Pan Tealight i Któryśtamzkolei…

„No Któryśtamzkolei, wiecie…

Już nie zwracacie na niego nawet uwagi, zbędny wypełniach przestrzeni. Może i czasem przeszkoda…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu…

Ogień…

Wiecie co, to już zaczyna serio być niezabawne. Najpier przełom roków, potem znowu ten człowiek pod Netto, a teraz w stolicy zaczęło się od kołdry i świeczki. W pierwszych wieściach straszono stroikiem świątecznym, ale teraz okazuje się, iż winną była PIERZYNA… i przyznam, iż właśnie ono słowo mnie trochę zaskoczyło. Bo po pierwsze u nas naprawdę jest ciepło. Mimo onych wiatrów, które nieustają od początku listopada, a nawet końca października, to jednak jest gorąco, jak na oną porę roku. Prawie 10 stopni codziennie, bite rekordy ciepła, kwitnące wiśnie w Szwecji i Kopenhadze… no serio? Ja rozumiem pożary w Australii, ale czy pył nie powinien wpłynąć na ochodzenie? Zakryć słońca i tak dalej…

Widać nie tym razem.

Widać rozwiało…

I choć niektórzy przebąkują o jakimś snestormie na koniec stycznia, to roślinki już wyłażą i mają to wszystko gdzieś. Serio, czujecie, że ziemia was wzywa i do roboty do ogródka. Chwasty mają się po prostu kurna, kwitnąco. Pierony jedne. Aż tak durnie się po nie schylać, a potem przemyśliwać w styczniu koszenie rawnika, ale chyba trzeba będzie… nosz przeca z tych wilgotności i temperatur to się nam jeszcze jakieś malarie potworzą, albo i coś gorszego, nowszego…

Wiecie… ludzi przybędzie.

Ech…

No i dzień już wraca. Ona cudowna ciemnosć się kryje. Szarość zanika. I już mi smutno. No serio, doła mam mega z tej okazji. Z okazji braku zimy i powracającego słońca, światła i tak dalej. Ech…

Rekordowe temperatury… 11 stopni.

Ja pierdziele.

Wsio zaczyna kwitnąć i tak dalej. Na dodatek jakoś człowiek zapomniał o tej pieruńskiej darmowej wystawie w muzeum w Gudhjem i sobie w brodę pluje. Ale też, no weźcie, kto to robi prawie w środku tygodnia, no.

Ino ci, co nie pracują.

No nic, może kiedyś jeszcze się uda?

Człowiek miał nadzieję na wszelakie kulturalne i kulturowe rozpasanie tutaj, a jednak, jak się okazuje, no jakoś takoś braki. Albo bilety tak drogie, że bidny zjadacz chleba z Lidla nie może sobie na nic pozwolić, sam se maluje, chodzi po tak samo bidnych artystach jak on sam, ale wiecie, ile można wciąż to samo. Plany dotyczące połączenia wszystkich muzeów w jedno są moim zdaniem porąbane, jak spojrzę na preferencje ludzkości, ale wiecie, mnie się nie spytali.

A mogliby, wykształcenie w końcu jest…

I doświadczenie.

LOL

Ale jak se Duńczyk coś wbije do łba, to wiecie, no nie przegadasz. Najważniejsze, że coś się da skumulować, tych się da zwolnić, a tamtych jeszcze wykopać na równię pochyłą i będzie grało… a zarobi ktoś dziwny.

I już.

Na pewno nie artyści.

A już na pewno nie nasi, wyspowi… tych, to zawsze się traktuje jak zło konieczne na co dzień, ale za to jest się czym pochwalić, co nie. Zawsze. Jaki to plads jest, że tak inspiruje, jak niesamowity… a to światło…

… blah blah blah…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Któryśtamzkolei… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany…

„I było mu z tym dobrze.

Ale wiecie, jakoś innym nie. Temu przeszkadzało, tamtemu, a temu jeszcze bardziej. Nie żeby mieli coś z tym zrobić, no ale… w końcu o nim zapomnieli, ale wiecie, chociaż zapomnieli, to jednak… jakoś tak nie potrafili zrozumieć, że jemu z onym zapomnieniem tak dobrze.

Tak jakoś mu pasuje.

Zapomnieli.

Nie zapraszali na imprezy, nie wysyłali kartek na urodziny, no i nie zauważali wtedy, gdy tego potrzebował, a jednak… oni tego nie rozumieli. Nie żeby chcieli o nim pamiętać. Nie żeby chcieli, wiecie, tak jakoś tak mu pomóc, wzruszać ramionami gdy przychodzi, chociaż zatrzaskiwać mu drzwi przed nosem…

On lubił być zapomnianym.

Tak po prostu.

Pomijanym, gdy niczego od niego nie wymagali, gdy tak naprawdę mógł być sobą, bo przecież… ale zapomniany nie oznacza niewidzialny. Niestety. Widzieli go wciąż… i wkurzało ich, że jest ze sobą samym szczęśliwym. Pan Zapomniany, który naprawdę z onym zapomnieniem i samotnością miał się świetnie. Naprawdę super. Bez ludzi utyskujących, z ukochanym ogródkiem własnym, małym domkiem, który miał nad Rwącą Wątpiąco Rzeką

Gdy miał siebie, miał wszystko…

Ale oni nie chcieli jego szczęścia. Nie obchodził ich, mijali go wzrokiem, ale jednak gdy wchodziło w grę szczęście, nie chcieli by inni, nawet oni nieważni, byli w tak dobrym nastroju. Tak bardzo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek ostatnio jakiś taki zmęczony, a przecież unika newsów i tego typu rozrywek całkowicie mu zbędnych. Świat go męczy i nagle przypomina sobie dlaczego się przeniósł na Wyspę, ale… ale ostatnio i biedna Wyspa obrywa, więc… już człek nie wie jak na to wszystko reagować. Na szczęście pożar dramatycznyc sylwestrowej nocy w Svaneke cudownego, małego, starego, zabytkowego sklepiku nie strawił. Podobno spaliły się serio tylko przyprawy i uda się go uratować.

Może nie będzie tak źle.

Co do reszty, to wiecie jak to jest, drewno polewa się na maksa, więc zniszczenia są ogromne, ale chyba będą ratować, chociaż… czasem mi się wydaje, iż ilość onych, co by bardzo chcieli wszystko unowocześnić i zasrać kostkami czarnymi i szarymi, nader wzrósł. Depresyjnie wzrósł. Oczywiście, że rozumiem, iż kolor będzie ciepło magazynował, ale u nas ostatnio ciągle gorąco, to będą pieczone ludziki.

Kurcze…

Z drugiej strony, może zaczniemy być słynni z ludziny duszonej?

No dobra, czarny humor, ale serio, gdybyście widzieli jaką kasę można przepieprzyć na najszpetniejsze szrotowe dzieło, które zwie się sztuką, to zrozumielibyście, dlaczego zaraz po wystawieniu go autor zmarł. No i pewno teraz głupio im to zezłomować, czy coś? No szczerze!!!

Bogowie, a przecież ja kocham sztukę.

Naprawdę!!!

Może i wolę oną starszą, ale jednak… nie jestem jakimś bezmózgiem, co to nie wzrusza się operowym pieniem. Choć ostatnio bardziej działają na mnie kształty porostów i grzybni, pieśni i trele ptasie, a nawet wronie pogaduchy…

No więc…

Człowiek zmęczony.

Walnęłabym mądrością, iż to ono wiosenne przesilenie dobijające organizm, ale jednak, wiecie, kurna no, dopiero zima się zaczęła. Może nie powinnam się aż tak rozpedzać? Wiem jedno, nawet jeszcze nie nosiłam szalika!!! A raz zachciało mi się rękawiczek i tyle!!! A uwielbiam rękawiczki!!!

