Pan Tealight i Markotny Troll…

„Po długim odwyku od nowych książek, Wiedźma Wrona Pożarta konsumowała je teraz w przerażającym tempie. Nie żeby to jej przeszkadzało w przemierzaniu wszelakich kątków i zakątków Wyspy, oj nie, ale wiecie… była trochę mniej uważna, a sezon się zaczął. Oto i Okres Polowania na Pieszych!!! Turyścizna rościła sobie prawa do wszystkiego i wszystkich, jakby każdy tutaj miał być na jej skinienie, jakby w onej swej królewskiej mości wszelakiej przybyła… żądała, nie prosiła, błagała, raczej uważała za logiczne, iż dostanie wszystko.

Dlatego chodzi z nią i za nią wszędzie.

Chodzili gdy mamrotała i gdy przerzucała strony prawą częścią siebie, by lewą sfotografować nadmiernie olbrzymiego maka, z którego Makowa Panienka była nadzwyczaj otyłą, ale też i przemiłą osobą. No i wiecie, zawsze miała dostęp do Mleczka Makowego, a Wiedźma Wrona ostatnio postanowiła sobie nie stronić od wszelakich wzmocnień i umocnień, dlatego… lubiły się jakoś. A może tylko znosiły, tudzież nadzwyczaj zważały na to, że jedna jest klientem, konsumentem, a druga producentem, który rajcuje się swoim własnym produktem i rozpływa, jeżeli tylko ktoś poklepie ją po szerokich, otłuszczonych pleckach odzianych w makową kieckę z odkrytym i tyłem i przodem, i środkiem i jeszcze rozcięciami po boczkach…

Dlatego trzeba było ją pilnować.

Nie dość, że ładowała w siebie nowe historie, to na dodatek wpadła na Markotnego Trolla i była w stanie poświęcić mu wyłącznie niewielki ułamek swojej uwagi. A właściwie… właściwie, to ona tylko coś mruczała pod nosem, podobnie jak on przygnębiona, przybita i wszelako dołująca wszystko dookoła, a oni poruszali jej rękoma i głową. Była niczym ta laleczka ze sznureczkami w ich dłoniach, mackach, owłosieniach chwytliwych i wszelakich innych chwytadłach… ale Markotnemu to wystarczyło. W końcu on nie liczył na to, że markotnym być przestanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6607

Z cyklu przeczytane: „Głowa pełna duchów” – … ona i ona. A może tak naprawdę chodziło tylko o niego? O tą całą religijność?

O zrzucenie obowiązków na dzieci?

O niedojrzałość?

A może jednak nie?

Na pewno ta powieść jest pełna duchów.

A zakończenie… ech! Po prostu miodzio. Zresztą, sami spróbujcie tej na poły bloga, na poły spowiedzi. Odgięcia zasłony, przywrócenia głosu przeszłości. Tej historii zwykłej rodziny, która nagle staje twarzą w twarz z opętaną. Najstarszą córką. Ale czy to serio Egzorcysta, czy tylko tania sztuczka? A może jest w tym coś więcej, coś czego na początku boimy się dostrzec, a potem nie możemy już zamknąć oczu…

Powieść wciąga. Jest złożona, wielopoziomowa, zaczepia każdego członka rodziny, wynajduje nowe demony, i tak naprawdę nawet po jej zamknięciu jakoś zostaje w nas. Idealna do Klubów Książki, dla tych, którzy kochają dyskutować o bohaterach i wydarzeniach, analizować każdy element. Naprawdę warta przeczytania, może akurat teraz, wiecie póki noce są jeszcze krótkie i świat zdaje się być nie taki zły w tym słońcu? Bo tak naprawdę…

… to jak to jest z tymi duchami?

Chyba nie wyłażą z książek, co?

IMG_5664

Krowy…

Ja wszystko rozumiem.

Serio, w obecnym stanie codzienności naprawdę wszystko…

… no dobrze, może nie rozumiem, ale mało co mnie wzrusza.

Jednak plastikowe krowy?

No serio?

Po kiego nam plastikowe krowy?

W linku wyżej jednemu widać też się nie spodobała świecąca zabaweczka, ale bardziej mnie rozwaliły stojące na trawniczku trzy biało-czarne mućki. Nader realistyczne, nie ma co, ale jednak dziwaczne. Jakieś takie, no wiecie… We Wschowie znajduje się pomnik byka przy wjeździe do miasteczka. Pamiętam go z dzieciństwa. Zawsze jakoś tak mnie rozwalał i przerażał jednocześnie. Ale ta trójca krówświęta mnie zobrzydziła. Co to już żywych nie mamy? Ech… Rozumiem, że mleczarnia upada, ale czy trzeba w celu ubogacenia wnętrzności jogurtów, których już nie robią, bakteryjnie stawiać takie koszmarki? Nie wspomniałam, że stoją pod mleczarnią? No to stoją. W Klemensker… jakbyście chcieli dziwną fotkę z podróży, to zajrzyjcie tam.

Ciepło… wrząco i gorąco.

No nic to, lato.

Nie żebym tryskała optymizmem, że może choć noce nie będą wrzące, ale… jakoś damy radę, co nie? Jeżeli chodzi o wodę w morzu, o serio przyjemna. Jak chcecie zupy to na południe, jak czegoś lżejszego z falami, to w okolice Hasle. Po naszej stronie to raczej nie dość, że płytko, to jeszcze trochę więcej wodorostów, ale też się da popływać. I jakie to odświeżające i doskonale odmładzające uczucie, tak się na gołego zanurzyć. Bo przecież i tak nikt was nie zobaczy, jeśli nie będzie robić tego w samym porcie!!!

I plusk!!!

IMG_5228

W Svaneke łubiny i rybki.

Znaczy wiecie, najpierw idziecie do portu, tam gdzie te ogromny parking dla autobusów, tam są. Zresztą nos Was poprowadzi, zaufajcie mu. Chociaż nie do końca, bo nie wali tu nic spalenizną, raczej idźcie za żołądkową rozpustą, która Was woła… tutaj po pięciu minutach, w zależności od kolejki oczywiście, możecie dostać tłuściutką, papierową torbę z dobrociami. Cztery kawałki rozpływającej się w ustach ryby w zajebistej panierce, kawałek cytrynki, romulade, no i cała kopa specjalnie ciętych frytek. Jeśli pojawicie się w koszulce z polskim napisem, dostaniecie i obsługę po polsku… znaczy, no jest to bardzo prawdopodobne.

Nam się trafiło.

I jecie tak te rybki i frytki i się maczacie w onym sosiku i patrzycie na latarnię, która już nie jest latarnią, na morze dość spokojne, jakiegoś wielkiego burżujnego statka, który pewno należy do jakiegoś Trumpa czy innego Rockefellera… i tak sobie myślicie, że fajno jest. Bo choć na ten ship Was nie stać, znaczy mnie na pewno, to przecież możecie sobie zjeść fish and chips na kamieniach siedząc, od dołu będąc smyranym przez wyderki, czy inne tam włochate cudowności. Takie mają zabawne pyszczki no!!!

Takie słodkie!!!

A potem łubiny!

Bo wlezienie w te łubiny – a da się, bo tam taka dziura jest, więc deptać niczego nie trzeba – to coś niesamowitego. To jest jak deser. W takiej masie łubiny pachną oszałamiająco słodko, cukierkowo i niesamowicie. Jak coś z przeszłości, gdy aromatów się nazbyt nie wzmacniało, bo przecież wystarczała róża pachnąca różą i truskawka truskawką. I pełna kolorów łączka łubinowa staje się takim nostalgicznym deserem… którego nie warto odpuścić. Zresztą, co rusz ktoś się zatrzymuje i zdjęcia cyka. Bo to takie niesamowite. Choć winno być dość zwyczajne, czyż nie? Normalne nawet? A może i codzienne w tym okresie pól kwitnienia? Tu łubiny, tam znowu koniczyna i kilka uli. Będzie miodek jak nic… jak tylko nikt czegoś tam nie spryska!!!

IMG_5234

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Markotny Troll… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Hałasy…

„Właściwie od powrotu Wiedźmy Wrony Pożartej wiele się działo i codziennie przybywało nowych delikwentów w Sklepiku z Niepotrzebnymi… Wiadomo – lato. Czas porzucania starych miłości, czas nabywania nowych, czas wywalania przeszkadzających mioteł, złamanych stopni, nienaprawiania związków, wszelakiego sięźleprowadzenia. Olewania starych, pragnienie wyłącznie nowych i wszelakich zmian, które nie zawsze były dobrymi pomysłami. Więcej… najczęściej były najgorszymi pomysłami, błędami wspominanymi przez lata i wyrzucanymi sobie, tudzież przez innych, zawsze prosto w nigdy niezamykające się rany…

Lato nadeszło i wszystko oczywiście się zmieniło. Nadszedł czas, w którym nikt ze Sklepiku nie wiedział jak i co ze sobą zrobić. Dookoła szwendała się Turyścizna, głupio było pokazywać się im, obcym, w swoich doskonałych, ale jednak atypowych pozach i cielesnościach. Chowali się. Oczywiście chowanie się nie odbierało Księżniczkom i Królewnom możliwości spalenia się na węgielki, tudzież innym picia chłodzonych drinków tyle, ile się dało… w końcu w ukrywaniu mieli największe umiejętności i najwyższe poziomy mocy. Ale… i tak się bali.

Nie czuli się sobą…

Chociaż czasem, może to i dobrze?

Może chodziło i o to, by Wyspa od nich odpoczęła? W końcu była pewna, gdzie ich znajdzie, że nie będą się rozłazić po całym obszarze… wiecie, no czasem lepiej wiedzieć, niż natknąć się na dziwne zabiegi osobników niepotrzebnych… Ale te hałasy? Bo widzicie, coś wydawało dziwne dźwięki od początku nastania Lata i nikt i nic nie wiedziało o co i komu chodzi. I dlaczego tak dźwiękuje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0521 (3)

Z cyklu przeczytane: „Sanktuarium. Rozłąka” – … drugi tom. Kolejna część. Znowu świat, w którym Strażnicy są jedyną nadzieją, a jednym z nich jest Lela.

