Pan Tealight i Bombka Zapomnienia…

„Wisiała sobie…

W Wielkim Lesie na Najwyższym Drzewie wisiała zawsze, ale jakoś tak dopiero teraz dojrzała. Dojrzała do tego, by spaść…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I szarość i słońce…

Dni się przeplatają.

A czasem, przez kilka z nich jest tylko ona dumna, głęboka szarość i ciemność. I wiecie co, fajne to jest. Pewno, że zdjęcia wychodzą kiepskie, ale jednak ona szarość narzuca taką piękną naturalność biologiczną, że aż… że aż człowiek wraca do siebie. Wraca i wie, że chociaż codzienność zmusza go do odrzucenia tego pragnienia, wie, iż powinien zostać w łóżku. Albo popracować nad wzmocnieniem kolorystycznym domu. Albo znowu zagłębić się w siebie i jakoś tak…

… odkryć coś nowego.

Po prostu.

Szarość i ciemność jest tak bardzo niedoceniana. Zapominamy o tym, że jesteśmy połączeni z porami roku otumanieni całym tym światłem, ekranami telewizorów, telefonów i komputerów. Wydaje nam się, że to jest jedyne wyjście z sytuacji, że to po prostu jest nasz świat, ale jednak… wystarczy na chwilę go opuścić i już jest inaczej. Dla niektórych detox może być bolesny, większość nie umie żyć znowu między ciemnością, szarością i tymczasowym słońcem, ale niektórzy wracają i znowu oddychają tak jakoś normalniej, prawdziwiej.

Znowu.

Przymus ciągłego włączenia się stał się nałogiem. Bycia w sieci, pod nią, dookoła niej, wiedza, brak niej, wszystko to zaczyna przypominać jebane wieczne otępienie. A może nawet opętanie? Może jest w tym więcej? Coś więcej? Kto czytał „Manitou”? Pamiętacie jak się to skończyło? No właśnie…

Ekhm.

A taki „Terminator”?

No ale, czasem jest słońce i wszyscy wyłażą z domów. Nagle na ulicy robi się dziwnie tłumnie. Znaczy wiecie, dwie osoby wyszły, no to tłum w moim języku. Można spotkać kogoś w lesie, można na ulicy, można nawet mieć kogoś przed sobą przy kasie w spożywczym! Serio!!! Nie tak, że kasjer zaskoczony zostaje wezwany przez waszą cierpliwą obecność przy taśmie.

Nie… mogą w sklepie być inni ludzie.

Szok.

Gdy słońce się wyłania pojawia się też dźwięk. Ten czy tamten nagle coś sprząta, coś odnawia, coś poleruje. Jakby ludzie się budzili nagle. Jakby słońce, światło sprawiało, że podłączali się w końcu do poprawnego kontaktu. I rzucają wszystko… i wychodzą w las. W miasto, na plażę… na skały. Po prostu jakoś tak.

Po prostu.

Jakby rzucali wszystko i pozwalali sobie na chwilę, nawet dłuższą… w dziczy. I wyłażą w one prawie nagie zarośla, bo liście już opadły, prawie wszystkie, bo gałęzie teraz przekształcają się w cudowny spektakl geometryczny. Ale gdzie niegdzie błąka się jakiś burgundowy kawałek czegoś, tam zieloności cząstka, tam znowu liść, który zmienia się już w pajęczynkę no i one… pajęczynki. I wszystko to jest takie niesamowite. Takie cudowne. Takie piękne. Może niektóre ławki – te, których oczywiście nie zabrali na zimę do szopy na ławki – porosły mchami, porostami i zdają się mieć odciski całkiem innokształtnych dupek, no ale… ale…

Przecież jest słońce.

Przecież jest cudownie.

Może i nie jest ciepłe, może i jest jakieś takie całkiem inne, niskie, krótkie bardzo, trzeba je łapać, trzeba jego doświadczać, trzeba…

Czasem mamy słońce, ale szarość też jest na miejscu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bombka Zapomnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Szopa na Ławki…

„Jest taka.

Istnieje.

Zagracona, drewniana… Szopa na Ławki. Lekko pobielona, miejscami czerwonawa, ogólnie mówiąc, mocno niezdecydowana co do koloru na jaki chciałaby być pomalowana. A może po prostu lubiąca oną obłażącą farbę?

No wiecie, strupki takie?

Duża.

Tak, była nawet dość wielowymiarowa, ale na pierwszy rzut oka, ot szopa z pochyłym w jedną stronę dachem, taką zjeżdżalnią do śniegu, skraplarnią dla deszczów. Cudem dla mchów, małych brzózek… drzwi miała lekko pochylone, pociemniałe, z prostych desek, ale jakoś tak obgryzionych lekko na brzegach, bez klamki. Drzwiach rozwartych troszeczkę, jakby wyglądających na zewnątrz, jakby zerkających, czy ktoś nie idzie, jakby zaraz miały się, jeśli tylko nikt nie patrzy, jeśli tylko wszyscy są zajęci czymś całkiem innym, rozpostrzeć i ulecieć w dal…

Okna ma ona trzy z zielonkawobłękitną ramą.

Zapuszczone, zapylone, z przylepionymi kolorowymi wciąż liśćmi z zeszłego roku i pajęczynami istot mało identyfikowalnych przez tych żyjących na tej ziemi w tym świecie i wymiarze. Wiecie, mocno zakryte, choć tylko BRUDNE, nieujawniające tego, co w środku, bo przecież, po co. Zakryte w końcu jest o wiele bardziej intrygujące, o wiele bardziej interesujące!

A w niej… ławki.

Zimujące.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dobrzy ludzie muszą umrzeć” – … kolejna powieść z serii z dwójką specyficznych gliniarzy. On bardzo zagraniczny, ona bardzo miejscowa. Inspektor Callanach i detektyw Turner. On piękny i tajemniczy, ale też dziwaczny dla zwykłych Anglików, ona… cóż, może wcale nie taka jak wszyscy myślą… a on… a tak, przecież jest jeszcze morderca.

Seryjny zabójca dobrych ludzi.

Właściwie… to skąd wiemy, że byli tacy dobrzy? Czyżby tylko zawód od razu decydował o ich poprawności ludzkiej? A może jest w tym coś więcej?

Oczywiście, że jest i nasza para detektywów do tego w końcu dojdzie, no ale, po drodze jak zwykle będzie seksizm, trochę nacjonalizmu, patriotyzm lokalny, angielskość szeroko znana i rozpoznawalna, nienawiść towards France! Bo musi być. I miłość, a raczej jakieś tam zauroczenie, bosz on taki przystojny.

A zbrodnie? No też są.

To nie tak, że to zła książka, po prostu… trudno mi przyzwyczaić się do tego inspektora. I radość mnie ścisnęła jak… SPOJLER… złamał „sobie dupę”, ale… coś tu nie gra. A może raczej wszystko już było? I nie ma w tym nic nowego? Oczywiście, że daje się czytać. Jest poprawna, zahacza o stosunki prasa-gliny, zwykle mało poprawne i wzajemnie się wykluczające, oraz o oną współczesność obsesyjnie kompulsywną w łapaniu wszelkich skandali i chciwą popularności. Tak, zbrodniarz jest, ale do połowy powieści tak naprawdę nikogo on nie obchodzi. Właściwie nikt nic nie wie i… jakoś tak, wiecie, jak ich to nie obchodzi, to dlaczego nas musi?

