Pan Tealight i Febag…

Febag był wielki.

Zasłaniał nie tylko ten horyzont, ale i te przyległe, więc wiecie, jakoś tak było okay. Wiedźmie ostatnio niezbyt wszystko przychodziło łatwo. Wróć, nigdy jej nie przychodziło, ale teraz to już było seryjnie kiepsko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ojojojjj…

1495635 Turyścizny już było…

… ja pinkole. Nie dziwota, że w sklepie pustki. Okazuje sę, że prom ze Swinoujscia plywa (w tym roku oczywiście) od 28 czerwca do 31 sierpnia. I podobno można zostać na promie do rana… ech, te wspomnienia z koczowania na plecakach na zimnym dworcu kolejowym… koszmarne! Odpłynęłam…

A teraz takie wygody…

Ale wróćmy do ilości ludzi i psów.

Zaprawdę powiadam wam, że jak z rozmnożeniem chleba w Biblii… no jakby się nie kończyli. Wszędzie są. Głośni są. Śmiecący, przerażający, pożądliwi dziwności, których nie mamy. Tak, oczywiście, że to za sprawą tańszych biletów promowych – ha ha ha, tańszych, ekhm, nie dla mnie – no więc mają te bilety i wiecie, jakoś się dostają na Wyspę. Nie oszukujmy się, czasem się nie dostają.

Znowu Fjolslinjen zostawiło… chyba tym razem aż 10 samochodów w Ystad. Overbooking leci na całego. Nawet już nikt się nie rzuca, jakby to KURWA było coś normalnego. Wiecie, kupujecie bilet, pakujecie auto, dzieciaki, jedziecie kawał, często przez most, a potem co, zonk rąbany, bo ups, za mały mamy prom.

Ojojojojjjj i spóźniony.

Ups.

Ugryźcie nas gdzieś.

Tosz przecież to się wszystkim zdarza, no przecież chcieliście tańsze bilety, więc przestajecie być ludźmi. odbieramy wam ten przywilej – wiecie, nawet nie jestem już sarkastyczna, jestem wkurwiona. Wiem jakbym się czuła na miejscu takiej rodziny, człek bywał już w różnych sytuacjach. A ta firma, obecnie na sprzedaż, jeśli jakiś Miłosierny Jezusek chciałby nas wybawić od onych pop…ów, to byłoby miło.

Ale myślący jakiś i znający się nie tylko na chodzeniu po wodzie!!!

Taniej oznacza, że wolno wszystko!!!

Wot panowie wszechświata, a przecież nie weźmiecie se innej linii, nie rąbniecie innej drogi, zakrętu itp. itd. Nie da się.

Zwyczajnie.

Wiecie, przyjechali znajomi nieznajomi i człek poszedł na spacer w niedzielę długi… oj… i przypomniał sobie dlaczego tego nie robi w lecie. Sodomia, Gomoria, szachy, warcaby i buda pod Koszalinem!!!

Naprawdę.

Ludzi jak sardynek w puszce. Po prostu masa koszmarna!!! Nie mam pojęcia co im się stało, bo przecież ino tańsze bilety, to nie może być jedyny powód. Miejsc do wynajęcia nie uświadczycie, nic z tego, wszystko pozajmowane. Co lepsze, podobno nawet na campingah wszystko ściśnięte maksymalnie. Może i trochę się rozluźni z sierpniem, ale wiecie, jakoś tego nie widzę. Czy ja bym chciała na wakacje? Chciałabym, ale nie na wakacje, a do roboty, wiecie, znowu na północ.

Znowu do miejsca na F. Po prostu…

I to teraz, gdy sezon, bo ze Szwedami jak z nami, kończy się sezon, wsio zamknięte. Ha ha ha!!! Ech te skandynawskie poczucie humoru.

Ekhm.

PS. Gratulacje dla idioty co się zatrzymał na naszym moście w Gudhjem i z bachorami oglądał widoki!!! Serio! Takiego ino z pięściaka…

No i niestety smutna wieść, ale mamy pierwszy zgon z zacięciem wodnym. Nie rozumiem ludzi. Duże fale, to nie małe problemy. Ludzie no!!!

Jak na razie pogoda szaleje i rozpieszcza mnie chłodneijszymi wieczorami, mniej upalnymi dniami, nawet człek Mroźnego Smoka załączać nie musi! Po prostu ubaw roku, naprawdę. Ja tam jestem na tak. W końcu kąpać się można, a że woda nie jak na Karaibach… no weźcie no, przecież kurna… słyszeliście o tej mięsnej bakterii na południu USA? Żerta jest bardzo mocno.

Ja już wolę nasze orzeźwiające morze.

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Febag… została wyłączona

Pan Tealight i Wampiryczny zew…

„Czuła go i był on dla niej zadziwiającym… nęcącym, ale azaliż zarazem i bogactwem tchnącym i niepokojem.

Dziwnym, pękatym niepokojem.

Burzącym wszelkie złudzenia optyczne mniej lub bardziej.

Bo przecież… no sama krew na przykład, bleee… nie jadała nawet mięsa, a jednak, krew ją nęciła. Tętniąca w żyłach, buzująca, śpiewająca, nucąca, kropląca się i płynąca lepszym strumieniem. Ciepła i chłodząca się, krzepnąca w zabawne strupki formujące mikropałace, które… które…

… tak fajnie byłoby zlizać.

Tak miło.

Ona przemiana z wrzenia w zimno, nawet w tak wysokiej temperaturze była dla niej wciąż niesamowitą tajemnicą. Jakby krew była onym prawdziwym innym światem, w którego jeszcze nie wkroczyła, jakby… ale te zęby, nie no, kurde… weźcie, no taki zgryz mieć. No jak będzie wyglądać, jak przypał jakiś! Nie no… dobrze, że chociaż jest ta wersja z przyssawkami, może więc ta…

Tylko, czy takie chłeptanie i to z obcych, no wiecie, to trochę mocno niehigieniczne. Niby można wtedy spróbować wszystkiego, co człowiekowi szkodziło, po prostu bierzesz takiego, który to spożył i zabawiasz się… bez kaca. Bo jeżeli chodzi o rozkminy moralne, to nie… Mała Ucięta Główka nie miewała takich.

Brakowało jej odpowiednich organów.

Podobno…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plakatowa sprawa.

Jak sobie klikniecie, to zobaczycie najnowszy hit wyspowy! Znaczy plakat totalnie letni ukazujący wszelakie aktywności danej pory roku, dostępne dla Turyścizny i Tubylców też. A co. Też możemy poudawać Turyściznę, no co! Ale… jaki jest plakat? Centralnie zielony, bokami niebieski.

Górą niebo, dołem woda…

Wiecie, jeżeli chodzi o mnie super. Całkiem nie mój sposób tworzenia, więc za każdym razem mnie to tak intryguje, takie wiecie, kreskówkowe, postaciowe cuda wianki. A onych cudów tu masa. Jest i wielkie auto i ludzie nadjeżdżający, jest górą eeee… co? No dobra, tego nie rozumiem, dlaczego centrum – jeśli to ono, a nie jakiś dziwny barak, nieco źle uplasowany – jest większe niż Hammershus? Albo czemu Gudhjem jest po prawej a mueum Olufa po lewej?

Eeee… i krowa pod nim?

I droga prowadzi do Nexø?

Ale przecież ono jest tu na dole po prawej, a tutaj porozrzucane dziwnie kościoły całkiem krągłe, i więcej szosy, jakbyśmy je mieli takie piękne i proste. Ekhm!!! No co, nic na to nie poradzę, ale ostatnio mamy z nimi problemy… jedźmy niżej, eeee zaraz, wróć, ze skały bardzo wysokiej skacze kobieta, a pod nią dość daleko jak na skalę onego rysunku, ludzie… czekający na mięsko? Rekiny przebrane za ludzi… za nimi morze i łódki, górą mewa z rybą w dziobie, po drugiej strony rysnku, który zdaje się trochę Mount Everestem zielonkawy mamy i samolot i maciupki prom.