Lela i Malachi.

Jedni nazywają to paranormal romance, inni znowu powieścią fantasy, czy YA z elementami paranormalnymi. Jednak pewno wszyscy się zgodzą, że to przede wszystkim przygoda. I walka. I nagła dorosłość. Uzmysławianie sobie codziennie, że można więcej niż inni równolatkowie, że nagle szkoła to taka spokojna sprawa.

Z całkiem mało istotnymi dramatami.

Trzeba przyznać autorce, że potrafi zaintrygować.

Potrafi dopracować i świat i bohaterów. Potrafi być odmienna od innych pisarzy YA. Potrafi… wciągnąć nas w akcję. Naprawdę warto dać się jej porwać niezależnie od tego, czy chodzi wam tylko o miłość, czy jednak o świat, który nie do końca jest taki jak ten, który możemy odnaleźć wokół siebie. Fine naprawdę umie pisać. Umie podejmować trochę inne tematy, potrafi zaryzykować.

Warto.

IMG_5915

Lato.

Właściwie no lato, tak?

Truskawki, młode ziemniaczki, zielone śliweczki na gałązkach. Listki cudownie żwawe i żyjące. Wszystko jest takie jeszcze niezmęczone słońcem, chociaż w dzień potrafi przypalić. Na szczęście względnie chłodne na razie noce sprawiają, że daje się wytrzymać. Nie wiem jak to tłumaczyć, ale rośliny zaczynają uciekać od słońca. Nagle wszystkim jakoś lepiej w cieniu, wystawienie czegoś na zewnątrz sprawia, że roślinka niknie w oczach. No chyba, że w cień… ale wiecie co, najlepsze są te choinki, co to całkiem zdechły, no serio zrobiły się totalnie brązowe, a teraz… teraz wypuszczają zielone odrosty. Jakby odżywały. Jakby dostały pozwolenie na bycie nową maskotką Nadziei.

Cholerniczki.

Zapowiadają opadnięcie nieba, rozstąpienie się wszelkich bram niebiańskich… czyli wiecie, deszcz. Ciekawe, czy im się sprawdzi? Bo rzadko trafiają. Bardzo rzadko. Wyspa sama decyduje czy chce mokrości, czy nie. A czasem, po prostu chyba przysypia i ma wszystko gdzieś. Tak jakoś mi się ostatnio wydaje, że naprawdę sobie odpuszcza. Święte kamienie ponownie naznaczone monetami zdają się wciąż jeszcze domagać krwi niewinnych i tłuszczów nasyconych, ale kasa chyba im wystarczy. Ciekawe, na co ją wydają? Jeden ma blisko do Netto. Czy idzie tam po kilka piw i parówki? A może lody w obniżonej cenie? Bo chyba nie pizzę? Chociaż, ten kamień pachnących pieczonym chlebem może i sam umie robić za mikrofalówkę? Niczym one wodotryski wszelakie i fontanny w sławnych miejscach, u nas kasę i inne dobra wszelakie lub żywność, zostawia się w tych samych miejscach, co wieki temu. Cudowna chronologiczna wieczność stanowisk archeologicznych.

I te stokrotki…

Wiecie, trawki dość niskie i pola stokrotek dzielnie pochylających głowy, gdy objeżdża je kosiarka, a potem podnoszące się znowu. Są takie niewinne. Takie fascynująco proste, normalne, zwyczajne, jak kiedyś… gdy robiło się w nich wianki.

Lekko śmierdotliwe.

IMG_0394

Czerwiec mija jak szalony.

Człek się nie obejrzy i już będzie zima. I kolejny rok. W jaki sposób to wszystko tak pędzi? W jaki sposób to zatrzymać, lub chociaż spowolnić? A może jednak nie powinno się tego robić? Może wszystko ma przeminąć szybciej? Ludziom puszczają nerwy, wszyscy mają dość tej całej terrorystyczności… wszystko stoi na rzęsach. Na dodatek te wszelkie najazdy Rosjan sprawiają, że ludzie panikują mocniej. A przecież zawsze się ich bali, bardziej niż Niemców. Tutaj to Rosjanie widać są uznawani za większych najeźdźców. Dziwne co nie? Ale wytłumaczalne historycznie.

Zieleń dookoła stała się pełna i przestała już być oną cudowną, flirtującą ze wzrokiem świeżością. Jest teraz dorosła. Dziwnie nudna. Nie no… pewno, że las to wciąż miejsce, w którym serio możesz się wyluzować, ale jednak ta zieleń zaczyna człowieka napastować. Jakoś tak więzi, nagle utrudnia oddychanie i jest wszędzie. Na drzewach zasłaniając widok, na drodze, na poboczu w postaci wysokich traw. Jakoś tak czaruje człowieka, hipnotyzuje go, sprawia, że naprawdę nie można myśleć o niczym innym.

Tylko ta zieleń.

I nic więcej…

Jakby wiecie, wszystko się już nasyciło. Młode wróblęta wlatują do domów, oblatują jadalnię dookoła i wylatują na zewnątrz niezafscynowane ludzkim umeblowaniem. Wrony mają się super, podobnie mewy, choć ostatnio jedne gonią bardziej drugie, a i podobno jakieś wojny zajęczo-krukowate zaczęły się na polach.

No cóż.

Natura…

IMG_0403 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Hałasy… została wyłączona

Pan Tealight i Zbuntowana opowieść…

„Najpierw pojawiło się gniazdo.

Potem w nim kolorowo nakrapiane jajeczko, samotne…

… ale nie było mi ptaka, ni jaszczurki, ni ducha. Bo wiecie, niektóre duchy są jajeczkorodne. Szczególnie, gdy jajeczniczka jest z tych tylko z solą i lekko się lejąca, albo wiecie, z pieczarkami… taka najlepsza, to wtedy znoszą. Bardzo są wyczulone jeśli chodzi o smak białka i teksturę żółtka. I bardzo nie lubią, gdy obydwa na patelni idealnie się nie mieszają. Naprawdę strasznie je to wkurza i wtedy wiecie, stukają tymi młotami, łańcuchami kołaczą i jęczą przeraźliwie…

Ale w tym gniazdku było jednak coś innego.

Jajeczko zniesione przez starą, zapomnianą Opowieść. Taką, o której nikt już nie pamiętał. Spłakaną, pomijaną nawet w najstarszych annałach, czy też czytelnianych katalogach. Nikt jej już w spisie wykorzystanych pomocy nie umieszczał, nikt bohaterów nie odlewał w plastiku, czy nie robił z nimi jajek niespodzianek. Taka była stara. Taka była zapomniana, więc nim zatopiła swe szczątki w morskich odmętach złożyła ono jajeczko. Niewielkie, nakrapiane, malownicze, jedyne takie.

Jedyne w tym rodzaju takie.

Bo jeśli jeszcze nie wiecie, to opowieści biorą się z jajek. Wiecie, wysiadywanych wiosną, prażonych na słoneczku pierwszym takim ciepłym, mokrzone wiosennym deszczykiem, opylane kwitnieniem wszelakim, pełne… ale to jajeczko zawierało Opowieść Zbuntowaną. Tak bardzo zbuntowaną, że ono zbuntowanie stało się jej imieniem i bardzo, ale to bardzo nie zamierzała się ona historia wykluć. Bo i po co? I dla kogo? Jak się wykluwać, jeśli już nie słuchają, nie czytają… jeśli tylko ludzie łapią pierwsze zdanie, a cała reszta dostaje się Bóstwo TLDR!!!? Nowemu bóstwu, które całkiem dobrze się miało. Nowemu i dziwacznie się wszędzie rozpasającemu…

… wstrętnemu.

Dlatego tak tu będzie leżeć i tyle. I nie wykluje się. Nigdy… no chyba, że ktoś poprosi, albo świat się zmieni, albo może… coś innego się wydarzy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3208 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niania Mania” – … moje pierwsze wrażenie? No nie! Znowu!!!? Tak, takie było moje pierwsze wrażenie i nie przepraszam za nie. Kurcze, ile tych naśladowczyń Poppins możemy znieść, co? Dla mnie Mary to sztuka jedyna w swoim rodzaju. To coś ponadczasowego, a Mania…

Pierwsza rzecz, która zniechęca mnie do tej książki, to autorka. Oh tak, pewno… aktorkę, może średnio na jeża obecnie znaną i popularną, ale pewno taką z lekko wyższej półki, łatwiej sprzedać. Co nie? Że zabiera się za pisanie książki dla dzieci? Oj pewno matką została, czekajcie wygooglam sobie… a tak, trójka dzieci. Wiadomo, że wydaje się jej, iż pisanie dla maluchów to coś łatwego, więc…

No dobra, decyduję się na nie branie pod uwagę ni jednego ni drugiego i… polegam po pierwszych stronach. Bo czyż naprawdę dzieci w dzisiejszych czasach są takie głupie? Przecież jeżeli Jaśmina ma siedem lat, to takie coś będzie już dla niej nie do końca… takie jakie opisuje autorka. Jaś może i się pobawi, ale Jaśmina? Wkurzają mnie imiona, więc lecę sprawdzić oryginał… Jemima i Jake. No to już trochę lepiej, skąd więc się wzięła Jaśmina? Nie mam pytań. Niania? Ech, z nianią jest tak, że poza włosami i niskim wzrostem nie ma w sobie nic. I tyle.

IMG_5904

Oooo… i koniec serii. Co prawda zamiast 42 tomów są 44, ale i tak smuteczek…

IMG_7307

Folki i kasa…

Folkemødet, który na moje szczęście się skończył i można już udać się na północ Wyspy… to według niektórych uświęcone prawo wszystkich obywateli Danii, by wpłynąć na rządzących. Wiecie, lekkie pospolite ruszenie, ale mające na celu nie walkę, lecz powiedzenie swoim reprezentantom co mają robić i jak… I Duńczycy wciąż w to wierzą. W to, że ktokolwiek ich słucha. Nie tłumaczy im niczego to, że nawet rąbanej lipy się nam nie udało uratować. Jakoś wciąż ta naiwność tak mnie zaskakuje w tym narodzie. I powala na łopatki. A może urodzony w Polsce osobnik nie jest w stanie tego zrozumieć. Wiecie… zaufania, wiary w tych na górze? Może. Może nigdy nie będę w stanie. Bo rząd tutaj jest jak w każdym innym miejscu na świecie. Czyli traci prawie 50 milionów na durne spotkanie, po którym ludzie naskakują na siebie, bo Wyspa nie dała im tego, czy tamtego. Bo musieli zapłacić za noclegi i to sporo. Bo nie wiem, pogoda im nie odpowiadała, bo za głośno, za cicho…

Tyle kasy poszło na to spotkanie, a jak zwykle guzik z niego wynika.

