… dziwne. Czy dopiero przybędą później, po zniżkach, czy jak dziwne panie w sklepie wyśmieją ceny? Naprawdę nasze ceny nie są tak mocno wyższe jak wasze nad Bałtykiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Bitwa… została wyłączona

Pan Tealight i Przerwa…

„Potrzebowali jej.

Wiecie, onej przerwy, odskoczni, wszelakiej lubości nicnierobienia i wielkiej niewiadomej w tym zatopieniu się w samym sobie i tak dalej… ale mieli problem. A dokładniej całą litanię problemów, z którymi nie mogli sobie poradzić. Oj nie. Wyglądało na to, że i w tym sezonie nic z tego nie będzie…

Bo tak w ogóle, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki miała zbyt wiele uzależnień i wcale, ale to wcale wcale nie umiała skonstruować definicji tej całej Przerwy. Czy miała leżeć i pachnieć – no przecież cholery by dostała na samą myśl i wizję onej czynności. Albo te tam hotele, smażenia na plażach i knajpowania? Nie no nie, po pierwsze wszędzie ludzie i tak dalej, a po drugie ona ma skomplikowaną dietę i lubi się jej trzymać. Wszelkie odstępstwa nie są mile widziane.

Szczególnie żołądkowo!!!

No i jak już, to przecież po pierwsze i tak będzie pisać, wymyślać, tworzyć, zajmować się, klikać i zdjęciować, a po drugie… nie toleruje gorących krajów. Mają tam dziwne jedzenia, ludzi, którzy leżą przy basenach i uwielbiają się moczyć w tej samej wodzie blisko siebie, a po drugie, za ciepło. A i po trzecie, to jeszcze te wszelke serdeczności tych, co chcą coś sprzedać zamiast kupić coś od niej!

Nie…

Przerwa musiała zostać jakoś określona, ustanowiona i należało większość z osobników Sklepiku z Niepotrzebnymi znokautować, związać, i mocno mniej lub bardziej, no wiecie, poddać ich subtelnej i zaskakującej sedacji!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kobieta w oknie” – … dobra. Znowu. Baba w oknie. Kto w ogóle pamięta ten film z facetem w oknie? Jeśli tak, to pewno jesteście wiecie, w moim wieku, ale jeśli nie, to na bank był remake!

No ale… siedzi se baba w oknie.

I gada z rodziną, która wybyła i ją zostawiła, co sensu nie ma, więc już wiecie jak się ta sprawa zakończy i tracicie zainteresowanie. Niestety. Sorry, oto kolejna powieść, w której znacie zakończenie, ale… Ha! Ta powieść jednak jest intrygująca. Bo choć domyślacie się większości, to pewne elementy mogą was zafascynować, pewne zaskoczyć, a zakończenie, no cóż, sami sprawdźcie.

Tak, oto kolejny schemat opowieści obserwatorki.

Oczywiście takiej, której nikt nigdy nie uwierzy i tak dalej. Obdarzonej własną przeszłością i niepewną codziennością oraz skąpaną przyszłością. Oto historia kobiety odrzuconej, ale też znajdującej przyjaźń, choć może nie do końca? Tak naprawdę pamiętajcie jedno: niczego nie możecie być tutaj pewnymi. Kompletnie niczego. Wasze domysły mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Gorzej, mogą zwieść was na manowce, albo co gorsza, dać zbyt pokrętną nadzieję.

Tak naprawdę to dobrze napisana powieść. Choć wiecie, jednak wciąż możecie cieszyć się słowami, bohaterami, onym bogactwem tego świata, które przecież jest z jednej strony tak niewielkie, a z drugiej… ale to już sami możecie sprawdzić.

Motory, deszcze i trawy…

No więc… zawsze lipiec to czas jednośladów. Głośnych, śmierdzących i bardzo niebezpiecznych. Pewno że wyglądają świetnie zaparkowane, ale ten hałas, ta dziwna brutalność na drogach… nie, to wszystko to dla mnie zbyt wiele. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przyjechaliśmy na Wyspę w lipcu. Pod namiot, w znane miejsce. To był horror. Przez cały czas miałam wrażenie, że któryś z tych zaparkowanych dookoła bestii w końcu się zwali na oną lichą ścianę mego tymczasowego domku.

W tym roku jest jakiś wielki zjazd i ma ich się zwalić prawie półtora tysiąca. Serio? Na tak niewielką Wyspę? Przy takiej suszy, ogólnym kryzysie, oni jeszcze będą dymić? Naprawdę? Wiem, że planowano to wcześniej, ale… może ktoś powinien to przemyśleć? Ale pewno nie. Bo przecież. Te odgłosy przypominają mi niemieckie motory z II wojny światowej. Koszmarny odgłos, dudniący, rozrywający mnie jakoś od środka. Nie wiem, ale potrzebujemy ciszy i spokoju. Nawet jeżeli tylko w ciszy opłakiwać będziemy kolejne drzewa. Brzoza u sąsiada zdycha. Jest nie pierwszej młodości, w otoczeniu dość zielonym, a jednak… umiera. Liście brązowieją, zwijają się, wszystko w niej oklapuje. Malwy są niziutkie albo nie ma ich wcale, a wiecie, przez kilka dni było pochmurno, a nawet wczoraj trochę popadało…

… dobra, to było tylko kilka kropli, ale jednak, powinno się liczyć a mam wrażenie, że te krople zrobiły więcej gorszego niż dobrego. Rośliny zdają się poparzone a wczorajsze upały wydymiły całą wilgoć, jeżeli jakaś w ogóle była.

Spoglądanie co rano na oną słomianą trawę, która przecież zawsze, nawet w największe upały jest zielona, to jakieś kuriozum. Coś, co nie powinno się dziać. Coś, co przecież tutaj nie istnieje. Coś… Uświadamiam sobie, że tego lata nie słychać kosiarek do trawy, bo po co. Przecież jej nie ma.

Nie czuć grilli, bo przecież nie wolno.