Wiecie, ekhm, no nie lubią się jedni z drugimi, więc…

Tu rowerzysta, tam rowerzysta, Svaneke dostało się osobne miejsce, po drugiej stronie zaś już Dueodde. Aaaa… czyli ta babka z tej skały na plażę? To znaczy co, z Jons Kapela dociera? Może mewa jej pomoże.

Hihihi…

Lećmy od prawej teraz, mamy Rokkestenen, ludzi, golf, a pod nimi kurze bingo, które daleko odejszło od Svaneke? No nie wiem. Pod nimi żarcie, piwo i świnki. Czyli widać nadal Svaneke? Eee, dobra, nie ważne pewno… jak te kominy na samej górze? Mniejsza, niech im będzie, bawię się przednie i tyle!!!

Okay, jesteśmy na dole, więc opiszę go i będę oficjalnie grzeczna.

Jest tutaj banda ludzi mówiąca w róśnych językach, że Bornholm jest super, ale… eee, nie po polskiemu, za to jest rosyjski! Żebyście nie poczuli się, wiecie, odrzuceni. Trochę to razi biorąc pod uwagę ilość turystów stąd i tamtąd, no ale, pewno uważają, że w Polsce każdy po rosyjsku mówi. Co mnie intryguje, to napad języków azjatyckich i… nawet indonezyjski… eee, wiem co znaczy: luar biasa.

I tyle.

Co ważniejsze, to element totalnie bornholmski, czyli babka ostrzegająca przed jeżami. Jyllkatt to moje ulubione słowo!!! LOL

No ale, ponad parami poprawnie czarnymi, żółtymi i bladymi mamy i dinozaury i oczywiście rysowankę z Rønne. I teraz, taki myk, nie do końca wiem, czy to czasem nie Melstedgaard ponad nim. Hmmm… bo jeśli tak, to daleko zawędrował z północy na południe. Ja mam na niego widok.

A do stolicy kawał drogi.

Chociaż, co ja tam wiem.

W górze ponad tym namioty, lasek i grzybki, mam nadzieję na halucynogenki, no i oczywiście dyskretna reklama pewnych rowerów. Ha ha ha!!! Tak wiem, czepiam się!!! Mocno!!! Ale po prostu trochę to wszystko zagmatwane, a jak znam ludzi, to wezmą ten plakat i bea szukać rzeczy jak narysowane, więc… niech ktoś dopisze, iż wszelaka artystyczność była tutaj użyta, oraz wizje pogrzybkowe. LOL

No i zamykamy to w Dueodde, gdzie nagle jest i sild i bizony, i konie i ptaszków obserwacja, i najwyższy punkt… aaa, umknął mi słodziak, czyli koleś sikający za krzaczkiem i poganiająca go babencja, co to dopinguje kolarzom. Hihihi… się psze pani nie da tak po prostu przestać sikać, bo akurat nadjeżdżają!!!

No się nie da, a nawet jak się próbuje, efekty są opłakane.

Wiem z doświadczenia.

PS. Żeby nie było, plakacik se nabędę, bo jest mocarz i super, uwieliam go, ale i tak mnie ubawia jego układ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wampiryczny zew… została wyłączona

Pan Tealight i Wilkołaki i Syrenice…

„To był taki nagły rumor, hałas, ogólnie XIII wojna plażowa… buły piachu w powietrzu, wszelkie trawy, wodorosty, kamienie…

Dlatego tam polecieli.

Widząc z okna Białego Domostwa oną całą burzę i pomieszanie, wiecie, niektórzy z telefonami, inni z glinianymi tabliczkami, tamci z portalami, lustrami, no co kto tam miał, używał i chciał, więc… żeby zobaczyć, żeby zwyczajnie zapisać, zanotować, uwiecznić na zawsze, na amen i speszjal!

Tylko że…

No właśnie.

Bo kłaków, łusek i pazurów, jęków, kwęków, siniaków i tym podobnych się spodziewali, ale Wielkiego Maratonu Bikini nie. Serio. I wszyscy mieli na sobie one obcisłe gatki, lekko zalatywali, bo to i futro i ryba, wiecie… tosz to przecież już nikomu nie można ufać. Wiecie, ta pewność ciała i tak dalej, a tutaj machają odwłokami, przysiad, przyklęk, do góry brzuszek, wciągnij, wypuść…

Zepsuj powietrze.

Wiedźma Wrona Pożarta, kląc na czym światy leżakują, że morze zakwitło i nie może sobie popływać zbiegła z onego pola walki jako pierwsza. Co z resztą. Widzicie, nie każdy chce mówić co się wydarzyło, bo podobno neiktórzy zostali. Inni znowu nie, a jeszcze inni robili zdjęcia i…

No właśnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Układanka” – … no tak. Autorka oczywiście mi bardzo dobrze znana. Nawet jedna z moich ulubionych, naprawdę, a jednak książkę… książka sama w sobie lekko nie do końca.

A może marudzę?

Chyba nie, sądząc po opiniach, które poczytałam po napisaniu swojej, bo jakoś każdemu coś nie pasuje. Ni główna bohaterka, czy też raczej bohaterki, ni cała opowieść, ni narracja i tak dalej. Naprawdę. Bo przecież… dobrze, rozumiem, że można nie znać swojej matki. Są rodziny, w których o pewnych rzeczach, jak na przykład przeszłość, życie przed, się nie mówi, ale jednak… Matka to matka. Co nie? Możesz jej nie znać, nic strasznego. Każdy ma prawo do tajemnic i one tajemnice, co to co po niektórzy, znający filmografię amerykańską, wyłażą zwykle w momentach dziwnych i szalonych, jakichś tam… A co, nie pamiętacie filmu, w którym bohaterka reaguje na słowo i zmienia się w supermorderczynię? Bohaterzy też, ale jednak jakby faceci mają prawo do popełniania błędów, babom ich się nie wybacza, no ale…

… więc po pierwsze to temat nie jest nowy.

Po drugie oczekiwałam, że będzie to coś innego, coś więcej, no przecież temat doskonały, ale… po pierwsze młodsza bohaterka – czyli córka – to dupa totalna. Nie mam pojęcia dlaczego, bo do końca nie zostało to wyjaśnione. Matka niby psycholog, a jakoś własnego dziecięcia nie zdiagnozowała.

Pewno, może i chciała ją chronić, ale…

Ale o co w ogóle w tym wszystkim chodzi?

Bo nie rozumiem. Szczerze nie rozumiem. Dochodzi do spotkania, onego zapalnego punktu, ktoś ginie, córka za namową matki ucieka i wybiera się w podróż, w której niewiele mówi i stara się ogólnie rzucać w oczy. Tak, serio, jest dziwna. Niekonsekwentna, a tego nie toleruję.

Kompletnie!!!

Czy oczekiwałam napięcia, szpiegów, FBI, CIA, NSA?

Tak! Czy to dostałam? Nie… dostałam nudną, kiepsko napisaną powieść. Czytając ją, nieznając autora, powiedziałabym że to dziwny debiut osobnika, który na kimś, czymś, stara się wzorować i tyle. Koniec, kropka. Ta powieść jest nudna, niekonsekwentna. Jest nielogiczna. I jeszcze na dodatek szczerze znienawidziłam wszystkich bohaterów tej potężnej książki.

Na pewno nie polecam jako pierwszą powieść tej autorki. Najlepiej w ogóle nie… bo Karin kocham. Jest świetna, ale tutaj zbyt wiele nie wyszlo.

Tak, oczywiście, że są…

Znaczy wiecie, one wszelkie rekreacje dla ludzi.

Są koncerty, żarcie, piwo, knajpki niektóre otwarte nawet długo… żeby nie było, jak ktoś umie szukać, to poogląda sobie jakieś biegi, wyścigi, czy co tam. Są konie, można pojeździć. Surfing, zabawy w paddleboarding czy inne tam. No i pływanie oczywiście. Są zwierzątka wszelakie, chyba znowu ten porąbany cyrk przyjeżdża, ale nie jestem pewna, czy ten sam co zwykle, czy jednak inny.

I tak mam cyrki gdzieś!