Bo opisy są drastyczne?

Bez przesady!

Wszystko już było. Ale i tak nie jest źle. Naprawdę da się czytać. To jest ciekawe, ale jednak… kurcze, nie do końca. Choć z drugiej strony, cała ta rozprawa dotycząca dobra i zła tym razem przyjmuje całkiem inną formę i… szokuje. Trzaska po ryju i uświadamia nam, że polegać możemy tylko i wyłącznie na sobie. Na najlepszych z przyjaciół. Choć… oni na nas już nie do końca, bo dla każdego możemy być zagrożeniem. Szczególnie jeśli pragniemy prawdy i sprawiedliwości.

Dobra powieść.

Julemarkety w tym roku to porażka.

Ale… Wyspa na razie nie może się zdecydować na pogodę. Najpierw wiatr i chłodno, potem pada, potem słońce i 10 stopni, potem leci temperatura w dół i już nie wiadomo o co chodzi. Choroby mają się dobrze, robale też!!!

No ale, kolejne dwa julemarkety. Moje dotąd ulubione… eee już nie. Kolejne. Ja już nie wiem co będzie za rok. Po prostu chyba wszystko odwołają, zjebią, rozpier… w większości miejsc nawet nikt już nie próbuje. Już się nie stara? Nie wiem o co chodzi, bo przecież chcieliście tych turystów, połączenie z Niemcami cały rok… ale pewno ona szarość, dziwna pogoda, ponurość, to chyba ludzi przygnębia.

Ja palę.

Świeczki oczywiście. LOL

Ale detale!

Czas by „spill the tea”. Jak to mawiają w Brexicie. I powiedzieć, że Sandvig było słodkie jak zwykle, ale bardziej z tego już kawiarnia. Na szczęście moja ulubiona artystka była i mam domek do kolekcji i świnke na szczęście i suchy chleb do końca roku. Merry Cokolwiektam. Walić to. Ona zawsze tak się cieszy, a ja uwielbiam jej ceramikę. I ceny ma normalne a nie z kosmosu. No ale… cała reszta… wiecie, może w moim przypadku jest tam po prostu za ciasno i za głośno. I jakoś tak za bardzo krewni i znajomi królika… ci się znają, ci w przejściu, ci znowu piją…

Zdecydujcie się!!!

Czy będzie ten market za rok?

Nie wiem. Mam nadzieję. Naprawdę i szczerze boli mnie upadek i ekologiczny i artystyczny miejsca, które kocham niestety na zabój, do końca i w ogóle. Na amen z pacierzowym stosem!!! To koszmar obserwować coś, co się zaczęło rozwijać w okolicach 2005 roku, by po kilku latach zacząć powoli upadać. Ginąć, zanikać. Wyniszczać siebie i wszystko dookoła.

No ale, jeśli Sandvig, to też julemarket pod latarnią!

I było źle.

Tutaj już na pewno nie wrócę.

Jedyne co dobre, to to, że był ten niesamowity pan, który robi migdały „w cukrze”, ale w rzeczywistości korzysta z jakiejś starej rodzinnej receptury i naprawdę one są najlepsze. najlepsze na świecie!!! Nie tylko smaczne, ale nie łamią wam zębów, nie zgrzytają, one są… magiczne!!! Mniam!

Ale potem było już tylko gorzej.

Ludzie, jedzenie, baba rzucająca się na mnie bo zrobiłam zdjęcia. Widzicie… bajer w tym, że chodziło mi o podłogę i jestem ślepa, więc używam go/aparatu żeby widzieć cokolwiek i wiem co robię, ludzi nie focę, obiektów strzeżonych też, zresztą, za pierwszym razem człek się pyta, ja to robię, robię to w każdym miejscu, ale w salonie czysto wystawowym… ech, powinnam pamiętać, że Duńczyk zawsze uważa, że to co zrobił to jest w ogóle pierwsze takie na świecie. Tym razem Dania wymyśliła origami, więc wiecie, zmieńcie sobie w książkach od sztuki, historii, czy też… czegotam.

Przecież chodzi o reklamę…

Przecież zawsze o to prosiliście, więc…

Nie wracam tam. I tyle… czy pójdę na średniowieczny market? Nie wiem. Pewno tak, bo ja jestem chodzącym pomnikiem masochizmu stosowanego!!!

Wiecie co… kijowo jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopa na Ławki… została wyłączona

Pan Tealight i Światy Nie Do Końcarównoległe…

Końcarównoległe… tak, istniały takie światy.

Ale też i takie, wiecie Nie Do… bo niektóre naprawdę, naprawdę jakoś nie mogły się zdecydować.

I okay, wolno być niezdecydowanym.

Nawet jeśli się jej światem i właściwie jest się ino paletą dla wszelakich żyć i takich tam wypadków codziennych. Wiecie, dla onych przyród, bytów i wielkich oraz mniejszych ich marzeń. Ale Końcarównoległe to świate, które nie chciały, buntowały się i ogólnie mówiąc miały gdzieś bycie czymś, co współpracuje…

A co…

Przecież jak zmusić świat, że był pasującym do innego świata, a jeszcze równolegleidący? Serio? No jak tak można? No jak? Naprawdę? Przecież promować należy wszelaką różnorodność. A nie jakieś pierdoły, że wszyscy tak samo, czy coś… ale z drugiej strony wiecie, z tymi światłami było tak wszystko nie do końca.

No wiecie, jak nazwa wskazywała.

A to oznaczało, że kombinowały mocno na boku! I to tym gorszym, bardziej pokrętnym i boczkowym boku.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i jedziemy dalej…

Bo widzicie, w Malmö fajne rzeczy też są i przez chwilę człek się zastanawia czy nie zostać. Zobaczyć tutaj świetlistość po raz drugi, ale… no nie, nie może tak. Obiecał sobie coś nowego przecież. Co roku coś nowego właśnie w tym świątecznym czasie, więc nie możemy tutaj zostać. Przed nami kilka godzin jazdy i wielka misja.

By znaleźć stenbuka!

Bo mam nowego fioła!

Stenbuk co roku! No co? Każdy ma swoje zboczenia. Moje nie jest wielkie, więc… a może jednak chodzi o to, że rogacz? No wiecie, mam te ciągoty ku wszelkim rogaczom. Łosie to must, do tego koziorożce, renifery, wszelkie niełanie, znaczy się no wiecie tam, jednoroczniaki, wieloroczniaki, na rykowisku jelenie… ja po prostu nie mogę. Bo to jak drzewa na najdostojniejszych łbach.