Ale żyć trzeba.

Oddychać trzeba.

Morze powoli zaczyna, może nie tyle kwitnąć, ale raczej przynosi wszelaką algowość skąd inąd. Czyli co? Zakwitnie, czy nie? Bo przecież wciąż woda jest raczej chłodna. A nawet, no wiecie, ekhm, zimna. Może więc nie zakwitnie?

Może człek se popływa…

No zobaczymy. Bo przecież niczego nie można tutaj być pewnym. Poza tym, że trzeba się modlić za deszcz. Tańczyć na deszcz i wszelako wiecie, składać te ofiary i inne tam, więc bezczelnie poszukuję dziewicy. A co.

Trzeba ratować swój świat.

Oczywiście, że sezon kwitnie. Ludzi cała masa. Jak zwykle lipiec upływa nam pod znakiem rodzin z dziećmi, ludzi nieumiejących parkować i takich tam. Jest dość głośno, ale niezbyt przerażająco. Zdaje się, że miejscowym już dawno susza sfafuliła psyche. Jeśli chodzi o Turyściznę, to raczej działa to na nich powoli. Wiecie, oni raczej chcieli słonka, co nie? No i je mają. A że pali i boli, może oni przyzwyczajeni? Nie wiem. Może niektórzy po prostu chcą wykorzystać wszystko na maksa?

W końcu zapłacili, co nie?

Ze zmian w ogrodzie – podlewanym – podlewanie nie wystarcza.

Oj nie.

Ziemia zaczyna pleśnieć, ale mrówki już uleciały do nieba. Niczym one pokrętne, malutkie, mocno skrzydlate i zgrabne, aniołki. Nagle spod szałwiowej, poszarpanej ziemi zaczynają wzbijać się w przestworza zachodzącego słońca całe roje skrzydlatych mrówek. Ale no po prostu masa. Najpierw może powoli, w jakimś tanecznym nawet układzie, jakby chciały to z pompą rozpocząć, a potem już samowolka, hulaj dusza, piekła nie ma. Tylko mrówcze niebo, tylko lot!

W końcu koniec z życiem pod ziemią!!!

Pa pa mrówki. Nie będziemy tęsknić. Tym bardziej, że dziś w nocy jedna zaczęła traktować mnie bardzo konsumpcyjnie. I wcale mi się to nie spodobało!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przerwa… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszaloty…

„Przypłynęły…

Nie robiły tego od wieków, a przynajmniej od czasu jak to Pan Tealight pamiętał, czy raczej, jak to sobie gdzieś tam zapomniał. Po prostu zwyczajnie raczej kompletnie nie mógł sobie przypomnieć onego dnia czy nocy, czasu, w którym taka ich gromada – każdego w kształcie coś między wielorybem a manatem – pojawiła się w okolicach Wyspy. Taka wielka, gigantyczna grupa.

Głodna grupa ze specyficznymi wymaganiami żywieniowymi.

Bo widzicie, by pojawiły się Kaszaloty, osobniki uskrzydlone w poezję śpiewaną, ale wyłącznie zdobioną ogólnie zwanymi „brzydkimi słowami”, morze musiało być zimne, powietrze ciepłe, a w menu Ludziny winna była przeważać specyficzna mieszanka pokręconych dań. I jakoś tak widać, no tym razem załapało. Zaklikało i ogólnie mówiąc, w końcu mogły się posilić…

Ale by mogły się posilić ofiarą, ona winna była najpierw wysłuchać onych rymujących się sprośności – Kaszaloty nie uznawał białych wierszowań – a z tym było trudno. Bo widzicie, choć nikt nie wiedział co tak grało w tej diecie, że Ludzina taka smakowa akurat w tym sezonie była, to wszyscy z Białego Domostwa z dziką fascynacją obserwowali one zwierzątka, piejące, treląc i rymujące, a potem dziwnie zaskoczone tymi pudełkami w rękach osobników zwanych pożywieniem. Całkowicie niezaskoczonych, niezainteresowanych i ogólnie mówiąc „wdupietomających”,

Tak… dieta dietą, ale świat się zmienił.

Może i mocniej niż wszyscy myśleli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mewy.

Co roku wraca problem mewowy. Nie wiem dlaczego, nie umiem tego zrozumieć i serii chyba już nawet nie próbuję. Nie zauważyłam zwiększenia populacji ptasiej w żadnym wymiarze. Wprost przeciwnie. Mniejszych ptaków jest mniej, a większe raczej też dziwni bardziej sporadyczne. Ale pewno, jeżeli jecie w miejscu bliskim wody, tudzież włazicie na skały jak mewy gniazdują, możecie się spotkać z agresywnością ptasią.

I to jest normalne!!!

Prawda jest taka, że ludzie sami karmią ptaki. Przyznaję się do winy. Nie oszukujmy się, mewy i wróble, wrony i wszelkie corviksy po prostu jedzą to, co ludzie. Proste. Nic nowego. Dodatkowo ludziom to się podoba, więc… no i restauracje nie sprzątają od razu, więc mewy mają ułatwioną wyżerkę. A jak już dzieciak sam podstawia loda, to co się dziwić, że mewa sobie go zabierze. no sorry, sam daje.

A rodzice, to gdzie?

Bynajmniej… mewy to część morza. Krzyczą i warczą, ale są niesamowite. Warto na nie popatrzeć, warto je poznać i zrozumieć dlaczego w wielu morskich legendach są tymi co noszą dusze rybaków. A tak, nie tylko albatrosy takie mają moce. I sorry, ale czy Wyspa nie miała być i bright and green?

No?

Komplikuje wszystko oczywiście susza. Zwierzaki są głodne i spragnione. Zmęczone i wkurwione na tę jebaną żarząc się na niebie kulkę. I ludzi zwiększoną ilość. Logiczne. normalne i łatwo wytłumaczalne, a jednak… a jednak wciąż ludzie się dziwią. A jenak wciąż dziwacznie reagują. Zamiast popodziwiać czy ptaki czy gady czy płazy… to marudzą. Nosz kurde no. Może i liście nazbytni cień wam dają, co? Obudźcie się, bo serio to wszystko nie jest już nawet zabawne.