Ale tak naprawdę, to na Wyspie w większości chodzi o łażenie i rowery. I tak, oczywiście one animozje między jednymi i drugimi są obecne. I tak silne, że oszczędzam sobie te dwa miesiące i więcej ćwiczę w domu, no chyba że dostanę się lotem błyskawicy na ścieżkę ino dla chodzących, to wtedy pewno, może, nie wiem… w końcu wiecie, jak dla mnie wciąż zbyt wiele ludzi. No nic na to nie poradzę.

Bardzo przerażają mnie.

Wiecie, to ono zdziczenie i tyle…

Ech.

Ale, oczywiście, że miejscowi pływają, ale wtedy, gdy Turyścizna już sobie pójdzie, albo idą w miejsca, gdzie obcy nie dochodzą. No wiecie. Są takie. Jakoś goście wolą się grupować, może czują się bezpieczniej? Wiecie, krokodyle, rekiny i takie tam, napaloni wyapiarze, czy coś w ten dziwny deseń? Nie wiem. LOL

I tak, żartuję!!!

Ale nie z pływaniem. Często widzę znajome starsze panie, które wieczrkiem skaczą sobie w tonie na chwilę przed snem… i może wypływają. Nie wiem, nie sprawdzałam, może jednak zmieniają się w syrenice?

Może to właśnie one?

Oczywiście wszelkiego rodzaju imprezy muzyczne przyciągają wszystkich. Wyspa ma też takich „słynnych twórców”, o których pojęcie mam zerowe, ale jeśli wejdziecie sobie na Tidended, to uzyskacie różne informacje.

I już.

Co dla mnie ważniejsze i o czym jakieś mam pojęcie, to muzea, wszelkiego rodzaju wystawy oraz małe, zwykłe, ludzkie galerie. Tak, mamy ich całe multum, bo tworzyć tutaj, to chyba jak oddychać. Nie bójcie się do nich zajrzeć, często ktoś do was wyjdzie, czasem może i nie. Popatrzcie, po prostu pobądźcie… kupcie coś, wiecie, jak możecie i tyle. Często ci ludzie żyją wyłącznie z tego, a ceny płócien i produktów wszelakich naprawdę u nas nie są niskie.

A możecie mieć coś unikatowego.

Sprawdźcie też w DUBie jak tam z marketami miejskimi. U nas co prawda osattnio to czasem nawet codziennie w porcie ktoś stoi, ale to chyba lekko wyjątkowe sprawy. Na pewno są w weekendy. możecie wrócić do domu z drzewkiem figowym, obrazem, rzeźbą, czy też dziełem, co wam zawiśnie na szyi czy też ręce…

Poza tym, czy serio chodzi tylko o kupowania?

Może warto wybrać się łodzią dookoła Wyspy, albo po prostu polatać samolotem. Widziałam też skoczków spadochronowych, ale to już bardziej skomplikowane. Większość z was pewno dość będzie miało już promu, żeby jeszcze bawić się łódką, więc może popatrzycie na stare smaochody.

Często paradują tutaj.

Albo wiecie…

Jogi zażyjecie na wzgórzach ponad Gudhjem? Pobujacie skały w Almindingen czy też pogracie w kurze bingo? No co…

I zawsze są ryby. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wilkołaki i Syrenice… została wyłączona

Pan Tealight i Zmentarz dla ludziąt…

„A bo widzicie… były takie potrzeby, więc i miejsce się na ziszczenie onych potrzeb znalazło. Tak to już jest. Popyt, podaż, sprzedaż i kupno. I ci, co się narobią, a nic nie zarobią.

Normale, co nie…

Normale!!!

Bo przecież są takowe zwierzęta, które mają swoje człowieki. Nawet nie tyle zwierzęta, co taczej byty i siły, no i wiecie, ten krzyknie nazbyt mocno, tamten szarpnie swą boską siłą czy coś w ten deseń i już macie odpowiedź na zbyt wiele pytań… dzieje się. A pamięć, ból, pogrzebywanie, zapominanie… wszystko to to zwyczajny biznes i tyle i Wiedźmy z Pieca pomyślały, że one to by mogły. Wiecie, mogłyby się zająć i tym i tamtym, chowaniem, płaczkowaniem, darami grobowymi, a nawet wystawieniem na palach na nativowy styl tudzież pitosik jakiś, spalanie i ogrzewanie… a nawet diamenty. Się miało w końcu Smoka, a Wiedźma Wrona Pożarta była tak zestresowana, że ostatnio diamenty to wysakwkiwały jej z różnych miejsc…

Rozsypywała się…

Ale też wpływała na ładne rozsypywanie się i przekształcanie się innych.

… więc wiecie, oczywiście dałoby się jakoś tak zrobić coś z tym. Tak większego, może nie spektakularnie, ale…

Gdy pojawiło się kolejne ciało, wiecie, ten biedny pływak, w rzeczywistości, co to się Syrenicom z uwięzi zerwał… okazało się, że być może ono przedsięwzięcie będzie miało większe pewne konsekwencje. Ale przecież i z nimi sobie poradzą? Co nie? Tu jubiler, tu pogromca duchów i już!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pogoda się ostatnio zrobiła idealna.

Wiecie, w ciągu dnia ciepło i słonko plus wiaterek, a wieczorem popaduje i podlewać nie trzeba! Nosz nie macie pojęcia, jeśli wszelakie podlewanie nie spędza wam snu z powiek, jaka to ulga. Naprawdę. I wszystko takie żywsze, chociaż… przyznaję, że znowu z roślinami coś nie tak. lubczyk zdycha, róże nie chcą rosnąć i kwitnąć…

O co chodzi?

Czyżby nadejść miała wcześniejsza jesień?

A może dwa ostatnie lata tak bardzo naruszyły równowagę roślin, że te mają już gdzieś robotę, więc olewają wszystko i nie będą rosnąć. bo co. Że niby ktoś je zmusi jakoś? Jak nie chcą to nie chcą i tyle. Nie nakrzyczysz na nie. Znaczy możesz, oczywiście, że możesz, ale co to da?

No nic… ważniejsze jest to, że mój czas oczekiwania to jeszcze dwa tygodnie i w końcu będę mogła coś napisać. Wiecie, jak trudno utrzymać tajemnicę? Zresztą, przecież i tak nikt mnie nie czyta, więc co ja się tam martwię? Mogę napisać co i gdzie, ile mi się spodoba i nic z tego nie wylezie na świat… ale co jeśli wylezie?

Nie no, jednak lepiej nie ryzykować.

Powiem jedno.

We wszystkim człek odnajduje doświadczenie życiowe. Ino po co mu one, jeśli tak naprawdę użyje go tylko raz? Albo wiecie, oberwie raz tak mocno, że już nie spróbuje czegoś podobnego, czegoś innego, cegoś nowego, bo się będzie bał?

Życie jest dziwne.

Ale najważniejsze, że pada.

I wiecie, świat dookoła się kręci. Może jeszcze człek się załapie na wszelako młode ziemniaki, bo eksperyment z truskawkami mi nie wyszedł. Banany też mnie nie lubią, więc wiecie człek zaczyna mieć problemy z wyżywieniem. Jakoś dziwnie nikt nie rozumie, że wcale niełatwo tutaj znaleźć warzywa z pola. Wiecie, prosto od bauera. LOL Mieliśmy doświadczenie przykre z jajakami, więc… tak wszystkie miały w sobie kurczaczki, no więc jeżeli chodzi o to, to już nie próbujemy. Nic z tego. Jeśli chodzi o mięsa, to oczywiście możecie spróbować Naszych, chyba dwóch obecnie mięsowni… eee, miejsc, gdzie robią kiełbasy. I inne tam takie mięne sprawy, więc spoko, ze złotą, pasioną mocno, kartą się najjecie.

Jeśli chodzi o resztę, mamy przegibane.

Na polach zboże, rzepak, kwiaty i trochę onej pięknej koniczynki.

Pól kaafiorowych nie widziałam. Nadal nie rozumiem dlaczego nie ma u nas pól lawendowych… no serio? Choć z drugiej strony, to wychodzi na to, że ta nasza lawenda wcale nie kocha tak słońca. Już nie wiem jak to jest z tymi ziołami. Są z południa, czy jednak kurcze nie?