Nawet ogrzewanie nam wystarczy ledwo chuchające…

Jak nic za rok zrobią się z nas Hawaje jakieś i tyle. Zobaczycie. Podobno one rekiny czy coś tam już wybierają się poza swoje zwykłe łowiska i wciąż… i wciąż mnie zastanawia, co z tą wodą z tych roztapiających się lodowców? Bo przecież miały się wody podnieść, bo przecież miało być inaczej… i to byłoby logiczne, a jednak, woda u nas jakby odpływa. Seryjnie, dookoła robi się płyciej!!!

I znowu kolejne drzewa wycięli…

Ech.

Kolejne dni, kolejny tydzień i nagle już połowa miesiąca. Styczeń pędzi jak cały poprzedni 2019 i człek już nie wie, czy się trzymać czegoś, czy upaść i łkać, bo nie nadąża za tym wszystkim. Naprawdę mocno. Nie dość, że się nie odnajduje w świecie, czy też świat wcale nie chce go zauważyć i depcze wciąż, to jeszcze…

… to jeszcze znowu będzie starszy i już nie wie o co w tym wszystkim chodzi. No bo serio, co ja czasowi zrobiłam, że tak mnie nienawidzi, no? Co? Że zegarów nie lubię, rany, przecież każdy ma jakieś wady, no błagam!!!

Helloł?!!!

Druga połowa stycznia, no nic to.

Bliżej do grudnia!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany… została wyłączona

Pan Tealight i Ogród zimowy…

„Zimowy ogród nie był gotowy.

I to kompletnie.

Poza kilkoma zamarzniętymi, nader cienkimi warstewkami wody, właściwie nie istniał. I miał z tego powodu szczerze wyrąbane, bo jeśli go nie chcieli, to wiecie, miał ich gdzieś. I to w bardzo niecenzurowalnych zarazem słowach i gestach i wtedy… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… powiedziała, że przecież ona chce. Że on jest jej marzeniem i nagle zrobiło się mu głupio, że tak klął. I nagle… znowu zapragnnął być kochany i chciany… ale jak.

Ciepło zabijało i jego i Wiedźmę Pożartą.

No naprawdę, nie mogli się utrzymać w onej cieplności tym bardziej, że przecież to już była druga połowa stycznia, a tutaj temperatury w okolicach 10 stopni, a wiatry wielkie niemożebnie mocne, do tego deszcze, nosz kurna się trzeba będzie przekwalifikować chyba na tropiki, ale nie dla nich…

Nie.

Oni obydwoje potrzebowali zimna prawdziwego, ale wiecie… nie wiedzieli jak nagiąć naturę do onej normalności, do której ona sama ich przyzwyczaiła. W której właściwie, ich wychowała, stworzyła, zrodziła…

Gdzie ta zima?

Piękna, cudowna, szroniąca. Ona zima malująca obrazy lodem, śniegiem sypiąca, mrozem ładująca pod koce i w piernaty. Ona zima, co to sprawiała, że twarze się same kolorowały, a wszelaka okoliczność natury odpoczywała snem sprawiedliwego… bo w końcu natury nie da się przecież… okrzyczeć.

Czy też, wiecie, ocenić i oskarżyć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Truciciel” – … no tak. Właśnie. Przyznaję, że autorkę trzeba znać, żeby nie walnąć byka i nie traktować tej książki jako nowości, tudzież, wiecie, czegoś osobnego. Bo po raz kolejny wraacamy do krainy magii, Pendle. Do wiedźm, zbrodni z przeszłości i duchów domagających się sprawiedliwości oraz…

Kolejnych tajemnic.

Nim sięgniecie po tę powieść, niezwykłą naprawdę, pamiętajcie, by zapoznać się z pierwszą częścią historii Florence Lovelady „Mistrz ceremonii”. Naprawdę. Bo jakoś tak łatwo przegapić informację, pomylić Florence z Lacey Flint i tak dalej. Wiecie, człek widzi ukochaną autorkę, od razu łapie za książkę…

Albo klika w koszyczek… ale…

Jak już przeczytaliście pierwszy tom, to wiecie o kogo chodzi. O kobietę, która była jedną z pierwszych kobiet w policji w czasach, gdy wszystkim władali mężczyźni. Nie żeby się wiele zmieniło, się nie oszukujmy. Nadal powiedzą wam, iż kawa dobrze wam wychodzi, czy herbata, czy coś… Jednakowoż poza onym wymiarem feministycznym, nie narzucanym, wcale nie kłującym w oczy, nie jakimś porąbanym, ale po prostu rysem historycznym. Bo przecież cała opowieść to czasy współczesne. Jednak zbrodnia, tak, zbrodnia jest aż nazbyt przedawniona, no i jeszcze ta magia…

Tak, ona jest tutaj prawie najważniejsza.

Namacalna…

Oto kolejna powieść, thriller, kryminał… wszystko w jednym, bo Bolton niesamowicie potrafi łączyć człowieczeństwo, oddawać jego wady i przywary, pokazywać prawdę, i nie oceniać. Bo tak naprawdę dla niej człowiek, to istota, która szuka szczęścia, ale jednak ono szczęście zbyt często nie jest przez niego zauważone.

Lub pominięte…

Tym razem zbrodnia sprzed lat zmienia się w walkę kobiety o prawdę. Walkę, która sądząc po zakończeniu, wciąż jeszcze będzie się toczyć. A ja nie mogę się doczekać kolejnych części. I to o obydwu bohaterkach. Tak od siebie odmiennych, a jednocześnie i tak podobnych. Po prostu… bohaterkach.

Tych, co zawsze walczą.

Nie odpuszczają.

Naprawdę warto zainwestować w każdą powieść tej autorki. Bo u niej zawsze, poza kryminałem, dostaje się folklor, człowieczeństwo oraz… niespodzianki.

I wieje i pada…

Człowiek zdążył się odzwyczaić, a przecież cicho było tylko przez kilka dni. A już człek uwierzył, że będzie cisza, że jakoś takoś będzie inaczej, w końcu… ale nic to. Ostatnie świąteczne ozdoby znikają, wszystko wraca do codzienności, a zieloności wyłażą z ziemi, bo temperatura sporadycznie dotyka tego, co niegdyś niektórzy zwali przymrozkiem przygruntowym… wiecie…

… zimą.

Nie ma zimy.

Nie ma odpoczynku.

Orane pola zdają się krzyczeć o spokój i sen, który przecież im się należy, ale jednak, nie dostają ich. Wciąż orane, wciąż męczone, jakoś tak nie potrafią już się uśmiechać bruzdami. Drzewa w większości odarte z liści mają dosyć tej całej wilgotności, bo przecież pada i pada i pada wciąż. Niedługo zamieni się nam strefa klimatyczna. Nie ma onych wielkich fal powodzi morskiej, które się nam zwyczajowo o tej porze zdażały. Nie zalewa Saltuny… nie żebym tego ludziom życzyła, ale…

Człowiek się przyzwyczają.

Do różnych spraw, rzeczy i czynności, ale żyjąc na Wyspie przede wszystkim uczy się natury. Stara się przewidzieć i fale i wiatry, ale ostatnio zmysły go zawodzą. I to mocno. Bardzo mocno. Zaskakująco brutalnie. Tak wiem, wszyscy wrzeszczą od razu „globalne ocieplenie”, jakby to było coś nowego, ale przecież nie jest. To zwyczajnosć, naturalność. Jak dowiodła natura po raz kolejny, jest nieprzewidywalna nawet dla najbardziej rozpasanych naukowców.