Zresztą głupota nigdy nie była zabawna.

Nigdy!!!

Czyżby ludzie już w ogóle nie tolerowali natury?

Może i tak jest?

No serio, who cares? Każdy łyka co piszą czy mówią gadające głowy i nie myśli, bo po co. Nie spogląda na wszystko z wielu stron. Ech! I niestety nie zależy to od kraju. Nie ma już lepszych czy gorszych. A może nigdy nie było? Może jednak to ta teoria trawy po drugiej stronie płota? No nie wiem…

Na razie wszyscy czekają na deszcz.

I to tak naprawdę.

Dodatkowo pogodynka obiecuje, że tym razem już na pewno, serio, na sto procent i haczyk. Ech… chyba nie wiem czy wierzę. Chyba nawet wierzę, że nie wierzę, no ale ja to ten Tomasz wiecie niewierny. Może jednak w końcu spadnie? Podobno musi popadać tak z cztery dni minimum żeby nas trochę odratowało. Jakoś tego nie widzę. Zakład, że wtedy od razu podniosą się głosy, że wakacje i ogólnie wszelkie buby z tym deszczem? No przecież. No przecież zawsze tak jest! Na razie z dobrych wieści, to będzie dalsza rekonstrukcja Hammershusa, bo kasę przyznano. Fajnie. Mam tylko nadzieję na to, że jednak nie pójdzie to na pierdoły w stylu knajpy na onym centrum widokowym. Bo co jak co, ale Polacy fajne cegiełki wypalali, więc mogą to robić dalej. Nie moja epoka w końcu. LOL

Jeśli chodzi o całą resztę, to mimo wszelkich zapowiedzi i kilku chmurek, wciąż cała Dania cierpi słonecznie i bezwodnie. Oczywiście niektórych to cieszy, tych myślących przeraża, ale co tam, pomyślmy o Angolach, dla których taki heatwave to mocny koszmar zarazem cielesny jak i kulturalny. W końcu oni tacy przyzwyczajeni do deszczów i chmurek, a tutaj niebieskie niebo, słonko i takie tam zwyczajności letnie.

To musi boleć.

… więc może nie jest tak źle? Nie no, jest źle… wdrażamy te deszczowe pląsy, dalej, wszyscy biorą udział!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszaloty… została wyłączona

Pan Tealight i Lady Makbit…

Lady Makbit była jedną z tych cichszych osobników Wyspy.

Wprowadziła się tutaj kilka lat temu, zamieszkała w jednej z latarni i jakoś tak, wiecie, no świeciła łapami. Ale przepisowo oczywiście jak jej rodzaj miał w zwyczaju – czyli na krwiście czerwono!!! Świeciła łagodnie i mocniej, w zależności od pory roku i doby. Za dnia wiecie, migotała leciutko, czasem nawet promieniowała, a nocą to dawała zwyczajnie na całego. W ogóle się nie kontrolowała, bo i po co. W końcu ona spała i tego nie widziała… w najwyższej wieży, najwyższej komnacie z własną łazienką, bidetem z muszlową obudową i kurkami ze ślimaków.

No serio, są takie.

Ogólnie mówiąc słynęła z tego, że miała styl.

Własny i wysoce wrażliwie specyficzny, ale jednak go miała. Wiecie, wielu nie miało wcale, więc ona miała i za siebie i za nich. Oczywiście nie każdy o tym wiedział, bo skazana na świecenie mogła siedzieć tylko w latarni, ruszała się z niej ino do spożywczego, na uroczysko, do źródełka i czasem rzucić się ze skał, gdy już naprawdę nie miała siły na to wszystko. I nic poza tym.

Tak naprawdę lubiła być tajemnicza, dziwaczna i mocno pokręcona. Wiecie, wszelako upozorowana i nielogicznie rozpoznawalna, ale nie do końca rozwiewająca oną swą tajemniczość na wszystkich. Że niby wiedzieli, ale nie wiedzieli do końca, choć na pewno… widzieli. Na czerwono.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ona to wie” – … kolejna? Kolejna „Dziewczyna z pociągu”? Oj serio. Nie wiem kto pisze te reklamowe slogany, ale kurna, lecicie sobie w kulki!!!

Ale nic to.

Spróbujmy.

Choć kurcze może nie, bo oto kolejna baba w oknie siedzi, ale pod Barceloną, więc może coś z tego będzie… oj chyba nie. No naprawdę. Tyle się narobił tych kobiet w oknach ostatnio, że zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to metafora naszego fejsbukkowego życia. Czy też instagramowego. Wiecie, że niby ważniejsze to, co dzieje sie u sąsiadów niż u nas. Bo ja na przykład własnych nie podglądam.

Czasem tylko słyszę jak kaszlą…

Ale nic… jest książka.

Powieść. Coś, co miał być chyba studium kobiety odrzuconej, odepchniętej, znikającej, stało się niestety smutnym, dobijającym i nudnie przedstawionym obrazem braku miłości, problemów, oraz dynamicznym portretem masy podglądactwa istniejącego w naszej codzienności. No i oczywiście są jeszcze leki. I przeszłość. I chwile szczęśliwości, które istniały i podejrzenia. Że on może być tym, który zabija, a ona, nasza bohaterka, jego kolejną ofiarą.

Ech, czyli jak zwykle?

Tak, jak zwykle w takich powieściach nie wszystko się rozwiązuje i naprawdę czytelnik jest pewien kilku zakończeń, ciekawych, intrygujących, a tutaj wybierają to najprostsze, najbardziej oczywiste… No nie wiem, chyba zaczynam podejrzewać u siebie niechęć do hiszpańskich autorów. Naprawdę. Nie wiem, czy to pewna maniera, sposób tłumaczenia, dobór słów, ale co chwytam iberyka, to mi nie idzie.

A może to zwyczajnie inna kultura?

