Pan Tealight i Bezsenność w Melsted…

„Bezsenność w Melsted była jakby o wiele bardziej namacalna.

Jakby jeszcze nie bóstwo, ale już coś tak blisko, że szukałeś i sudnicy i kamienia, i pieńka i ofiary, i flaszki, coby samemu przetrwać jakoś i…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I człek znów chory…

Wiecie co, gdy tak człek choruje, uspokaja się i niezbyt mocno haftuje, kaszle czy smarczy, to w końcu wsłuchać może się w wiatr i fale. Oczywiście jeśli mieszka w zasięgu fal. Znaczy zasiegu dźwięku, a nie, że wam solnie okienka myją przy przypływach. Choć ostatnio wciąż te wody się cofają, no nie wiem jak to z tym jest? Gdzie ta woda z tych wszystkich roztopionych lodowców? Czy nam planeta dziur jakichś dostała? A może rdzeń Ziemi się ochładza?

A może znowu coś Chińczycy pokopali i nas odrąbało od osi?

Oczywiście gdy się choruje, człek pisze do roboty, ze zdycha i tyle.

Zdycha sobie w domu.

Najpierw musi doczołgać się do sklepu, bo jeść trzeba, no ale… czołganie szczególnie w wietrzną pore jest ciężkie, więc człowiek się uczy, by zawsze mieszkać w doczołgowalnym zasięgu sklepowym. Nawet jeżeli w onym sklepie ceny z kosmosu i naprawdę lepiej doczołgać się dalej i w Lidlu kupić przynajmniej chleb. Jakoś czasem myślę, ze tym naszym, miejskim dwóm sklepom to odwala. Co roku ceny lecą w górę w związku z sezonem, a potem oczywiście nie spadają, szczególnie niestety u nas, a i w Gudhjem skromnie, więc…

… zaleca się kupowanie gdzieś indziej.

I rozumiem naprawdę tych, którzy pływają do Niemiec na większe zakupy. Naprawdę ich rozumiem, bo kogo normalnego stać na zakupy lokalne?!! Tym bardziej, że obydwa sklepy nie ukrywają, że miejscowych mają gdzieś i tyle… a ty tutaj chory, bidoku, do apteki nie dotrzesz, więc masz ino oną półeczkę za kłódeczką i dostaniesz ino jedno pudełeczko przeciwbólowych. Wiecie, są obostrzenia.

Nie ma!!!

Cierpieć!!!

Ale papierosy i picie procentowe oczywiście bez ograniczeń!!!

Łeb mi pęka.

Może to grypa, może gruźlica, może plaga czy coś…

Niby wiecie, można do lekarza się dostać, ale dopiero poza weekendem. Nie ma problemu, przyjmą, odbębnią, przepiszą coś, zedrą z was w aptece, albo prześlą leki do sklepu i odbierzecie na drugi dzień. Nie ma problemu. Wszystko jest w komputerze. Żadnych papierowych recept, a to znaczy… że nie sprawdzicie co wam zapisano dokładnie i czy w ogole się lekarz nie rozproszył i dopiero na miejscu dowiadujecie się, że się rozproszył i… musicie wrócić kolejnego dnia, a to był piątek, więc tak naprawdę ten „drugi dzień” oznacza oczywiście cierpiętniczy weekend.

Ale wiecie, nie ma problemu.

Wsłuchajcie się w wiatr i fale.

Gorzej jak to ten psychiczny wiatr, któy sprawia, że wam odbija i wielu kończy swą egzystencję lub nadużywa wszystko. Picie, jedzenie, palenie, ćpanie – wciąż nie wiem jak tutaj dostać dobre dragi, a podobno jesteśmy nimi zalewani… może dorwać jakiegoś smarkacza na ulicy? – czy też bieganie. Ostatnio znowu ktoś niestety przypłacił ono uzależnienie zgonem.

Straszne to trochę, no ale…

Jak człek chory, to patrzy na oną całą zieloność trawnika i pola za nim, i nawet zielony żywopłot i niebo może, i szare, ale czasem rozrywane promieniam słońca i krople deszczu na szybie, i tak se myśli, że fajnie wieje i szumi… że jakoś tak, chociaż zatoki trąbią, jakby tam cała symfoniczna orkiestra grała, fajne to.

Wiatr i morze…

Szkoda, że człek wyjść nie może…

Znaczy, może i może, w końcu nie jest związany, ale wie, że lepiej nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezsenność w Melsted… została wyłączona

Pan Tealight i Love…

„To był ten czas.

Niestety.

Znowu.

Nie żeby nie lubił, naprawdę. Nie o to chodziło, ale puszące się, wredne Love łażące mu po pokojach to już nazbyt wiele!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe jedzonko!!! Ech, trzeba przyznać, że długo nie było, ale teraz… mniam… a jak pachnie! I niskokaloryczne!!! Hihihi!!!

A co dookoła?

Nadal szaleją na punkcie promów i Turyścizny.

Nagle wszyscy zauważają, że oni tu są i nie mają co robić i problem jest. Potem oczywiście sprawa z krewetkami, będą, no i wciąż jeszcze trwa rozbudowywanie portu. Bo przecież wiadomo. A poza tym ci śpiewają, ci się nawracają na nie wiadomo co, a tych usuwają z nazw prduktów.

Poza tym oczywiście sprawa wiatrakowa.

Jak nic potrzeba nam Don Kichota.

Ten na pewno by wiedział jak to jest, no i czy w ogóle wyjdzie? I dlaczego wciąż wszelakie informacje są sprzeczne? Kiedyś ktoś napisał, że tyle ile jest nam wystarczy, no ale… podobno nie i gdyby tak wybudować wiele więcej to mielibyśmy prąd tylko dla siebie i to tak na zawsze i w ogóle cudownie i ekologicznie i tak dalej. Naprawdę… ale, oczywiście nagle się okazuje, że nie mogą stać one wiatraki na ziemi. I całkiem rozumiem postulaty tej strony, że całe pole na tak małej Wyspie to mocno zaśmieci, ale jednak… to lepsze rozwiązanie, więc… więc oczywiście jest brok. Bo tak, pewno, lepiej na wodzie, ale jednak, kurcze, czy fajno?

A może tak zużywać mniej?

Hmmmm?

Potem cała gromada mądrych głów dorwała się do mikrofonów i mówi, że to wcale nie ekologia, bo przecież trzeba to wciąż sprawdzać, serwis i tak dalej, no i one tak krótko działają. Często się psują. I w ogóle… wiecie co, można doznać takiego amoku w tej całej ekologii, że chce się człek zakopcować.

I nawet zepsute, cuchnące pyraki by mi nie przeszkadzały.

Naprawdę…

To jak kłótnie wegan na różnych forach. A ja myślałam, że oni są tacy spokojni, pokornych serc i ogólnie jak ci, no, kurde dzieci kwiaty!

Ale…

U nas jak nic luty.