A może te roślinki tutaj są jakieś zmutowane?

Ech…

Ale ziołami człek się nie najje, więc… czasem można znaleźć kalfiora czy kapustkę, ale one mnie wydmą, więc serio chyba przerzucę się na zieleninę z morza. Wiecie, te wszelkie rąbane glony i wodorosty, czy tam jak to zwą.

Może to wyjście z sytuacji?

Co jedno na pewno kocham, to miody z Wyspy!!!

Rany Julek, jakie my mamy miody, tosz przecież po prostu świat się kłania!!! Naprawdę bardzo warto się zaopatrzyć w słoiczek, czy pojemniczek, ale tak wiecie, prosto ze standu przy gaardzie. I to takiego ocienionego. Z jajami już gorzej, chociaż też możecie je dostać. Jeżeli chodzi o jakiekolwiek warzywa, to oczywiście Svaneke w okresie targowym i stoiska na południu Wyspy.

Ale to tak daleko!!!

Przerzućmy się na energię kosmiczną!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmentarz dla ludziąt… została wyłączona

Pan Tealight i Pół Jednorożca…

„Największy problem był w tym, że widzicie, była to ta nieodpowiednia połowa. Bardzo nieodpowiednia! Wybitnie niewskazana! Ta całkiem i osobiście upragniona przez wielu smaokoszy zapewne, wiecie, jak się tak popatrzy na rozbiór jednorożca, to one smaczniejsze kawałki plasują się właśnie tam…

… no i jest ogon, co nie?

Podobno dotknięte nim żeńskie włosy wzrastają w zachwycającym tempie naturalne, długie, jakie się chce… kręcone, płaskie, oklapnięte, przetłuszoczone, wiecie, mody są różne. Jest i afro. Jest i czerń, blond, biel właściwie, siwy, zielony, czerwony, niebieski i holo niekoloro… jak kto chce, ale jednak.

Widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta po pierwsze nie zamawiała żasdnej części jednorożca. Zwyczajnie. Jeśli potrzeowała czegoś od nich, to przychodziła i prosiła. No i przede wszystkim bylo gorąco, a takie mięsko, nawet magiczne wszelako, na upłay odpowiada jednym zapachem.

Jak i inne mięska…

A oni je ot tak jebnęli na progu Chatki.

Bezczelnie!!!

A jakby to kurna święcona woda była. Nosz przecież byłby dramat, a tak tylko wezwane służby odpowiednie i takie tam. Absmak wszelaki w okolicy, bo znowu wyszła na dziwadło, co to nie zje takiej, niby że parnenńskiej szynki, czy innego specjału. A sery to niby mogą wonieć! No więc czemu woniejące mięsa… a jaja, nosz kurde weźcie, te jaja długowieczne zakopywane i w słojach…

Brrrr!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Naprawdę ostatnio coraz bardziej mnie zaskakuje, jak zdziczałam.

No wiem, dziwnie brzmi, ale taka prawda.

Zdziczałam. Cofnęłam się w onym socjologicznym ludzieniu się w tył. Wiecie, nie szlajam się po sklepach, nadmiar ludzi wzbudza we mnie strach przeraźliwy, a już samochody… albo wysokie budynki!

Zdziczałam.

Ciekawi mnie, czy to przytrafia się każdemu? Jak na razie widzę, to sporej większości. Wiecie, człowiek dziczeje, ale ona definicja zdziczenia nie obejmuje sikania na ulicy, jedzenia wodorostów prosto z morza, odrzucania sztućców, czy, co najważniejsze, ogłupienia, zdurnienia i wszelkiej niemądrości.

Oj nie…

Zdziczenie… tutaj oznacza coś innego. Niebaczenie na to, w co się jest odzianym, macanie roślinek, wszelakie zatrzymywanie się i patrzenie w przestrzeń, w morze, zielone połacie, polne, połacie… wiecie, takie jakieś niedziałanie w działaniu wszelakie. Takie jakieś niesamowite olewanie norm wydumanych, których teraz tyle się narobiło… wiecie, że nawet ludzie za dziwne uznają sikanie w lesie?

Serio?

I co? Macie plastikową torebeczkę jak pieski?

Zdziczenie.

Nie, to nie zdziczenie, to pewien powrót do natury człowieczej i naturalnej. Robienie więcej, lub mniej, tworzenie, macanie, docenianie i dziwne… niebaczenie na to, czy cię pokażą w telewizji, czy nie. Bez telefonu, bez kart kredytowych. Bez wszelakich obciążeń światowych, które tak naprawdę mają ciebie w dupie i to tej czarnej i głębokiej, ciemnej i wszelako pomrocznej… może i z zatwardzeniem?

No więc jak to jest z tym zdziczeniem…

Zdziczałam i tyle.

Nie znam się na markach z techniką u mnie daleko i wiecie co, serio wolę mewy, gadać z drzewami i ptakami, a ludzie… na nich mam leki. Ale wolę unikać. LOL Onego zdziczenia trzeba się nauczyć. Znaczy ono opada człowieka, ale musisz je przyjąć i zacząć wykorzystywać. Bo inaczej ono cię opęta i znajdziesz się goły na plaży machając do Turyścizny

He he he!!!

No ale, co do biednej Turyścizny, to jakbyście nie wiedzieli, znowu mamy problemy z promami. Tak naprawdę z Molslinjen nic nie wiadomo. Przyznaję, że nawet nie wiedziałam, że aż takie były opóźnienia. Wiem, że jak najbardziej wiało, ale jednak… ekhm, promy powinny być tak zbudowane by to wytrzymać. Just sayin’! A raczej wszyscy mówią, że przecież kiedyś kurde promy były większe, masywniejsze i tak… wolniejsze, ale pływały nawet w rąbane morze na niebie.

Wiecie, gdy się zamieniają miejscami…

Dziwne to zawsze.

No ale ja… ja zdziczałam i choć by się chciało, to nic z tego nie będzie. Żadnej wyprawy na skały. Nic z tego. Chyba że cud jakiś. Mógłby się trafić cud. Serio. Jestem otwarta na cuda. Naprawdę.

W pełni!!!

Poza tym, pamiętajcie, że u nas lato, to też czas pchlich targowisk. Czy tam jak to się po polskiemu nazywa. No staroci, ale z drugiej strony te starocie nie takie stare, inne znowu prawie antyczne, więc, jeśli ktoś chce trochę śmieci, to łątwo można dostać. Targi odbywają się w wielu miejscach, między innymi w domach, gaardach, czy na placach miejskich. Zwyczajnie wypatrujcie flagi, a potem to już z górki. Może się wam trafić galeria, może się trafić i antyk, a może i zwykła kupa śmieci, ale wiecie… jak to mówią: każda potwora trafia na swojego amatora. Tak, albo inaczej. Podobno…

Choć może nie?

Ja podziękuję.

Niektóre rzeczy przeklęte są dziwnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pół Jednorożca… została wyłączona

Pan Tealight i Wyspowy Golas…

„Chyba już taki się narodził, wiecie, w odcieniu dobrze zrobionej frytki. Brązowiutkiej, ale nie spalonej. Perfekt!!! Wciąż w środku pewnie jeszcze mięciutki, ale na zewnątrz już twardy, zatrzymujący całą wilgoć w środku…

To zapewnie niezbyt dobry opis jednakowoż człowieka, ale on zdawał się nie być nim tak wiecie, jakoś do końca i na pełny etat. Zdawał się być raczej chodzącą rzeźbą. Tworem czyich rąk lub macek, nie uprzedzajmy faktów, albo też i może… może ufokiem? Prawdziwym, ale jednak nie narzucającym się…

No dobra, chodził goły, ale po pierwsze na Wyspie można po gołemu na plaży, a po drugie to i tak była ta plaża, którą Wiedźma Wrona Pożarta lubiła kąpilować… znaczy wiecie, ona się ten teges, nie że brała szczotę i plażę szorowała i wciąż, wciąż i wciąż widywała właśnie jego. Golasa!!! Osobnika, paradującego z taką dziwną lekkością w swoich lekko zmurszałych członkach… starszawego, ale jednak ino skóra kości i mięśnie… znaczy, nie żeby ktoś go macał, nawet Chowaniec sobie wypraszał takowe elsperymenta… po prostu to było widać.