Powieść jest trudna do przebrnięcia, nudna, miejscami dobijająca… wracałam do niej kilka razy, kilka razy poleciała w ścianę… więc raczej dla masochistów. A mogło być nieźle, bo pomysł nie jest zły, tylko nazbyt oczywisty!

… dwa dni pochmurności.

Ojojojjj, udało się nam zdobyć dwa dni względnej pochmurności, wczoraj nawet spadło kilka kropel deszczu, lub czegoś na oną nutę. Wiecie, od tak dawna człowiek tego nie widział, więc nie czy to to, czy jednak nie to. Tak naprawdę od kwietnia nie było deszczu. To się wydaje teraz niemożliwe, ale przy takich opadach świątecznych, gdy wszystko tonęło w śniegu, na onej w dużej części granitowej Wyspie woda czekała. Nie uciekała, po prostu zerkała. Podlewała to co było, więc człek nie widział zdychających roślinek, ino wzrost. Dopiero po jakimś czasie wszystko stało się mocno dramatyczne.

Koniec maja zaczął być już przerażający, nie mam pojęcia jak przeleźliśmy przez ten słoneczny czerwiec. Naprawdę. Bo słońce boli. Bardzo mocno. A teraz… teraz idąc wzgórzami nad Gudhjem widzę tylko umierające czereśnie, orzechowce i niszczejące brzozy. To wszystko jest po prostu spalone. Pewno, że na głazie dużo ziemi nie ma, ale postępująca degradacja za sprawą idiotów wycinających na potęgę drzewa „dla lepszych widoków” naprawdę można za to winić. No weźcie no. Nauka w tych rejonach się nie zmieniła, a zresztą… przejdźcie się wciąż zalesionych nabrzeżem. Zapewniam, że znajdziecie odrobinę wilgotności w tym palącym świecie.

Coś chyba tu się łączy, co nie?

Ale dwa dni bez walącego słonka to słodka odmiana.

Naprawdę.

Ta dziwna ciemność, brak wszelakiej połyskliwości… jakie to odświeżające. Co oczywiście nie znaczy, że jest zimniej. No może nie jest gorąco, ale jednak zbyt ciepło. I tak trzeba będzie podlewać. Nie ma wyjścia.

Czy Turyścizna narzeka?

No przecież!

Oni zawsze to robią. W jakiś dziwaczny sposób nie patrząc na całokształt, na to, że mogą nie być frytkami… że przecież nic się nie zmieniło, po prostu ta cząstka ziemi tak przez chwilę bardzo nie cierpi… a bardzo potrzebuje nawet takiej chwili. Serio, można znienawidzić słońce. Naprawdę.

I zrozumieć tych co na pustyni, chociaż częściowo.

A poza tym wiecie, jak zwykle.

Lato, wariaci na motorach, zjazdy starych samochodów, wycieczki, autokary, ludzie, którym się wydaje, że władasz każdym językiem na ziemi, a dokładniej, że powinieneś, bo przecież mieszkasz tutaj… więc winieneś jesteś posługę onym świętym, którzy przybyli tu by eeee… wypoczywać, ubogacać twą codzienność i wszelako, no wiecie, są lepsi od ciebie, więc na kolana czopku i do roboty.

Dla tych chwilowych!!!

Tak, nie przepadam za sezonem. Oczywiście, że jest potrzebny dla całej tej mitycznej ekonomii, i pewno że ludzie odwiedzający świat to super sprawa, ale jednak… z każdym rokiem coś się dzieje tymi ludźmi, nawet takimi, którzy chcą tutaj tylko spokoju ciszy i przyrody… Nawet z nimi. Nie chodzi tylko o dziwne żądania i wszelakie zachowania, ale przede wszystkim o chamstwo. Zwyczajne i podstawowe. Są roszczeniowi. To ono cudowne, wciąż jeszcze nowe i nadużywane słowo, które bombarduje mój mózg. Bo jakoś tak nie rozumiem wciąż dlaczego ludziom nie wystarcza las, morze, plaża, spokój, bezpieczeństwo, cisza, wszelaka naturalność, skały i spacery, bieganie… Dlaczego? Po co to jeszcze komplikować śmieciami? A tak, śmieci to problem.

Bo wiecie, jest ich więcej…

Nie wiem, ale to wszystko jest koszmarne.

… dlaczego ludzie stają się coraz bardziej bezczelni i dziwacznie trudni do zaspokojenia. Naprawdę trudni. Choć często wystarczy dorzucić zer do ceny i nagle coś zaskakuje. Hmmm… naprawdę? Tak bardzo to jest ważne? By się pokazać? By klepali cię lajkami po pleckach i głaskali mentalnie w sieci?

Serio?

Nie, nie widzę tutaj przyklejonych do telefonów osobników poza… rowerzystami. Ekhm, serio? Dzieciaki na plaży czy na skałach zabawiają się ze sobą w ten, eeee stary sposób. Bez telefonów, bez internetu. I to nie tylko dlatego, że dostęp jest kiepski. Naprawdę ta opluwana młodzież tutaj, gdy w grupie, robi rzeczy po staremu. Czekając na przystanku pewno że słuchają muzyki, czy scrollują sobie zdjęcia, ale kto tego nie robi? No serio. Jednak grupowo są pokrętnie zaprzeczający krzyczącym nagłówkom wszelkich tekstów we wspomnianej sieci, więc… jaka jest prawda?

Rowerzyści oszaleli, czy dzieciaki?

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lady Makbit… została wyłączona

Pan Tealight i Czarowne doznania…

„Właściwie, to chyba po raz pierwszy na Wyspę przybyło coś tak kompletnie niepersonifikowalnego. Coś beznogiego, bezgłowego, może i myślącego, ale jednak wiecie, żadna tam baba, chłop, czy coś tam pomiędzy jak to teraz jest w modzie. Po prostu uczucie, ale takie jakby namacalne. Nienazwane. Nie do końca określone, ale też jakoś tak bytujące, prawdziwe i pełne.