Wieje, pada i szaro. Kwiatki wychodzą, prorokują wiosnę, ale wiecie jak to jest z wyspami, tutaj pogoda zmienia się z godziny na godzinę. Nie wierzcie prognozom pogody, bo nie miało padać, a pada. Miało świecić, a nie świeci, dodatkowo jeszcze wieje, ale wiać miało, więc tutaj się sprawdziło… ale, tak naprawdę nie możecie być pewni tego, co będzie za godzinę.

Czy nie nadejdą chmury?

Czy nie schłodzi wam nereczek?

Bo przecież nawet jak wieje, jak pogoda jest taką, jaką określają bezpsowe towarzystwo i wszelakie wieszania, więc… nawet jeżeli, to przecież i tak to wszystko jest takie piękne. Takie niesamowite. I to morze i ten brzeg kręcący się, tutaj pełen onych spiczastych skał, które nie poddają się wiatrom i falom, i kompletnie nie chcą się zmienić w jakieś gładkie buły i inne tam bałwany.

I te gołe gałęzie, które kompletnie odmieniają wszystko. Nagle widać rzeczy, o których nie mieliście pojęcia. Domy, o którch istnienie nie podejrzewaliście tych kłębów krzaków, albo wprost odwrotnie, znowu wycięli tyle drzew, że wkurw was bierze i tyle. Znaczy mnie bardzo bierze. BARDZO!!!

No i wiecie… luty.

Jeszcze chwila i wiosna i cały ten kram. Nie wiem dlaczego ten czas tak leci, ale widać gdzieś mu się cholernie spieszy.

Mi nie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Love… została wyłączona

Pan Tealight i PMS Spowiadający…

„No wiecie, to przecież logiczne, czyż nie?

On był jedyną, często, łagodzącą ustrojowością, którą można było wykorzystać nie tylko wtedy, gdy przez przypadek kogoś zaciukaliście… w końcu nie tylko to było złe. Mogliście na przykład zjeść czerwone mięso, czy śmieciowe jedzenie, a to podobno gorzej. I niebycie weganem… co kogo cieszy, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I nie ma ludzi.

I jest wiatr.

I już nawet ice cream truck…

… kurcze, jak to przetłumaczyć? Wózek lodziarza? Polska język, brutalnie dwuznaczna język, czyż nie? No więc… chodzi mi oczywiście o ono śliczne, błękitne autko z naklejkami… nie dzwoni już. A dokładniej dzwoni ino raz jak staje 0 widzicie, mówiłam coś o dwuznaczności i tutaj ją macie, no aż wali po gałach, kurcze!!! Nie wolno mu już dzwonić, bo straszy zwierzątka. I jakkolwiek sama zwierzątka karmię i kudlam psy na plaży – nie moje i za ich przyzwoleniem – to jakoś nie rozumiem. Jako osoba obdarzona, w dupę, bez mojej zgody – masą chorób psychicznych, stanów lękowych i tak dalej – też podskakiwałam na podłodze słysząc ten dzwoneczek i muzyczkę. Do tego mam wyobraźnię, więc wiecie, od razu widzę wszystkie sceny z horrorów, albo sama je plotę i…

I tak wciąż chcę żeby to autko tutaj jeździło!!!

No ludzie, co się z wami dzieje?

To nie bombardowania!!! Nagle przez zwierzątka nic już nie można, nawet pierdnąć bardziej? Tosz biedne mewy mają dość waszych wrzasków i śpiewów i smrodliwych wyziewów, ale w ich obronie nikt nie stanie, co nie? Bo to tylko mewy!!! Nic rasowego? A wrony? Te byście wybili… jeden wprost mi napisał, że ich nienawidzi, więc nienawidzi i mnie. I jak najbardziej to szanuję. Masz gościu prawo do onej nienawiści, ale do strzelania do mnie czy ptaszków nie. Za to ja mam prawo na plaskacza skierowanego w twój wielki kichol, bo po pierwsze też mam wielki kichol i mogę powiedzieć WIELKI, a po drugie, zwyczajnie PMS ze wszystkiego mnie odpuka w konfesjonale. Ino się spotkajmy jak będę w nastroju, bo inaczej psychiczność sprawi, że spierdolę i konfrontacji nie będzie. I to serio za nic… Naprawdę!

Nawet prochy nie pomogą!!!

Ale było o wietrze…

Znowu wieje.

Znowu ciepło.

Znowu… nie wiadomo co. Przebiśniegi wyłażą, ale ranniki nie. Pewno dla nich bidokow za ciepło. Nie wiem co o tym myśleć. Czy będzie jeszcze jakaś zima, czy jednak nie? Czy mamy szansę na mrozy, czy nie? Bo wiecie, ja tęsknię i tyle. Bardzo i to bardzo tęsknię za tym wszystkim!!!

Zimnym i białym.

A na razie pooglądam sobie fotki innych jęczących w mediach wszelako aspołecznościowych. Że niby zima, że niby wiosna i tak dalej. Jakby wszystko nie mogło być na jakimś miejscu. Kobiety gdzie chcą, faceci, gdzie kobiety chcą i tak dalej. A co… taka jestem pokiereszowana i tyle!!! Mocno!!! Tak w ogóle, to u nas poza wiatrem lekka cisza. Morze znowu się cofnęło.

Szarość objęła nas na tydzień.

Znowu.

Czasem popada deszcz, czasem przewalą się chmury. Oczy wpatrzone w iebo widzą one wszelkie kolory brudności jasnej, szarości i stalowosci. I jeszcze czasowej bieli ale nic poza tym. CI czasem za nimi jest ten jasny krąg, który chyba zwą słońcem, ale chwilowo nie chcę w nie wierzyć. Bo w szarości mi dobrze, naprawdę. Po prostu. Mogę bezkarnie przeglądać domy wystawione na sprzedaż u nas. Wiecie, człek cały czas marzy i dopnie swego. W cholerę kibinimater i na Matkę Wyspę!!! Ma mi się udać. Już nie musi, już nie mam nadziei, ale zwyczajnie kurna się mi należy!!!

… i już!!!

A domki są intrygujące.

Problem w tym, że drogie, no i nie do końca w tym miejscu, które ja wybrałam na swoje życie. Wiecie, takie już na zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i PMS Spowiadający… została wyłączona

Pan Tealight i Dziura w Lesie…

„Śniegowa dziura.

Gdzie zawsze pada śnieg.

Wiecie, nawet latem, gdy wszędzie na Wyspie żar i palenie, tam jednak wciąż jest on… biały, spadający, niczym w śnieżnej kuli ale takiej, w której pada raczej wzdłuż nie na około. Niepoddająca się grawitacji, gdy głaska ją ludzka dłoń siła. Niesamowitość wszelakiej bieli z włąsnym oświetleniem, które wychodzi, a raczej wydobywa się spomiędzy opadu… magicznie.