Ekhm… wszystko było widać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siostry” – … okay. Po pierwsze tak, jak najbardziej lubię Miniera. Nie wiem dlaczego, może przez oną zimność z pierwszych ksiąg, może przez uwielbienie dla pewnych rodzajów muzyki, a może… po prostu za pisanie?

Bo czy za głównego bohatera?

Nie wiem.

Wciąż nie wiem, czy go lubię.

Naprawdę. Wiem, że ma przekichane, nagle został ojcem, otweira się sprawa, która rozpoczęła właściwie nie tyle jego karierę, ale była pierwszą w pracy… i nagle, wszystko wraca. Bo są jeszcze wspomnienia z przeszłości, które lekko się materializują. I jeszcze, no właśnie, kolejny seryjny zabójca?

Tym razem cała historia jest zarazem pokręcona, jak i przewidywalna. Niestety, ale to nie znaczy, że nie wciąga, że nie jest dobrze napisana i nie jest klimatyczna. Bo jest. Jest mroczna, pełna cieni, mokrych miejsc, sznurów, tajemnic i osobowości, które ten autor tworzy mistrzowsko. Zawsze!!! I jeszcze one komplikacje wszelakie i kręte drogi i pewności, które nagle znikają zmyte jednym dowodem…

Tak, książka jest dobra.

Ale czy bardzo dobra? Hmmm… czy nie jestem już w miejscu, w którym od tego autora oczekuję perfekcyjności? Nie wiem. Za to ciekawi mnie, co dalej… więc na pewno sięgnę po kolejną powieść, nie dla głównego bohatera, oj nie, ale dla tych historii, postaci pobocznych, ofiar i wymyślnych zbrodni. Bo przecież dlatego czytamy takie kryminały z pogranicza thrillera i lekkiego horroru.

Czy nie?

Deszcz…

Nagle trochę popadało i człowiek się zaczyna zastanawiać, jak to było kiedyś? Wiecie, te burze, ozon w powietrzu, wszystko było jakieś takie inne. Bardziej przewidywalne. Był wrzący dzięń,w iec potem była burza i tyle.

No ale… deszcz.

Jak tutaj pada, to po prostu pada.

Jak pada i wieje, pada w poziomie, więc jest intrygująco, ale oczywiście jak wszędzie, najbardziej niesamowity jest ten zapach. Rozgrzana ziemia, trawa, beton, kostka brukowa, cegła czy szyby. Wszystko zdaje się oddychać, wszystko jakoś się myje, oczyszcza, jakoś tak nagle zmusza mnie do onego minimalizmu.

Nie wiem dlaczego, ale ostatnio właśnie tak deszcz na mnie wpływa.

Zmusza do zmian, oczyszczenia się, jakiegoś takiego przegrupowania wszystkiego. Uporządkowania tego, co już wiem, czego chcę i wiecie co… już nie babrania się w czyichś sprawach. Już nie moczenia paluchów, nie obrywania za innych. Odpuszczania pełnego i prawdziwego.

Zwyczajnie, olewania.

W końcu to deszcz.

Czas lania wody!!!

Ale tutaj ostatnio deszcz jest krótkotrwały, malutki, niepojący dziwnie. Jakiś taki niewystarczający. Jakiś taki… skomplikowany. Jakby nie mogło po prostu lunąć i już. Wypłukać, odkurzyć, zmyć wszelkie kupy mewie… Bo przecież ludziom to raczej nie przeszkadza. Pada, to pada, na spacer i tak można iść. Pooddychać, pomęczyć się, pobiegać, a nawet popływać, ale tylko jak nie grzmi, a u nas tak rzadko grzmi, więc chyba się da, co nie?

Bardzo rzadko.

No dobra…

Pogoda się zmieniła.

Zrobiło się chłodniej i choć wciąż ciemności wszelakie zaczynają się w okolicach przedpółnocowych, a kończą w okolicach godziny trzeciej rano, to chyba coś się zmienia. A może jednak chodzi tylko i wyłącznie o one chmurki, które pozwalają oczom odpocząć od nadmiernego słonka, które ostatnio nieźle dopiekało? Zobaczymy jak długo ona pogoda mniej wrząca potrwa? I jaki będzie… wiecie, Turyściznowy feedback. LOL To w końcu ich czas.

Ale to wciąż czas rodzinny, a ci najczęściej jednak wynajmują domki, nie namioty, więc może nie będą zytnio marudni? A co do marudzenia, to Molslinjen jest na sprzedaż, co naprawdę coraz mocniej człeka martwi. Nie dość, że dopiero niedawno się przemianowali, to jeszcze zmonopolizowali rynek, a teraz wystawiają się na sprzedaż? kurde, przecież to wszystko się w końcu rypnie jak nic!!!

A my wciąż nie umiemy chodzić czy jeździć po wodzie!!! Moze chociaż niektórzy dsą w stanie jakiegoś smoka wysiedzieć?

Drugi koszmar to to, że jednak, mimo wcześniejszych obietnic, nasze skrzynki pocztowe zostaną zmienione!!! Pamiętacie, że duńską pocztę wykupiła szwedzka poczta? No więc obiecali, że zmian w kolorze skrzynek, które czerwone są od zawsze, nie będzie. A teraz nagle, widać wściekli na jakieś tam doły finansowe – nie wiem w jaki sposób jeśli znaczki mają już ceny astronomiczne – chcą żeby były żółte.

Ogromne.

Jak one tam na północ od nas…

Nie wiem, ale kolejna dość ważna sprawa wali się w popioły. I tak, wiem, dla was pewno bicie piacy o nic. Ale to historia! Kultura! Jakieś tam wspomnienia, wszelkie poczucie patriotyzmu, czy jakoś tak.

Kolejne niedotrzymanie umowy.

Niby mała rzecz, a jednak… niesmak.

Wytłumaczcie mi, w jaki sposób na Wyspie, gdzie inaczej rzeczy nie dostaniesz, coś co się zajmuje dowozem cudów z onych wszelakich porąbanych alibab i innych śmieciowych sklepów, nie ma odpowiednich przychodów? Przecież większość ludzi robi zakupy tylko w ten sposób. A już szczególnie tu, gdzie sklepów na lekarstwo, a jak już, to ceny takie, że ino się kroić i rzucać nerkami w sprzedawcę.

To nie jest logiczne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspowy Golas… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Koparka…

„Jak nic musiała komuś uciec.

No przecież tutaj, to całkiem coś normalnego, że maszyny się buntują i pragną zażyć… natury. Wiecie, kąpielowe zabawy, stroje i utensylia. Jeśli zobaczycie na Wyspie jakąś maszynę z piłką, to nie próbujcie jej zabierać. Nie, na pewno nikomu jej nie brakuje, a właścieciel czy właścicielka… zwyczajnie chwilowo nie pokazuje na co ją stać. Bo wiecie… ludzie nie rozumieją.

Naprawdę.

A tutaj przecież wszystko ma duszę. Przenośną, ulotną czasem, czasem przyciężką i domagającą się atencji, ale jednak ją ma. I swoje pragnienia i marzenia. Dlatego też maszyny zostają na zewnątrz na weekedny, by się zabawić. podobno jest nawet bar dla maszyn, ale niełatwo odnaleźć jego lokalizację. W jakiś dziwny, intrygujący zarazem, sposób, one potrafią się ukrywać…

… więc jeśli się pokazują jak ona pomarańczowa, Mała Koparka, prawie zabawkowa, wiecie, dla trochę większego człowieka… czegoś chciała od Pana Tealighta. Ale by zaczęła mówić, musiał nadejść odpowiedni czas, więc Wiedźma Wrona Pożarta zwyczajnie poszła zaparzyć herbatę.