Nawet dla tych najbardziej głośnych…

I tak, pożary dają swoje.

Wycięte lasy też.

Zniszczone nieużytki… można by wymieniać godzinami, ale wiecie co, fakt jest jeden… prawda koszmarna – pogoda nie jest taka, jaką człek kiedyś znał.

Tęsknię za zimą.

Pamiętam czasy opadów śiegu, które zaczynały się na Wszystkich Świętych, a potem kończyły jak się im podobało. I tyle. Były i zwały śniegu, było i wszelakie niechodzenie do szkoły i jeszcze oczywiście były te zaspy. Ech, a kiedyś to były nawet i cudne tunele śnieżne. I jeszcze te bałwany…

No dobra, bałwany wciąż są.

Sztormy są dość dziwne, wiatry bardziej wieją, a wszelka chłodność umyka z wiatrem z powietrza. Temperatura wzrasta i tyle. Widziałam kawałek lodu – hurra!!! Czy to koniec tej zimy? Kto to wie? Jak na razie zielone wyłazi z ziemi, słońce sporadyczne, wszystko naprawdę jest… inne. A może zwyczajnie na mniejszym obszarze lepiej widać one zmiany klimatyczne?

Może…

Albo też i wszystko jakoś tak widać bardziej…

No nic to.

Dla rozrywki gawiedzi muzeum w Gudhjem zostaje otwarte dla pospólstwa, ale… ekhm, nie do końca rozumiem jak to ma grać, bo zaproszenia dostali tylko ludzie z Gudhjem i Melsted. Bo wiecie, my to właściwie wsio Gudhjem Fiskerleje, ale cała reszta tak sobie tylko wisi na onych tabliczkach. Znaczy nazwy, wiecie… Ale, wracając do onej rozrywki kulturowej, co to nas czeka, wiecie, jak najbardziej chcę iść. Nie dość, że za darmoszkę będzie wjazd, to jeszcze pokażą wsio, znaczy to co zwykle i to, czego nie pokazują pospólcom, ale przede wszystkim będą opowiadać o przyszłości, o planach, no i wiecie… o pociągach…

Bo jakbyście zapomnieli, to muzeum, to stara stacja. Jeszcze odbudowali ostatnio kawałek torów. I podobno chcą w to brnąć dalej.

No ciekawe, zobaczymy jak to będzie?

I na co kasę będą wydawać.

PS. Podobno zaproszenie serio ino dla okolicznych mieszkańców… ciekawe, czy się trza będzie legitymować przy wejściu?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogród zimowy… została wyłączona

Pan Tealight i Pomylony…

„No pomylony był Pomylony i tyle.

Pomylony w sobie, w środku, w onych myślach i wszelakich zwątpieniach, w nazbytnim rozkojarzeniu… no wiecie, szalony nawet… A dodatkowo mylono go z niektórymi aktorami i to było… doprawdy uciążliwe. No wiecie, gdy postrzegają was jako kogoś niesamowitego dla nich i tak dalej, zaczynają czycić, chwalić, wszelako macać waszą dookolność, uznawać ją za świętość i dobrze się z wami bawią… choć nie jesteście przecież oną osobą, mówicie im o tym raz i drugi i w końcu…

Oni, wiecie, odchodzą. I jeszcze, że to niby wasza wina, bo nie jesteście oną sławą wszelaką i wielką, i ich zmyliliście i chociaż tak świetnie się z wami właśnie bawili, nie z tym wydumanym kimś, to jednak w końcu nie chcą was znać. I jeszcze… nawet nie chcą poznać waszego imienia i tak dalej…

I odchodzą.

Po prostu…

A wy stoicie tacy pomyleni kompletnie z kimś, kogo nawet nie znacie, więc walicie w google i nie widzicie podobieństwa i tak dalej, ale jednak ta sama sprawa, zajście, się powtarza i jakoś tak, no zwyczajnie chcecie to przejść inaczej. Chcecie od początku być fair i mówicie, że wy to wy nie on, ale oni wam nie wierzą tacy chyba jacyś spragnieni onej błyskotliwości fejmu i sławy, ale w końcu… wiecie, jakoś w końcu rozumieją i oczywiście… wszystko się kończy jak zwykle…

No i po raz kolejny.

A potem znowu.

… więc zaczęli go nazywać Pomylonym. I się przyjęło. Rozumiał to, już nawet planował odowiedni tatuaż na czole, ale znalazła go Wiedźma Wrona Pożarta i postanowił, że zostanie z oną nieznającą sław i niedowidzącą dziwaczką. W końcu ma aż trzy żółte szopy, więc jest gdzie mieszkać.

A sławy przecież się czasem ukrywają, co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer na Wyspie to taka normalność.

Wychodzisz i nie wiesz, gdzie chcesz pójść.

A potem, nagle cię olśniewa i brzmiesz przez rozwalone kurhany do onego jednego kamienia. Po drodze mijasz i inne i w końcu, po tylu latach znajdujesz nissenową brodę!!! Wiecie, takie lodowe wywijasy, co to wyłażą z drewienek naruszonych, co to się okazuje, że coraz rzadsze, coraz bardziej znikające, coraz bardziej… niesamowite, bo wielu, nawet Tubylców jej nie widziało.

Bardzo wielu.

A przecież spacery u nas to podstawowa rozrywka, no.

Za darmo właściwie i ogólnie mówiąc całkiem nieźle robią na zdrowie, chyba że spadniesz albo w wykrocie nogę jakoś takoś wykręcisz, czy alergia, czy jakiś morderca, czy coś. No co? Wyobraźnię się ma, ale nie ma co o tym zbyt wiele myśleć. Idę do niego. Mijam kolejne jeziorko i bagienko, piękności w tym świetle skąpym może, ale jednak słonecznym, kąpią się w nim, spijają z niego…

A on stoi wciąż.

Mój ukochany Dziadek.

Piękny. Tak bardzo podobny do onych głów z Wyspy Wielkanocnej. Ma i wielką głowę z mszaną grzywką i bakami, ma i ramiona, a cała reszta to tajemnica. Wielka tajemnica, której nie chcę rozwiązać. Po prostu się przytulam. Bo kamienie wiedzą i kamienie rozumieją i jakoś tak…

Mądrzejsze są…

Ale zimno wygania mnie z lasu.

Problem w tym, że do auta daleko. No sorry, ale nie zapierdalałam z buta z Gudhjem do Almindingen. Nie zdążyłabym na światło. Nic z tego… zła ja, co nie? Buahahahaaa!!! Mam to gdzieś, przemykam się ścieżkami, nieistniejącymi dróżkami, miejscami, gdzie znowu zniszczyli las i się wkurzam, a potem po prostu dróżką, ścieżką, szosą… mijam pomnik w kształcie dolmena, współczesna kamieniarka, ale jak spojrzeć z daleka, można się zmylić. Szczególnie z moim słabym wzrokiem. A potem, a potem znowu jest jezioro, to samo, ale słońce inaczej pada…

Jakby co, znowu zdjęcia i znajduję nawet trujące jagódki.

Przydadzą się na potem, bo przecież wsio gra w ilości, pamiętajcie o tym. LOL No dobra, żarcik trumienny lekko, ale światło takie piękne, lekka mgiełka i one słomiaste w kolorach trawy i wiecie… liście i jeszcze…

Takie to wszystko bogate.

Czy chcę wracać do domu?