Ale najbardziej polarne misie i wrony szare…

… ale z drugiej strony, czy nie można kilku rodzajów kochać równomiernie? Może nie można? Może można? Na razie ważne to, by zdobyć jednego… i jak się okazuje, wcale nie jest to łatwe. Na szczęście zatrzymujemy się w jakiejś wiosce, małym miasteczku, czy czymś tam, no wiecie siku i jest tam taki sklep, który znamy i jest w nim ktoś do naszej kolekcji i… nagle wpadamy w ramiona tego wszystkiego… oną kompletną pełność zapachów, kształtów, po prostu chce się wszystko. Ale z drugiej strony po co mi wszystko? Wcześniej zajrzeliśmy do Lund, przez przypadek, wyjazd z Malmö to trudna sprawa, więc jak już źle człek skręcił, to chciał zajrzeć w pewne miejsce i mu nie wyszło, bo miejsce niby otwarte, ale zamknięte, więc się wkurzył i nagle wpadł do sklepu z herbatą… takiego jak drzewiej bywało…

Wiecie, te liście, te kubeczki, te dodatki i te MUMINKI!!!

Tak, kolejne zboczenie.

No ale…

Wciąż nie dojechaliśmy. A jak już, to się okazało, że piekielny Göteborg jest na maksa rozkopany, nawigacja o tym nie wie, a na dodatek jest CIEMNO!!! Naprawdę koszmar. Pewno, że fajniej by było gdyby człowiek gdzieś zaparkował, bo przecież już i tak go potrącili za wjazd – tak, tutaj płaci się za wszystko!!! – ale nie ma czasu. Bo musimy dotrzeć na nocleg, a ten mamy w dziwnym miejscu, ale najpierw światełka…

No właśnie.

Im bardziej na północ tym mniej choinek i ozdobionych domów.

Tym mniej świeczników w oknach, tym smutniej, ciemniej, dziwniej! Naprawdę strasznie. Dołująco. Ale docieramy do miasta, które jak się okazuje ma kapitalny park rozrywki z gigantyczną choinką/stożkiem i kołem! Niebieskim! Kobaltowym!!! Ale nie mam czasu by zwiedzić Liseberg. Po prostu nie mam… najbardziej dlatego, że nie wiem jak w tym śmietniku ulic znaleźć do niego drogę. To chyba koszmar, więc wychodzimy poszukać świateł i znajdujemy je, ale tylko w dwóch miejscach. Dziwne to. Światła piękne, niebieskie mosty, czerwone alejki, oświetlony dom i budynek, który możecie na dłuższą chwilę ozdobić własnym zdjęciem…

… bajer!!!

Jeden sklep, bo przecież u nas jest nic… drugiego sklepu nie ma, potem ktoś rzucił mi w łeb kamieniem ze schodów, nie wiem czemu i już wiem, że chyba będzie dziwnie. Nie tak. Nie do końca. Ale walić to, nie żałuję!!! Latamy po mieście, ale czas dostać się do hotelu… który jest na wyspie. I w ten sposób po trudach, w bólach, lądujemy na kolejnym promie i pojawiamy się na Hönö, potem most i jesteśmy na Ökerö. Hotel… cóż, okazuje się, że w ośrodku jesteśmy tylko my, widok mamy na oną stożkowatą choinkę, pięknie jest, ale wiecie, przecież to na chwilę…

Poranek zbyt wczesny, rzucamy okiem na Hälsö, a potem wracamy i z Hönö do Göteborga. Na dzienny objazd. Koszmar!!! Każdy kibel płatny. Ludzie, toż to wariactwo!!! W niektórych miejscach dominujący język to arabski i serio koleś parkujący pod McDonaldsem sprzedawał dragi!!!

Kurna, gdzie ja jestem!!!

Uciekamy.

Nie oszukujmy się, zwialiśmy stamtąd ale zobaczyliśmy jeszcze Malmö nocą, wzbogacone w te zabezpieczenia antyterrorystyczne. Piękne, ale też już tych światełek mniej niż kilka lat temu. Tęsknię za Simrishamn. Może tam wciąż świątecznie mocno? Może ludzie tacy jak kiedyś, milsi jacyś takoś…

Może?

Na szczęście w drodze powrotnej nie wiało aż tak…

Gdzie za rok?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Światy Nie Do Końcarównoległe… została wyłączona

Pan Tealight i Kula Krakena…

„Wyłowili ją, a on myślał, że ją zgubił.

Naprawdę!!!

Szukał jej tak długo, że po pewnym czasie zapomniał, że zgubił właśnie ją. Wiedział tylko, że ma szukać, dziwnie spokojny, iż jeżeli już znajdzie, to będzie wiedział, że to właśnie było to. Czego od tak dawna już szukał.

A co do kuli, to Szwedzi, co nie widzieli nigdy Warszawy, mu ją zajumali i postawili ją sobie w ogródku… znaczy no tam na rynku miejskim. Wielka, ozdobiona magicznymi zaklęciami, z małym krakenem gryfonowym i dwoma gnomami ją strzegącymi, które zespiżowiły się z wrażenia, że tak stoją na zewnątrz. Znaczy, no wiecie, poza wodą. Nie na dnie, nie tam gdzie wilgotne potwory, rybki wszelakie, mocne ciemności, wilgotne liściowatości i śliskie kamienie oraz Utopce…

Tylko tu na powierzchni, gdzie wszystko właściwie też jest, takie jest takie samo, ale jednak bardziej i częściej suche oraz trochę mniej zielonkawe. Serio Kula była zaskoczona tym, co widziała i jej powiernicy też. Obserwowali to wszystko i nie mogli się nadziwić, choć od tak dawna żyli w tym napowierzchniowym świecie.

Gdy zobaczyli Wiedźmę Wronę Pożartą, to zamarli i Kula i jej stworki, a potem poprosili ją, by nie mówiła.

Obiecali, że wrócą, ale… jeszcze nie teraz.

Nie są gotowi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wycieczka…

Dlaczego to robimy?

By sprawdzić świat na zewnątrz. By zobaczyć coś nowego i trochę nasycić się komercjalizmem. No taka prawda. Nie ma się co wstydzić. Wiecie, lizanie lodów przez szybkę, po prostu z jednej strony tortura, a z drugiej, kurcze, jakoś tak… człek tego potrzebuje. Lekki masochizm, ale z drugiej strony…

Tym razem wybraliśmy Göteborg, a to oznaczało nie tylko wykupienie tańszych biletów pół roku wcześniej, to jeszcze znalezienie dziwnego noclegu, bo wiecie, czemu nie? I jak nic, przeszliśmy samych siebie sami własnoręcznie, nożnie i wszelako na kolanach, czworakach i takich tam!

Naprawdę.

No ale…

… oczywiście, że wiało! Na szczęście złożone morskim bogom ofiary podziałały i fale zmalały do 2 metrów, więc promu nie odwołali, ale strach był. Było też to uczucie… Wiecie, tak się człowiekowi chce jechać, zobaczyć nowe, zmacać, poznać, czeka na to, a potem o tej piątej rano jak otwiera oczy, to klnie na czym świat stoi, leży, czy tam inny Atlas! No naprawdę. Chce tylko wrócić do łóżka i rąbać te ekskursy. Nie chce wstawać. Bo przecież sen to coś, czego ma w życiu ostatnio najmniej i tak naprawdę nie wie dlaczego tak jest, ale jest… zdechły.