Po prostu je czuli.

Ono Coś.

Co dziwne, czuli to w wielu miejscach, jakby było czymś na kształt nie do końca wielce ośmiornicy zwielokrotnionej, która nagle objęła swoimi mackami całą Wyspę i nie zamierzała jej już puścić. Może i nigdy? Może tak bardzo pokochała, że postanowiła się przytulić, przykleić i przyssać… w końcu nie była ciężka, ni jakoś tam opisowa, wyczuwalna dotykiem, więc dlaczego nie?

Dlaczego?

Tym bardziej, że ono Coś było piękne, cudowne i wzruszające. Poruszało w każdym one najgłębsze, najradośniejsze wspomnienia i przywoływało je na powierzchnię, a potem jakoś tak nie pozwalało im zatonąć.

Już nigdy…

Ale czy można z czymś takim żyć bez konsekwencji? W stadium dziwnej, darmowej radości? Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała, zbyt dobrze i zbyt boleśnie, że jej wspomnienia siedzą głęboko z ważnych powodów, a zresztą, serio… nic na tym świecie nie jest za darmo.

Nic kompletnie… nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Market.

Ten sam co rok temu i dwa lata temu, ale jednak… coś nowego. Tak, ten market to ten sam, który jeździ sobie po Europie i wydaje sie, że głównie zawiadują nim Włosi. Nawet na stoisku Fińskim wszyscy mówili po włosku, więc nie wiem o co chodzi, ale kiełbaski z Niemiec były, sery z Włoch były i jakieś napitki, suszone owoce, fudge z UKa i do tego tym razem kamienie mniej lub bardziej szlachetne, geody i takie tam oraz oczywiście ona cała metalurgia z Polski. Naprawdę wymiatają te rzeźby.

Gdyby tylko człek mógł…

Ale nie może.

Łosia z Finlandii też nie, no ale… żeby nie było, że nie był. Zresztą podobnie jak masa innych ludzi i Turyścizny i Tubylców oczywiście.

Jeden problem?

Cóż… finansowo dogadującysię.

Nie oszukujmy się. Duńczyk jest u siebie i będzie używał jednego języka, a nawet udawać, że po angielsku nie mówi. Jak nic potrzeba tłumacza!!! I to co najmniej jednego na kilka stoisk. Nie widzę w tym większego problemu, a naprawdę można by ulepszyć ono całe marketowe doznanie. No i płatności. W kraju, gdzie większość płaci telefonem brak takiej formy płatności ucina ręce i dorosłym i dzieciom. Widziałam malucha, który musiał odłożyć misia, bo mama gdzieś polazła, a tata miał tylko telefon!

Serio, trzeba to zmienić.

A poza tym jak zwykle warto. Nawet przy tej temperaturze i suszy smrodku żadnego. Sery nadal walą jak powinny. Genialne sery! No i jeszcze mięska, jakieś tam mieszanki, konfitury, ubawiła mnie tylko lawenda z Prowansji. No weźcie no, to jak wożenie drewna do lasu. Chociaż wiecie, może i niektórzy lubią, ale ognia wciąż nie wolno palić, więc uważajcie. Ban na grille też nadal załączony.

Teraz w całej Danii.

Jest źle…

Jeżeli chodzi o suszę, to przyznaję, że w życiu czegoś takiego nie widziałam. Po prostu nigdy. A trochę już żyję. Tych umierających drzew, braku traw, ziemi wypalonej, spękanej. Tych dziwnych pustek w miejsce, w którym powinny być kwiaty, umierających krzewów, które przecież są dość wiekowe, więc korzenie mają głęboko… to wszystko wygląda po prostu strasznie.

Depresyjnie, okrutnie i porażająco smutno.

Nigdy nie widziałam umierających tak grupowo brzóz i orzechów. Drzew jednak wytrzymałych. Sypiących się liści w początkach lipca, braku owoców. Maciupkich, zagubionych jabłuszek w miejscach, gdzie jeszcze coś się utrzymało… ale nawet pszczelarze informują, że miodu to raczej nie będzie. W końcu kwiatów brak. Na moich ziołach, które już powoli kończą kwitnąć – co jest szokujące – uwijają się wzajemnie i bąki i pszczoły i motyle. Jakby chciały ściągać tego wszystkiego jak najwięcej. Co zastanawia, to to, że wybierają tylko zioła. Gdzieś mają róże, które już przekwitają, gdzieś mają wymyśle roślinki powsadzane przez ludzi w doniczki, ot by było kolorowo.

One uciekają od nich…

Może powinno nam to coś powiedzieć?

Ale najdziwniejsza jest sama pogoda. Wrząco i gorąco, ale poranki dziwnie pochmurne, co nie oznacza że zimne. Po prostu nie ma słońca. Ono zwykle pojawia się w okolicach południa, lub nawet popołudnia. Zaskakujące… Oczywiście co chwilę pogodynka rzuca nadzieją na deszcz, ale po kilku dniach wszystko to się rozwiewa i cała ta nadzieja znowu wali nas na glebę.

Rozgrzaną mocno, twardą, spękaną glebę…

No i morze…

Nadal go mniej, nadal dziwne, no i już można zauważyć kwitnące algi. Uważajcie na to, bo serio nie warto zaliczyć zgona od czegoś takiego. Może to jeszcze nie ta cała koszmarność, ale jesteśmy już blisko, a przy tak niskim poziomie wody pójdzie szybko. Przecież nie mieliśmy deszczu od kwietnia tak naprawdę. Spadło dnia jednego kilka kropli, ale co to było… cała nasza wyspowa roślinność karmiła się jak dotąd tym, co zostało po tej późnej, długiej, zaskakującej zimie.

Ludzie się denerwują, ptaki i zwierzaki niespokojne, naprawdę…

… przeraża mnie to.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czarowne doznania… została wyłączona

Pan Tealight i Piąta żona…

„Wieści o niej plątały się po Wyspie od dawna.