Trzy polany między iglakami, z których dawno już opadł śnieg. Trzy inne światy i trzy inne wszechświaty. A może jednak coś innego? Coś bardziej normalnego? Coś, co zdarza się wszędzie, ale nie każdy jest w stanie to dojrzeć? Nie wiem, nie mam pojęcia, bo przecież jak je mieć, jeśli ktoś wie, że niesamowite nie istnieje? Jeśli ktoś jest pewien tego, że naprawdę…

… albo też zwyczajnie, tak mu pasuje.

Tak mu pasuje, by niesamowite, niefizyczne, tudzież raczej ono wciąż jeszcze nienaukowo tknięte, go nie tykało. Bo przecież są tacy ludzie. Bo przecież nie każdy chce widzieć, bo przecież nie każdy… ale nie ona, więc wiadomo, od razu się na nie natknęła i się w nich zakochała. Nie tylko przez ten śnieg, zimność i biel, nie tylko przez iglaki, chłodek i wszelaką świąteczność, ale przede wszystkim…

Bo nie wszyscy je widzieli.

A były tak oczojebne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg.

Spadł.

Oczywiście, jak to z Wyspą bywa, spadło się mu dość miejscowo, na szczęście udało się nam znaleźć ono miejsce… na szczęście!!! No bo serio, jak się okazało, od razu po spadnięciu, śnieg zaczął topnieć. I nie żeby spadł na całej Wyspie, wiecie, nie nie nie, nic z tego. Raczej tylko w określonych rejonach, a dokładniej okolicach Almindingen, więc… popędziła,m, jakby mnie zakonnice goniły!

Albo cś w ten deseń.

I wiecie co…

… udało się, ale… no właśnie. Niby człek zatrzymał się przy starej stacji kolejowwej, bo wiecie, my mieliśmy kiedyś pociągi, teraz zosały po nich nasypy, drogi i budynki oczywiście, w których są muzea albo i ludzie sobie zwczajnie mieszkają i tak dalej. Ale wciąż stukot słuchać.

No ale nie o one dziś chodzi, niestety… choć to naprawdę wcale nie jest nudna historia, wprost przeciwnie, cudowna, inspirująca, romantyczna może nawet… lecz gdy dziś tak człek sobie pomyśli, to nie byłoby miejsca dla pociągów teraz na tej Wyspie w tym miejscu, po prostu by nie… niestety. Ale śnieg… śnieg na ziemi, śnieg na gałęziach, śnieg na onych ciemnych gałązkach, pniach nawet, cudowny, no i ten dźwięk kapania niczym wredny zegar odliczający wam czas na zrobienie zdjęcia i oczywiście wpadający nie tam gdzie powinien, naprawdę.

Szczególnie tam, kurcze!!!

Ała!!!

I te bursztynowe listki, gdzie niegdzie. Pnie proste. cudownie geometryczne i ona biel i to wszystko… tak zachwycające. Niestety, okazało się, że śnieg nawet tutaj wybrał sobie miejsca i w okolicach i Lille i Gamle-borga było go już niewiele. Trochę na ziemi, mniej na gałęziach, ale po drugiej stronie ulicy…

Ale przecież już mieliśmy wracać.

Już minęło tyle czasu!!!

Ale musiałam.

I to miejsce, zachwycające, oszałamiające, dziwnie chłodniejsze, pojawiło się magicznie tuż przed nami. A już mieliśmy wracać. A przecież mój osobisty, cudowny, jedyny Chowaniec kicha i jęczy od rana… ale jak to tak, może i słońca nie ma, światło dziwne, ale to wszystko… ta biel, ta monochromatyczność miejscami, ona matematyczność, to wszystko razem, kurcze…

Nie mogłam tego stracić.

… więc poszliśmy.

Po prostu tak. Po prawej iglaki, po lewej liściaste, dokładnie oblepione śniegiem. Takie, że nie chcesz oddychać, nie chcesz mowić, nie chcesz własnym ciepłem czy ruchem zniszczyć onego piękna. Nie chcesz. Po prostu. Bo to jest tak bardzo skończenie piękne, że aż łkać się chce.

Ale po prawej są te iglaki, pełne i puchate, wielkie, ogromne, i one w większości są takie dość nagie. Takie dość niesamowite. Takie… ojojjjj i mają polany śnieżne między wszelakimi sosnami. Takie dziury, przez które śnieg wpadł i wciąż jakby wpadał, jakby tutaj zawsze tak było i gałązki iglaste są oblepione niczym palec w cukrowej posypce, niczym człowiek zmarznięty zakutany we wszystko co się da… niczym coś tak puchatego, że już bardziej być nie może.

Ale na dole, ograniczony przez brązowawe mgły jest ona bielą rażąca polaną. I to nie jedna, a kilka oddalonych od siebie. Niczym rąbane portale do innego świata, w którym może jednak pada śnieg częściej? Ale nacieszywszy się nimi, trzeba iść dalej. Bo śnieg ucieka, a to piękno się zmienia. A potem… Potem nagle tylko czarniawe gałęzie skryte pod śnieżnymi czapami są dookoła nas.

I śniegu po kostki na śliskiej dróżce.

I nie chcę wracać…

Czy muszę?

Przecież może nie muszę? Może mogę tutaj zostać nawet ignorując głodowe pienia Chowańca? No przecież to wszystko przeminie zaraz.

No przecież…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziura w Lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Mikstura…

„No po pierwsze trzeba czasem coś ugotować, czyż nie?

Czasem nawet trzeba coś zjeść, niekoniecznie to, co się ugotowało, bo raczej zbyt wielu zbyt bardzo wierzy w swoje umiejętności, których nie ma, naprawdę ich nie ma, więc… warto czasem coś zamówić, kogoś zamówić, zakochać się w kimś, kto potrafi karmić, albo wiecie, chociaż wie skąd wziąć żarcie. Albo lepiej, ma knajpę jakąś, czy chociaż winiarnię, wiecie, niektórzy wolą dietę nie tyle pudełkową, co kompletnie i totalnie płynną. Lepiej wchodzi i łatwiej wychodzi.

Logiczne…

Ale czasem, nawet ten niezbyt lubiący gotowanie, nawet ten nieznoszący zmywania, wszelkich kuchennych utensyliów, dziwnej mokrości, zapachów, krojenia i szatkowania, parności, wrzenia i palenia… jakoś tak czuje w kościach, czy co tam ma w środku, że no musi. Musi po prostu coś…

… ugotować.

I Pan Tealight to poczuł.

Poczuł to w całym swoim stalowo-szarym ciele i postanowił zwątpić we wcześniej złożone sobie i znajmymy obietnice i przygotować pewną miksturę. Przesmaczną. Przedobrą. I wszelako przetrudną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Echo morderstwa” – … nie. Po prostu, jakoś no nie. I nie chodzi tylko o to, że od początku wiadomo kto jest mordercą. Nie chodzi tylko o płytką narrację, przewidywalność i kompletne rżnięcie wszelakich mitów kryminalnych…

A może chodzi?