Tylko obciążenie dla Wyspy, która nie dość, że nosi na sobie nadmiar ludzizny to jeszcze potem musi być dobrze przeczyszczona. Konsumpcjonizm żyje!!! Tralalalalaa… a na Facebooku ludzie wrzeszczą na siebie i wyzywają się od chciwców. Wyspa ludzie zarabia nie na tym, że ma przemysł, ale na tych kilku miesiącach, więc sorry, ale trzeba płacić. Inaczej zginiemy. A może tego chcecie? Bo przecież te jebane odpady radioaktywne nadal nad nami wiszą…

Skat i kasa…

A… no właśnie. Polska ma ZUS, Dania ma SKAT. Taka zabawna nazwa, bo skat znaczy „baby”, po polskiemu kochanie, słonko, czy wiecie, jak tam chcecie. No i ono kochanie wtopiło masę kasy. MASĘ. W związku z tym SKAT zostanie rozwiązany i będzie siedmiu dyrektorów… Siedmiu zajmujących się podatkami. Siedmiu, którzy będą potrzebowali odpraw, wypraw i odliczeń, więc tak naprawdę, nie oszukujmy się, nic się nie zmieni, ale żeby nie było, coś robią!!! Zawsze coś robią. Tworzenie zasłon dymnych mają opanowane do perfekcji, bo ludzie dookoła nawet nie zauważają, że coś podymiło. Serio – oto jak objawia się wiara w narodzie.

Aczkolwiek Wyspa jak zwykle… wątpi.

IMG_3715

Jebane manewry i wszelakie odwodnienie.

Nadszedł czas na te zabawy chłopców i nielicznych dziewczynek. Wiecie, zabawy w wojnę. Pomyśleć, że człek spierniczał z Wrocławia właśnie przez bliskość wszelaką poligonu. Najpierw mieszkał zbyt blisko, potem dalej, a potem zrozumiał, że zawsze może go obudzić seria z kałacha, albo jakaś tam bombka… a teraz, kilka razy w roku musi znowu słuchać tego samego. No nie no!!! Kurna! Ciekawe ile te zabawy kosztują świat. Z tego co wiem, tyle, że nie jestem w stanie tego objąć myślą, więc odpuszczam. Po prostu nienawidzę. Nienawidzę tych gości w moro, tych maszyn wszelakich rozpierdalających nam drogi, na które nas nie stać i tych pieprzonych statków. Tak, jestem wulgarna. I wiecie co? Wolno mi… bo widziałam, jak się tchórzliwie chowali przed sztormem, zamiast stawić mu czoło. Cieniasy!!!

Na szczęście pola szumią.

Raczej GMO szumią, ale i tak ślicznie szumią.

Może i człek dostaje dziwnych alergii, może i znowu coś na nas eksperymentują, ale te zielonkawe pola takie są niesamowite. Niektóre wyglądają jak naziemne morza. Wiecie, nie mokre, ale falujące. Można tak stać i wpatrywać się w oną czystość. Bo przecież już od tylu lat nie ma w nich ni maków ni innych kwiatków. Ni rumianków, ni bławatków. W ramach pszczelich eksperymentów mieli sadzić wzdłuż pól kwiatki, ale na razie na żadne się nie załapałam… cóż, pożyjemy zobaczymy. Ale możliwe, że krótko pozyjemy, jak będziemy tak chrzanić.

A… zapomniałabym. Jakiś idiota odkręca śrubki kołom w samochodach. Wiecie, bo to w dzisiejszych czasach jest… ZABAWNE. W stolycy tumany oblewają farbą biedną syrenkę… bo przecież ekologia o której krzyczą do tego się nie umywa, co nie? Ludzie… głupi jesteście!!! Dajecie sobą tak manipulować, że to już nie jest śmieszne. Naprawdę, zacznijcie czytać, polecam zaczęcie od książek historycznych, które pozwolą wam zrozumieć, że człek zawsze był taki, jaki jest teraz. Choć może nie do końca, teraz durny bardziej, ale cała reszta mniej więcej taka sama. Jaki z tego wniosek? Że nic się nie da zrobić, więc zajmujcie się swoimi ogródkami, nie wtrążalajcie się w ogródki innych ludzi, nim wasze nie będą tip top. A nawet i wtedy, pomyślcie cóż jeszcze wzmocnić możecie w sobie. Bo jeszcze jednego jebanego kołcza spotkam na swojej drodze i zacznę strzelać!!!

AAAAAA!!! Ludzie no! Nie jesteście idiotami, macie w sobie mądrość. Odkryjcie ją. Przestańcie słuchać tumanów, niczym one owce…

PS. Ruskie nadal nas obserwują. Zbyt strasznie…

IMG_3138 (4)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbuntowana opowieść… została wyłączona

Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna…

„No to był dopiero numer na całą Wyspę.

Zjechało się na nią stadko Księciów i Księciuniów, do których Księżniczki i Królewny, a i nawet Wiedźmy z Pieca zaczęło robić oczy maślane, kremowe i ogólnie mówiąc niemotorycznie liryczne… Zjechało się z reklamacją na oną jedną. No wiecie, że im Śpiąca nie działa!!! Że karneciki wykupili, glejty wszelkie mają, a ona kurcze nadal ślepiami otwartymi w nich wpatrzona, coś tam na drutach robi i jęzorem ciętym ich odpycha. A wiadomo, że jeśli chodzi o koronowaną narzeczoną, no to lepiej, by w pierwszej fazie znajomości, znaczy onej początkowej, cichą była… wiecie, niby intryguje wszystkich osobowość i takie tam, ale jednak lepiej, żeby milczały. Żeby jakieś takie posłuszne były, bo jak to będzie wyglądać, gdy on się nagle zacznie nad nią nachylać, uśpioną i drżącą w sennych oparach omamów, a jej pięść nagle przywita się z jego czaszką? Okiem, nosem, lub uchem? Nawet nie wiadomo co wybrać…

Dlatego przyjechali na Wyspę.

Wiecie, Śpiącą Królewnę naprawiać. Nawet ją przywieźli w takim mało strojnym pojemniczku. Wiecie, jak dla kota, ale jakoś zgrzebniejszym. Widać nie do końca jawiła się ich pupilką, więc po co im była? Czy tylko dla wypełnienia przepowiedni jakiejś, bycia jak ojciec i dziad? A może… nie, nie mogło tak być. Wiedźma Wrona Pożarta ogólnie cięta na wszelkie nadmierne ludzkie zgromadzenia zaczęła syczeć i pluć z oczu jadem, gdy tylko ich zobaczyła, więc oni zaraz, że: wiedźma, wiedźma, wiedźma i takie tam, wiecie… no to Jorik jednorożec od razu wziął się do roboty i już było ich mniej. Jakoś nie pozakuwali się w zbroje, bo kto by podejrzewał kogokolwiek tutaj o jakieś zapędy… w rozchełstanych koszulach panowie zaczęli się gubić w Maleńkim Lesie. Ale nie mogli się ukryć. Nie przed wszelkim przejawem babskości w Sklepiku. Nie po tym, co zrobili. Nie przed solidarnością jajników, w jakimkolwiek były stanie…

I w ten sposób powstała szklana wieża a szufladkami. Wiecie, wersja chłodnia. Dla każdego coś miłego. Można wypożyczyć, można zakupić, można się zabawić… Panowie w różnym stanie muskulatury, kolorze skóry, długości i kolorze włosów. Nieruchliwi. Mało się sprzeciwiający. Przy zakupie pana na forever and ever, maść do poruszania obiektem gratis!!! Do tego zaklęcie: sprząta-gotuje i dokazuje gratis.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2187 (2)

Z cyklu przeczytane: „Grzechot kości” – … intrygujący pomysł. Takie sobie wykonanie. Bo… jak mógł ktoś dorastając nie sprawdzić historii swojej rodziny. I to w momencie, gdy stykało ino kliknąć Googla?

Ale mniejsza o to.

Wyobraźcie sobie jego. Strażnika kości. Wielkiego Kustosza Jedynego Takiego Muzeum na świecie… miejmy nadzieję? I jego potrzeby. I wejdźcie w skórę jego ofiar. Przerażonych. Nie wiedzących co się dzieje. Tylko czekających na koniec. A może wolicie być nią, tą, która musi go odnaleźć. Sztukmistrza, geniusza, ale przede wszystkim mordercę. Tego, który tak naprawdę od dawna stał za jej plecami.

Niby zwykły kryminał, ale z całym bagażem emocji po obu stronach, z tym wszystkim co zwiemy rodziną, nic nie jest jakoś… proste. Zwyczajne. Z jednej strony to morderca, ale z drugiej… I jest jeszcze on, chłopiec, który nie ma już siły być w swoim ciele. Wszystko to buduje niesamowite wrażenie niebezpieczeństwa, które naprawdę może czaić się nawet za samym czytelnikiem.

Książka wciąga, ale może przez to, że jest długa – co zwykle uznaję za plus – coś się rozmywa, rozlewa, coś umyka. No i… głupota niektórych z bohaterów naprawdę uderza. Totalna nielogiczność sprawia, że jakoś nie potrafię dac tej powieści najwyższej noty, ale skłamałabym mówiąc, że mi się nie spodobała. Zaintrygowała mnie. Mieszając naukowość z empatią… wiecie, tak naprawdę świat nie jest tylko biały i tylko czarny. Tak naprawdę nic takie nie jest.

Przeczytajcie.