Tutaj zahaczyły o gałąź, tam o komin. Tu się trochę naddarły, nadpruły, zostawiły kilka liter, słów, zdań… jakieś obrazy w powietrzu, jakieś postacie zamglone, jakieś dziwne sny, myśli, marzenia i pragnienia. Bo przecież wieści też często są aż nazbyt ludzkie. Aż nazbyt namacalne i tworzące własne rzeczywistości. A te akurat były w tym naprawdę wybitnymi mistrzyniami.

Gdyby tylko nie to, że chodziło o Piątą żonę, to wiecie, pewno każdy puszczałby je mimo uszu, między gałami, gdzieś tam po przedziałku, lub pod ramieniem nawet. Ale jednak sam temat zdawał się być intrygujący. Bo czy chodzi o harem, czy jednak dziwaczne pragnienie? Bo jeśli ludzie mogą poślubiać przedmioty mimo ich woli, to czyż nie będą też mieli baczenia na całą resztę? No wiecie, jakoś tak dziwne to wszystko. Jakoś tak się miesza, kręci i nagle nie ma już cudownej, wyjątkowej nienormalności. Nagle każdy w swej szufladce i tak dalej…

Te wieści jednak były na tyle upierdliwe, że w końcu Pan Tealight założył na nie pułapkę i złapał je na lukrecję i kawałek węgielka, wciąż się żarzącego. Miał już dość. Nie żeby miał jakieś pragnienia dotyczące ich poznania, ale to już było rąbane nękanie, a przecież sezon na Turyściznę się zaczął!!!

Nie mogli się AŻ TAK błaźnić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W obcej skórze” – … nieswojej. Dziwnej. Innej. Ale serio… co to ma do fabuły powieści? Znaczy wiecie, ten szumny tytuł, ona krzycząca z okładki sława powieści, najlepszy kryminał sprzed kilku lat, ble ble ble… Nie wierzcie pochlebnym opiniom.

Serio.

Książka jest bolesna.

I to we wszystkich wymiarach. To, że jest przewidywalna to pikuś, to że bohaterowie, policjanci, są tak koszmarni, niewykształceni, zmanierowani i nie dają się polubić, no wiecie, można uznać, że różne są fiksacje, ale… ta powieść najzwyczajniej w świecie nie ma sensu. Tutaj nic się nie klei. Czytelnik od razu wie co będzie, gdzie, z kim i dlaczego, a przyszykowany na „studium przemocy domowej” oczywiście wybrał akurat tę powieść z pewnych powodów, więc… zawód tym większy.

Już nie wiem czego się czepić najpierw, bo wszystko tutaj leży, powiewa i tak dalej. Nie wiem też kto bardziej jest upokarzany, czy nasza pani policjantka, czy te kobiety… a już faceci w tej książce. Nie. Po prostu nie polecam.

Naprawdę.

I nie chodzi tylko o oną fabułę i bohaterów drętwych i głupich, ale przede wszystkim o język, który odpycha. Te dialogi jak z tyłka wyjęte, te opisy pokręcone, zbytni natłok słów, potem ich brak… nie, nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczenia, ale kiepskiej książki i najlepszy tłumacz nie uratuje!

I tak, wiem że debiut, no ale błagam!

Nie.

Hammerhavn jest piękny.

Nawet z tymi nieuporządkowanie dziwacznymi czarniawymi domkami… taki unowocześniony smutnie, a nawet… No dobra, to coś dziwnego. Nie rozumiem. Biały metalowy barak, na którym pisze: tylko dla facetów, a dokładnie: „Galleri. Only for gentlemen. female no access unless you pay 20DKK”. WTF? No tak naprawdę? O co chodzi? Czy to coś, czego serio nawet myślą lepiej nie ruszać, czy durny żart? Jak się okazuje, zwyczajnie brzydka, świńska galeria. Ale jak nic dyskryminuje kobiety, które lubią cycki.

No mniejsza.

W porcie oczywiście fale. Te tutaj bywają często, więc człek się może nimi nacieszyć. Ale też i mała piaszczysta plaża i oczywiście łódki i pomost, i ścieżka do ruin i jeszcze ta woda, tak spokojna za betonową osłonką. Można popływać, można uciec od zgiełku, można po prostu się schować i w kiosku zjeść kanapkę, lody czy co tam kto chce. No i oczywiście wiecie: siku, kupa czy prysznic też dostępne. Do tego ta sala, w której jeśli jest sztorm, możecie sobie urządzić party sztormowe. Bo jak pogoda jest taka jaką mamy teraz, to po co siedzieć pod dachem? No naprawdę? Po co?

Cień pewno, ale zamknięte pomieszczenie…

Eeee, nie.

Ale koniec z rozważaniami portowymi.

Ostatnie opryskanie słonawą wodą, świeżość na maksa, i dalej w drogę. Przecież mamy wrócić do latarni, a ścieżka kręta, piaszczysta, sucha i ogólnie mówiąc osamotniona. No i pod górkę oczywiście no i jeszcze te skały i zarośla i jaszczurki czyhające na człowieka. Czyli wiecie, cudownie jest!!! Naprawdę. Takie umęczenie ciała, ale jednocześnie ta przyroda, krzaki tworzące zielone wciąż tunele, te rdzawości zdychających wrzosów i jagodników, i skromne zielonkawości oraz jeszcze te skały i niskie trawy umęczone. I wciąż palące słońce jeszcze. Na skałach mewy. Oczywiście są rodzinnie. Skończyło się w tym miejscu już wysiadywanie jajek, mewy mniej natarczywe i broniące swego terytorium… teraz można się poglapić. Na te białe mewy i jeszcze na one maleństwa. W różnej wielkości, ale wszystkie szarawe. No po prostu cudowne.

Niektóre kłębuszki jeszcze, inne już całkiem dość wyrośnięte…

Jak to jest, że te białe w swej dorosłości zwierzaki często rodzą się takie szarawe czy czarniawe, jak węgielki spalone? Logiczne, że z powodów biologicznych i ochronnych, ale jednak… taka w tym dziwaczna metafora.