Dom też kocham, ale jednak te lasy kryją takie miejsca, które sprawiają, że w końcu nikt cię nie osądza, nikt nie męczy, jojczy, nikt… i takie to jest nęcące, zostać w nich. Nie być człowiekiem…

Szaro…

Nawet noc może być szara. Dziwna. Nie tyle ciężka, co raczej oblepiająca i naciskająca na ciebie, zmuszająca do tego, byś do niej dołączył.

Na zawsze.

Jest coś takiego najpierw w zmroku, szczególnie tym mglistym na Wyspie, który wciąga człowieka. Zachęcająco macha kończynami mglistymi, cieszy się na twój widok, sprawia, iż czujesz się ważny… że czujesz się rodziną, kimś dla niego bliskim, kimś nawet najważniejszym, kimś prawdziwym, zauważalnym…

I chcesz wleźć w oną mroczność.

I chcesz w niej zostać.

Rozpylone w powietrzu drobinki wody zdają się odbijać w milionakroć wszelakie światło. Jakby brało je na własność. Jakby je przejmowało i naprawdę było wszystkim. Wszystkim przejmującym wszystko. Jakby wiedziało o tak wiele więcej, jakby miały możliwości, a może ino pragnienie, a może jednak i woda chciała dołączyć do onej mglistej szarości wieczoru? W końcu pewno zaraz nadejdzie wiatr i wszystko rozdmucha, rozwieje. Znikną rzadkie, małe lodowe oczka z kałuż, znikną wszelkie zaszronienia i znowu będzie tak ciepło… 6, 9 stopni.

Źle mi z tą pogodą.

Tak wiem, nie jak misiom koala, na które wszelakie influencery i media się nagle przerzuciły, w końcu zauważając trwający od września problem, ale jednak… źle mi. I ja też jestem gatunkiem zagrożonym.

Jedynym osobnikiemz mego rodzaju, pierwszym i ostatnim.

Może dlatego tak mgła mnie wciąga… te światelka na kroplach wody, ona niewidoczność, one wszelakie nadmichanie świata, miękkość cudowna, może i mokrość, ale jej dziwnie nie zauważam.

Nie jest istotna…

Co jest?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomylony… została wyłączona

Pan Tealight i Wpadka…

„No zaliczył.

Rany, w życiu mu się nie zdarzyło jeszcze, a przecież byl Przedwiecznym do cholery! Nawet kląć ostatnio się nauczył od Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane… Zmieniał się, nie ma co. I, żeby nie było, wiedział o tym. Jednakowoż byli razem już sporo lat… a może i więcej onych lat? Może i dłużej. Może i nawet jeszcze… kiedyś, przed czasami, kiedyś tam, gdzieś jakaś dusza, tchnienie, istnienie, a raczej jego zaczątek, zapowiedź…

… obietnica…

No ale zaliczył.

Jak już się tyle znali, jak już wiedział, że tak potrafiła go zmienić, to przecież winien był przewidzieć, iż coś takiego może mu się wcześniej czy później przytrafić. Powinien był wiedzieć, ale jednak… No dobrze, przewidywał, że coś może kiedyś nie pójść po jego myśli i zwykle nie szło, że niegdyś się potknie, coś zlami, nie tak powie, przełoży czy wysadzi, azaliż jednak to…

Aż tak?

Zaliczyć?

I to jeszcze w dziedzinie, która przecież była jego dziedziną, jego życiem, istnieniem i wszelakim, no właściwie nudą codzienności i tak dalej… ale jednak tym razem, w pełni zimowego słońca, które było dziwne z powodu Czasu Panowania Ognia… on, Przedwieczny Wielki i Jedyny

Dał ciała.

Jak jakiś… pośledni, durny, smrodliwy człowiek.

Niczym coś codziennego całkowicie, niewolnik najmarniejszy, który nawet nie marzy, nie śni i nie pragnie niczego poza wydalaniem i żarciem i tym, y bat nie skalał jego pleców… on, tak bardzo zmulił.

Zupełnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Las…

Jeziorko…

Zimno może, no ale. Wszelaką dookolność pokrywa lekki i znikający przymrozek nader przygruntowny, ale jeziorko, czy też stawik, pierun wie jak to jest, może i azaliż wyłącznie element jakichś umocnień, zamarzło dość mocno. Znaczy przy brzegu woda chlusta i nikt normalny na nie nie włazi, jednakowoż grupka dziwnie brzmiących facetów nader pała chęcią połowienia sobie.

Pewno wiecie, syrenica się im marzy, ale nad morzem łeb urywa, to wybrali wersję syrenica topielica i tyle. W końcu baba to baba, co nie? No wiecie, dla niektórych. Nie ma jakość, ważne, że jest w ogóle.

No więc nad onym stawkiem, nad którym planowałam oczywiście nastukać zdjęć stoją oni dżentelmeni wątpliwi, raczej europejscy, chyba, ale język dziwny, więc nie będzie obstrukcji wszelakiej. Oj nie. Stawiałabym na południe od Polski, no ale… nie będę szaleć, moja lingwistyka tamtych terenów jest kiepska.

Ale…

Jest ów zbiornik wodny, jest jego nalodzenie, nasze napotkane chłopy walą kawałkami lodu w nie, zamiast kurna albo poświęcić jednego coby się zmoczył, a słonko ładnie świeci, znaczy jak na zimę, więc czemu nie wlazł, przeca to nie nieskończona głębia jakaś mityczna, no weźcie. Ale nie, one wielkie mózgi zwane podobno wciąż homo sapiens sapiens walą kawałkami lodu. Które odbijają się i se tańcują mając ich w zadkach swych, nader bardzo lodowych, czy jakoś tak.

Ktoś mi wyjaśni, czemu kamienia nie wzięli?

Serio?

Nikt?

Ale… dość tej rozrywki homomałpowatych. Oni na pewno super się bawili, więc co tam. Bąbelki pewno też jeszcze były w użyciu, czy inne napitki zwodniczo rozgrzewające, ale ja mam inne plany. A dokładniej nie mam ich. Zwyczajnie świeci i jest zimnawo, a to najważniejsze.

Zwyczajnie…

Chcę na spacer!!!

… więc idziemy. Po drodze cudowne formy zeschnięte, lekko pomrożone, lekko nie, drzewa one w różnych kształtach, gdzie niegdzie jeszcze liście, które o tej porze są takie niesamowicie skórzane i niebieskawe w odcieniu. Zachwycające. I kocham im robić zdjęcia, bo w obiektywie zmieniają się w jeszcze większą sztukę, którą mi udaje się złapać i to za darmo i mieć je, może i na zawsze, chyba że znowu coś się spierdniczy i wszelakie internety i łącza i pamięci znikną…

Tak bardzo czasem marzy mi się drukowanie ich… znaczy wiecie, tych wybranych, ale to tyle roboty i takie koszta, że…

Mnie nie stać.

Ale wciąż marzy mi się książka.

Moje słowa, moje zdjęcia, moje obrazy, moje wszystko. Tak po prostu. Zwyczajnie. W końcu każdy może, to czemu nie ja… czy z Panem Tealightem, nie to osobny projekt. Bardzo osobny, no ale… więc idziemy. Za plecami Christianshøjkroen, Aremyr, a my, znaczy ja pniemy się po onym niewygodnym, niebezpiecznym wzgórzu. Pełnym i liści śliskich i kamieni omszonych i niepewności…

I choć są schodki i poręcz, to stały się już jednością ze wszystkim i lepiej na nich nie polegać. W końcu docieramy na górę, a widok jest niesamowuty, bo światło robi co chce, a ja, ja chyba zdecydowałam w końcu czego chcę. Gdzie chcę iść. Wiem, kto mnie przyzywa. Dziadek i Tata.