Zieloną z miodem…

… i rokitnikiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Miejscowo…

Znaczy wiecie, w domu.

Znaczy domowo, ogrodowo, znaczy… wszystko się jakoś tak zmieniło. Na przestrzeni kilkunastu lat, naprawdę boleśnie się Wyspa spieprzyła. Nie ma już corocznych odnawiań fasad, nie ma dbania o detale. Nie mówię, że się nie zdarza, ale jednak, ludzie ubożeją, wiele domów stoi pustych, wykupionych przez bogatych niemieszkających na Wyspie, a cała reszta, biednieje zwyczajnie.

I się starzeje.

Wiecie, oni wszyscy przodownicy pracy przechodzą na emeryturę albo umierają. Sklep po sklepie traci oną starą opowieść i czasem zaczyna nową i tak jest fajno, ale co z tymi, które nie zaczną? Będą straszyć brudnymi szybami? Bo po raz pierwszy mamy takie miejsca w Gudhjem, niewynajęte, puste.

Za drogie.

Niechciane.

Czy bym wynajęła… gdyby mnie było stać, tak. Ale mnie nie stać. Zresztą, komu sztuka jakakolwiek potrzebna, nie oszukujmy się. Jednakowoż, co dalej ósma klaso? No tak napradę? Bo widzicie, kasa jest. Są one dotacje, które to tam dziwni ludzie dostali by wymyśleć jak to rozruszać Wyspę zimą. Nie żeby Ona sama uważała, że potrzebuje rozruszania, bo ono odpoczywanie od nalotu ludziny jest na pewno dla Niej odpoczynkiem, ale wiecie… „Money money money, must be funny…”. No więc jest kasa, są wybrańcy i teraz mają się sypnąć pomysły, bo prom z Sassnitz ma pływać cały rok…

… więc…

No właśnie.

Nawet jeżeli oni ludzie przyjadą, to gdzie będą spali? Co wynajmą? Jaki sklep odiwedzą? Dobra, artyści oczywiście będą w domu, zwykle jesteśmy, choć czasem zimą częściej wychodzimy, bo ludzi mniej, wiecie, takie strachajły z nas… ale „normalne” sklepy są pozamykane i raczej nie sądzę by otwarły się mniejsze hotele, bo koszt ogrzewania, to po prostu koszmar. No i te ceny. Oj. Jak podnoszą ceny na sezon letni i teraz będą podnosić na zimowy…

To ja pierniczę, mrożę se trawę… choć nie, nie trzeba, u nas tam rośnie cały rok, więc jakoś na zieleninie człek może pożuje.

Znaczy pożyje… ekhm.

Nie lubię zaczynania spraw od dupy strony, a tutaj ponownie to robią. I wiecie co, założę się, że dostaną nagrody za swoje dokonania, których… nie będzie. Jak ono Kulinariskø. Rany Julek, ubaw i tyle. Flaga przy stoisku z ziemniakami i już wydarzenie. Nie no, ja robię za Piłata i szoruję paznokietki!!!

W końcu zrobiło się chłodniej!!!

I tak, jest super i wiecie co, oddychać się da i ogólnie baja. Słonko wali co prawda, dałabym wiele, choć nie mam nic, za pochmurniejsze chłodne dni, ale i to niepalenie łyknę! Przynajmniej zrobię to, co muszę… ale nagle… nagle ono niebieskie niebo się zmienia. Nagle nadciągają, czołgają się szaro-stalowe chmury i z białymi rąbkami po bokach coś tam zwiastują. I tak z prawej chmury, z lewej słońce…

I nagle pada…

Dla mnie dziwnie niespodziewanie!

I pada… dobra, pada ino przez chwileczkę, ale jednak. Padało. To, że kilka centymetrów dalej słonko prażyło, to nic to. Niech im będzie, było pochmurnie!!! YAY!!! I tak muszę podlać ogródek. Buahahahahaaaa!!! No i przyciąć żywopłot na przepisowe 2 metry. Bo wiecie, normy są, trzeba się ich trzymać. Na szczęście trawa wyschla i nie rośnie, więc choć to się nad człekiem lituje.

Co ja tam kłamię, przecież Chowaniec przytnie…

Ale ja się będę martwić, coby sobie czegoś nie zrobił!!!

A wiecie, że zamartwianie się dobrze na zdrowotność nie robi. Oj nie!!! Zamartwianie się jest straszne. Koszmarne i pryszcze daje!!! LOL

No nic to.

Chciałeś człeku mieć ogródek, to się teraz cierp. Znaczy martw, czy urośnie, czy jednak przetrwa i przeżyje i będzie rosło i tak dalej. I serio, jak sobie pomyślę ile już tutaj nasadziliśmy drzewek i krzaków, to… wysokie są.

PS. Zapach rozgrzanego tarasu, na który upadają pierwsze krople deszczu jest oszałamiający i przynosi takie wspomnienia, że szok… Kurcze, ciekawe, czy popada więcej, bo wiecie, znowu susza.

Znowu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Koparka… została wyłączona

Pan Tealight i Mikromikrus…

„No więc Mikromikrus był krasnalem, który mieszkał w malutkim łosiowym plecaku noszonym przez Sisiela, Szamana Wiedźmy. Bo przecież tak, ona go miała. Niby sama napierdzielała gadki z duchami tak, że innym włosy łonowe wypadały, ale jednak… porządny szaman, wyglądał lepiej.

Odpowiedzialnie.

Chociaż był małym, owcopodobnym pluszakiem.

Ekhm.

Ale miało być nie o nim. Chociaż, tak by być szczerym, to zawsze w jakiś sposób jest o nim. Czy idą, jadą, jedzą, pierdzą, jakoś tak zawsze, ale… krasnalem z plecaka. Krasnalem, szukającym wciąż swojego przeznaczenia, ale jakoś tak też mu się do niego niezbyt spieszyło, więc… wiecie, zwyczajnie siedział i patrzył. Ale, czy coś takiego w ogóle istnieje? Ino siedzenie i nicnierobienie?

Nie.

Na pewno nie…

… więc coś kombinował. No jak nic coś było na rzeczy. Tylko co? I z kim, tudzież gdzie na przykład? Bo lepiej być przygotowanym przecież, więc Wiedźmy z Pieca koniecznie chciały jakoś z niego wydusić jakiekolwiek tajemnice, ale… no widzicie, nie dawało się. I żeby nie było, wszelkiego rodzaju horrorowe rzeczy wzbudzały w nim tylko nieogiczny chichot, więc postanowiły spróbować przekupstwa.

Ale czym tak małego przekupić?

I jak, coby nie do końca się skapnął, że czegoś chcą, ale też i na tyle otworzył, jak naddarte szwy chirurgiczne… żeby było widać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dookoła…

Pola się zmieniają.

W powietrzu raz żar raz chłodek i człowiek się gubi. Jeszcze to wszystko, co się dzieje, o czym nie chcę jeszcze pisać… AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Nosz jak człowiek normalny… wróć, co ja o sobie tak kłamię no, człowieka znaczy ja… nie do końca normalny, ale jednak z uczuciami, wiecie, może i nadmierną ilością, więc… ten człowiek nie może serio już tego wszystkiego znieść.

Niby jeszcze coś ponad 3 tygodnie…

Ale jednak.

No ale…

Pola, które tak podziwiałam dopiero chwilę temu. No dobra, tydzień temu, już nie istnieją. A raczej istnieją, tylko się zmieniły. Zmieniły się w oną zielonkawość różnoraką. kwiaty przekwitły, zboża zaczynają żółknąć, a przecież to dopiero początek lipca. A może już początek lipca? Czas pędzi, ale z drugiej strony…

Ja bym już wolała 30tego!!!

Poza polami, drzewami bardziej zielonymi i drogami mocno pylistymi, bo znowu mamy suszę, a i zakazy palenia petów w różnych miejscach, więc uważajcie na siebie!!! Poza tym wszystkim są oczywiście plaże i morza i żeby nie było… sorry miśki, ale u nas wszędzie wolno na golasa!!! A tak, wolno. Jak się okazuje nie tylko na mojej plaży, zwyczajowo uznawanej za nudystycznie wyzwoloną. Nie.