Człowiek idzie tym wysokim klifem, piaszczystą ścieżką, podziwiając mikruskie, pokręcone, karłowate drzewka, niektóre wciąż żywe. Słońce pali, woda cała z człowieka ucieka i nagle wcale nie chce mu się pić, ale właśnie się ususzyć. Na amen. Może tak czuły się mumie? Nie no, wiem że one raczej nic nie czuły, chociaż… a te, które na żywca mumifikowali?

Hę? LOL

No ale… idziemy dalej.

Po prawej skały i trawy, wszelakie załamania trenu i wzrosty, skały pojedyncze i grupowe, wszelkie krzaczki i pustka. W oddali na górce jakaś lesistość, do tego wąziutkie, odzwierzęce ścieżynki. Takie to wszystko fascynujące. Takie wciąż dzikie i oderwane od tej ciężkiej, internetowej codzienności. I wystarczy łypnąć przez ramię, albo nawet przycupnąć na chwilę na skale, by oszaleć z tej całej wodnistości. Bo przecież jak się człek obróci, to morze. Pełne morze. Dużo morza. Tylko i wyłącznie ono, lekko pofalowane, przy brzegu już mocniej, krzyczące, uderzające o skały, rozbryzgujące się wysoko białą pianą w górę. A nad tym wszystkim mewy, które też to lubią.

Ta cała moc wody, ta potęga, ten ogrom, choć przecież Szwecję widać na horyzoncie, wcale nie tak daleko… ale ta woda. Tyle jej. I tak wiele musi się w niej kryć. Tajemnice, mity, oczekiwania, marzenia, nadzieje, zatopione wioski, przeszłości wszelakich rozwiązanie, mroczność, ale i światłość. I jeszcze coś takie nieokreślone, co sprawia, że gdy się człek od tej wody odwraca i wspina pod górę, znowu, powoli, po skałach, przytrzymując się umęczonych krzewinek i mikrych drzewek… to wody brakuje. Onego błękitu, niebieskości, wilgoci. Po prostu jakoś tak jest dziwnie, gdy tego nie widać. Ale droga do latarni jedna z tej strony. Inaczej się nie da.

Zresztą, przecież zaraz znowu zobaczę morze!

Może?

I jeszcze zakręt i kolejny i już jest.

Człek spocony, ale dziwacznie radosny może zasiąść w te swoje cztery kółka i dokulać się z powrotem do domu. Bo wiecie, w domu najlepiej. W domu może i nagrzanym, ale z wielkim wiatrakiem w ogródku… no dobra, prawie w ogródku, no i ziołami, drzewkami i sąsiadem psychopatą.

PS. Jakby co, to uważajcie na zwierzątka. Serio. Jazda może i wolniejsza, co przy tej pogodzie serio jest zalecane, ale takie przypadki jak rodzina łabędzi na ulicy, to nic dziwnego. Wszystkim doskwiera ten upał. Przyroda się męczy. Ale policja jakby co jest na miejscu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piąta żona… została wyłączona

Pan Tealight i Pomost…

„Czarowny.

Albo i mocno dziwny.

Ulepiony z pajęczyn zmieszanych z księżycowym blaskiem, poświatą onych nocy, gdy nikt nie patrzy i można robić wszystko… z wszelkiego wybaczenia, z prostej wolności swobodnych chwil, gdy nie myślicie, że ktoś coś, że może nie powinno się, gdy podążacie za swoimi uczuciami… Niby beton i kamienie, niby morskość wszelaka, granatowa, szmaragdowa, turkusowa i wszelako niebieska. Niby zarośla, szemrzące, szepczące, dziwnie nieznajome, trzymające w swych ostro zakończonych liściach tak wiele tajemnic, drżąca by opowiedzieć historie, ale nie zdradzić sekretów.

Pomost, a przy nim biała łódka.

Niby przyczepiona do niego, lekko hacząca o czysto kamienne zakończenie konstrukcji, i metalową barierkę, ale bardziej jakby skryta, podpatrująca co tam się w oddali dzieje. Gdzie domki na horyzoncie łukującym się w stronę nieba, gdzie one barwy, skały z pomarańczowymi narostami, gdzie kormorany…

I pies.

Całkiem tym wszystkim nie zainteresowany.

Całkiem w sobie i piłce rozbawiony. Mocno wyluzowany we wszystkich częściach, kąpiący się, mający gdzieś beach body i kompleksy. Oraz człowiek. Wielki Strażnik Tajemnego Pomostu, który jako jedyny wie, że to miejsce to nie tylko strzała nurkująca w morskie otchłanie, ale przede wszystkim miejsce, które dokądś prowadzi. Że skok z niego, tam gdzie ogon psa młóci wodę, pozwala na przekroczenie tej właśnie granicy, o której tak wielu marzy, ale jednak nie do końca jest pewnym, czy to marzenie, ono nieustające pragnienie, jest tym prawdziwym…

I stopa Wiedźmy Wrony Pożartej znikająca w onym niebycie… bo przecież jak nie spróbuje, to nie będzie wiedziała, a tego uczucia nienawidzi najbardziej ze wszystkich w sobie. Najbardziej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu spacer…

Bo wiecie, jak nie można sobie poradzić ze światem, jak w mieście wszędzie moc Turyścizny głośnej, palącej pety, kompletnie ignorującej suszę i to, że jebnięty przez okno pet, żarzący się wciąż, a one tak mają, że robią to nawet jak ugaszone, może nas sfajczyć. I to na amen, bo przy tak zapchanych drogach, przy tylu remontach…. straż pożarna ma gigantyczne opóźnienia. Ludzie! Myślcie!!!

To nie boli.

Zapewniam.

A dziś chcę do Hammeren.