Książka jest nudna.

Wiesz co będzie, jak będzie, a pewne rzeczy są tak logiczne, że gdy zostają zaplątane wkurzasz się. A już najbardziej wpienia cię główna bohaterka. totalnie nieskomplikowana dziennikarka z fotografem, który mógłby być intrygujący, gdyby nie był klonem tych wszystkich innych fotografów.

To nawet nie jest czytadło!

Czytadła przynajmniej są jakieś zajmujące, a ta powieść jest zwyczajnie zbędna. Kompletnie i totalnie niepotrzebna.

Zbędna w tym świecie.

Jeśli już przeczytaliście jakieś kryminały wyda się wam tak bardzo płytką, że poślizgniecie się na oblodzeniu, które ją pokrywa!

Nie polecam.

Śnieg…

Tak, śnieg spadł. Znaczy wiecie, nie że jakieś zamiecie i takie tam, ale ładna warstewka. Bardziej przypominająca może grubą kaszę czy sól morską, ale jednak, biało się zrobiło. A potem… się okazało, że spadło, ale tylko dookoła mnie, więc… więc co mam o tym myśleć? Ekhm? LOL

… więc nie myślę, tylko korzystam.

Kasza nie kasza, białe jest i nawet słońce zdecydowało się wzejść, więc co robią wariaci? Biorą aparat i lecą jakby się paliło i waliło, żeby złapać ono światło. Mityczne światło. Dziwne… prawie apokaliptyczne, a jednak i miękkie, gdy wszystko się zaczyna. Gdy niebo styka się z wodą tak, że trudno rozrysować gdzie góra, gdzie dół. Że nie da się, po prostu nie można ich rozdzielić.

Kompletnie nie można.

Ale jest śnieg. Dopiero później się dowiem, że kończy się kilometr od naszej Chatki, tak naprawdę. Może i gdzieś tam jeszcze na Północy nas są jakieś plamy, ale kogo to obchodzi, przecież nie miało go być, przecież naprawdę to cud jakiś, magiczyństwo jedne, tudzież inne wiedźmostwo.

Musowo!!!

… więc korzystam.

I męczę się.

I zimno mi, ale to takie fajne uczucie. I wszystko nagle zaczyna się podświetlać. Wszystko nagle się zmienia. Wszystko zyskuje inność narzuconą, ale czy upragnioną? A może one, prześwitujące przez śnieżną pokrywę wcale tego wszystkiego nie chcą? Onego przeistaczania się, odznaczania…

I wszystko było normalne.

No dobra, może nie do końca, bo wschód był tak łagodny, tak pastelowy i całkowicie dziwnie zamglony, ale i ostry jednocześnie i nagle…

… niebo pękło.

Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Mocne, ostre słońce wyzierające z gwieździstego spęknięcia. Jasne, oślepiające, ale i jednocześnie karmiące. Jak nic ci, który widzieli to przed wiekami doznawali na pewno oświecenia, mocy magicznych, boskich wizji i zostawali pustelnikami olewając wszystko i wszystkich.

Słońce…

… z jednej strony rzadkość, z drugiej, przecież nic nowego. Przecież to się zdarza, ale jednak tym razem to było inne. Tak bardzo, wibitnie tymczasowe i bardzo skore do przebicia człowieka jakąś racą. Jak nic. Albo może i nie. Może naprawdę był to uśmiech wszystkich bogów razem wziętych?

Kto to tam wie?

Może ostrzeżenie?

Aż chciało się wleźć w oną wodę, czystą taką, pójść do tych kamieni ośnieżonych, wystających ponad spokojną toń, do światła i gdzieś tam, po drodze do Szwecji, choć krzywo trochę, ale jednak, może dojdę… zatonąć. Jakoś tak. Atawistycznie. pierwotnie tak mega, że inaczej nie można. A wszystko przez światło, dziurę w niebie, niebieskości, granaty i fiolety, mroczność rozstępującą się przed światłością… kurna, jak to było jakieś Zwiastowanie znowu, to zwątpiłam.

Naprawdę!!!

No ale…

Było, skończyło się. Słońce odeszło, wrażenie zniknęło, ale wcześniej pojawił się pies, golden, który mnie bezczelnie wykorzystał. Wiecie, tu mnie głaskaj, teraz tu, łapy w górę, a jak się zmęczyłaś kobieto, to ja idę sobie, jeszcze tylko siku zrobię, wiesz i cześć. Dobrze głaszczesz!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mikstura… została wyłączona

Pan Tealight i Kociołek Wszelkiej Potliwości…

„No bo czemu nie?

Jak już wiecie, wykopali go pewnego dnia gdzieś w piwnicach, tam gdzie zawsze trwały dziwne prace, pod Sklepikiem z Niepotrzebnymi, który zarazem był Białym Domostwem… no i go użyli.

Co do tego kopania, to Wiedźma Wrona Pożarta, coby nie było, jednak prowadziła całą dokumentację. Naprawdę. Tak jak ją uczono. Tak jak jej mawiano i tak dalej. Tak jak ją kształcono, kształtowano, manipulowano jej mózgiem, członkami, aż w końcu i zabrano się za nawyki, więc profil był tak równy, że ciął jak brzytwa, a wyrysowana stratygrafia wykopu waliła po oczach kolorami kredek. Wszystko po prostu było jak miało być, więc samo znalezisko mogli zatrzymać. Zresztą… chyba i tak było tutaj przetransportowane przez jakiś niesamowicie równy i dobrze uksztaltowany podziemny tunel, który planowali potem prześledzić, ale najpierw…

Kociołek.

Bo widzicie, on był taki słodziutki. Kochany taki. Z tymi misiowymi, czterema łapkami, z onymi rączkami rzezanymi w bluszczowe, ale i kwieciste strofy i jeszcze w onej niesamowitej, błękitnej, a może i nawet labradorytowej barwie. I on tak szeptał, że nie mogli go zostawić tam w dole, ale Wiedźmę Wronę już tak, bo wiecie… no i nalali do niego wody z ziółkami i nagle, właśnie tam, w onych Piwnicach Pod… w końcu zrobiło im się wszystkim dobrze.

Wiedżmie Wronie nie.

Ale ona już tak miała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro i szaro.

Szaro i mokro. Niby zima, a jednak temperatura tak rzadko spada poniżej zera, że człek nawet już tego nie zauważa. Dodatkowo od czasu do czasu słońce wyłazi i gdy tak człek siedzi na plaży, to wiecie, tu go przygrzewa, tutaj nagle nie wieje, wszystko ucichło i na zdjęciu… to lato po prostu! No zwyczajnie. Gdyby nie tylko brak ludzi, kąpiących się i onych pościąganych, tudzież odpłyniętych i zniszczonych pomostów, to dałoby się powiedzieć, że u nas lato.

Naprawdę.