Wszędzie można ogonem machać.

Jak się go ma.

Ekhm… ja nie mam.

Choć w dzisiejszych czasach kto tam może być pewny. Może niektórzy mają takie teleskopowe, czy coś. I wiecie co, obrzydliwie nie mam nic przeciwko temu. A i kąpię się w bawełnie olewając brutalnie modę. Sorry. Gdzieś mam te polireturany czy inne polieastry. Oj nie, bolą mnie, parzą, więc mam koszulkę i gatki do pływania.

Wersja trochę na Amisza.

LOL

No ale…

Poza plażami oczywiście zjechała Turyścizna.

No wiecie, sezon. Dla krajów skandynawskich oznacza to wszelakie podróże z dzieciakami. Ojojojjjj. Jest głośno, jest rodzinnie, no wiecie jak to jest. Pełno ludzia jest na Wyspie, która przez resztę roku jest nader pustawa. Mocno pustawa nawet i wybitnie cudowna w onej naturalnej pustości. Ale…

Ale Wyspa potrzebuje onego Turyściznowego boomu.

Nie oszukujmy się. Z tego podobno są wielkie a może i większe pieniądze, chociaż jeżeli spojrzeć na sklepy, upadające inwestycje i brak kasy na drogi, to nie wiem gdzie one są, ale podobno są, więc… Nie no, pewno, że Turyścizna sporadycznie kupuje cokolwiek od małych ludzików. Od artystów i im podobnych. Oczywiście, że jedzą i piją, oczywiście. No bez tego się nie da, ale… bardzo często też zjeżdżają z takimi zapasami, że po prostu szczena opada.

I jakoś mocno to rozumiem.

Tutaj jest drogo.

Jest drogo zawsze, poza sezonem też.

I tyle.

Nie oszukujmy się, tak już jest. Wydaje się, iż każdy chce zarobić, każdy chce coś dla siebie uszknąć, ale ludzie… ech, ludzie jakoś wolą ino labele. Podejrzewam, iż jeżeli mielibyśmy jakieś Chanele i LuiWitony, to chodziliby tam, a nie do małych, domowych galerii. Bo na co komu sztuka, jeśli można nabyć plakat w IKEA?

No na co?

Po co być wyjątkowym?

No takie niemodne. Ceny nie widać. Ile kto na co wydał nie widać… nic nie widać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mikromikrus… została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Łowienie…

„Ależ oczywiście, że chodziło o komarzyce!!!

Jedliście kiedyś te udka w słodkim, mszycowym sosie?

Nie… to dobrze, ohydne są!!! Nie dajcie sobie wmówić, że jak nowomodne, to najlepsze i tak dalej. No chyba, że odkopują jakieś fajne rzepisy z przeszłości, to można się skusić, ale tak to nie… bo teraz to nagle ino nowe i reklamowane jest super, a jak cię czegoś od małego uczyli, jak sikania pod prysznicem, to nagle wielce zło i ble, ohyda i tak dalej. A nie, wcale nie, no ale. Czasem lepiej nie gadać…

Ale.

Miało być o komarzycach. No więc one są, jest lato, gryzą i tak dalej, ale są też ONI… Armia Wyemancypowanych Poławiaczy Znikomego. Właśnie przybyli, rozłożyli namioty w kącie Zagrody Jednorożców – jakąś tam umowę z nimi mają, obie strony zadowolone, więc nikt nie chce pytać o szczegóły, ale odgłosy wieczorami bywają dziwnie… zastanwiające. A co do łowów, to wiecie…

Jak się okazuje, wcale nie tylko wieczorem, na migoczące, najlepiej mleczne lub żółtkowe światło. Okazuje się, że one odważne osobniki potrafią wytropić krwiopijne bestyje w ich dziennych miejscówkach i wiecie, ciach ciach… no dobra, niektorzy czasem mają wyrzuty sumienia, wiecie, że to matki dzieciom i tak dalej, więc dzieci do weków, matki w udka i sosik, a reszta na kremy.

Świetne na bóle mięśniowe!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Stacja Zodiak” – … zimno. Czyli oto opowieś perfekcyjna na wrząco gorące dni letnie. Tudzież uderzenia gorąca.

Wiecie…

Problem, jaki miałam z tą powieścią od samego początku jest taki, że nie ma ona głównego bohatera, choć tak wam się wydaje. I nagle, gdy go wam odbierają zaczynacie się gubić i nie jesteście sami przeprowadzić żadnego śledztwa, choć od razu wiecie, że takowego wszystko wymaga. I chcecie kogoś obwinić, ale wszyscy są tak pokręceni, że nie wiadomo czy w ogóle można. I ta narracja się plącze i osób tak wiele. I nagle, kurde wracacie kilka kartek wstecz i nie wiecie, nie rozumiecie…

Czy nie urażacie czyichś uczuć…

No dobra, książka jest napisana dziwnie, ale jest mile zimna.

Jest zaskakująca miejscami, a już zakończenie… hmmm, wali Frankenstainem jak nic!!! Tak naprawdę wiem dlaczego pojawia się ten niby główny bohater, ale… właściwie go nie ptorzeba. Tak dziwnie człek czytając ma wrażenie, że za dużo onych głosów, za mało opinii i jakiejś normalności, ale czy taka jest możliwa w takim miejscu? Jest w tej książce jakaś prawdziwość naukowa, w znaczeniu tego jak naukowców się traktuje, jakie jest to zimne miejsce, ale poza tym…

Nie wiem.

Niby intryguje, ale jednak słaba ta powieść.

Plaża.

Moja ta znajoma.

Wiecie, ze stałym golasem, który kursuje po całej krawędzi morza, z onymi pliszkami siedzącymi na starej, szarej gałęzi dzikiej róży… z białym piaskiem, okazjonalnymi cudami wypłukiwanymi z jakichś tam mrocznych głębin. Bo serio, te wodorosty tutaj są takie inne, takie dziwniejsze, takie po wyschnięciu tworzące niesamowite kształty. Te czarniaweszczególnie, wyglądające jak połamane człowieczki, czy coś ze „Stranger Things”… albo lepiej, połamańce i ludzka stonoga w jednym.

No co…

Do tego ta czysta woda, tutaj najczęściej czysta, bo nie dość, że fale, że kilka głazów, to jeszcze ten piasek i wypłaszczenie po kilkunastu krokach, gdzie możecie pływać nie bojąc się golasów, rekinów czy czego tam. Bo widzicie… plaża tutaj jest dość szeroka i bardzo długa, więc nigdy nie leżycie na kimś… dziś w odleglości kilku kroków, w krzakach leżała starsza para i oczywiście był Pan Golas… Uwielbiam faceta! Nikt tak jak on nie idzie oną linią łączącą wody i suchości z taką pewnością. Gdyby nie to, że niesie coś w ręce, nawet nie zauważyłabym, że jest goły. Serio!!! Opalony chyba dokładnie, na lekko prawie skwarkę, tudziez może bardziej w kolorze onej prażonej cebulki z IKEA…

O tak… cebulka!!!

No więc był on, ale to wiecie, przeszedł i se poszedł, starsi państwo se leżeli, a myśmy zajęli się sobą i tyle. Na chwilę gdzieś tam zza kamienia wychynęła głowa czyjaś. Jakaś babka z dzieckiem, ale chyba wrócili do siebie szybko… nie wiem, ale tutaj u nas najczęściej nie ma żadnych dźwięków poza wodą, wiatrem, piaskiem przesypującym się z kroków, śladów i czasem cichych rozmów, tudzież, wiecie, okrzyków niektórych osobników nagle zderzonych z chłodem wody…

… chociaż już sie ociepliła, serio było super!!!

No więc poza tym…

… cisza.

I ten piasek gorący. I ta woda tak czysta. Nosz kurna, gdzie mają takie lazury, no!? Wiem, że na Hawajach, ale co mnie Hawaje, co mnie jakieś Włochy?! Gdzieś to wszystko mam!!! U mnie najpiękniej!!! Serio very much!!!