No co…

Każdy ma zboczenia… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wpadka… została wyłączona

Pan Tealight i Gracja…

„Ona wiecie, bogini wielka…

Rąbana modelka w tunice bardziej prześwitującej niż sumienie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I z tymi sutkami na wierzchu, wężem, no serio, a te włosy w pierścionki poskręcane, których upierdliwy wiatr nie ruszył nawet, nie tknął, nie naruszył…

No jak można tak wyglądać?

Serio?

Nawet te włoski, które to raczej i baby miały, wiecie w różnych miejscach, wszelako u niej nie występowały, albo były filuternie leciutkie, niczym meszek, muśnięcie słońcem, wiecie, złocistość, aureolka, kurna, nawet pod kolanami nic nie miała, ni wrednego, długiego czarnego włoska, ni…

Że ją obglądały?

A co… nie wolno?

Leżała tak rozwalona na trawie, bo wiatr wiał, a kieckę miała falbanistą, więc widowisko było, to sobie obglądały. Ale nie że wisiały nad nią, tylko zwyczajnie, wiecie, jakoś tak, no zoom był w aparacie Wiedźmy Wrony Pożartej… a ona sama zajęta akurat malowaniem, wpadła w berserski pędzlowy szał i po prostu jakoś tak… i ona Gracja i ten aparat i kieca ona na wietrze musująca…

Że coś się jej stało?

No przecież nie mogą tak zakłócać cudzego spokoju i nastawać na mir prywatności dookolnej. Wrzeszczały, ale cicho, wiecie, zawsze przecież ktoś spał, ktoś pracował, no naprawdę lepiej cicho być… szczególnie jak się podpatruje coś, kogoś, lub na przykład półbóstwo, które, hmmm…

A w ogóle to po co tu ona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapach śmierci” – … jak pachnie śmierć? Słodko? Rozkładem? Śmierdzi może? Zatyka? Bólem, odchodzeniem kogoś, bo przecież czasem to też trwanie, to nie nagły zgon, ale powolny proces…

Czasem to ty.

Tym razem jednak nasz znajomy antropolog zajmuje się zwłokami dość dziwnymi. Zwłokami, które mogą zachwiać jego wiarą w naukę, jego wszelaką, może i chwiejną wciąż, ale w końcu, zdawałoby się, ustabilizowaną psychiką. Bo przecież kocha i jest kochanym. Przecież w końcu znalazła go znowu miłość…

Ale nagle zwłoki i wydarzenia w starym butynku, ruinach, na dziwnej uliczce… są zapowiedzą wszelakiego nieszczęścia… ale na początku tego nie wiecie. Na początku, to tylko zwykła praca,w kurzający współpracownicy i znajome, mądre twarze. I puszący się młodzi i zapowiedź odchodzenia i…

Demony przeszłości.

Książka znowu niesamowita. Wstrząsająca, świetnie złożona. I choć co sprytniejsi domyślą się zakończenia, to jednak nie daje się od siebie oderwać. Po prostu kolejny, świetny popis znakomitego autora. Tak, raczej polecam mieć przeczytany przynajmniej tom poprzedni, ale jednak, możecie dać radę bez tego…

Choć może niekoniecznie?

Fale deszczu mkną do morza…

Wiatr znowu kombinuje ze światem dookolnym i jakoś tak, jakoś wszystko jest inne, znowu inne. Takie fale wody płyną wiatrem do morza. W powietrzu się unoszą, poetycko i tak dalej, znaczy mokro i… ciepło!!!

Zaskoczenie?

Pewno nie, jeśli Norwegia pobija jakieś rekordy ciepła, więc… nic nie będzie z tej zimy, to sobie człek chociaż na wiatr popatrzy. Bo jak zwyczajowo widzi uginające się gałęzie, tańczące witki i liście, to gdy mamy deszcz, może też popatrzeć sobie na oną kształtność wietrznych pomruczeń.

I tak… poziomowość.

Wiatr sprawia, iż wszelaki opad u nas bieży poziomo. Ale dziś, dodatkowo nie równomiernie, ale właśnie w postaci poziomych fal kropli, które nie burzyły swojej konstrukcji przez całą drogę… do morza pewnie, choć może i dalej? Bo wiecie, człowiek raczej w taką wichurę woli zadbać o swoją głowę i zatoki, więc nie wychodzi. Ale dodatkowo w końcu wylazło słońce i wszystko dziwnie rozbłysło.

Bo tutaj pola nie są puste i ziemne.

Nie, wprost przeciwnie.

One są pełne zieleni i brązów. Niektóre wciąż zarośnięte mają w sobie jakieś żółcienie, inne, będące trawiastymi cudami, to wiadomo, wciąż zielone na maksa, więc zwierzątka, szczególnie one cudowne krowinki włochate, wiecie, te z tymi krzywkami lokowanymi, wciąż są na zewnątrz. Ciepło przecież jest i na dodatek jedzenie świeże na wierzchu, nawet ze stokrtkami, więc czemu nie korzystać?

Podobnie z owcami.

Takie to… normalne.

Takie oczywiste i przesłodkie.

Naprawdę, ale jednak, jakoś w człowieku tli się ona skierka zwątpienia w to wszystko, co się dzieje. Bo chce zimna. Potrzebuje go. By wymarzło robactwo, by jakoś no, tak znajomo było i biało.

Pierwszy Bornholmczyk, a dokładniej Bornholmczanka… urodziła się dopiero na poczatku 4 stycznia. Wiecie, sto lat! Aczkolwiek tak się zastanaiwam, czy artykuł opisjący one narodziny to nie nazbyt wiele informacji. Narodził się parze co to ma już dziecię i jeszcze dwójkę z poprzedniego jej związku i tak w ogóle, to mieszkają tu i tu, ale nie do końca, bo się budują tu i tu…

Serio?

Ludzie… RODO!!!

No ale, zdjęcie i artykuł musi byc. Musi być wszelaka wypełność gazety, szczególnie po zmianie głównego szefa szeów. Czuć, jak coś się zmieniło. Nagle gazeta jest dziwnie stronnicza i pieści tych, co źle robią. I jakoś nie staje po stronie ludu, a nawet nie przedstawia po równo tych i tamtych zdania…

Ech…

Ale jakby co, ludzkość wzbogaciła się znowu o człowieka, co tak naprawdę w wymiarze światowym nie ma żadnego znaczenia pewnie. Chociaż, ciekawe jakie będzie ono pokolenie wychowane z ajpadami, ajłoczami i innymi tam ajami. Ciekawe, czy oni będą pierwszymi, co będą mieli czipy? A może nas zaczipują?

Kto to wie, co przyniesie 2020?

Na razie przyniósł ogień i to nie tylko u nas, ale przede wszystkim… hmmm, wszędzie. Zauważyliście jak wiele krajów, krain i zabytków spłonęło? Zauważyliście, że to ogień wstąpił na najwyższe podium? A przecież zawsze straszyli nas wodą? Zawsze… albo mrozem. A teraz… prawie 10 stopni znowu.

Znowu wiatr…

Mam dość.

Chcę zimy!!! Wiecie, onej zimy jak drzewiej bywało. Prawdziwej, porządnie mrożącej bakcyle i tak dalej.

Ze śniegiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gracja… została wyłączona

Pan Tealight i Bogini Doniczego…

„No przecież taka też musiała być, no weźcie no.

Musiała się narodzić. I serio, za jej powstanie z niemorskiej pianki, czy raczej czegoś dziwnie bąblującego się na starej brzozie, Pan Tealight obwiniał Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane. Naprawdę i dosłownie. Nawet jej to powiedział… głośno!