Bo tak. Bo coś mnie ciągnie na te skały mimo palącego słońca, do latarni, na którą nie wejdę, bo jakoś tak wolę pod, jakoś tak… zresztą, przecież raz się przełamałam i wczołgałam się tam. Piękne to było i koszmarne. No i wciąż jeszcze tam dokoła niej nie wszystko przez mnie schodzone, dotknięte, popodziwiane, zrozumiane. Wiecie, to jak stanie na szczycie świata, gdzie dookoła tylko woda. Ale tym razem nie pójdę wybrzeżem, może nim wrócę, może… na razie pójdę oną dziwną ścieżką pełną kamiennych ogródków, miniaturowych drzewek, oczek wodnych, wciąż jeszcze z wodą, traw wysuszonych, kamiennych ostańców. Ale przede wszystkim… tej dziury, nagłej dziury w ziemi i pól w oddali i domów.

A dokładniej wielkiego spadku, który pokazuje piękno dwóch jezior.

I morza w oddali skąpanego w słońcu.

Boleśnie parzącego oczy.

Ale nie muszę się patrzeć w morze, bo chcę powoli zejść tą inną, dziwniejszą, bardziej stromą ścieżką obok jezior. Wiecie, tych dwóch gdzie tam w jednym można się kąpać i pozjeżdżać na lince, a w drugim nie, ale piękne jest (Opalsøen i Hammersø, jedno dziura po człowieku, a dokładniej po kamieniach, a drugie naturalne, górskie jezioro… ekhm, górale pewno się uśmialiby). Najpierw patrzy się na nie z góry i zachwyca się człek tymi kolorami. Bo wyglądają jak lekko mleczne szmaragdy. Albo fluoryty. A może jednak zielone oczy potwora, który nie dba o te ludzinki, a który czeka na coś większego i kiedyś się przebudzi?

Wrzaski ludzi są fascynujące?

Nie no, wiem że to w miarę bezpieczna rozrywka, ale jakoś mi nie pasuje do spokojności i naturalności Wyspy. Ale przecież to jest turyzm. Spokój i cisza nie sprzedają się dobrze, czyż nie? Dlatego trzeba to znieść. I papierki i w ogóle wszystko. Po drodze spotykam takich jak ja, co to chcą chodzić, pomacać, popatrzeć, doznać… dziwaków pewnie, ale przesympatycznych. Rozumiejących i pot i sapanie. Oni wchodzą do góry, ja po raz pierwszy tą stroną w dół. Nie zwyczajną po lewej, a ta po prawej, ścieżką, która nagle znika obok kamiennego ostańca na którym gniazdują mewy.

Na szczęście już nie tak agresywne…

Ścieżka jest piaszczysta.

Pewno, że łatwiej byłoby ją tak na tyłku zjechać, ale i portków szkoda i skałki wystają. Nie mogę się oprzeć myśleniu, że te kamienie to jakoś tu stoją bardziej uporządkowanie, jakoś tak nie mogę, ale przecież to byłoby logiczne. Umieszczenie tutaj wioski, czy też osiedla. Lekko schowane za skałami, woda jest… zbadam bardziej następnym razem. No po prostu muszę. Bo nawet naruszone wybieraniem kamienia, muszą tutaj być pozostałości po nich, nich tak nie do końca zaprzeszłych…

Ale teraz dalej w dół, jedno rozwidlenie, drugie i kolejne. Wysokie zarośla, dziwne ale znajome, pokrzywione drzewa. Niektóre wyglądają jak kości pradawnych stworzeń. Takie biało-szarawe, jakby wyczyszczone przez zwierzęta, robaki i oczywiście słońce i wiatr. Jakby… czekały by powstać. Niczym mityczne zombie. Niczym one książkowe kościane smoki. Albo i coś więcej, coś bardziej strasznego. Nic to… słońce przygrzewa, w cieniu chłodek, poza nim parzy wszystko. Własny oddech też nie pomaga. Nawet już nie chcesz pić, choć mózg podpowiada, że powinieneś…

Kolejne kroki, znowu zakręt, w prawo czy w lewo i nagle…

Paprocie.

Wysokie strasznie, wyglądające bardziej jak rąbana dżungla amazońska niż zwyczajowa, znana mi już przecież, roślinność Wyspy. Skądś tutaj mają wilgoć. Ale to coś wielkie, gigantyczne wprost jak na to miejsce nagle umyka nam spod stóp i wpada w krzaki. Wąż? Padalec tylko czy zaskroniec? A może jednak kurcze coś więcej? Nie chcę się przekonać i nagle zaczynam odczuwać strach, bo to wszystko zdaje się być tak nieznajome. Tak bardzo. I może to jest ona cudowna część sławetnej Stenhuggerstien, ale jednak dla mnie to czysta egzotyka.

Zbyt mocna…

Wyjście, a raczej już zauważenie ruin Hammershusa w oddali, przynosi dziwną ulgę. Potem morze, port, plaża pełna ludzi, otwarty sklepik z przekąskami, ludzie… Człowiek nagle czuje się znajomo w znajomym miejscu. Z większymi falami, biegnie teraz dziwnie wysuszony jak najbliżej, ale wiecie też zachowując ostrożność, onej wilgotnej słoności. Tego zapachu, którego nic nie przebije. Który wrósł już we mnie i jakoś nie chce opuścić. Po prostu jakoś tak… no jakoś tak nie mogę bez niego żyć.

Tutaj można odpocząć ze słońcem walącym prosto w twarz. Z falami tańczącymi, miejscami srebrzystymi, dziwnie ciężkimi, potem znowu błękitnymi, niebieskimi, szmaragdowymi. Po prostu jest niesamowite. Morze jest skomplikowane. Jest zawsze sobą. Czy chłosta skały w oddali, czy rozbryzguje się na kamieniach pod moimi nogami. Ono zawsze jest sobą. Zawsze. Nie udaje, bo jego potęga podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich…

… i uzależnia.

A teraz czas na powrót, ale na to poczekacie chwilę. LOL

PS. Susza obecnie oficjalnie w całej Danii i ban na ogień wszędzie… zaczynam się bać, jak to wszystko się skończy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomost… została wyłączona