IMG_5657

Wrzątek z nieba, chłodna bryza, tudzież prawdziwy wiater nocą. Ciągłe obietnice wszelakich deszczów i Folkemødet. I coraz mniej wody w morzu. I coraz dziwniejsze anomalie. I coraz więcej Turyścizny, która zachowuje się co roku gorzej. I sorry, ale nie mówię tutaj tylko o młodszych osobnikach. Częściej ostatnio odbija tym starszym. Jakby maniery się im uwsteczniły.

Z ostatnich wieści… vegańska lodziarnia.

Jakoś tego nie widzę, ale jako coś, co jest nowe, oczywiście jak najbardziej przyciąga uwagę. Polecam panom te sojowe! Serio! Fajne cycki po tym rosną i cellulit macie! Tak wiem, jestem wredna, a może jednak sarkastyczna? A może to tylko jedno i to samo? Albo… prawda? Kokosowe mleko mordujące orangutany, ojojojoj, ale przecież weganie nie zabijają zwierząt, co nie? Tia. Nie ma to jak indoktrynacja, a nie poznanie obydwu stron, nie muśnięcie wiedzy z każdej kadzi.

Najbardziej człek śmieszy, że nazywają te lody tak samo jak inne.

Nie ma różnicy w nazwie. Jak kurna kotlet schabowy z soi. Przecież to kłamstwo. On nie jest schabowy ino sojowy. Dlaczego nie piszecie prawdy? Jedno, co dobre, to to, że człek dowiedział się, że wieki temu robiło się lody z margaryny, bo wszystko inne (mleko, śmietana) musiało iść na eksport. Bleee… jak sobie przypomnę te czasy, gdy telewizja trąbiła o tym, że ludzie mają ino tłuszcze roślinne żreć, bo to zdrowsze, to mnie skręca. I co? Nawet ci, co w tych reklamach występowali, zaczęli umierać. Ekhm… potem nagle się odwróciło, a teraz znowu wracamy do punktu wyjścia? Jak mieszkacie na gorących wyspach, to papusiacie to, co jest. Wasza dieta pełna jest tego co dookoła. Dlaczego Europejczycy nie potrafią robić tak samo? Tak samo ekologicznie? No pomyślcie. Jesteście durniejsi, niż zwykły lud pierwotny.

Czyż to nie zastanawiające?

Czy tylko dobijające?

IMG_2125 (2)

A tak w ogóle, to prawie lato!!!

Jakiś gość nagrał teledysk na Wyspie i jest wielkie halo. Że tak, jak zwykle wiecie smukt, flot og hyggeligt. Zawsze tak jest. A potem się zmienia. Taka wiecie, dziwna, Duńska forma wyrażania: powinno tak być, ale nie mam swego zdania, ale coś napiszę.

A teraz człek siedzi sobie na nagrzanym tarasie i jakoś tak, jakoś tak po prostu nic nie robi. To potrwa tylko chwilkę, ale jednak… siedzi i marznie. A tak, człowiek niestety uświadamia sobie po raz kolejny, że gdy słonko palące chmury zasłonią, to wieje mocniej, niż zimno. I fajno mi. A bo co. Cieszę się onym zimnem, które mam. W końcu możliwe, że niedługo mi je lato zabierze na amen i na zawsze. Znaczy na lato, no wiecie. Na campingach siedzą sobie ludzie, wpatrując sie w morze, tudzież w drzewa, no wiecie, zależy od campingu. Na tym naszym w Gudhjem wpatrują się w morze. W większości samochody, przyczepy, tylko kilka niewielkich, mikrych namiocików schowanych w szafkach. Raczej niemiecko niż inaczej. Do przyczep dołączone wielkie namiotowe wille. Kurcze, nie ma co, ale ludzie mają kasę. A jednak wolą spędzić wakacje tak.

Z bardzo malutką łazienką…

To mnie przeraża.

Wiecie, bardzo malutkie łazienki.

He he he!!! Gdy tak siedzą wpatrując się w morze, na swoich wypasionych leżaczkach i innych tam fotelikach, za ich plecami siedzą na podobnych utensyliach osobniki, które mają tutaj swoje domki. Wiecie, te słodkie szeregi dwupiętrowych maciupkich chatynek. Albo te większe, wiecie, bardziej wypasione, z większymi oknami. Wszystkie są na sprzedaż. No dobra, spora część z nich. Niektóre można wynająć. I wypróbować. Są naprawdę kapitalne. I ich łazienki nie są takie przerażające. No i to jednak dach nad głową. I jakieś takie wiecie, mebelki i w ogóle… a widok taki sam.

I kibla wynosić nie trzeba.

IMG_2109

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bardzo Nieśpiąca Królewna… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Traktory…

„Wypełzają nocą ze swoich nor ciemnych, złożonych ze starych desek, opon i wszelkich metalowych, rdzewiejących części, z lekko wytłumionymi dźwiękami i jeżdżą po polach migając światełkami niczym kosmiczne talerze. No, chyba że zastawy stołowe robią teraz takie migające, więc wiecie, nie tylko…

… jeżdżą właściwie nie do końca wiadomo, co robią.

Nocną ciszę i nie do końca ciemność przesyca dziwny zapach, wcale nie benzyny, ropy, czy oleju z Netto, ale czegoś bardziej ozonowego, czegoś, co wydalały burze dziesiątki lat temu. Czegoś… zapomnianego. I światła. Te zdają się składać w jakieś wiadomości, w jakieś opowieści, może nawet prawdziwe legendy, ale nie umiem ich odczytać. I te odgłosy. Są jakieś… na pewno są, ale to bardziej ruchy powietrza, bardziej uderzenia liści o liście, bardziej coś, co się czuje, niż słyszy, więc…

Nocne Traktory.

Maszyny, czy jednak jakieś dziwne, kosmiczne byty? A może jednak coś, co po prostu od zawsze tutaj istnieje, ale większość woli tego nie widzieć, bo przecież… bo przecież tak jest lepiej, wygodniej, spokojniej pod czaszką. Jeśli się ją ma. Pod włosiem na niej, a może tylko czapką skrywającą dziwnie mechanizmy napędzane mieszanką z mrówek i dżdżownic, na lekkiej jesionowej wódce? Zresztą, czy to ważne? Czy tak naprawdę ważne czym są, może istotniejsze jest to, co robią?

A może lepiej nie wiedzieć?

Czy sieją, czy zbierają?

A może i jedno i drugie, a potem one wyklute stworzenia wtapiane są w ludzkie ciała? A może to tylko dusze, bo Drzewo Dusz przepuszcza korzeniami?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8648 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ludzie doskonali” – … trzecia? Serio, jakoś ostatnio namnożyło się tych książek o poprawianych dzieciach. A może czwarta? Kurcze, musiałabym sprawdzić, ale nie ważne. Ważne, że genetyka mnie przeraża. A przecież jestem naukowcem. Przecież nie powinna, a jednak… ponieważ ludzie dookoła raczej głupi, to w rękach głupców cud staje się przekleństwem.

Tym razem, to opowieść o rodzinie.

Dwójce wciąż kochających się ludzi, którzy przeszli tak wiele. Którzy pragną tylko zdrowego dziecka. Ale jako nosiciele pewnego genu, nie mogą na nie liczyć, więc… zwracają się o pomoc do kontrowersyjnego naukowca – genetyka. Wszystko przez co przechodzą, cały koszmar, niepokój, nagle wzmocniony zostaje sferą tajemniczości, ogromną sumą pieniędzy oraz ludźmi, którzy przebijają ich bańkę sekretu. Nagle to, co miało być szczęściem zmienia się w koszmar…

A to tak naprawdę początek.

Po tylu książkach poruszających temat „ulepszania” rodzaju ludzkiego przez sam rodzaj, sprzeciwiania się nauce, czy też religii, ta jest odrobinę inna. Ta powieść doprowadza sprawę do końca. Pokazuje naszą siłę tkwiącą właśnie w niedoskonałości, oraz doskonałość, która przeraża, ale też obarczona jest ogromnym bagażem. Czy jest tego warta? I tak naprawdę… czy jeżeli człowiek jako taki nie zmienił się od kilku tysięcy lat, pogrążając się obecnie w kosmicznym lenistwie i dbaniu o to, co nie jest ważne… zasługuje na ulepszenie? A może jednak powinniśmy wymrzeć? Może homo novus pojawi się sam? Bo jeżeli niczego nie zrobiliśmy ze swoją zawiścią, mściwością i innymi elementami naszych osobowości określanymi jako „złe”… więc może one są w nas umieszczone w jakimś celu? Bo przecież tak naprawdę wciąż TAK NIEWIELE wiemy o nas samych. O naszym DNA, mózgu, o tym, co naprawdę tworzy… człowieka.

Dobra powieść, ale nie błyskotliwa. Miejscami wkurzająca. Miejscami… ech, zbyt przydługa, potem znowu dziwnie niewdzięczna, ale warta przeczytania, by zrozumieć, że wciąż nie dorośliśmy.

IMG_5672

Popadało.

Naprawdę.

Jeden dzień wszelkiej wodnistości, a potem noc pełna zacinającego deszczu. Dziwny wiatr spowity pełnią księżyca. Trochę przerażający, ale względnie usypiający i narzucający dziwne sny. A jednak, gdy człek wylazł do ogródka, to jakoś tak wcale nie jest mokrzej. Może i wszystko jest czystsze i bardziej zielone, ale nie bardziej nawodnione. Rośliny zdają się wciąż marne i dziwnie przestraszone. Jakby wolały się schować, wrócić do ziemi i tyle, nie wychylać listka ponad powierzchnię. Jakby potrzebowały, by ktoś je przytulił. By zmienił to co na zewnątrz. By wszystko było jak kiedyś, jak wiecie, gdy były nasionkami, czy kłączami…

Ale najważniejsze, że popadało.

Jednak mimo deszczu poziom wody w rzekach mikry. A w morzu to już w ogóle. Gdzie kurna te topiące się lodowce. Serio rozumiem tych, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie. Ale pogoda się zmieniła. Może jednak scenariusz z „Pojutrza” będzie tym, który nas kiedyś zastanie? A może nie?