Kamienie połyskują w świetle słońca, niebo się w nich odbija błękitne, żadnej chmurki, mocne słońce pali człowiekowi policzki i już, już właściwie, już się właściwie rozbiera szaleńczo, gdy dociera do niego powiew i wie… wie, że to nie lato jednak, ale i nie pora na morsowanie, bo by nas morsy wyśmiali za taką ciepłą aurę i wody temperaturę, co nie? Wyśmiali, czy jednak nie? Czy morsowanie to tylko określona temperatura, czy jednak coś bardzo mocno określonego?

Jakie są definicje?

Trzeba wygooglać.

No ale… na plaży bez zmian, jeśli ktoś pyta. Znaczy sama plaża zmieniła się jak zwykle i ponownie wodorosty stworzyły te hałdy, w które zapaść można się smrodliwie po pas, ale poza tym, lato jak nic!

W sprawie ptasiej, to orły.

Wspominałam o nich poprzednio, ale pewno będzie to temat tłuczony przez wiosnę, gdy już zaczną się jajcowania i takie tam. Ornitolodzy na pewno leją po gaciach, jak ja na widok glinianego dysku z wgłębieniami. No rozumiem gości.

Naprawdę!!!

Każdy ma swoją pasję.

A na ptaszki popatrzeć fajnie. Nawet jeżeli tylko przez miasto się przechodzi. W krzakach solsorty wyżerają ostatnie jagódki. Widok takich czarnych męskich, czy też onych brązowawych żeńskich z czerwienią w dziobach jest magiczne. Naprawdę. Szkoda, że są takie płochliwe, ale lepiej żeby były takie, czasy są jakie są i ludzie mają wszystko w dupie, a już naturę naprawdę głęboko, więc lepiej niech uciekają. Psychicznych nie brakuje. Znaczy takich wiecie, gardzących ich pięknem, a nie jak ja czatujących z aparatem. Są też oczywiście wróble, sikorki, są i rudziki, ale te trzeba wypatrzyć i najlepiej podglądać z domu. W końcu mieszkają w moim płocie.

No i są oczywiście i mewy i wrony.

Te pierwsze wysiadujące na dachach, czekające na coś rzucone z okna, drzwi, czy wepchnięte do karmnika. Wrony zaś wolą jednak drzewa, choć często obydwa gatunki tupią mi na dachu. Ale, gdy przychodzi co do czego, to mewy są szybsze, mają większą pojemność i zwyczajnie chapną więcej. Wrony jednak umieją walczyć o swoje, choć rzadko próbują. Zastanawia mnie to. Zarazem szare jak i czarne pozostawiają większym mewom pierwszeństwo… hmmm, serio siostry, jak tak można!

Ale wrony…

Ech, gdy tylko zawieje i zobaczycie jedną taką na szczycie dachu, to chcecie ją przytulić. Kulą się tak, że tworzą kulkę pierza, które zdaje się poruszać w różne strony. Słodziaki nastroszone, całkiem nieuczesane, bez żelu i lakieru… bo i po co im, jak wyglądają perfekcyjnie!!!

… więc jak? Przyjeżdżacie na ptaszki?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kociołek Wszelkiej Potliwości… została wyłączona

Pan Tealight i Szafirowa Otchłań Zdecydowania…

Ona Trzecia ze Wszystkich Onych.

Ona Jedyna Taka.

Choć z drugiej strony przecież ino dziura z wodą, co nie? Czyli co? Jezioro? Staw? A może jednak otchłań mokrości. Zmienna z każdym powiewem wiatru, ale i dziwnie stała. Bo ta nie baczyła na suszę czy opady. W jakiś dziwny sposób zawsze miała dokładnie taką samą ilość wody, nawet jeśli wrzuciliście do niej człowieka.

Dużego, grubego, smakowego człowieka…

Nie zwiękrzała się.

Poziom wody się nie podnosił, a przecież nie była aż tak ogromna. Wprost przeciwnie, była raczej dość niewielka, a człowiek… duży. I zniknięty… nie wypłynął już. Może to była jego pewna, w sile wszystkich zmysłów i mocy mózgowych, decyzja, może znalazł tam inne, kręcące go bardzo, w końcu dokładnie pasujące, zbieżne z jego wszelakim myśleniem, po prostu lepsze światy i zwyczajnie nie chciał wracać. Może tam od razu, gdy tylko się pojawił, ogłosili go wiekuistym i nieśmiertelnym władcą, piękne, czarowne niewolnice spełniały każdą jego zachciankę, bo wiecie, to był ten typ, ten jak najbardziej znajomy i pospolity… może miał i piwa i inne napitki, wyborne posiłki i wszelakie gadżety i wszystko pod nos podstawione…

A może chciał wrócić, że Otchłań nie miała tego w planach. W końcu była Otchłanią Zdecydowania. A taka jak już zdecyduje czego chce i jak chce, to tak zwyczajnie musi być i tyle. Nie ma zmian!

No… chyba, że tak zdecyduje, prawda?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Obiecali snestorm.

I nic z tego nie wyszło.

Wiecie, no jak zwykle nastraszyli i tyle. Internety mają ubaw, a ja… smuteczek. Bo ja chcę ten snestorm, jak 10 lat temu. Jak wtedy, gdy człek przeżywał tutaj pierwszą zimę, gdy wszystko nagle się zabieliło, gdy poczułam po raz pierwszy totalny spokój, idealną ciszę, dokładną samotność i dziwne przebaczenie win wszelakich… nie żeby akurat na tym mi zależało, ale…

Tak było.

A w tym roku, to zimy raczej nie będzie. Ale nie ma boja, stok sławetny i milionowy oczywiście z okazji nadchodzących zimowych czasów ośnieżyli. Nie wiem jak to teraz wygląda, ale, co mnie tam. Przecież i tak nie będę spuszczać się z góry. Bo i po co? Lepiej pójść gdzieś, albo zostać w domu.

Jakoś tak…

Dziwnie.

Promy szaleją, partie z powodu kolejnych wyborów znowu kiełbasy sadzą… rany julek, ech, i pomyśleć, że niegdyś człek myślał, że w innych krajach to jest inaczej. Nie dajcie się omamić. Polityka wszędzie taka sama. Każdy chce jak najwięcej, więc obieca za to i duszę i matkę i teściową, i oną legendarną córkę pierworodną… chociaż głośno ostatnio o małym przyroście naturalnym, to jak popatrzeć dookoła, rodzą, więc… o co tyle halo? I czy to też nie kolejne „polityki”?

Nie wiem…

Najważniejsze, że orły się gromadzą. Czy przetrwają? Pierun wie? Co z bizonami? Żyją, podobnie lisy, które też mają się nieźle. Może nie aż tak bardzo widoczne, ale może to i lepiej…

… może…

Nie wiem, ale pojmowanie Wyspy wyłącznie naturalistycznie, przyrodniczo, archeologicznie i historycznie jest łatwiejsze. Wtedy ludzie to tylko te drobinki uciekające w las, one stojące na skałach, modlące się nad falami, odwiedzające stare głazy, karmiące duchy i skrzaty… łatwiej…

Polityka boli.