Wykończony…

No ale Jul!

Przecież u nas nie ma tak wiele? Ale tak naprawdę może tak niewiele wystarczy? Może jednak? Ale nie, przecież wiesz, że trzeba, więc wstajesz, myjesz się, ubierasz, wleczesz do auta spakowane wcześniej rzeczy i dwa kubki herbaty i bierzesz te aviomariny bo bez nich paw gwarantowany i to dziwny, na pewno byłby żółciowy… sorry if TMI! LOL No i wiecie, jedziemy, tak? Na pewno czegoś zapomniałam.

Byle ino nie listów!!!

No dobra.

Ten nowy, mały prom mnie przeraża i to się raczej nie zmieni. Nic na to nie poradzę. Ciągłe kłótnie przewoźnika, teraz politycy szalejący, nie, mam dość, więc stres level hard a nawet max! Dzięki! Ale to tylko półtorej godziny, więc może damy radę? Damy? No kurna, muza w uszy, książka i jedziem.

Znaczy płyniem…

Bujało, ale tak serio, zaskakująco nie aż tak mocno, a pod Szwecją w ogóle prawie deska, więc… dziwne tylko, że ciemno, pada i ogólnie pogoda raczej straszna. Taka, która wymaga koca, tych kubków z gorącymi płynami, jedzenia, książek i siedzenia pod dachem. I może jeszcze fimów, muzyki czy wiecie… zabaw większych eee dorosłych znaczy się? No na pewno nie zwiedzania. Oj nie. Ale, tani bilet nie decyduje o tym jaką dostaniecie aurę. Czy też decyduje o totalnej losowości. Ale jak inaczej? Tylko bardzo bogatych stać na spontan spontaniczny kompletnie.

Nas nie…

Ystad mijamy, bo czasu nie ma. Nagle człek sobie uświadamia, że to kurna cholernie daleko i chyba może nie do końca był to dobry pomysł, ale… już zaczął, więc skończy. Jedzie, te tam wycieraczki mu wyśpiewują swą pieśń. Trochę człowieka muli po tych aviomarinach i traci kontakt z rzeczywistością. Yyyyy i siku mu się chce. Bardzo. Ale najpierw przecież zatrzyma się w Malmö bo tam sklep z polskim żarciem! He he he, sorry, kiszone i majonez to podstawa. I pączki są! I sernik!!! I cukierki pudrowe, szkoda że nie na wagę i krówki no sorry, muszą być i orzechy na święta!!!

I kibelek!

A i oczywiście, że mamy pół godziny do otwarcia sklepu, więc nawet w deszczu przetruchtamy się przez ryneczki miejskie bo śliczne są, no i oni tak ładnie zdobią te drzewka. Musowo jutro jak będziemy wracać trzeba zobaczyć jak one się świecą… ale najważniejszy był kibelek. Tylko ten deszcz… no kurcze, głupi pęcherz no!!! Ale zaraz dalej. Zaraz, zaczekajcie no, a co to?

Ale jak to? c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kula Krakena… została wyłączona

Pan Tealight i Podstęp…

„Wiedział, że to będzie zły pomysł.

Po prostu to wiedział, ale nie mógł postąpić inaczej.

Naprawdę!

A może tylko tak sobie wmawiał? A może naprawdę nie wiedział co robi? Może instynkt był onym złym dorosłym, który decydował za czysty, tak bardzo niewinny umysł, może w rzeczywistości się mylił? Może… tak naprawdę wszystko to, co miał w swojej głowie sprawiało, że odwalał czyjąś robotę?

Może?

W pewnym sensie czuł, że to wszystko nie miało znaczenia, że mógł odejść, rzucić wszystko, po prostu odwalić plany, sprawić, że jakoś tak nie będzie mu zależało. Na pewno były na to jakieś leki, prawda? Musiały istnieć. A jednak… był ciekaw. Był ciekaw tego, co będzie potem. Co się stanie, gdy po prostu pozwoli sobie podążać za tym CZYMŚ. Oną niewiadomą, ale i wiadomą zarazem. Po prostu. Podążać. Zrobić z tego jakiś eksperyment. Ona w końcu je kochała…

Tak bardzo.

Tak bardzo mocno.

Mógł się jeszcze zatrzymać, bo przecież wiedział, czuł… miał taki wybór. A może w tym też się oszukiwał? Może go nie miał? Może to wszystko było planem Onych Sił Wyższych, które miały go w dupie, ale zabawić się zawsze lubiły pionkami… ale czy wiedział jak to jest? Czy zdawał sobie sprawę z tego wszystkiego, a co…

A co, jeśli to on był… BOGIEM?

Siłą Najwyższą?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brak nam wody

Od początku roku, mimo dużych opadów śniegu dało się zauważyć, że woda gdzieś znika. Gdzieś ucieka, nie wraca. Nagłe podniesienie się poziomu morza sprzed dwóch lat już nie powróciło, wprost przeciwnie. Morze się zdaje cofać. Nie tylko w rzekach nic nie ma albo ledwo ciurka, nie tylko nie leje porządnie, ale…

Morze znika.

Bycie naukowcem, szczególnie takim wiecie, od kopania, macania, takim, który naprawdę coś zobaczył, zbadał, dotknął tego… cóż, uświadamia mi, że zmiany już były. Ten świat, ta Ziemia, planeta, wciąż fluktuuje. Ma gdzieś nas, robi to bo taka jest. Płynna. Zmienna. Wszelako skomplikowana. Natura jest tak bardzo płynna, a jednak… kurcze, grozili podmyciami, poziomami wody zatapiającymi wszystko, a tutaj co… odsłania nas. Z drugiej strony, to tak bardzo niesamowite.

Ale dla przyrody tak ogólnie zwanej: rolniczą, to wiecie, kiepsko.

No i co z wodą dla ludzi?

Życie bez wody nie istnieje. Zawsze o tym jakoś tak, aż nazbyt łatwo, zapominamy. Zawsze. Dziwaczne reklamy nakazujące nam pić jej jak najwięcej robią z niej coś logicznie zawsze dostępnego, a tak naprawdę, ZAWSZE jest jej za mało. A ludzi za dużo. Powtarzam się. Zresztą, przecież wszyscy o tym wiedzą, więc po co o tym gadam? A po to, że jak tak jeszcze morze się cofnie, to ona wioska, której istnienie podejrzewam, w końcu się odsłoni? Bo przecież…

No co?

Czemu nie?

Włażąc w las pod nogami rozbabruje się coś na poły liściastego na poły bagnistego, ale tak naprawdę wilgoć jakoś nie napada na człowieka. Kamienie wciąż stoją, świat jakoś nie zapomina. Kolejne drzewa się połamały, wiatr męczy, potem odchodzi i się za nim tęskni, ale dziś może do Lasu Trolli?