Na razie najważniejsze, że słońce nie pali, a cała ona wietrzność cudownie chłodzi lico. Oj wiem, marzy się wam wszystkim wrzątek spadający z nieba i wakacje na plaży. Smażenie wszelakie i takie tam, ale dla mnie to wizja piekła. Każdy ma swoje piekiełko, co nie? Gorące, długie lato, to moja wersja koszmarnej wieczności. To palenie, ono nadmierne świecenie, ta wszelaka jasność i tak dalej. Bleeee… coś strasznego!!! Dobrze, że przynajmniej tak blisko do równonocy. A potem znowu powinna wracać ciemność. Hurrrraaaa!!!

IMG_6647

Połowa czerwca.

Nie wiem kiedy ten czas minął.

Serio, nie mam pojęcia. Jakby wszystko działo się gdzieś obok mnie, poza mną, gdzieś, gdzie nie mogę sięgnąć. Gdzieś, gdzie istnieje czas, a ja… tylko się starzeję, ale poza tym, to raczej nic. Nic kompletnie. Pory roku się zmieniają, ludzie przybywają, odchodzą, wymijają się na przystankach autobusowych, mijają się na promach, czy tylko zerkając na siebie przez okienka samochodów, czy autobusów. Nawet kupując cukierki zdają się być tacy jacyś bezczasowi. Wiecie, koło się toczy, wsio mija i tak dalej, ale jednak, jakoś tak… gdzieś indziej. Jakoś tak kompletnie poza mną.

Zieleń dookoła, jeżeli lekki chłodek was nie męczy, to spokojnie możecie skakać w fale, tudzież spędzać czas na wszelakich podziwianiach natury i architektury. Możecie zajrzeć do muzeów, tym bardziej, że Królowa nam pożyczyła trochę ze swoich dzieł, albo zwyczajnie siedzieć i gapić się w horyzont. To podobno dobrze działa na mdłości. Ale jakoś nie w moim przypadku. Ja tam mam wiekuistą chorobę morską. A na was działa?

No nic… lato prawie.

To jak?

Wakacje?

Macie jakieś? Czy w ogóle u osobników dorosłych występuje coś takiego, jak naprawdę wolny czas? Jak, naprawdę moment, choć chwila, gdy wszystko odchodzi, nawet podatki, choroby, śmierci, no i oczywiście komornicy?

No to, cokolwiek, miłego czerwca!

IMG_6807

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Traktory… została wyłączona

Pan Tealight i Królicza Nora…

„… a może to był jednak zając?

Wiecie, no rebeliant taki, bo przecież one nie mają nor ino takie tam? Kurcze, pewnie nie, jak nic mutant, ale o tym się raczej nie myśli, gdy człek drepce podskakując, potem się potyka i łbem pachnącym czereśniową odzywką wpada w norę.

Może i miała być z niej nowa Alicja w Jakiejśtam Krainie, ale… widzicie, gdy się wpada w dziurę, to raczej wpada się w silny niepokój, wrzeszczy ogromnie i wystrasza całą oną bajkowość Krainę zajmującą. To nie są drzwi. To nie jest zaproszenie. To nie jest odkluczenie drzwi… to zwykłe wtargnięcie z napaścią, jeśli przy okazji miażdżycie pierniczonego Magicznego Królika w spodenkach w krateczkę, białej koszuli z muszką czerwoną, słomianym kapelusiku, z laseczką drewnianą, rzeźbioną i małym, kudłatym barankiem przy łapkach. Może nawet i rozbój, jeśli nie ma tam światła, bo łapą zbiliście lampę i jeszcze próba morderstwa, gdy machacie członkami niczym wredny wiatrak na zboczu pełnym wodnych młynów?

Wiedźma Wrona Pożarta, mimo swej dozgonnej miłości w rejonach baśniowych, jakoś nie potrafiła, no nie mogła się odnaleźć w ich dosłowności. A może po prostu zaskoczyło ją to wszystko? Może tak… może nie? Może miała coś do tego królika? Może tak naprawdę niczego o niej nie wiemy? A może to tylko efekt zwichniętej kostki, lekkiego wstrząśnienia mózgu, który w formie głównej wciąż, walnął się o jakiś głazik, pewno wytwornie uplejsowany w norze, pewno dekoracyjny, na pewno jakoś potrzebny, może robiący za stolik? Może za głaz grzany do łóżka…

Bynajmniej… Wiedźma straciła chyba przytomność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1592 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niespokojni zmarli” – … nowy Beckett!!! Nosz przecież omal się nie posikałam, jak go zobaczyłam. Musiałam mieć. I mam. I sorry, ale zajęło mi to pół ranka i jeden wieczór.

Przeczytane…

Pierwsze tomy cyklu połknęłam z dziwaczną fascynacją. Nawet ten tom oderwany od serii. I nie żałuję kupienia tego. Może i był lekko przewidywalny, może i naprawdę główny bohater powinien już nie żyć… ale tak naprawdę, było to coś innego, coś nowego, coś bardziej specyficznego. Coś pomiędzy miejscami podmokłymi, a bagnami. Coś między ciałami z przeszłości, a ranami, które wciąż jeszcze jątrzą.

Coś…

Opowieść przykuwa uwagę, no i lekko śmierdzi. Naprawdę, zresztą jeżeli znacie Becketta wiecie czym zajmuje się jego główny bohater. Jeśli nie znacie tego autora, jak najbardziej możecie sięgnąć po ten tom. Może nie zrozumiecie dlaczego on jest taki, a nie inny, ale jednak na pewno was ta powieść zafascynuje. Jeśli oglądaliście „Bones”, znacie Kathy Reichs i uwielbiacie kryminalność od strony antropologii sądowej… choć akurat tej ostatniej jest tu niewiele. Jak najbardziej są zwłoki, ale tym razem nasz bohater bardziej jest znajdowaczem, bardziej wchodzi w sam kryminalny tok sprawy, niż tylko zajmuje się kośćmi. Korzysta ze swojego „nosa”, niż bada. Bardziej jest sobą, bardziej jakoś tak zwyczajnym człowiekiem, który spotyka na swojej drodze kogoś…

Ale nie uprzedzajmy faktów. Książka jest dobra, a świat w niej opisany przeraża dziwnie mocno. Już nigdy nie spojrzycie na wodę i rozlewiska spokojnym wzrokiem. A cała reszta? Zwyczajnie jest ludzka!!!

IMG_5663

Hammershus.

Jeżeli kiedykolwiek uda się Wam trafić na Wyspę, na pewno się tam znajdziecie. Jeśli już się odważycie na spędzenie dłuższej chwili, a nie tylko obejście ruin dookoła, musicie poszaleć. Poszaleć tam w sposób całkowicie pełny i niesamowity. Pozwolić sobie na przycupnięcie pod kamieniami, na podziwianie kolorów skał i cegieł – żeby nie było, do odnowienia Polacy sprowadzili fajny piecyk i oczywiście wsio zrobili ręcznie. Po prostu pozwolić sobie na zmacanie wszystkiego. Najlepiej właśnie późną wiosną, gdy wszystko jest tak bardzo zielone, gdy widok odbiera dech z piersi, gdy popatrzeć można i na Szwecji ostatki i na całkiem inny kraniec Wyspy.

A potem, gdy już odnajdziecie każdy zakamarek i przepatrzycie każdą tabliczkę, zejdźcie w dół, będzie nielekko, ale spokojnie, dacie radę. Stańcie tam, spójrzcie w górę, potem znowu w dół na te dwie głowy, co to podobno lwie, ale moim zdaniem… niekoniecznie. I teraz wybierzcie się ścieżką w prawo. Idźcie w kierunku portu. I popatrzcie na zamek stamtąd. Taki malutki, skryty w zieleni gęstej tak mocno, że aż dziw, że cokolwiek może się przez nią przecisnąć.

A potem… znowu potem, wróćcie, ale już nie właźcie do góry, ale idźcie prosto, przed siebie, obejdźcie zamek dookoła, popodziwiajcie wodne oczka, zachwyćcie się plażą przy ruinach i może pójdźcie dalej? Ale oczywiście zerknijcie też na to cudo, które budują i dokończyć nie mogą. Co to ma być super wypasionym miejscem wszelkiej rozrywki i suwenirów, ale… jak na razie ciągle to budują. Czy wkurza mnie, że wleźli w skały? Tak. Czy wkurwia, ile drzew wycięli? No kurde, po co pytacie? Czy uważam to za marnotrawstwo kasy, bo przecież i kibelki i wszelaka infrastruktura już jest w słodkim, białym domku – zagrodzie? Oczywiście, że tak… ale czy mnie pytał ktoś o zdanie? Widzicie, nas nikt nie pyta. Dostajemy ostatnio dziurawe drogi i durne pomysły polityków, no jak wszędzie. Jak wszędzie…

Dlatego idźcie dalej. Idźcie przez las i skały, idźcie nabrzeżem i oddalcie się na chwilę od niego, bo tutaj jest zajebiście. I dojdziecie do Vangu, nim się obejrzycie. Wiecie, u nas to raczej wszędzie jest jakoś blisko.

IMG_2025 (2)

Østermarie.

Kamyczki se stoją nadal. Jakoś mnie tknęło, by sprawdzić, czy te nasze piękności runiczne tuż przy ruinach starego kościoła wciąż są na miejscu, i są. Naprawdę niesamowite. Wolne, wpięte mocno w zieloną trawę poznaczoną stokrotkami. Tak jak przeraża mnie Østermarie, tak to miejsce naprawdę lubię. A jeszcze te kwitnące lipy… po prostu raj cudowny. Choć cmentarz. Choć kościół i jak przytykam sie do tego nowego, to jak zwykle dymię. Warto tutaj zajrzeć, bo zwykle to jedno z najcichszych miejsc. Wiecie, u nas msze to od wielkiego dzwonu, a zmarli naprawdę mało gadatliwi są. Za to cała ta pustka i figurki, ruiny i kamienia, ona ekumeniczność – naprawdę warta doświadczenia!!! I świetne foty tu wychodzą.