Ale w myślach…

Bo widzicie, ona żałość w niej wciąż tak siedziała i się żałościowała, że naprawdę nie mógł, że jakoś takoś jej dosrać w twarz. Znaczy, nie no, pewno się domyślała, że on jednakowoż co do tego jej tworu nie jest nazbyt przekonany, ale jednak… ona była. Była jak najbardziej, bo świat był i Boskość Dookolności Wszelakiej.

I Pani Wyspy też.

… więc w końcu pokonany przez wszelaką kobiecość niekobiecości, Pan Tealight zwyczajnie zaczął ją karmić. Bo wiecie, inaczej się nie da. Udobruchać bóstwo znaczy nakarmić bóstwo, więc… w końcu była do niczego, więc jakoś tak, musiała istnieć. No dla balansu Wszechświata.

Wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Styczeń.

Zaczął się tragicznie dla Wyspy.

Nikt nie spodziewał się pożaru w Svaneke. I brzmienie onych syren samochodów strażackich, oraz firewerków jednocześnie jakoś tak naprawdę uświadomiła człowiekowi, że świat jest straszny. Dziwny i pokrętny.

No ale… jak na razie informacja jest taka, że wszystkiemu winna była instalacja elektryczna markizy, a naoczny świadek wspomina o płonącej markizie.. i tak nagle jakoś, wiecie, przypomniało mi się, one ludzie z wiadrami wody, no i… tak, oczywiście ten co zadzwonił na straż też nagrał filmik… I jakoś serio nie mam mu tego za złe, bo może dzięki temu straży będzie łatwiej… Może?

Ale tak szczerze… to kolejne budynki, które płoną na rynku lub w jego okolicach za mego życia. Dziwne to, ale tym razem jest to bardziej bolesne niż piekarnia… chyba, chociaż z drugiej strony ten alpenbrod… do dziś pamiętam. Strasznie dobry taki był, po prostu genialny!!!

Tym razem spłonął… chyba najstarszy sklep, w znaczeniu wciąż używany, na WYspie. I to po takich zmianach, po takiej wielkiej ilości roboty… Mam nadzieję, że uda się jakoś z ubezpieczeniem nie walczyć. Że uda się to odbudować, ale na razie i pewno na przyszły sezon, będzie to straszyć taką… umartością.

Dziwną…

Smutną.

Tragiczną nawet.

Nie wiem, ale naprawdę te wszystkie tragedie, kolejne pożary, ten cały popis radości, to co działo się w Sydney… Nie no. Nie rozumiem. Wiem, że jak coś, to trzeba rzucać wszystko i ratować, a tutaj… Czy komuś zależy?

Jeszcze?

Nie wiem.

Współczesny świat napawa mnie smutkiem.

Niestety Wyspa też się zmienia i to na gorsze. Zieleń znika, powstają i rozpadają się wszelakie nowości, idee i inwestycje… zostają po nich dziury w budżecie. No chyba że dorwie nas jakichś koleś z Indii i stweirdzi, że chce kasę z naszych podatków i oni im ją dają, bo wiecie…

No cóż, choć to trudne, to jednak tak właśnie jest.

Wyspa to też zwyczajny świat.

Jak mocno chciałbyś od niego uciec, wciąż cię znajdzie, wciąż ucapi, ułapi, wszelako zmiesza z gównem i na dodatek każe za ono gówno i całą usługę zapłacić. I to srogo!!! Bo u nas wiecie, raczej pieruńsko drogo. Nie uszukujmy się. Jak jeszcze serio PostNord nakaże nam płacić za swoje długi, to będzie ubaw roku. Wykupili pocztę duńską, ale mimo najdroższych opłat, wciąż nie umieją na niej zarobić.

Serio?

Jak wy to robicie?

Przecież nie każdy jak ja wysyła stertę świątecznej poczty ze Szwecji, no… tak, wyysłam wielkie kopy poczty stamtąd, bo zwyczajnie jest taniej. Bo znaczek zwykły na podstawową lekkość jest połową naszego!!!

No ale… największe problemy, to cięcie drzew nocą, okłamywanie udzi, no i stawianie dziwacznych, szpetnych dzieł podobno sztuki. Szukałam tej Sztuki, co za nie jest odpowiednia, ale jej sekretarka odmówiła komentarza. Rzecznik prasowy spierdolił z nią, więc… wiecie, już wszystko wiemy.

A artyści…

Wyjeżdżają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogini Doniczego… została wyłączona

Pan Tealight i Rączka…

„Mała rączka.

A to przecież kurde jeszcze nie wiosna, no!!!

A ona jak jakiś krokus, nawet z listeczkami po bokach, wychynęła z zielonej trawy. Bo wiecie, na Wyspie to trawa zawsze zielona. Jakoś tak. Jakby zapominała o tym, że należy zżółknąć, że należy zniknąć, że jakoś tak, no powinno się poddać działaniu czasu i się przemienić. A one nie… nic z tego, wprost przeciwnie, zbratały się z mchami i na dodatek jeszcze stokrotkami, tak samo wytrzymałymi.

Szalonymi.

Jakby pory roku naprawdę ich nie śmiały nawet tknąć. Może i czasem prosiły o pozwolenie, by dorzucić kwiatów, by lekko rozjaśnić lub przyciemnić oną zieleń, ale jednak… ta roślinka.

Ta Rączka.

Serio, z pięcioma palcami, jakby nagle ktoś zamierzał sobie, wiecie, na zapas jakąś wyhodować? Albo co gorsza, jakby ktoś inny zamierzał zwyczajnie w końcu się narodzić i tak tylko paluszakmi sprawdzał, czy już czas…

Czy już kwitnąć może?

A może i jednak już wypuścić i palce u stóp?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I teraz, teraz nastaje ten dziwny czas. Wiecie, styczeń. Niby nie wiadomo co ze sobą zrobić, niby wiadomo, a jednak… przecież spora większość osób pracuje sezonowo, więc teraz zabierają się za remonty, za wszelakie podróżowania, za jakieś tam sztuki wszelakie i tym podobne.

A tak, wielu Bornholmczyków wyjeżdża nie tylko w okresie między Julem a powrotem do pracy, ale też i w styczniu. Szczególnie oblegają oczywiście Azję, Tunezje wszelakie, inni może szarpną się na jakieś tam Hawaje nawet, albo i coś bardziej dalekiego. Może i nawet Nowa Zelandia? Może i…

Że ja?

No weźcie, najdalej to do Hammershusa. LOL

Człek przeniósł się na Wyspę, więc ma przecież wszystko. Może i pogoda szaleje i stawia na głowie jego mentalny stan, ale jednak… są drzewa, jest morze, są plaże i skały, są czasem i one cudowne pustki nawet… więc nie ma marudzenia. Spacery, coś cudownego. One liście zeszłoroczne i tegoroczne. Lekko w końcu się ziemia przesuszyła, ciepło wciąż, może is łońce wciąż marudne, jakieś takie niedostępne, no ale… damu radę. W szarościach też można spacerować przecież.

Ze zdjęciami gorzej.

Ech!!!

Gdy człek woli zdjęcia robione przy świetle naturalnym, to sorry, ale niestety będzie cierpiał. Ale z drugiej strony ma i pisanie i malowanie. Malowanie, które trochę ostatnio odeszło na bok, choć plany na kolejne obrazy mam, jak najbardziej, ale jednak… ale jednak mimo iż korci, mimo iż ciągnie do pędzli…

To jednak…

To jednak kurcze no.

Przecież tak wielu przeszło od kanw do fotografii.

Ale co ze mną?