Jest w tym miejscu, tak niewielkim, coś mega magicznego. Coś, co sprawia, że po prostu wiesz. Po prostu wiesz, że poza tym o czym mówili ci w szkole jest coś więcej. Nie tylko menhiry, nie tylko groby w kształcie łodzi, ale też te gigantyczne, jakby skamieniałe smocze postacie. Z rozwartymi paszczami, które czekają na ofiarę. I ją otrzymają. Bo przecież trzeba karmić i mity i fantazje i wszystko to co było… ale tylko to, co pozwala trwać dzisiejszej chwili. Co ją ubogaca i to miejsce właśnie takie jest. Właśnie tak niemożebnie mitycznie magiczne.

Możecie wejść w ten zagajnik, zakątek, po prostu zalesioną polankę, przycupnąć, pomacać kamień, powąchać mech, zachwycić się liśćmi, jakoś tak oczarować się tymi kształtami bezlistnymi, albo tym ostatnim liściem, który tak czaruje. Zwyczajnie czaruje. Bo dla niego to normalność.

Cudowna normalność.

Nawet jak jest tak ciemno, szaro i dziwnie ciężko odgórnie, to i tak człowiek jakoś oddycha… inaczej. W tym miejscu karmi się nie tylko tlenem, nie tylko odpoczywa ocznie, duchowo i cieleśnie, ale przede wszystkim oczarowuje się wszystkim. Grzybkiem, listkiem, trawką, porostem, kamieniem… uważajcie, bo ślisko, ale wiecie, nie jest źle. Trzeba tylko uważać i jest okay. Zresztą, pomocna gałąź zawsze się znajdzie. Bo one lubią być dotykane. I jak się do nich szepcze.

Podobnie z kamieniami.

Wiecie, one zawsze chcą by do nich gadać. I by je głaskać. One po prostu już takie są. Jak szczeniaczki.

Ta szarość w tym roku jest jakaś mocniejsza. Jakaś taka inna, jakby nienasza, lekko obca. Jakby chciała przebić ten nadmiar słońca, oną suszę. Jakby chciała udowodnić, że potrafi zaciemnić, zamroczyć, przynieść ulgę…

A może jest w tym więcej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podstęp… została wyłączona

Pan Tealight i Jeżowy Jeż…

„Widzicie…

Jedyny taki.

Naprawdę jeżowy, znaczy jak należy, że z pyszczkiem, łapkami, kolcami, które gikały tak mocno, że szok!!! Był kwintesencją kłujności, słodkości, zwijalności i bycia agresywnym z uśmiechem, znaczy nie bycia agresywnym, aczkolwiek wiecie, lepiej nie tykać, bo ukłuje. Bo taka jego natura. Bo bierze leki przeciwlękowe, ale też dobrze wie, że tak łatwo naprawdę zranić jego miękki brzuszek i pyszczek długi, ruchliwy taki, mokry, z ciemnym noskiem…

Ale jednak, mimo wszystko, zawsze najpierw się zwija i kłuje. Znaczy jeśli dotkniecie. I tak, oczywiście go pozwali, więc dzisiejszego wieczora poprosił o azyl. Na piśmie. O azyl w ogródku Wiedźmy Wrony Pożartej. Z częstymi spaerami do Sklepiku z Niepotrzebnymi, gdzie nikt nie mówił: ukłułeś mnie ty podły, durny zwierzaku, zaatakowałeś mnie, a tylko chciałem głaskać, ale raczej: przepraszam, że ci nakapałem krwią, zaraz to wytrę.

Tu rozumieli co znaczy przestrzeń.

I niedotykanie.

I oczywiście szanowali… i pytali. I czasem nie, jakby wiedzieli, że nawet tego nie chciał… ale jakoś tak czasem chciał, nawet rozmawiać chciał i czasem zakładał gąbeczkę i bawili się w kuchennym zlewie bo uwielbiał zmywać garnki i był w tym świetny!!! Naprawdę. I nikt mu nie marudził, że robi to, choć nie powinien.

Tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieczorne spacery zmieniają się w te popołudniowe.

Dziwnie w tym roku częściej jest ciemno, mrocznie przez cały dzień. Wilgotno, ale nie mamy wielkich opadów. Potrzeba ich, a jednak… wciąż nam niebiosa skąpią wilgotności. Cóż, może na wszystko przyjdzie czas, a może na nic? Kto to wie? Na razie świat się wyciszył, ale zaraz wrócą wiatry.

I ta niesamowita ciemność.

Nie wiesz, czy to już poranek, czy jednak nie.

Wstawać, a może olać wszystko?

W końcu na zewnątrz tylko ciemność, szarość, dziwna stalowość i mglistość, więc po co wychodzić? Jeszcze się człowiek zgubi? A może jednak o to chodzi, by wyjść i się zagubić? Kto to wie na pewno? Ja nie… ale ja lubię wychodzić niezależnie od pogody. Pewno, że zdjęcia wychodzą inne, ale inne, nie znaczy, że mniej intrygujące. Nie znaczy, że o wiele bardziej przygnębiające, bo ten brak światła sprawia, że wszystko inne zdaje się lśnić. Mocno i dziwnie desperacko.

Jakby chcieli pokazać, że radzą sobie bez słońca.

Twardziele, kurcze.

Te liście, te zielone, fluorescencyjne znowu pola. Te trawniki, stokrotki na nich i malutkie, żółte, mechate kwiatuszki. Takie urocze. Takie dzielne, gdy pogoda balansuje między 1 stopniem a czymś poniżej zera…

Co do świąteczności, to jest.

Niektóre domy poubierane w lampeczki. Tu i tam już choinka, najczęściej w kolorach białych, lub lekko siuśkowych, no ale. Taka tradycja i tyle. Tylko składać ofiary coby wiatr ich nie zdmuchnął. Bo szkoda by było…

Czy ludzie czekają na święta?

Oj, pewno część zaplanowała wakacje w tak zwanych ciepłych krajach, inna część spędza tam czas już od września, wrócą pewno dopiero na lato, no ale. Wiecie, ktoś musi pootwierać te pozamykane teraz sklepy. Ktoś musi błyszczeć oną „wyspowatością” i wszelką artystycznością. Ha ha ha! No dobra, to mocno dołujące „ha ha ha”, bo większość z nas biduje tutaj w tej ciemności – dobra, lubimy ją, ale niech nas pożałują, co nie – i tak nas nie kupują, a oni zabłysną słonkiem jakiejś Ibizy i będzie…

Od razu artykuł w gazecie.

Z drugiej strony chyba wolę takie artykuły niż te o promach. Bo z promami nadal wielka kupa i tyle. Ale z drugiej strony to chyba to samo. I tu oszustwo i tutaj, ale na promie możesz zginąć, więc… waga oszustwa mordercza. Ale i tak musisz wsiąść, bo jak inaczej? Nie weźmiesz auta na plecy i nie pójdziesz do Szwecji? Choć może spróbuję? No wiecie, taki tam pokaz wkurniczoności?

Bo nawet niebo teraz nad nami zajęte. Ruch tutaj jak na Chopinie w Polsce. Chyba jest tam takie lotnisko, co? A może nie ma…

Kurcze, nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeżowy Jeż… została wyłączona

Pan Tealight i Wyprzedaż…

„Wielka wyprzedaż.