Wszelaka niesprawiedliwość, którą wciąż Wyspę chłoszczą, boli… nie rozumiem tego, ale, przecież pewno za głupia na to jestem. Na ono widzenie dalej niż koniec własnego nosa. Niż swoje podwórko, swój własny, podtarty tyłek. A może właśnie to mój błąd, że widzę i składam klocki spoglądając w przeszłość, widząc proste wzorce, które wciąż i wciąż i wciąż się powtarzają…

… nawet w tym miejscu.

Na razie odkryli ponownie, że Turyścizna z Niemiec przyjeżdża przez cały rok, a sklepy i inne utensylia pozamykane! Tia… mówiono o tym rok temu, ale co tam. Ktoś sławny powiedział, ktoś inny powtórzył, więc nagle zbawcy przedłużają godziny otwarcia sklepów. Ech… jakoś tego nie widzę. Bo tu pracuje się jednak sezonowo. Czego już kompletnie nie kumam. W jakim świecie przez kilka miesięcy się zarabia, a przez resztę odpoczywa? No sorry?

Ale… nie żebym była przeciwko, ale…

… czymże się sprzedawcy różnią od innych zawodów?

Czy taki lekarz też może być sezonowy?

I co z Turyścizną?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szafirowa Otchłań Zdecydowania… została wyłączona

Pan Tealight i Pirytowa Dziura…

Dziura Nadziei i Gwałtownego Zwątpienia.

Snu i Nagłego Wybudzenia… brutalnego, bolesnego… taka była i taka miała pozostać na zawsze. Jakby nie dana jej była nadzieja na zmianę, na przeobrażenie, na wszelaką ewolucję, czy też zwykłe przebranie chociaż. Poudawanie, że jest się kimś/czymś innym… bo chociaż dziwnie personifikowana, to jednak wciąż nie była pewna, czym jest i dlaczego tutaj jest.

Właśnie tutaj?

W dziwnyum, dość rozległym, ale tylko jak na rozmiary tej Wyspy, zagłębieniu. Niezbyt płytkim, niezbyt głębokim, ale też kto to tam wie, tak naprawdę? Otoczonym piaskami dążącymi do morza, więc wiedziała, że wkrótce połączy się ze słonością. Takie było jej przeznaczenie, nie mogła  tego zmienić, chyba że… chyba że zatrzyma czas, zatrzyma erozję, zatrzyma… nie, nie da się przecież. Widziała to w oczach wszelkich moczycieli kija, w tych załamujących się, młodziutkich drzewkach, które wiedziały, że nie staną się dorosłymi wierzbami, w onych zacięciach wszekkiej roślinności, w tych trzcinach, pałkach wodnych, w tym wszystkim…

Oczach ludzi, którzy spoglądali i mówili: już niedługo.

Pirytowa Dziura.

Z drugiej strony, może stanie się częścią, w końcu i tak wciąż specjalną, w końcu przecież i tak wyjątkową wciąż czegoś większego nie będzie złe? A może jednak ją uratują jakoś? Wymurują, uniosą ku niebu, a może… nie, daremna ona nadzieja, tylko boli… koniec jest bliski, cieszyć się należy każdym dniem i przeklinać wiatry i morskie walenia, które marszczyły jej spokojną toń…

Ale czy na pewno spokojną?

Bo przecież Ona tam spała. Pod kocem z wodorostów, na poduszce z morskiej pianki, uciszana muzyką muszelkowych grajków…

I miała koszmary…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tupu tupu tupu… śniegu szukam!

Bo trochę zmroziło, więc szukam!!!

Albo kałuży choć niebo odbijającej, proszę no!!! Przecież to nie tak wielkie marzenie. By była zima. Wiecie, by było zimno, a nie tylko obiecanki, że snestorm nadchodzi, chowajcie się, kryjcie i ogólnie mówiąc bójcie, kupujcie i tak dalej. Śniegu drobiny chociaż, wiecie, zagarniętej, zagubionej może między drzewami, gdzie zimnieje…

Bo przecież czasem popaduje.

Czasem nawet przez chwilę widać cieniutką warstwę bieli na drodze.

Czasem, przez krótką chwilę i zaraz to znika… bo przecież, u nas zima to bardzo dziwny temat. Ogólnie nie istnieje. Mamy okres ciepły i ten chłodniejszy, mokrzejszy, ale dokładne cztery pory roku, nie, raczej nie. A ja i tak wciąż czekam. I jak tylko spada poniżej zera… temperatura oczywiście, to łażę po okolicy i szukam. Oczywiście, że najbliżej śnieg można by znaleźć w miejscu najzimniejszym – Almindingen, no ale… nie dojdę tam. Albo dojdę, ale nie wrócę na czas do domu.

Nim zamarznę i padnę.

No dobra, może nie zamarznę, w końcu tylko będzie mi zimno, ale nie do końca. Może lekka hibernacja, ale nic poza tym. Tak naprawdę… wiecie, przyznaję, że dla mnie, człowieka, który większość czasu zmienił na dziwny rzecznych czy też leśnych wyspach, życie tutaj przyniosło wielką niespodziankę mówiącą, że na obrzeżach jest cieplej niż na środku. Nie mam pojęcia dlaczego, ale wydawało mi się, że środek będzie najcieplejszy. Nie mam pojęcia… a jednak, wciąż jakoś…

Może to takie, wiecie, środkowe?

A w środku znaczy najcieplej?

No ale… śnieg.

Niczym rąbany wyżeł łażę po dostępnej okolicy i go szukam. I znajduję. Tutaj na liściach niczym proszek jakiś, tudzież wiecie, cukier puder rozsypany. Maleńkie miejsce parkingowe, nietknięte, pełne bieli, cieniutkiej warstewki, ale jednak cudownej, znajomej, niesamowitej…

Mało kto tak wariacko cieszy się z drobiny śniegu znalezionej na zadupiu Gudhjem. Ale przy okazji obejrzałam je sobie z innej strony, jak zwykle znajdując coś, czego nie widziałam, bo jakoś… gdy opadną liście, to wiecie, wciąż jeszcze jest coś, coś nowego, coś starego, ale odnowionego, coś się sypiącego, coś skomplikowanego, coś nagle dostępnego, coś nagle wyburzonego, coś…

Wyspa ewoluuje.

Najczęściej powoli, niezauważalnie. Czasem brutalnie za pomocą ludzkich popierdoleństw. Czyli wiecie, macie kasę, wolno wam wszystko. I właściwie, teraz, nie wiem czy wolno kompletnie wszystko, czy można to jeszcze zatrzymać?