Coca-Cola i Bornholm.

A tak, trafiło się nam jak ślepej kurze. Bez urazu, pewno, że fajno iż BORNHOLM będzie na flaszkach czy tam puszkach, ale jaki sens jest w tym, że na czerwonej etykietce obok imienia mej pięknej Wyspy jest i jebana palma? Tosz przecież jak se ludzie zgooglują moją Wyspę, to jak nic dodadzą, że z palmą i wyjdzie im Bornholm w rąbanej Australii. No wiem, Australia też fajna, ale tyle w reklamę zładować i teraz kurcze co? Nie mogli dać chociaż listka figowego, czy lawendy? Tego u nas pod dostatkiem. Figowce plenią się jak szalone i ostrzegam, jak już sobie wsadzicie w ziemię, to potem się onego cholerstwa nader trudno pozbyć. A dziwacznie wygląda. Nie wiem dlaczego, może to jakieś biblijne ciągoty, ale mnie chyba przeraża…

Ale lepiej.

Podobno moja Wyspa spokojna i cudowna, podobno w ogóle peaceful i tak dalej, a jednak i Coca-Cola i rąbany ubot. A tak, jakiś podwodniak rosyjski nas tutaj okrąża i podpatruje. Oczywiście my nie jesteśmy mu dłużni, bo pierun wie czego chcą i jak w ogóle, na pewno nie będą ciasteczek piec, choć atomówki mają. Straszne to. Jak dla mnie dość wszelakich niesamowitości na cały rok. Serio.

Lubię ciszę i spokój i nudę wszelaką.

Serio!!!

Nuda jest fajna. Ubot mnie przeraża, a Coca-Coli nie lubię. Pepsi wolę, a i to sporadycznie, jak mnie serio przypili.

IMG_1566

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królicza Nora… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kiszot…

„No wiedzieli, że się jej od tego podróżowania we łbie poprzewracało, wiedzieli, ale jak tu jej nie puścić gdy sama se kasę uskładała, gdy się zmusiła, zmedykowała, no jak?

Więc ją puścili.

Ale wróciła, choć trochę to trwało, dłużej niż zwyczajnie, przerażająco długo, zbyt nawet; wróciła dziwnie znarowiona.

Bardziej.

Bo widzicie, jeśli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą, to z nią nigdy nie wiadomo. Nigdy nie możesz być pewnym, czy nagle nie będzie latała dookoła z siecią rybacką, by łapać pomysły nudnych ludzi i robić z nich szarlotkę. Bo jej zdaniem smakują jak jabłka z ogrodu cioci Zosi, które to miały taką żółtą skórkę, mocno żółtą i grubą i rosły w niewielkim sadzie, mikrym nawet… skórkę miejscami pomarańczową, z czerwonawo-pomarańczową plamką. I takie krwiste kropeczki jeszcze miały. No tak właśnie wyglądały, a te pomysły nudnych ludzi tak właśnie jej zdaniem smakowały… Pan Tealight zresztą nie narzekał, chociaż to on sam musiał piec ciasto.

I obierać pomysły.

Albo biegała po plaży i udawała nietoperza dziennego, który wciąż ślepy, obija się od każdej skały i drzewa, bo się mu te wszelakie echa wyłączyły. Wiecie, no bakteryjek nie naładował na słonku, bo działa w dzień… no dobra, dla niej to miało sens i tyle. Albo dojenie stokrotek, walki z fiołkami i wojny wszelakie krokusów, lub szycie liści. No serio… na jesień je haftowała w pajęczynki oraz te takie pończoszki kabaretki. Serio… na pewno widzieliście jej dzieła. Ma wielu naśladowców też!!!

Ale żeby nagle siadać na łopatę i wzbijać się w powietrze, które przecież tak ją przeraża na wysokości powyżej półtora metra, no i wpadać na nie, odbijać się, a potem pleść im ze skrzydełek warkoczyki? No serio, warkoczyki, z kokardkami i wszelakimi krajkami przyczepionymi, jeśli skrzydełka wiecie, odmawiały współpracy, to oczywiście doczepiała im masę tych włóczkowych cudactw, wszelako bawełnianych i ogólnie barwnych, nader przeraźliwie pstrokato…

No po co to?

Tak się jej porobiło po tej całej wyprawie w macanie naskalnych rysuneczków kłutych. A może to dopiero początek jej prawdziwego szaleństwa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1931 (2)

Pada…

W pewnym sensie człowiek w to nie wierzy, więc lezie na zewnątrz i wiecie, no organoleptycznie sprawdza. I nawet jak mu już moknie nie tylko głowa, nogi w skarpetkach, goły połowicznie tyłek i cała reszta korpusiku… to wciąż nie wierzy. Czarne myśli go nachodzą, że zaraz przestanie, że przecież dopiero zaczęło, więc co to tam jest, nie zatrzyma suszy przecież… ale tak cudnie jest, jak pada. Wszystko się czyści, wszystko się zieleni, wszystko nagle doznaje oczyszczenia, zapomniane baptysteria się wypełniają i znowu każdy ma poukładane pod deklem.

Jeżeli tylko nie przestanie padać… zbyt szybko.

Gdy mija południe nadal pada.

Cudnie i wszelako niesamowicie.

I jest chłodno.

I oczywiście zimno prawie i…

… nie mogę się napatrzyć na oną zieleń. Wiem, że nie wystarczy tego deszczu, że nikt się dostatecznie nie napije. Wiecie, pada, a jednak wiesz, że nic z tego nie będzie. Że ta susza pozostanie z nami na jeszcze dłużej. Kurcze. Wszystkie roślinki zdają się mikre, nawet dzikie trawy. Te trawy, które wyrastają zewsząd gdziekolwiek się da. Jakkolwiek można. Bzy jeszcze pachną, do tego lipy zaczęły szaleć i nawet jeśli człowiek puchnie od tego całego pylenia – już nie wiem od czego bardziej – to i tak nawąchać się nie może. Tak jakoś wiecie, na zapas nawciągać w siebie onych wszelakich aromatów.

I wciąż pada, choć już szarość wieczoru się pojawia. Bo wiecie, mamy teraz czas tylko szarości, jeszcze przez miesiąc. Żadnej prawdziwej ciemności. Tak naprawdę zero pełnej, głębokiej, niesamowicie aksamitnej nocy. Tęsknię za nią. I choć to połowa czerwca, to jednak jakoś wcale, ale to wcale nie ciągnie mnie ku latości. Chcę zimy… ja to muszę być dopiero nudna z tymi ciągotami do sopelów i oczywiście wszelkiej, nader bardzo niskiej temperatury. Pewno, że to niemożliwe… ale jednak…

Czekam na zimę!!!

IMG_2151

Nowy bizon z Polski.

No więc sprowadzili jednego… wiecie, wielki i młody. Wiadomo, początkowo się cykał patrząc na stado i samca alfa, ale w końcu jakoś no zaczęli ze sobą chodzić. W końcu się oczywiście zaczęli naparzać, w końcu doszło do tego, do czego zwykle dochodzi, ale i nie udało się oczywiście, znaczy w sposób oczywisty rozgryźć, który jest najsuperniejszy i w ogóle cudny, więc się skumali ze sobą tak wiecie na amen i na zawsze – podejrzewam, że świeżak z kontynentu wciąż pamięta jak tam fermentować elementy, więc wiecie… dodatkowo skołowali sobie młodzika i tak chodzą w trójkę. Ekhm, no wiecie, taki klub ino przez panów dla panów.

Ciekawe, czy w końcu się pokłócą, albo wiecie, założą spółkę z o.o. Tudzież jakiś tam związek i będą promować trójkąty jednopłciowe? Pierun ich wie. Ten Polaczek nieźle sobie pociąga tutaj… znaczy no postępuje no! Poczynia! Kurcze, że też człowiekowi te słowa tak uciekają. Jak nic starość. Bo na pewno nie za mało książek przeczytanych!

Oj nie…

Ale wiecie, warto na nich tak popatrzeć… aczkolwiek z większej odległości. Pamiętajcie, żeby nie włazić im pod kopyta. Ani nie zasypiać za kierownicą!!! Tia, znowu doniesienia z kroniki policyjnej. Komuś się tam zasnęło. W rzeczywistości wspominając dzisiejszą wyprawę na Hammershus, to mogłabym powiedzieć, że wielu spało za kierownicą, tudzież było pod wpływem silnych napojów, wszelakich środków stałych, tudzież mniej lub bardziej proszkowanych. Uwierzcie mi. Lepiej wybrać ścieżki wyłącznie tuptające, niż cokolwiek innego, bo kurcze na drogach piekło i szatani i wszelaki upadli aniołowie po pijaku se pląsy uskuteczniają.

IMG_2088

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kiszot… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Ciszy…

„Pojawiła się cicho.

No a jak miała się pojawić? Nie znała innej drogi, ni innej formy. Po prostu była tylko i wyłącznie… ciszą. Milczeniem. Wszelakim bezgłośniem. Brakiem dźwięków wszelakich. Nawet wiecie, tych naturalnych, nawet tych, które zwykle nazywa się ciszą, jak poszum drzew, czy wzrost traw, tudzież cichutkie ptasie świergoty.

Dlatego pojawiła się cicho, ale nie niezauważalnie!!!

O nie.

Mogła sobie być cicha i wszelako całkiem niewielka, ale korpulentnością przekraczała granice wyznaczone przez Wiedźmę Wronę Pożarta i inne z Pieca, więc… i jeszcze ta tiulowa, wielowarstwowa, wielokolorowa, długa spódnica, którą miała na sobie, do tego przykrótka koszulka, która mocno odsłaniała jej wdzięki i na górze i na dole, no i… nie obuwia widzieć nie widzieli, ale całą resztę tak. Rude, kręcone włosy zdobione taką ilością wszelakich dzwoneczków, kokardek, kamyczków półszlachetnych, lub i azaliż takie udających… że Ojeblik – mała, ucięta główka omal nie sfajczyła się z zazdrości… I ta tiara. Oj tiara to musiała być naprawdę diamentowa…

I do tego ta cisza.