Kompletne czyszczenie wszystkich kątów, półeczek, szuflad i zaszafkowych światów. Zaszybnych miejsc oraz dziwnie cichych podstołowni i podłóżkowych kątów. I innych tam. Wiecie, nazwy lepsze zawsze robią wrażenie. Jak najbardziej skomplikowane tym lepiej. Uwierzcie… a jeszcze jak się dorzuci łaciny, to po prostu łeb pęka. Nawet jak pusty to łeb. Bardzo pusty…

Ale sprzątania sprzątaniami, trafiały się też w Sklepiku z Niepotrzebnymi, jednak tym razem… Widzicie, ostatnio Wiedźmie Wronie Pożartej zebrało się na minimalizm i chyba tym zaczęła zarażać innych, więc… no zaczęło się. Torby i pudła piętrzyły się za drzwiami, przed drzwiami i w Światach Nie Do Końcarównoległych… ale miały stąd zniknąć, bo Księżniczki z KrólewnamiWiedźmy z Pieca odmówiły współpracy i wystawiły znak, krzywo wypisany węglem – hoarding is good – więc inni robili swoje. I miał się odbyć wyprzedażowy julemarket. Były znaki, wysypane ścieżki żywicą, świerki, światełka, reklamy wszelakie. Wiecie miało się odbyć COŚ NAPRAWDĘ WIELKIEGO, znaczy się to tam coś, normalne coś dla zmyłki, coś dla pozbycia się śmieci, zużycia, prezentów niechcianych, papierków, pozostałości, wspomnień, marzeń zużytych i tak dalej… ale oczywiście pod szyldem opisanej wszelkopięknej sztuki, ekologii, skandynawskości, gmerania w mitach wszelakich i takich tam, no wiecie, spranych już mocno, bzdetów komercyjnych, ale…

Nikt nie przyszedł.

A ci, co przyszli, to nic nie kupili, ino macali i oglądali.

… więc Jednorożce ich zjadły i tyle.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Julemarket.

No dobra, pierwszy. Oczywiście w Gudhjem, a dokładniej w Lauegaardzie. I… podobno ostatni na zawsze, bo jakoś inne rzeczy mają w planach. Serio myślę, że zrobią tam chłodnię dla zombich, albo coś bardziej intrygującego, no ale. Ostatni pokaz, więc wiecie, trzeba jakoś się nacieszyć, więc idziemy. Idziemy w piątek, choć oczywiście market trwa od piątku do niedzieli włącznie.

Co do okoliczności przyrody, to jest jak było, choć może i jest bardzo mniej? Bardzo mocno mniej? Widać jakieś problemy zaczęły się już o wiele wcześniej, bo ze stałych wystawców była tylko trójka chyba, a ci nowi, to wiecie, widać, że tymczasowi. No i w wielu miejscach zamiast przedmiotów do kupienia były stoliki do jedzenia. No ale pølsevogn przed stodołą, to wiecie, jest co jeść.

I to prawie miejscowe…

Do Svaneke w końcu niedaleko.

No ale… wchodzimy do głównej sali. Najpierw oczywiście biały gaard, okna ślicznie oświetlone, ale już lasku choinek nie ma, ognisk nie ma, ogólnie wiele nie ma. W środku strasznie głośno i coś nie tak z gazowymi piecami, co zaczyna mnie denerwować i przynosi na myśl koszmarne wybuchy i opowieści o głupieje nieostrożności jednostek, które wywaliły wielu w eter… nie chcę umrzeć!!!

Nie dziś.

Nie tu!!!

No nic…

Człek nabył świeczki z miodu, znaczy no z wosku, ale jeśli chcieliście miód, to też dostępny. Oczywiście havtorn też, w końcu to wciąż najnowszy wynalazek tej części świata. Ech… są fajne sreberka, trochę artystycznej ceramiki, jeden pokoik wystawienniczy, nie wiem po co… i zaczynam się zastanawiać, ile z was uznaje te wszystkie rzeczy już nie za styl skandynawski, poszumny i szumny, ale za zwykłe, pierwotne, zwyczajne i nudne, śmieci. W końcu to gałązki, szyszki, sklejone łuski tego czy innego, no i jeszcze sianko uformowane w choinki, gałązka na metalowym patyczku…

Naprawdę…

To już osiągnęło dziwne ekstremum. I nie, nie jestem za plastikiem, ale tych cudownych rzeczy – zabawek z papieru – tak niewielu i tak bardzo i tak bardzo mnie straszą one gwiazdy Dawida, że chcę stąd uciec. Naprawdę. To była moja najkrótsza wizyta na tym julemarkecie, który dotąd był jednym z moich ulubionych. W przyszły weekend oczywiście północ.

Ciekawe czy mi się uda zajrzeć do nich…

A może też się będą zamykali?

Tym razem Middlealdercentret dopiero w grudniu!!! Jak nigdy, kurcze. Może w końcu zmądrzeli i będzie coś fajnego.

Chowaniec bynajmniej bardzo ucieszony z pølsevogna. Kiełba w bułce była bardzo smaczna, nie tylko dlatego, że głodny był jak pijawa! Pogoda była okropna, ale w sklepie choinkę udało się nam dostać za prawie 130 DKK, więc nie jest źle. Oczywiście w doniczce, bo te ucięte mnie straszą. Może i ta potem zdechnie i się nie przyjmie, ale jednak będę żyła nadzieją jakąś popierniczoną!

Ubieram jak mi się będzie chciało.

Na razie stoi na tarasie.

Tancerz taki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyprzedaż… została wyłączona

Pan Tealight i Uzależnienia…

„Wszyscy je mieli.

Nie oszukujmy się, w dzisiejszym świecie każdy potrzebuje większej pomocy, z jakiejtamkolwiek strony. Jedni od przodu inni od tyłu, jeszcze inni z prawego boczku, tamci tylko z lewego… niektórzy o tym wiedzą, inni znowu jakoś tak nie do końca. Podejrzewają, ale nie są pewni. Albo są pewni, lecz to wypierają i jakoś nie potrafią wpuścić tych myśli do swej głowy.

Albo innej tam części ciała, bo jak się okazuje nie wszyscy myślą mózgami. Niektórzy nie mają już tam niczego. Tylko pustkę i wiatry i wszelkie morskie poszumy, i jeszcze może jakieś nocne powiewy, bo wiecie… nocą nie widać, nie słychać, nie czuć, a nawet jeżeli, to lepiej nic nie mówić, tylko spać.

Uzależnienia.

Od tego lub tamtego, człowieka, zwierzęcia, cukierków, czekolady, lizaków, dragów wszelakich, używek i tego, co brzmi tak dziwnie, że po prostu musi być straszne. Musi być i tyle. Bo tak brzmi. Bo jakoś barwi powietrze dookoła wszystkich i wszystkiego i mami tak mocno, że nie można inaczej. Po prostu nie można. Dlatego określamy to jako zgorzkniale męczące, deprymujące i buzujące już same sobą… nie potrzebujące nawet nas samych, a może jednak… może to my to wszystko tym czynimy?