Przykład, to właśnie Gudhjem i mieszkanie tutaj. Bardzo wielu bardzo bogatych i tutaj niemieszkających zakupiło domy i mieszkania, więc zwykli ludzie, którzy chcą żyć na Wyspie i mieszkać akurat tutaj – jak my – nie może pozwolić sobie na kupno domu, ziemi itp. To zaczyna przypominać po prostu jakieś szaleństwo. Wiadomo, że oni z kontynentu mają więcej kasy, wiadomo, że ktoś woli sprzedać dom za więcej i wiadomo, że istnieje tutaj jakiś czarny rynek nieruchomości, ale… smutno patrzeć na ciemne okna. Na nieodgarnięte ścieżki. Na brudne szyby.

Na pustkę.

Na samotność domów.

Na ich tęsknotę…

Śnieg to umie przykryć, jakby naprawdę pozwalał i ścianom się z siebie cieszyć? Jakby i one lepiły bałwany z rynien tworzyły kanonady kul… jakby tulił i mówił, że będzie lepiej? Jakby był czystą magią?

Smutne to wszystko… boli ten smutek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pirytowa Dziura… została wyłączona

Pan Tealight i Rubinowy Staw…

„… i że można je wyławiać?

Znaczy co?

Tak naprawdę?

Tak rękoma, mackami, czy czym tam kto ma? A może jednak trzeba je jakoś tak, wiecie, no zasysać? Może są jakieś takie urządzenia napędzane ślimakami i dżdżownicami, które z powodu, oczywistej nie do końca, zimy mają na sobie kubraczki z golfikami wyłącznie w zielonych kolorach, znaczy odcieniach zieleni, bo innych kolorów ich religie nie przewidują. Wiecie, każdy segment dżdżownicy wierzyć se może w co chce, ale jeśli idzie o ubrania, to wyłącznie zielenie, nic innego.

No bo przecież to jednak chyba bogactwo?

Nie, nie każdy był pewien i nie każdy znał one legendy, w których raz to samotna matka zapłakała rubinowymi łzami nad dziećmi, dla których zawsze, przez tak długi, bolesny, ale dla niej zwyczajny, czas. Była tak okrutna, że ją pozostawiły, ale jednak nie mogły, choć się starały, jej całkiem wyrzucić z pamięci i gdy tylko zachorowała poważnie, gdy cierpiała strasznie, to właśnie one sprowadziły najlepszych lekarzy… i choć je kiedyś raniła, torturowała do czasu, gdy już same mogły o sobie stanowić, one nie odpłaciły jej tym samym. Zwyczajnie nie chcąc być nią, ale tego nie rozumiała, nie chciała nawet o tym myśleć będąc wciąż dla siebie ideałem, choć trochę wybitnie pokręconym. Rozumiała tylko oną zaskakującą, bardzo bolesną, wkurzającą i depresyjną dobroć, a może zwykłe przyzwyczajenie, przymus dalszej rodziny, znajomych, może zwyczaje… No ale, byli dla niej dobrzy. W pewnym znaczeniu.

Onym najłatwiejszym…

… wiecie, cudzymi dłońmi…

A może chodziło o legendę o tych sarnach, które umykając przed myśliwymi niedbającymi o ich stan błogosławiony, właśnie tutaj zrubiniły swoje nienarodzone dzieciątka i swoje potem ciała, które pożarły wzajemnie. Jedna drugą, a to co zostało pomogły im pokroić na najmniejsze kawałeczki Duchy Zemsty Prostej

Nie wiadomo było.

Jedynym dowodem były one rubiny… może pochodzące od mężczyzny, który przyniósł tutaj kobietę, którą zakochał na śmierć, a która wciąż nosiła na ustach uśmiech, bo tak właśnie, najmocniej zawsze chciała być przez kogoś kochana. Bo śmierć rubinowa była dla niej szczęśliwością?

Nie wiadomo…

… wiadomo jednak, że rubinów lepiej nie ruszać. Bo dziwne rzeczy się dzieją w domach, w których zbyt wiele pereł i diamentów, w których zbyt wiele fałszywych metali i dziwnych kształtów… i tych, gdzie rubinowe usta moczą się zbyt często w rubinowych sokach, rubinowych kieliszkach, rubinowych szatach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Z Chowańcem lepiej się chodzi.

Nawet jeśli akurat ciągnie mnie w miejsce, które pewno niedługo zniknie. Wiecie, mamy takie miejsce, gdzie do morza tulą się jeziorka. Pyrit/Pyritsøen, Safir/Safirsøen i Smaragdsøen… ale tu jeszcze jeden niesamowity søen, ale do Rubina/Rubinsøen za daleko i się nie tuli, więc pomińmy skubańca, no i wciąż do niego nie dotarłam tak naprawdę, więc…

No tak, są takie miejsca…

Na razie.

Kiedyś dotrę, ale pod uwagę bierzemy właśnie te trzy, a już w szczególnej szczególności dwa pierwsze… bo widzicie, pewno znikną niedługo… i będzie to ciekawe. Może i smutne, aczkolwiek będzie ciekawe. Będzie nowe, inne, dziwne, coś do odkrycia, coś do wspominania, coś na zdjęciach tylko.

Będzie.

Po ostatnich sztormach rzeczywiście nabrzeże znowu tam opadło, tudzież poszło się paść, czy też raczej piasek odpuścił i tak dalej. Idioci stający na brzegu osuwiska oczywiście istnieją i tutaj, nie tylko w Kornwalii, która chyba obecnie słynie z obłupujących się brzegów i ludzi lecących w dół. Ale… może załatwimy spacer, co? Bo widzicie, wystarczy zatrzymać się na sporym parkingu w Sorthat-Muleby, tam gdzie małe, czarne chatki rybackie prawie tykające fal. Gdzie krzaczki, gdzie po lewej plaża piękna i na przeciwko też i po prawej, tak kawałek, bo potem zaczyna się ona wspominana, osuwająca się skarpa i już mniej bezpiecznie…

Czarne chatki i leżące przy nich łódki, to raj dla Instagramowców. Serio, miejsce na dobre zdjęcie w każdą pogodę. Fale nawet spore mogą was nie sprzątnąć, a światło zwyczajnie mega i jeszcze… zagubiony rybak. Dziwny, odziany w jakby post apokaliptyczne wdzianko, który dziwnie kontrastuje z szarą sepią zdjęcia… ech, czasem jak się trafi coś, to po prostu ino pstrykać…

Ale…

Zatrzymaliśmy się na parkingu, więc możemy najpierw w las w lewo, a tam śliczne jeziorko. Miejsce po prostu bajka z pokrzywionymi sosenkami, brzózkami pojedynczymi, no przecudowna dzicz z żywicznym aromatem i kilkoma dyndającymi kupami na drzewach, bo podobno te cholerne torebki są bio, więc…

… ech…

No to teraz w drugą stronę, a ścieżka jest dość prosta, błotnista, lub sucha, zależnie od pory roku, czy też aury wszelakiej. Po drodze cannon oczywiście. Znaczy no ta no, wiecie, armata, o jaka wielka! Odmalowana i z opisaną historią, więc można się cyknąć. Oddalacie się od chatek, i idziecie. Jezioro i opowieści o dinozaurach czekają. A tak, to tutaj, więc warto poczytać, co napisano na tablicy. Warto połazić po lesie, nie od razu trząść się nad krawędzią ziemno-powietrzną, serio…