Wiecie.

Taka kompletna, idealnie pełna, doskonale skomponowana, skomplikowana, a jednocześnie tak logiczna, jasna i jawna. Bo przecież tym właśnie była, a jednak spoglądając na nią, na te wisiorki, naramienniki, jakieś ręczniki wetknięte za pasek wcinający się w nieistniejącą linię talii, na bransoletki, te długie rękawiczki koronkowe zdobione różnymi sreberkami i cekinami… zawieszkami, które powinny obijając się o siebie wzajemnie wydawać dźwięk, a jednak…

Była tylko cisza.

… i Cisza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1561

Mniam mniam mniam… nowiutkie jedzonko. A na takim głodzie byłam, że nie macie pojęcia.

IMG_5874

Ale w końcu jest!!!

I jak pachnie!!!

IMG_5655

Bzy pachną.

Szalenie pachną.

Może i nie wyrosły wielkie jakieś, może i te wszelakie chłody trochę je nadgryzły, ale pachną. I nawet da się gdzie niegdzie znaleźć konwalie. Ale nie w dziczy. Ino tak wiecie, w ogródkach. Przekwitną zaraz i zostaną wszędzie ino te zieloniutkie liście, ale na razie człek wącha ile wlezie. Wącha, aż czuje je gdzieś w płuckach. A potem krztusi się płatkami i tymi maciupkimi listeczkami i osłonkami… zeżarłby je, ale przecież, no bez przesady. Wychowaniem jakieś ma.

No i jeszcze maki.

A tak… już są maki, ale nie te.

Nie te czerwienie szalone w polnych zagłębieniach, ale one dzikuski mniejsze, bardziej pojedyncze. Żółte, jasnożółte i cieniutkie, delikatne oraz pomarańczowe, pomarańczowe jak te najlepsze, dzikie pomarańcze. Żadne tam wiecie sklepowe, ale te co na drzewach pod Jerozolimą rosły. Takie naprawdę pomarańczowe. Jasne, delikatne, ale też i niesamowicie przenikliwe. Chwiejne, poddające się wiatrom, ale też i silne. Tak bardzo silne. Tak bardzo rzadkie też. Tak bardzo tutaj pasujące do tych starych desek płotu, do skał i traw w oddali szumiących, układających się w fale prawie morskie. Do tych kałuży słonej wody w skalnych zagłębieniach, które odbijają wyłącznie to, co niebiańskie. Co wyższej klasy, co skrzydlaste i w pełni boskie. Ale czy nasze boskie, czy ich boskie?

Nie wiem…

IMG_1319

Pinseferie przebiegły spokojnie.

Trzeba przyznać, że ludzi przybyło niewiele. Najwięcej chyba Niemców. Dziwnie brutalnych, po raz kolejny udowadniających, że to oni są panami tego świata. Nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi, ale serio, co w was wszystkich tyle wściekłości? Poza parą siedzącą na piasku wszyscy zdają się być tacy strasznie wkurzeni, jeżdżą jak potłuczeni, albo wloką się, albo nie wiedzą o co w ogóle chodzi z tymi znakami, albo…

Czy teraz serio każdy dostaje prawo jazdy? A może jednak po prostu nikogo to już nie obchodzi? Wiecie, czy ktoś zginie, czy nie?

Chłód na dworze sprawia, że wszystko nie do końca rośnie.

Rzepak już przestał być żółty, zboże zdaje się nie do końca rozumieć o co chodzi. Susza wyżera każdą drobinę wilgoci z ziemi. Nic już nie płynie, nic nie szumi poza nikłymi falami na morzu. Wszystko się zieleni, ale jakoś tak na siłę. Wypełnia. Wszędzie znikają gałęzie, wszędzie zamazują się ścieżki. Może nawet w tym roku nie przytną zieleniny przy ścieżkach rowerowych i chodnikach. Bo wiecie, podobno to marnotrawienie pieniędzy. A kurna na wycięcie pięknego drzewka i umieszczenie tam szpetnej rzeźby, co ja mówię, durnej instalacji rdzewiejącej, to kasa jest? Kurna no!!! Oczywiście, że ludzie się buntują, no sami spójrzcie na to piękne drzewko, dosadzić ino trochę kwiatków i sztuka sama w sobie, ale nie… tutaj nikt nie słucha ludzi.

Naprawdę.

Dziwny jest ten świat.

Pojebany wszędzie równo!!!

A uberów u nas nie będzie, jakby co!!!

IMG_1320 (5)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Ciszy… została wyłączona

Pan Tealight i Zdarzyło się…

„Wszystko było ciszą i wszystko było spokojem.

Na wpół goława Wiedźma Wrona Pożarta leżała na kocu, na przeciwko drzwi tarasowych i swoim odwłokiem wdychała i bez i pierwszy letni deszcz. Krople uderzające w rozgrzane tarasowe płytki pobrzękiwały głosem Chowańca, który głośno wdzięczył się światu i opadowi, że zdążył skosić trawę przed nim… Wiedźma leżała i prawie zasypiała. Była w tym świecie pomiędzy, który zaskoczony wielkim bukietem bzu wzmocnionym wiosennym deszczem, zatrzymał się na dłużej. A potem zaczął myśleć, czy jednak nie zostać.

Wiecie, na zawsze?

Na jasnofioletowych płatkach bzowych kwiatów umieszczonych w wielkim słoiku z przezroczystego szkiełka, połyskiwały wzorzyste mokrości. Jakoś tak wszystko błyszczało i pachniało jednocześnie. Jakoś tak w końcu leniwiło się, bo ile można przesadzać te roślinki, kopać, wsadzać, podlewać i wpatrywać się w nowe, cudowne szyszeczki na choinkach?

No ile można?

Dobra, można długo. Można właściwie przez cały czas, gdy ktoś ma nadmiar potrzeb, by wciąż być w ruchu, by wciąż coś robić, zmieniać, sprzątać, kształtować, psuć, niszczyć, a potem znowu budować… i taka była właśnie Wiedźma Wrona, ale w tej chwili była tylko deszczowością, bzem, pierwszymi kwiatami lipy i kasztanowców. Była po prostu mnóstwem aromatów, które nie do końca rozumiały w jaki sposób udaje im się zegrać razem w taką doskonałość. Była onym zezwłokiem, częścią wszystkich Wszechświatów, który nie robił nic, tylko leżał niczym ona przeszkadzająca kłoda pod drzwiami, tudzież wycieraczka, która wcale nie działa i psie gówno nadal jest na twoim bucie. A mogłeś je sobie wydrapać na plaży patykiem, no.

I w onej cichej muzyce deszczowych kropel wszystkie światy i bariery były połączone, wszystkie smaki i zapachy tworzyły doskonałą i spójną całość. I wszystko było powolnością i cudowną wolnością oddychania i wszelakich prac wewnątrzcielesnych, w których nie do końca się brało udział…

A trwało ono piękne wszystko tylko pięć sekund.

Ale jednak trwało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1299

Zastanawiacie się czasem nad ciszą?

Że tak sporadycznie ludzie w ogóle ją słyszą? Że może serio ona już nie istnieje? W tym świecie wypełnionym plimkaniem i blimkaniem, muzyką, telefonami, słuchawkami, telewizją, wszelkiej maści urządzeniami, które zawsze słychać i oczywiście ruchem ulicznym, ludźmi, którzy robią wszystko, by tylko nie pozwolić ciszy żyć? Brzęczą, dźwięczą, wszelako trzaskają i brzmią. Jakby bali się być sami ze sobą? Jakby… może tak naprawdę nie znali ciszy? Może nawet, gdyby im się przytrafiła, nie wiedzieliby jak jej używać?

Bo czasem widzę tutaj ludzi nieobytych z ciszą.

Z wyłącznie wiatrem i falami, a czasem nawet bez tego. Z taką ciszą, która przejmuje, dociera do środka, wtłacza się w nas i wszelako zmienia. I wszelako uzależnia od siebie. Wszelako… Widzicie, tutaj często jest tak, że nawet ptaki nie śpiewają. Że wiatr nagle odchodzi, nic się nie porusza, wszystko zamiera i zostajecie sami ze sobą. Sami ze swoimi myślami i wspomnieniami. Sami.

Kompletnie.

Chyba dla wielu okazuje się to testem nie do przejścia. Nie mogą wytrzymać tego braku wszelkich dźwięków, jakby nie potrafili po prostu wsłuchać się w coś więcej. Tyle chrzanienia o odnajdywaniu siebie, tyle tej jogi i innych tam czynności na poły eterycznych, a jednak wciąż nie potrafią po prostu być? Zabawić się sobą? Nosz przecież nie o tym myślałam?!!! No serio nie o tym!!! A może i o tym, no co w TYM złego? Bo widzicie, na Wyspie cisza się zdarza. Jest pełna, głęboka i piękna i pozwala naprawdę na więcej. Musicie być na nią gotowi, bo napitki u nas raczej słabiutkie, a aptek mało, więc wspomożenie jakby co, to ino melisa i mięta z ogródka komuś podwędzona. Albo nadmiar cukru. Choć tego nie polecam.

Tudzież lakrids… ech!!!

IMG_1280

No więc cicho jest.

I nagle, gdy człek wybywa z Wyspy i wpada w hałasy, czuje się jak ten Indianin w Paryżu i kompletnie nie wie o co chodzi. Kompletnie nie umie się odnaleźć w świecie, w którym natłok dźwięków zabija jego samego. Jego myśli, jego przemyślenia. Jego wszelkie wrażliwości zostają wystawione na tak koszmary ból psychiczny… że trudno to dźwignąć. I nagle siedzisz pod pierwszym, ułapanym drzewem i zwyczajnie się kiwasz. Jak jakiś psychol totalny.

Wyspa jest straszna.

A może nie? Może to świat jest nie do końca taki, jakim być powinien? Ale kto ma wiedzieć jaki on powinien być? No kto?