A może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brzegiem…

Ludzie zwykle chodzą brzegiem morza. No raczej nie oczekujmy jezuskowatości po nich, znaczy nas samych, sorry, nie umiemy chodzić po wodzie. Nic z tego. Napięcie powierzchniowe nie pomoże. Mamy przerąbane, ino boczki dla nas, ale… jeśli spojrzeć na boczki, jakie ma Wyspa, to nie jest źle.

Więcej, jest genialnie.

Stąpanie oną granicą między ziemią a wodą jest czymś mistycznym. Albo tylko mokrym, brudnym i ogólnie mówiąc całkiem trudnym. Bo co zrobić wtedy, jak jest skała, a z was żaden tam skałołaz? No nie da się. Można tylko lizać przez szybkę, czy jak to tam mawiali w „Zabójczej broni”? Lody przez szybkę? Chyba tak? No mniejsza, święta idą, więc wiecie, człek pewno te seriale nadgoni, chociaż, czy dziś wraca się do starych, czy tylko nowości z Netflixa? Przyznajcie się…

Ale miał być przyroda.

I jest.

Bo chociaż nie można dotknąć i tego i tego, to czuje się oną granicę. Widzi te kamienie. Te piaski… to wszystko tak mocno zróżnicowane. Naprawdę. I to na jednej, małej Wyspie. Są i spiczaste, porwane skały. Są i takie wygładzone. Są drobniutkie, prawie żwirowe plaże i są piaszczyste, ale nawet jak piaszczyste, to przecież gramatura piasku różnista. Od tej grubej po tak miękką jak sól…

Fascynujące.

Gdy tak się idzie, człek wie, że dokądś dojdzie, ale…

Nie jest to ważne, bo przecież to wszystko tak piękne. Tak niesamowite. Tak szokujące. Tak zachwycające… naprawdę. Nie ma znaczenia gdzie, ma znaczenie to, co się widzi, to, co można wymacać, poznać, po raz pierwszy dotknąć, macnąć, poczuć się malutkim pośród onego piękna. I tych ścierających się sił. Może i trafi się słońce, może i wiatr nam nie wywieje wszystkiego z głowy…

Może?

Nie no, wiatr to jakoś zwykle się trafia. W końcu ktoś musi robić te piaski, te skały rzeźbić, one drzewa powyginać. Może mniej natarczywy, mniej gwałcący naszą wolność wszelaką, ale… może to my naruszamy jego miejscówkę? Może to my naruszamy jego prywatność? Kto to może wiedzieć tak na pewno? Bo przecież on tutaj jest tak bardzo żywy i człowieczy. Ten wiatr… zwykły wiatr?

Ale nic to.

Chodźmy dalej. Bo fajnie jest. Każda z tych ścieżek, czy bardziej nieprzetartych i raczej mało bezpiecznych dróżek, jest inspirująca. Niesamowita i cudownie oczyszczająca nas z codzienności. A codzienność może przecież przytłoczyć i tutaj. Choć gdy spoglądam na horyzont, gdy stoję pod skałami i patrzę na załamujący się brzeg, to jakoś tak wątpię w istnienie świata.

Innego świata.

Wielkiego świata.

Bo czasem lepiej zacząć w to wszystko wątpić i nawet w zimny dzień zdjąć buty i zagłębić palce w chłodny, miękki piasek. Albo zdjąć rękawiczki pogłaskać skały. Bo one są jak małe szczeniaczki. Zawsze chcą być głaskane… bo przecież któż z was powie mi, że na to nie zasłużyły, tudzież…

… nie możecie.

Nie wiecie przecież wszystkiego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uzależnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Melodyjka…

„Słyszeli ją…

Od pewnego czasu naprawdę ich wkurzała.

Niby nie była bardzo głośna, niby nie była jakaś taka natrętna, ale przez oną ciągłość irytowała. A może to były same dźwięki? Zbyt wysokie, miejscami zbyt niskie, mieszane, w refrenie dziwnie nadmierne, gdzieś tam skąpe… niby melodia, niby piosenka, niby słowa, niby mruczenie… niby…

Tak naprawdę nie wiedzieli o co chodziło. Na pewno była to masa dźwięków, składająca się w jakąś całość. Może dziwny przekaz z innego świata, może zapomniana historia, a może jednak nie to, może naprawdę coś, co dopiero wykluwało się ze swojej skorupki, co dopiero wzrastało i chciało istnieć?

Nie wiedzieli…

Ale wszyscy ją słyszeli.

Melodię niemelodię. Wszelaką zbitkę dźwięków na tyle wysoko zdesperowaną, że wciskającą się wszędzie, nie tylko w uszy. Oj nie. Żaden otwór zdolny wydać dźwięk był dla niej pomieszczeniem. Był jej odbiornikiem i nadawczą stacją zarazem. Bo czemu nie. Przecież nie mogli jej złapać i spętać. Powiedzieć nie. Mogli zakryć uszy, ale nie wszystkie otwory.

Nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, czy czasem ludzie nie zapominają o dźwiękach, jak wiele ich jest „na zewnątrz”. No wiecie, poza Wyspą. Bo gdy pomieszka się tutaj dłużej, gdy uświadomisz sobie w końcu, że to nie drzewa, a morze tak śpiewa, wtedy… wszystko się zmienia. Nagle nie chcesz niczego innego.

Przejeżdżający samochód, to dziwność i nagła aberracja ciszy. Bo przecież ni ptaki ni gałęzie, ni sarny w ogródku, nie, one nie brzmią. Okazuje się, że hałas to wyłącznie nowoczesność. Buczące maszyny, komputery, śpiewająca lodówka. Wszystko zaczyna przeszkadzać, zaczyna męczyć, jest…

… dziwne.

Nienaturalne.

Jednak człek tutaj się zmienia.

Czy dziczeje? Możliwe, iż większość w tek sposób by zdefiniowała oną zmianę, ale czy naprawdę? A może normalnieje? Znowu umie słuchać siebie, odpuszcza, wpatruje się w naturę, jakoś tak, powraca do korzeni? A może jednak podłącza się z powrotem do pępowiny? Może? Nie wiem. Wiem jedno… spokojność odzyskuję wyłącznie w lesie albo na plaży. Ale bez ludzi. Ludzie to zło straszne. Przerażające i męczące. I z każdym sezonem coraz dziwniejsze. Może i to ona „normalność” nas tak straszy, a inni nie zauważają tej inności, zmiany, ale… kto to wie?

Kto ma rację?

Czasem rozumiem tych, którzy przeprowadzają się tutaj, a potem uciekają. Znikają nagle. Pakują się i włączają w ruch prawo- lub lewostronny. Jak im tam pasuje. Nie mogą spać bez samochodów, klaksonów. W końcu sama kiedyś nie umiałam bez zajezdni tramwajowej. No serio! Pomijające fakt szalony, że uwielbiam stare tramwaje, to wiecie, raczej to dość dziwny usypiacz… chyba?

Gdy człek budzi się w szarości i cichości, budzi się jakoś tak…

Spokojniej.