Moje szalone jestestwo nabyło w ostatni dzień 2019 ostatnie choineczki. Wiecie, te ubrane w trzy bombeczki, które pewnie wywaliliby na jakiś śmietnik i tyle. A przy, na szczęście, jakiejś obniżce, udało się. A ogród jest. Marzenie o Stumilowym Lesie wciaż jednak we mnie się burzy, więc…

Wiecie, człek musi mieć marzenia.

Bez nich serio nie da się istnieć. Gdy nagle coś się kończy, jak liceum, czy studia, to wiecie, człek staje przed oną ścianą zakończonego marzenia i nagle nie wie co zrobić. Ale teraz, w końcu ma dom. Może i golutki, może i potrzebuje czyszczenia, zrobienia porządku z ogródkami, wysadzenia krzewami, krzaczkami i drzewkami… czyli jednak nie tylko nakładu czasu, ale i niestety kasy…

… więc… będzie ciekawie.

Oj będzie.

A pustka… wiecie co, może jej nie zapełnimy. Nawet jak będzie możliwość, to jednak nie, nie chcę szafeczek i innych pierdół. Serio. Bo i po co? Na co to komu i kurz zbiera i czyścić trzeba i w ogóle…

A może człek się praktyczny bardziej robi?

Kto go tam wie?

Kto?

Przecież każdy się zmienia i nie zależy to od nowego roku, oj nie. Zmienia się po prostu. Pod wpływem innych ludzi, pod wpływem dziwnych filmów, może i książek przeczytanych, może i nawet jakichś mądrych teorii i badań… tak serio, to, że jest 2020 nie zmienia nic. Poza numerologią. Hmmm…

W tej dziedzinie, to na pewno mają przerąbane.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rączka… została wyłączona

Pan Tealight i Modlitwa…

„I na moce wszelakie.

I na ziemię, wodę, myśl i marzenie, na sen i dzienną wszelakość i jeszcze ogień i kamień i metal i powietrze… zaklinanie i nie do końca. Na złotouste mowy, na kasę, bo przecież musi się zgadzać, na tyłek kształtny, porządki, tudzież właśnie na to, żeby sąsiadce w końcu pierdolnęło w łeb, bo już ma modlący się jej naprawdę dość. Ale tak naprawdę, a głupio samemu rączki brudzić.

Bo modlitwa, to tak naprawdę właśnie ono zaklinanie bytu, by wykonało robote za ciebie. Co innego ofiara, wiecie, jednakowoż w tym jest jakieś poświęcenie, może i dziewicy, wtedy wiadomo, trza ją upolować. Prosiaka czy kurę, by krwią święty kamień zmoczyć, można samemu wyhodować, ale jeśli chodzi o midlitwę, to ino słowa klepiesz i czasem je zmieniasz. Niczym zaklęcie, dostosowujesz do swojej potrzeby. Magia, ino nikt jej tak nie nazywa, bo modlitwie to urąga…

Cieniaska taka modlitwa.

Ble ble ble… amen. I może nie zginę, nie zemrę, nie stracę, ale czy na pewno zyskasz? Czy na pewno się jakoś uda?

Czy w końcu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje…

Rok nowy się zaczął i człek nie wie jak się odnaleźć. Jeśli wciąż niektórych intryguje jak wygląda ono świątecznowanie się na zewnątrz, znaczy wiecie, choinki i światełka, to zniknęły w okolicach 27go, niektóre i wcześniej. Ale tak 31go, serio, obserwować można kompletną deświąteczność okolicy. Znaczy, wróć, nie tylko okolicy, bo akurat tego dnia wylazło słońce, pierwszy raz od dwóch miesięcy takie całodniowe słońce, wiecie, od ósmej do trzeciej…

Aż dziwne, więc człek wypełz po tych dwóch nieprzespanych nocach, bo wiało, domem telepało, domowe ściany śpiewały… i nagle się okazało, że choinki chcą wywalać, więc wiecie, więc jakoś tak się stało, że mamy kolejne cztery małe choineczki. I to z bombkami. Ale wiecie, to te w doniczkach, więc ino niech nadjedzie czas, choć dziś było ponad 7 stopni nawet na wybrzeżu, no ale… niech nadejdzie czas odpowiedni i pójdą do ziemi. Bo co jak co, ale las sobię zrobię.

Ziołowo iglasty!!!

A co!!!

Może nie mogę mieć drzewek wysokich, domku wyższego i jeszcze balkona miec nie mogę… no takie wymogi architektoniczne, serio!!! Ale, przynajmniej choineczki i wszelakie inne iglakowe roślinności będę mieć, a zioła, zioła to serio, ino niech mi się uda dorwać lawendę i tymianek z rozmarynem, to poleci w całą grzędę. A raczej dookolnie. Przed domem i za domem. A co…

I lubczyk oczywiście…

I kilka kwiatków.

Na pewno w trawnik masę cebulek, ale to wszystko i tak z czasem wylezie. Wszystko jakoś tak z czasem się zrobi, bo dom choć nie nowy, to jednak młodiutki i biedak bez ogródka doprowadzonego do jakiejś takiej mojej klasy. Czyli dzikiej wszelako i ziołowej, coby pszczółki i motylki miały fan.

A co!!!

Fale i morze i port…

No wiecie, jak już to słońce, to trzeba było wyleźć. No i te fale, może nie wielkie, ale jednak… jak już człowiek popatrzył na te usunięte i usuwane choinki, jak pomyślał ile tego pójdzie na przemiał, jak uratował trochę… jak nagle se myśli, że może kurde się uda i pięknie będzie, bo choinki są mega…

I jeszcze przecież…

No wiecie… jak dobije człeka ono deświąteczniowanie Wyspy, to jakoś takoś, takoś jakoś, no wiecie… potrzebował człek onych fal. I bursztynowego światła przenikającego przez nie. I jeszcze oczywiście te fale i zapach i wolność i nagle się okazało, że akurat tutaj jakoś ludzie to nie byli w wielkiej ilości, lepiej, w ogóle w końcu ich nie było… i w Hammerhavn byliśmy ino my.

I fale i wiatr i jeszcze…

No właśnie ono coś, czyli oczywiście mgiełka. Czadowa, cudowna, niesamowita. Mgiełka solna, inhalacja wszelaka. I to wiecie, przysługująca tym co blisko fal, tudzież tym, co mają jak do nich dojechać szybko i tym…

Co po prostu wiedzą, że one mogą wiele.

Morskie fale.

Jakoś tak w człowieku coś się układa. Jakoś tak w głowie szumy znikają i myśli stają się przeczyszone. I jeszcze… oczywiście się oddycha. Nie tylko chodzi o to światło i na skałach rozbijające się fale i szaleństwo wszelakie… kilka mew tylko tym razem. I trochę takiej, jakiejś, znajomej z czasów dawnych… no wiecie, ciszy wszelakiej. Spokojności. Czegoś, co zawsze kochałam w Wyspie, a jednak ostatnio coraz częściej się nam to odbiera. Wiecie, jakoś tak.

A przecież po to człek się tu przenosi…

Dla tego czasu między czasami…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Modlitwa… została wyłączona

Pan Tealight i Świątynia…

„Znaczy nie no… oczywiście, że była tutaj od zawsze. Od dnia wychnięcia wyspiego szkieletu w otchłani wszelakich niebytów oraz… morza i solności wszelakiej, ale bardziej śledź niż chipsy…

Była.

Była w formie wciąż widocznej, na pewno rozpoznawalnej dla tych z przeszłości, ale onych z teraźniejszości, to raczej nie. No serio, wystawiała czasem, gdy tylko wody lekuchno opadły, kolumienkę, zwieńczenie, jakiś kraniec marmurowej w zamyśle, ale w wykonaniu granitowej, nie do końca cegiełki.