Teraz Wyspa wchodzi w oną kwitnącą fazę i kurcze, wsio ma kwiatki. I chwastek pod stopami i ocierające się o ciebie krzaki. Te białe, które wyglądają jak panny młode, wiecie rządkiem ustawione, które już wyciągają łapki, by ucapić jakiegoś młodziana. Kwitnące niesamowicie włochato jarzębiny i różaneczniki. Ostatnie jakieś grusze i jabłonie… cuda, o których człek nie wie jak się nazywają, ale cuchną straszliwie. A do tego wiatr wraca i wszystko buzuje w powietrzu. Wszystko się miesza i tworzy dziwny, specyficzny koktajl, a przechodząc przez Gudhjem wpadasz na miliony wycieczek szkolnych. No dobra, pewno że nie miliony, ale cztery wielkie autobusy na takie małe miejsce, to serio zbyt wiele… więc uciekam.

Jak zwykle.

Szukać ciszy.

IMG_0929

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zdarzyło się… została wyłączona

Pan Tealight i Ciocia Poteściowej…

„Ale…

Ale on nigdy o niej nie mówił. Widzicie, kurcze, no nigdy. Zresztą, gdyby nawet, czy by uwierzyli? Przedwieczny z rodziną?

Serio?

Nie no, tego jeszcze nie grali!!!

Przecież to nie miało kompletnie sensu, dlatego, gdy Wiedźma Wrona Pożarta zauważyła już ze ścieżki niską, lekko korpulentną panią w chusteczce w kwiatki, spódnicy do połowy łydki w zgrabnej szarości, oraz sweterku w drobne, niebieskawe kwiatuszki… poczuła nagłą potrzebę odwrócenia się i ucieczki w jakiekolwiek nieznane. Serio, jakiekolwiek!!!? Czy jakieś jest chętne?

Proszę?!!

Helloł!!!

Żadne nie było, więc od razu starsza pani zauważyła Wiedźmę i wyruszyła dziwnie wrednie dziarskim krokiem, przytwierdzając ją samą do powierzchni, machając dłonią. i coś tam krzycząc radośnie. Może i istniały siły, które były zdolne uratować naszą bohaterkę przed tym losem, który już się dla niej rozpisał, może i były siły, zdolne wydobyć ją z onego odrętwienia… ale chyba same były za bardzo zaintrygowane tym, co się działo, by cokolwiek zrobić. A może i zwyczajnie wredne były i chciały się dowiedzieć, co będzie dalej, gdy jedna ułapi drugą. I ściskać zacznie wspominając, że potomek jej o niej opowiadał, że wszystko oczywiście jest dla niej tak radosne…

Za oknem Białego Domostwa unosiła się głowa Przedwiecznego Pana Tealighta, Przesilnego, właściwie Wszystkomogącego… który z przerażenia ściskał tylko Ojeblika w miękkich ramionach i cieszył się, że nie ma oczu.

Choć widzi… widzi swą Wiedźmę zaskoczoną, wziętą w niewolę, zasypaną pytaniami, drążoną i wyciskaną, męczoną i obieraną z każdej dostępnej skórki. Ale cóż może zrobić. Przecież boi się narzuconej mu przez Wszechświat pociotki. Tej, która podobno z jego krwi, ale przecież no jakiej? Jednak pamięta ją od zawsze. Straszną, przerażającą, przeraźliwie pomocną, ciepłą i piekącą babeczki. No niczego jej nie można zarzucić, a jednak trzęsiesz gaciami, jeśli je akurat masz na tyłku…

… a teraz i Wiedźma?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1381

Z cyklu przeczytane: „Król Węży” – … okładka obiecuje wiele. Ale też i to, co już było. Młodzi ludzi szukający spokojności, dziwne miejsce i ich rodzice, które nie dorośli do swej roli. I autor, który jestpiosenkarzem i kompozytorem. No jak nic, to się musi udać. No musi!!!

Dill, Lydia, Travis, Nashville i całkiem inny świat. Znaczy inny dla nas wychowanych w takich, nie innych regułach. Dla nas z blokowisk czy domków jednorodzinnych. Dla nas z Europy. Wiecie, ludzi, którzy nie mają kaznodziejów na każdym rogu ulicy… choć czasy się zmieniają. A dokładniej pastorów od węży, którzy są też ojcami, za więzienną bramą. On chce być muzykiem, ona pisze, Travis… pracuje i unika ojca.

„Wiele osób wiedzie zwykłe życie i nie ma w tym nic złego. I jest w tym godność, bez względu na to, co ty o tym sądzisz.”

Ale czy musimy być klonami swoich rodziców?

Czy możemy dokonywać wyborów?

Czy powinniśmy zrobić wszystko?

Pycha to, czy odwaga?

Dobra powieść.

Niesamowita i świetnie napisana. Mocna, brutalna miejscami, prawdziwa. Z jednej strony dzieciaki mają takie same problemy jak inne: szkoła, rodzina, nadzieja, seks, dojrzewanie… ale z drugiej, to całkiem inny świat. I jeszcze więcej pytań. Czy młodzi mogą wpłynąć na równolatków? Czy warto zmieniać innych? Czy bycie szczęśliwym to grzech? Czym jest grzech? Czym jest miłość?

Czym jest śmierć?

Poważna, wstrząsająca, poruszająca.

IMG_5765

A tak się wkurzają Duńczycy.

Co prawda nie u nas, no ale jednak… jak trzeba być powalonym, by baziać naturę farbkami? No serio zwykłymi farbkami. Rozumiem sztukę i wszelakie jej przejawy, ale nie mogli se ukręcić farbek z buraka? No i jagódek, jak to drzewiej bywało? Nie no. Pewno. Bo po co. Bo przecież to o wiele więcej roboty, czyż nie? Bynajmniej jazgot się podniósł. Może w końcu Duńczycy też zaczynają rozumieć, że dla sztuki nie można poświęcać tego, co już nią jest? No wiecie, drzew, krzewów.

Tych fajnych chwastowych kwiatków?

Co jak co, ale świadomość ekologiczna w narodzie kijowa. Ale oczywiście, że Dania to najbardziej ekologiczny i hygge świat. No przecież piszą tak w książkach, gazetach i tak dalej, więc musi to być prawda. Musi, co nie? Głupio tak ją zburzyć i zwyczajnie rozmemłać w tlenie i azocie, ale jednak… prawda jest taka, że wszyscy dbają tylko o siebie. Poza panią, co zajmuje się jeżami, to świetna babka. Mieszka ulicę ode mnie i wiecie, wszelkie ranne, czy też zagubione jeże przywraca do życia – mam nadzieję, że nie w nekromancki sposób, no i potem pozwala im zwyczajnie sobie potuptać dalej. Bo przecież u nas jeże to takie zwierzaczki dość domowe. A dokładniej ogródkowo-trawnikowe. Kochane są. Aż by chciał człek przytulić i pogilgać te słodkie łapki i brzuszeczki, ale no kłują. No i wiecie, nie wiadomo czy chcą, więc…

… więc tylko się na ciebie panie jeżu popatrzę. A co. Chociaż czekaj, panie, czy pani? Nosz kurna chatka na łapce koguciej, jak się rozróżnia onego jeża od onej jeżyny? Znaczy wiem, są strony w internetach, a i na fejsie są, ale tak wprost mam mu tak, no nie wiem. Jakoś tak kurcze niezbyt ono gwałcenie prywatności mi leży w charakterze. Zresztą, czy ma to znaczenie? Popatrzę sobie na oną fascynującą gadzinę, ona popatrzy na mnie i taki będziemy mieli wymian. Może i się pośmieje z dziwnego dwunoga? Ja bym się pośmiała na jeża miejscu.

Serio.

IMG_1473

Wieje…

Na Wyspie wiatr jest wolny. Tutaj w ogóle nie ograniczają go wysokie budynki, czy jakieś dziwaczne tablice stawiane przez ludzi. Ponad 20 na godzinę jeszcze nie sprawia, że chodzisz po ścianach, ale już czujesz się jak przy anginie. W głowie coś huczy, łeb puchnie, mózg nagle zwiększa swoją objętość i czuje się trochę jak na morzu. Świat faluje. Wysupłuje z doniczek roślinki i rozwala je, by potem plastikiem grać sobie w piłkę. Jeśli chcesz złapać roślinkę, to się pośpiesz, bo inaczej odleci.

Bez biletu i paszportu…

Tutaj wiatr bawi się tak jak jemu się podoba. Nikt i nic nie jest w stanie go ograniczyć, czy tym bardziej zatrzymać. Możesz wejść w dolinę, schować się za skałą, ale i tam cię powiew znajdzie. Zbije się w wielką kulę… o tak, te gigantyczne kule powietrza są najgorsze. Nagłe. Ni z tego ni owego, bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej ciszy przed burzą, wali taka kula w ściany i dach, łopoce szybkami, burzy bez. Dźwięk jest przerażający. Nie tylko boisz się, przestraszasz jak to zwyczajowo, po człowieczemu bywa, ale coś gdzieś tam w środku ci się przewala. Coś się nie zgadza. Coś nagle się zmienia. Coś… jak najbardziej boję się. I tak, jest to ów atawistyczny strach naszych przodków, którym nauka ni bogowie nie wyjaśnili dlaczego. Tylko czemu ja go czuję? Przecież choć trochę nauki liznęłam, a wciąż jednak jest we mnie aż nazbyt wiele pierwotności.

Wieje…

Niestety wiatr nie przyniósł deszczu. Wprost przeciwnie, wszystko coraz bardziej wysycha, wszystko coraz bardziej marnieje. Niektóre rośliny już przeszły w stan kwitnienia, choć powinny dopiero za miesiąc, jakby wiedziały, że mogą nie zdążyć. Kurcze blade, niedopieczone i niekurkumowane i w ogóle marne, może i lata nie będzie? No, jakby co to se popływałam. Co prawda zgubiłam ukochane wisiorki i dół mój się pogłębił, ale nic to… pływałam. Jeszcze nigdy nie robiłam tego tak wcześnie. No serio, wiecie, niby przed Kupałą się nie powinno, no ale ze mnie nawet poganka pogaństwa. Nie da się mnie zreformować. Ni kija!!! Znaczy fallicznego przedmiotu ni!!! LOL

IMG_1434

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciocia Poteściowej… została wyłączona