Właściwie dobrze w ogóle nie podchodzić, choć już i znak zniknął. Pewno wróci w okresie sezonowym, ale… jeśli wybierzecie ścieżkę brzegiem, krawędzią między światami, uważajcie, wdeptując skorupy pomyślcie o tym, co tu było, popatrzcie na jeziorka, człowieka łowiącego w jednym z nich rybki. Dotknijcie drzewka, a potem możecie ześlizgnąć się na plażę i oddalając się od nawisu piaszczystego, po prostu brzegiem morza… wróćcie z powrotem. Bo to jest z w tym wszystkim najlepsze. Jakoś nie jeziora, ale ten widok na stolicy one nowoczesności, na ten port remontowany zdający się być w tak gigantycznej oddali, na one fale, na to, co wyrzuciło morze i gościa w gumowym post apo wdzianku, który będzie moczył kija.

Kurcze…

Mimo onych fal?

Może samobójca?

Inni siedzą w swoich chatkach i patrzą w morze. I wiecie co, strasznie to rozumiem. Oną samotność tego miejsca, odmienność, szczególnie poza sezonem, gdy plażowiczów nie ma. Albo wieczorami, albo może w deszczowe i sztormowe dni. Ciepło mają, pewno i internet. Takie miejsce ucieczki… czarne chatki…

Rozumiem jej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rubinowy Staw… została wyłączona

Pan Tealight i Wąwóz Niepamięci…

„Niewielki, kamienny, czekający…

Wysysający z każdego to, o czym ten czy tamten nie chciał pamiętać.

Problem w tym, że nikt o nim nie pamiętał, nikt nie znał dokładnego jego położenia, jeśli już mu się coś tliło pod kopułką, a nawet jeśli był tu, to nie pamiętał przecież. Kompletnie. Wcale. W ogóle. Tylko Wiedźma Wrona Pożarta, co to ostatnio wdepnęła tam w największ gówno… serio zaczynała wierzyć w dinozaury mieszkające tutaj, bo co jak co, ale smoki po sobie sprzątały, a trolle wiadomo, srały kamyczkami lub żwirkiem, więc bezzapachowo całkowicie… No ale, tylko i wyłącznie ona, co to ostatnio dostała dodatkowe zajęcie w wymiarze zamiatania Wąwozu

Zawsze o nim pamiętała.

Gorzej.

Ostatnio tak się spolubili, że prawie stawali się nierozłączni i Pan Tealight czuł się brutalnie odepchnięty na drugi brzeg innego całkiem peronu, na stacji, do której już nic nie docierało!!! I w której nie można było dostać ni herbaty ni bułki z kiełbaską, czy czegoś w ten deseń. Naprawdę!!!

Chodziła do niego.

On oczywiście przybywał do niej w duchowej formie, bo raczej kupa kamieni z domkami na czubkach i rurkami i kilkoma drzewkami, nie powinna była się przesuwać po drodze, którą zresztą akurat w mieście remontowali.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Erozje…

Jest kilka takich miejsc, gdzie erozja jest bardziej widoczna. Kilka takich miejsc, gdzie zachodzi tak szybko, że nastawiacie aparat i macie timelapsa jak się patrzy. Pokaz natychmiastowego wymazywania świata przez fale. Nie powolne, ale też nie nazbyt łapczywe, czyż nie? Bo przecież takie są ostatnio. Mimo onych wiatrów, fale jakoś wciąż robią to podstępnie.

Jakoś…

Tutaj obsunięte nabrzeże, już nikt nigdy nie przysiądzie na brzegu, choć niewysokim, na onej nibyławce, już nigdy… bo go nie ma. Czy były aż takie fale? Nie, a może były, tylko nikt ich nie widział? Nie wiem… ale przecież, nie było od tej strony aż takich fal, chyba nie było, a może jednak były?

Gdy oglądacie Arnager teraz, widzicie tylko pożeraną skałę.

Bo choć miękka, to przecież to wciąż skała. Dołem zniknęły kamienie, plaża, ścieżka. Już nie da się przejść suchą nogą, zresztą, niebezpiecznie, ślisko, bo wapień tworzy dziwną, lekko trupiojadową powłokę, gdy odchodzi. A fale… ech, te fale, głaszczą go dołem, modniej uderzają górą, bałwanami i burzanami tarmoszą, gdy nikt nie patrzy, jakby wstydziły się swojej żarłoczności.

Odchodząc, wapień błękitnieje.

Gładki taki się zdaje i śliski.

Niczym śnieżne, a może raczej lodowcowe czary?

Gdy człek patrzy na wyspy wie, że kiedyś ich nie było, albo iż kiedyś być przestaną, bo dookoła woda. Wiadomo, że tsunami, większe opady, wciąż łopoczące w nas newsy o wszelkich stopniałych połaciach lodu

… śniegu…

Wiadomo, że w każdej chwili one mogą zniknąć. Te z wulkanami oczywiście inaczej, ale jednak. Każda może nagle pokryć się wodą. Pyłem, chmurami, mgłami, albo zwyczajnie zniknąć z map pod okruszkiem chleba. Czy innego tam jedzenia. Może to było ciastko? Albo torcik jakowyś?

Wafelki?

Wyspy są synonimem, z jednej strony przetrwania, ale z drugiej i odchodzenia. Znikania, niebezpieczeństwa. Niedostępne w tak wielu wymiarach, szczególnie gdy sztormy, to do nas się dostać, to już serio się ostatnio nie daje, ale… wciąż wydaje się nam, że przecież te wyspy trwają już od tak dawna. Ta moja jest częścią onego podłoża, mimo wszelkiego wrażenia wiemy, że nie unosi się na falach – LOL – nie przesuwa, nie pływa, nie szusuje, ale jednak… znika. Chociaż wierzymy, że to ziemia w spokojnej części świata, już się zatrzęsła i to nie raz. A teraz, a teraz kurcze mają Bałtyk oczyszczać z min i jak człek usłyszał ile tego tam jest – i to wiecie, pi razy drzwi – to się zaczyna mocno bać. Onej ludzkiej erozji. Już nie tylko głupoty, która zachodzi tutaj w planowaniu domów tuż nad wodą, wycince drzew i tym podobnych, ale przede wszystkim w tym… co będzie, jak to wsio pierdyknie. Bo musi przecież…

Bo przecież prawdopodobieństwo jest…

… ogromne.

Erozja człowiecza jest najgorsza. I nie tak piękna jak spoglądanie na ów wapień głaskany falami. Oj nie. Ta erozja naturalna jest sztuką, a człowiek… tylko i wyłącznie głupkowatym zniszczeniem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wąwóz Niepamięci… została wyłączona