I nagle, po tej całej kąpieli i skakaniu w wodzie jak dzieciak człek wychodzi, bo wyrwał się z roboty, wiecie, nadrobi wieczorem, więc ma ze sobą obiad i powinien go zjeść, bo ten obiad juś się podgrzał na słonku…

I nagle…

Nie wiem ile minęło, chwila, moment, dwa kawałki pizzy i garść moich suszonych owocków i nagle pojawiły się fale. Może i dotąd sama woda nie była nadmiernie spokojna, ale tak naprawdę ino lekko pofalowana, może i na powierzchni niebios nie pojawiły się dziwne chmury, ni inne zwiastuny wykopu z głębin, ale nagle…

Nagle pojawiły się fale i wiatr urósł w siłę i jeszcze te wodorosoty, lekko zmaltretowane, lekko sponiewierane, jakby wiele przeszły. Żadne tam brunatnice czy coś w ten deseń, ale one dziwne, połamane człowieczki, ino jeszcze nie zaschnięte.

Dobra, próbowałam się doedukować w ramach wodorostów, alg i innych takich i poza tym, iż wielu używa definicji onych zamiennie, to dowiedziałam się tylko tego, co już wiem, czyli, że moją ulubioną sałatę jeść można. Że w ogóle wszystko to zdrowe i odmładzające i tak dalej. Witaminki, odchudzania, wszelakie mikroelementy. Ale… ale wszelkie przepisy, poza tym jak z wodorostów zrobić dach na Læsø

… pochodzą z Japonii.

Serio, że oni niby tacy czyściejsi?

Ha ha ha!!!

Potrzebuję jakiejś książki i to z obrazkami. Serio, niczego nie potrafię znaleźć w tych internetach. Wiem jedno, na pewno zielona sałata – tak, ona jadalna – dobra jest też w magii, więc zróbcie sobie wianuszek malutki, jak na nią traficie. Poleca się mocno. Ale nie wyrywajcie zbyt wiele. LOL

Malutki wystarczy…

A co do morza?

Fale przyszły, nagle pojawiła się ławica wodorsotów, grzechotały mity i historie z głębin, i zrobiło się inaczej. Niby strasznie, niby pokręcenie, ale jednak, taka ciepła woda, taka czysta poza ławicą, taka, że zasnąć w niej ino i już…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Łowienie… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Pomarszczyciel…

Wielki Pomarszczyciel miał problem.

Widzicie, dobrał się do maseczek Wiedźmy Wrony Pożartej, no i wyszło jak wyszło. Płasko wyszło. Wyprasowanie nawet. Szczególnie te hialurony. Jakieś tam glinki i tak dalej. No chodziło o to, że gość wziął wszytsko, wymarzył sobie odświeżenie widoku własnego, znaczy zewnętrza, ale i wnętrza, na lato… no i wyszło jak wyszło. Wyszło, że Wiedźma Wrona Pożarta była kosmicznie, wszelako, nowoświatowo i pokręcenie wkurwiona.

W końcu nie stać było ją na nowe maseczki, a ile można szukać dziewic… te noworodki tak wrzeszczały, że serio nie mogła, nie była w stanie. Zresztą, małe dzieci…. yyyy, miała do nich stosunek daleki, najlepiej żeby były gdzieś za murami, kratami i tak dalej. I bezgłośne były, bezwonne, a przede wszystkim bezradosne.

Serio…

Nie, wcale nie była okrutna, po prostu ją przerażały.

Bała się ich!!!

Panicznie i pokręcenie… i tak, wiedziała, że są mikstury, Elżbieta Batory używała ich tylko pod oczy, reszta to dziewice, wiecie, wiadomo… ale jednak. Nosz kurna mać. Jeden Wielki Pomarszczyciel wpierdolił jej maseczki, dodatkowo je na siebie całego nałożył i uwalił się na tarasie.

Jeszcze jej tarasie…

Jeszcze…

Ech, czey w tym dziwnym okresie cokolwiek jeszcze ją ruszało?

Może? A może nie… czasem już sama nie wiedziała jak się wydostać z onego dziwnego, milczącego zawieszenia, jaky była w sieci pajęczej, ale pając był wegetarianinem i wciąż gotował kapustę. I to taką z piwniczki. Świeżej nie trawił dobrze, więc wiecie, o żołądek dbać trzeba…

YYYYYYYY!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco.

Chłodniejsze noce…

Czasem nawet człekowi się wydaje, że może jednak się uda i nie będzie takiego pieczenia jak przez ostatnie lata? Czasem… a potem nagle pojawia się taki dzień, że nie można oddychać, że człek się duszy, że powietrze zdaje się nie istnieć. Jakby naprawdę spadła na nas i Sodoma i Gomora i jeszcze ich cała rodzina.

No ale… lato.

Wiem, rozumiem. Tak, nie topleruję smażingu, plażingu, ogólnie nie rozumiem wyjeżdżania gdzieś by tylko leżeć na plaży i pić i jeść. No jakoś to zwyczajnie nie dla mnie. Dobrze, że pasuje wielu, bo dzięki wam istnieją gigantyczne hotele, basenowe cuda i plaże tak wielkie i tak zatłoczone… nie no, oczywiście, że lubię pływać. Uwielbiam się taplać i wiecie, jakoś człek wtedy może złapać kilka promieni, ale zwyczajowo, nie, nie opalam się. I nie, jakoś nie kojarzę opalenizny ze zdrowiem. Co to jest teraz znowu za moda na wiekuiste solarki ale ze spryskiwacza?

No wiecie, z pianki i jakiejś tam paćki czy kremu.

Hmmm… nawet te dziwne, jasne włosy do tego znowu w modzie?

Ech!

No nic to. Niech sobie będzie, ale dlaczego nam bladusom jakoś tak się wmawia, że powinniśmy być inni? Naprawdę odczuwam presję smażingu.

Brrr… bleee!!!

Jakby co, to ja ino popływać.

Tylko na chwilę, nawet w ten koszmarny gorąc. Żar, utop i potop wszelaki. Pocenie się i śmierdzenie i jeszcze te kropelki słone wszędzie. Yyyyy… jakoś serio ten sposób chłodzenia się człowieków jest mało intrygujący aromatycznie.

To na plażę!!!

Bo przecież wiecie, mieszkasz tu, masz blisko, więc zdaniem większości świata winieneś siedzieć tam przez cały czas. Jakbym nakazywała ludziom z Warszawy ciągłe siedzenie w Łazienkach czy PKiNie? Hmmm… wiecie, wszystkich nie zadowolisz, co nie? A wiecie, że w sporej części Wyspy nie da się pływać. A raczej na sporej części wybrzeża zwyczajnie władają ptaki, wody niziutko, kamienie, niebezpiecznie…

Mniejsza.

Idą na nudystową!

Bo mogę!!!

Bo tam jakoś i prawie nikogo, kurde a co jak tym razem będzie tych ludzi tam masa? No bo i sezon się zaczął i ludzie wykończeni i tak dalej? I wiecie, tego słonecznego glołu chcą na twarzy i innych członkach…

A może będą fale?

A jak fale, to nici z pływania. No sorry, ale bezpieczeństwo przede wszystkim. W końcu nikt nie chce przyrąbać w głaza. A na dodatek jeszcze i tak fale są jak prom przejeżdża… znaczy przepływa. Ekhm!!! Dlatego uważajcie. To niby pierdoła, ale głazy wylazły z piaszczystości, wciąż plaże się zmieniają i nie należy liczyć na to, że miejsce się zna. Że pływanie jest bezpieczne. Że nic się nie stanie.

Zawsze trzeba uważać.

To w końcu morze, a nie czysta przewidywalność.

Chociaż jak widziałam zasyfione jezioro Como, to zaczynam patrzeć na to nasze morze, że jakoś czyste jest. Nie no, miejscami pewno, że trzeba mocniej sprzątać, ale jednak, nie jest tak tragicznie. Chyba, że znowu coś z głebin wypłynie… trucizna, zabójca, wszelak zmora i dżuma wszelaka.

I jeszcze może coś?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Pomarszczyciel… została wyłączona