Wystawiała one swe części wciąż jasne, wciąż nieobrośnięte, jakby wszelakie morskie stworzenia zabawiały sie wyłącznie jej czyszczeniem i wciąż używaniem, czceniem nawet i jeszcze… może składały ofiary, może i z ludzi zagubionych, może i ich strzępków, które udało się im zdobyć…

Świątynia.

Może i w ruinie, ale jednak wciąż Świątynia. Wciąż miejsce bogów, w którym łaskawiej spoglądali okiem na ludzkość… czasem, bo wiecie, no nie zawsze. Nie oszukujmy się, bogowie są kapryśni, bardzo. I nie możecie im tego wyrzucić tak prosto w kolumnę, absydę czy inne tam trzony, bazy, stylobaty.

Akroterion, gzyms, mutulus… architraw, abakus, echinus… wszystko to się przypominało Wiedźmie Wronie Pożartej, gdy pływała i muskała one pozostałości po tych, którzy w Nich wierzyli. Naprawdę wierzyli. Na tyle, bo oddać ciało i życie i duszę, a przede wszystkim, wiecie, wszelkie dutki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chciwość” – … okay. Jak dotąd, moim zdaniem, najgorsza książka tego autora. Bez urazy, ale tak naprawdę to wszystko nie ma sensu. I nie, nie chodzi wyłącznie o to, iż mój humanistyczny umysł kiepsko se radzi z matmą, bo ekonomia, to trochę wszystkiego.

Ale od początku.

Autor między innymi „Black outa” i „Zero”, za każdym razem rozprawiający się z jakimś problemem współczesnego świata, pokazujący rozwiązanie i to, jak ludzie na to reagują i… niestety dobijający nas za każdym razem, bo wiedzący nazbyt dobrze, że człowiek, to zawsze ino człowiek… i zawsze pozostanie sobą i jakoś tak, naprawdę się nie zmieni, bo głupi…

Tym razem zabiera się za ekonomię. Za oną władzę kilku, którzy w swoich garściach trzymają całą kasę i wyjaśniający, dlaczego tak jest, ale zapominający, że drzewiej, tudzież w małych społecznościach, bywało i bywa, inaczej. Weźmy na przykład Amiszów. Naprawdę, przeanalizowanie ich życia to skarbnica mądrości. Może poza tymi agrafkami, jakoś ich nie kupuję, ale cala reszta…

Ale oczywiście nasz boahter scenerię przenosi do miejsca sobie znanego, dorzuca demonstaracje, morderstwo i męczeństwo tych, co to chcą coś zmienić… i jeszcze… tak naprawdę, nic ponad to. Bo tak naprawdę, czy coś się zmieni? Dzieci, które dostały pod choinkę diamentowe pierścionki i te, które dostały zarazki i nic ponad to. Nadmierne płodzenie się, wszelaką głupotę. Nie, nie wolno mi się znowu rozpalać, bo to nie na moje nerwy. Powiem więc tylko, że książka jest ciężka, prawdziwa i mądra, ale przedstawienie całej opowieści dla zwykłego zjadacza chleba może się okazać nazbyt ciężkie. I dobijające. I niezrozumiałe nawet…

I jeszcze ona poboczność, czyli nasz bohater glówny… gdzieś zanika, gdzieś go miażdży cała ekonomia i marketing i… nie, nie jest to powieść rozrywkowa, ale też jest to powieść, którą dobrze poznać.

Dla wytrwałych.

Strzelanki.

No więc oczywiście jak wszędzie, z jednej strony są ci, co to by walili w te i wewte i szczerze, nie rozumiem. Bo przecież to ino jakiś dźwięk, mnie o zawał przyprawiający, a cała reszta, to nic. Kompletnie nic. Ni żadnych fajerwerków na niebiosach, spadających gwiazdeczek, palm czy kokosów…

Nie.

Ino smród i dźwięk.

Kiepski.

No i możliwość oberwania nogi, głowy, ręki, może i w oczko wpadnie. Serio… naprawdę nie jestem paranoikiem, a weźcie, jestem. I szczerze gdzieś mam kotki, pieski kocham, ale nie oszukujmy się, sama jestem takim zwierzakiem, co to się chowa, zakrywa, cierpi i jęczy, wali prochy i tak dalej. Ale wiecie, człowiek metrykalnie dorosły, więc kogo tam obchodzi. No co… bądźmy szczerzy. Problemy mentalne w przypadku tak zwanych dorosłych, a tak naprawdę niewyleczonych dzieci…

… są…

Zabawą mediów.

Najlepszą wymówką youtuberów, co to spieprzyli se życie. Że ojojojjj ja mam lęki i depresję i dlatego musicie mi płacić.

Hmmm…

No ale, strzelanie w stolycy duńskiej, wieliej i barwnej, zawierającej i oną cudowną dzielnicę trawiastą… przeinaczyło się w wojnę. Możecie oberwać z petardy, fajerwerka, kij wie czego, bo ja się tylko boję, nie interesuję wrogiem. I to jadąc na rowerze, wiecie, ekologicznie, czy też komunikacją miejską.

… więc może zakażą na amen?

Na razie mamy tylko wyznaczony okres strzelania.

Kilka dni, ale i tak zbyt wiele.

Morze…

A tymczasem na plaży znowu inaczej.

Za każdym razem jak jedziemy na Dueodde, to wiem, że czymś mnie zaskoczy, że coś się zmieni, że wydmy, że wody, światło, zapach, trawy, roślinki, dwie wieże… pustka, kilka osób, więcej ludzi…

Tym razem, po tych wiatrach Dueodde zniknęło.

A przynajmniej takie, jakie znałam. Nawet takie zmienne, z wędrującymi wydmami, oną płaskością wszelkiej patelniowości użytkowej głównie latem… A teraz, nagle, nie ma płaskiego, są wielkie kałuże lekko smrodliwych wód oraz pomarszczenia i wydmy zmalały trochę, a może tylko człowiekowi się tak wydaje?

A może…

A może na plażę wkroczyli nader bardzo pomroczeni architekci krajobrazu i spieprzyli robotę? Nie wiem… już sama droga dziwnie się pochyliła. Na szczęście drzewa i wrzosy wciąż są na miejscu, dwie wieże w oddali, ale morze… tak, morze jest na miejscu, ale dojście do niego jest trudne, chyba że urodziłeś się po innej stronie plaży i przylazłeś stamtąd. Albo…

Albo wszystko się zmieniło.

Albo Wyspa postanowiła jednak zostać taką bez plaży? Bez onej, chyba najbardziej słynnej, nęcącej białym piaskiem, bardzo szerokiej, pełnej onych zaułków wydmowych, które zezwalały na prywatność, ale i z oną płytką wodą, która sprawiała, że jakoś tak, dziwnie jakoś tak, no po prostu nie dawało się pływać… Bo żeby w końcu zanurzyć się na odpowiednią głębokość doleźć musiałeś prawie do tej no, wiecie, no onej tej Polski, czy gdzie tam…

… więc co się stało?

Pewno to, co zwykle.

Wiecie, Wyspa żyje. Morze żyje. Wiatry też mają sie dobrze, a wszelaka zmienność kontynentów na ich obrzeżach jest najbardziej widcozna. Szczgólnie tych miękciejszych. Chociaż, z drugiej strony, jak człekowi się zawali kawał tego cięższego, to odgłos jest większy, więc…

Nie wiem.

Ale znowu coś się zmieniło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świątynia… została wyłączona