Ale jednak… jak przestaje wiać, jak nie słychać ptaków, drzew i fal, to jakoś tak, wiecie, nastaje zbyt wielka cisza. Zbyt koszmarna, zbyt mentalna… zbyt bolesna. Taka, która po prostu nie pozwala oddychać. Która dziwnie miętoli umysł, mąci, gniecie wspomnienia i to co jest teraz. Jakoś…

Z ciszą w ogóle jest problem. Nawet wtedy jak się jej pragnie. Nawet wtedy, gdy nie potrafi się już bez niej żyć, gdy jakoś tak po prostu wszystko się piętrzy. Gdy naprawdę nie można już… wtedy wraca wiatr i fale i znowu jest cicho. Znaczy niby nie do końca cicho, ale jednak cicho, prawda?

To czym jest obecnie cisza?

Koszmarem, czy tylko wyborem?

A może czymś kosmicznie nieosiągalnym? Może w rzeczywistości towarem niepożądanym? Bo przecież wszyscy wciąż pipkamy, migamy, dzwonimi, klikamy… wciąż dźwięczymy. Wciąż. A może nie wszyscy? Bo ja nie… chyba nie? No chyba że mi kurcze coś tam wszczepili ufokowcy, ale nie sądzę.

A może?

Wieje znowu… wiatr na wyspach jest naprawdę czymś specjalnym.

Żywym…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Melodyjka… została wyłączona

Pan Tealight i Księżycowy gryzak…

Pan Tealight coś ciamkał.

I to ciamkał od jakiegoś czasu.

I się nie dzielił!!!

Właściwie nie wiadomym było ni co ciamkał ni dlaczego się nie dzielił, ani… dlaczego w ogóle wydawał te koszmarne odgłosy. No serio, były jedyne w swoim rodzaju. Na dodatek coś mu tam ciekło po szarej brodzie i jak nic będzie musiał być po tym wszystkim wyprany, ale… na szczęście nie śmierdział.

A to oznaczało, że jadł coś z wyższej półki i nie były to dojrzewające sery. Nic niebieskiego nic pleśniowego, ni szynka parmeńska, czy coś wiecie… tak szczerze, to bardziej wyglądało to jak jakowyś gryzak dla dzieci i nawet czasem taki żółtawy rożek wystawał mu z miejsca, gdzie zwyczajowo osobnicy mają usta.

Ojeblik – mała, ucięta główka, starała się go podejrzeć, a nawet nocą wiecie, sprawdzić, ale Pan Tealight ostatnio nie dość, że lekko sypiał to jeszcze mało sypiał i trudno było go złapać tak jakoś zamroczonego. Czyżby więc to świadczyło o tym, że nie są to dragi? No wiecie, na pewno nie te tanie… na pewno coś bardziej lepszego, z wyższej półki, ale jeżeli tak było, to skąd miał kasę?

Co sprzedał?

Czy też… kogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieczór to ogryzek księżyca.

Lekko zamglony.

A potem czerwień nieba… Jeśli tylko się zdarzy. Jeśli tylko się trafi, bo w tym roku jakoś z nią kiepsko. Z onymi płonącymi nieboskłonami. Z tymi kolorami, pięknem, które przeraża. Końcem świata, który planuje, ale w końcu decyduje się odłożyć wszystkie plany na później. Może jutro, może nie… ale wiecie, pokaże co ma w zanadrzu. Ten błękit, taki ciemniejszy, cięższy, ale i lekki przez niego prześwitujący, a na nim, idealne, wprost photoshoppowe chmureczki w idealnym odcieniu różu brzegami czerwieniącymi się w oczekiwaniu.

Bo one jeszcze nie wiedzą, że apokalipsa odwołana.

Po co im mówić.

Takie piękne w tym oczekiwaniu.

A na ów spektakl napatrzeć się trzeba zawczasu. Szybko, teraz, od razu. Bo inaczej, zniknie jakby go nie było. Nawet nie rozmyje się po prostu jest, mrugacie, a potem go nie ma. W ogóle. I już nie wiecie, czy był, czy go nie było. Czy zwiastować ma mróz czy wiatr? Zwykle to drugie, no ale… Tym razem może będzie inaczej? Bo te linie, kreski chmurek, tak równiutko poukładanych miał w sobie coś więcej. Coś magicznego, mitycznego, coś ze starych legend, coś ze wspomnień kamieni…

Po prostu.

No i ten ogryzek księżyca. Niby jest, a jednak go nie ma. Lekko zamglony. Pojawia się wcześniej, a potem znika, by znowu się pojawić. Skacze po tym niebie całkiem nielogicznie ostatnio, ale… niech sobie skacze. Może właśnie to jego czas na takie zabawy? Może inaczej już nie chce mu się wisieć i dyndać? Może już bluesa jakiegoś poczuł, czy inną tam makarenę? Kto go wie? Jakoś nigdy nie miałam z nim pozytywnych stosunków. Jeśli tak w ogóle można powiedzieć, no wiecie.

Szaro i wieje i kropi.

A za dnia… kaszka z nieba. Niby deszczyk, ale bardziej deszcz. Niby ciepło, ale dziwnie wieje i jakoś tak człek od razu dreszcze ma, ale ten zapach morza, to coś w powietrzu, ona solanka, to całe jodłowanie… eee, jodowanie oczywiście, no wiecie, jakoś tak kręci, że i tak wyściubiasz nos z domu, a potem i resztę siebie. I jakoś tak jest okay. Przez chwilę. Napachnisz się, naoddychasz i będzie tego. Wracać do domu i walić hygge na całego, bo jak inaczej? Inaczej nie można.

Jeżeli już musisz lecieć po bułkę do sklepu, to fajne w nim pustki, ale nie zawsze, bo w poniedziałek w takim Netto załapiesz się na giga kolejkę. Ale tak to jest jak cała Wyspa wraca do domu po robocie. I każdy chciał oną bułkę kupić. Zresztą, świąteczne rzeczy znikają tak szybko, że widać ten popłoch w oczach ludzkich. Chociaż… czasem się zastanawiam, czy oni cokolwiek kupują? Bo niby tylko jedzenie, picie, nie mały, nie dostaniesz lizaka, nie dziś, nie jutro, ino rodzynki… czy jednak kupują te świąteczne rzeczy i dlatego ich nie ma, czy te krasnale i inne tam po prostu wychodzą nocą ze sklepu i odpływają w siną, hmmm, raczej…

… burzowo-sztormowo-szarawą dal?

Nie wiem…

Ogólnie mówiąc święta, czyli wystawienie na wpół gołych choinek, ino drzewko i światełka w większości miejsc, odbyć się ma już z końcem listopada. Ale wiecie, u nas wieje, więc brak ozdób jak najbardziej logiczny. Jak tak dalej będzie duło, to na pewno któraś z choinek poleci i znowu będzie buba. Szkoda mi tych cudownych, opierających się atmosferycznym wyskokom panienek, ale… one chyba wiedzą na co się szykują. I może niektóre nawet to lubią? Kto to wie?

Może to jak z krasnalami z Netto?

A może choinki wyspowe kryją jeszcze wiele tajemnic przede mną?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżycowy gryzak… została wyłączona