Pan Tealight i Wojowicza Wiedźma Nienindża…

„Pluła.

Umiała jadem strzelić z oczu i spopielić człowieka machnięciem brewek i rzęs. Mogła gryźć, drapać – w zależności od stanu paznokci, albo przerzucić swój ból na kogoś innego. No mogła wiele, ale miała opory. Ludzie ich nie mieli, więc w końcu Pan Tealight zdecydował się ją przetestować i przyuczyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kurza morda, nie wiem o co chodzi, ale wiem jedno… nie miałam omamów gorączkowych, gdy widziałam pojedycncze sparowane kobiety w maskujących barwach. Serio… po Svaneke łaziły takie. Jakby nie wiem, jakieś alieny nas miały napaść, czy coś? A może jednak nas ktoś napadł ludzieski bardziej, bo raczej nic chemicznego, czy bakteryjnego, nosz bo przecież by dzioucy miały na sobie całkiem inne szatki. A te moro, na tle kolorowych domków Svaneke, dość mocno, dziwnie i zaskakująco pokrętnie… się wiecie, no odcinały.

Hmmm… może o to im chodziło jednak?

Wyobraźcie sobie nader smukłe, blond głównie, w moro wysokie babeczki. Plączące się pod nogami, znaczy chciałam powiedzieć górujące nad tobą zamkniętym w ciepłym autku, co prawda mającym gorączkę, ale przecież nie aż taką! No bez przesay ludzie, nie aż tak, chociaż… No nie, byłaby to grupowa halucynacja, a takie nam nie przystoją z Chowańcem, więc no worries!!!

Kim były?

A może kim są?

Bo przecież cały czas tam mogą być? Czy to żeński oddział militarności wszelakiej, czy coś innego? A może to oddział obrony całkowicie cywilnej? Wiecie… takiej bezbronnej, ale nie chcącej na takową wyglądać? No nie wiem, ale zaskakująco wyglądają takowe dziewczątka w niedzielne, lekko szarawe popołudnie wczesne, gdy wracasz bez lampy z jednorożca, ale za to ze szklanką pełną cebulek miniaturowych żonkili. I nadzieją, że one jednak wiecie, rozkwitną i tak dalej.

Ostatnio człowiek ćwiczy się w nadziei…

Kiepsko mu idzie.

Najgorsze, że lampek w kształcie chmurek i jednorożców nie dowieźli!!! Wiecie jakie to skurwysyństwo spieszyć się do Lidla i zderzyć się z rzeczywistością sklepu, który zaczyna wyglądać jak te, które pamiętam z dzieciństwa.

Trza obczaić ocet, czy co?

To jest jak z zastanawianiem się co się dzieje z paczkami i listami, kartkami, które do ciebie nie dochodzą? Czy siedzi gdzieś tam w kosmosie potwór jakowyś, który je iekoniecznie dla zawartości przechwytuje, czy jednak nie… ludzie nagle nabrali smaka na cudze słowa… bo to teraz taka rzadkość, sporadycznoć właściwie. I nagle się okazuje, iż mimo całej onej globalizacji UK ma inne rzeczy, USA to już kompletnie, a u nas… u nas nawet lampki nie uświadczysz. Bo wiecie, ja nie rozumiem, że dostajesz do łapy gazetkę z ofertą, leziesz do shopu, a tam nic nie ma. No dobra… był Snoopy na kółkach. Razem ze swoją budą… ekhm, no co, człowiek musiał się pocieszyć, a że typ z niego nader dziecinny wstydliwie, a czasem oczywiście, to wiecie…

Ale o co chodzi z tym Lidlem, a raczej obydwoma Lidlami, które tak walczyły o to, by być na Wyspie, a po ponad roku upadają powoli… obumierają jak one prymulki mi ostatnio. Kupuje człek, a one zdychają od razu na amen.

No o co chodzi?

Całe to moje obserwowanie upadku Szwecji i Danii, pewno jest jak z obserwacją upadku Irlandii, ale to tutaj jestem, pogłębia mi depresję, która i tak już od dołu trumiennej skrzyni wali. Może by popatrzeć na Szwecję muszę wspiąć sie na palce, ale wiecie, daję radę. Ha ha ha!!! Nie wiem dlaczego, ale czuję się oszukana. Te kilka lat, od boomu w okolicach 2006, do jakoś 2009 to był szok… teraz, to już tylko człekowi bruzdy smutku się pogłębiają. Jak wytną jeszcze coś, to wyjdę i zacznę wrzeszczeć. I żeby nie było, ale za te koszmarn czystki pod wiaduktem, jak się okazuje, odpowiada… tadaaaaaaam KOŚĆIÓŁ!!! A tak. To ich tereny, więc sarenek nie będzie. Okazuje, się że jak zwykle najdroższe tereny to oni, choć tu zdają się być inni, jednak posiadają… cwaniaki cholerne!!! No serio, ż człowieka trzęsie, czekajcie, łyknę sobie proszka…

Ale wracamy do upadku… Jednym z takich symboli wspomnianego jest rybołóstwo. Ostatnio znowu podnoszą się głosy w typie: dlaczego, jak to naprawić itd. itp. Tacy wszyscy zaskoczeni, że za kilka lat padnie ostatni rybak. Zresztą, ilu my ich mamy na Wyspie dwóch?

Pięciu maks?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wojowicza Wiedźma Nienindża… została wyłączona

Pan Tealight i Lekko Skórozmienna…

„Nie żeby Sklepik miał jakieś braki w wymiar wszelakich istot zapomnianych, sporadycznie wypożyczanych do powieści i filmów, czy też wiecie, legendarnych, ale jednak skórozmienni… ci prawdziwi, byli rzadkością. Ci którzy by się przemienić w swoją zwierzęcą postać musieli narzucić, lub w przypadku Koniowatego, wczołgać się w lekko mało ładnie pachnącą skórę. Tak naprawdę było ich tylko pięciu. I wszystko faceci. No dobra, kiedyś była babeczka, co to jej chłop pociął łabędzi płaszczyk, ale Wiedźma Wrona Pożarta jej pozszywała szatki i kobieta odeszła odnaleźć mityczne Szczęście W Swoim Życiu.

Wiecie, to coś, w co inni wątpili wciąż…

Był wspomiany Koniowaty, Wieprz, Jeleń, Słoń i Wieloryb. I w dziwny sposób wszyscy jechali rybą w ludzkich postaciach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pogoda szaleje, ludzie szaleją…

Turyścizna plącze się po ulicach, ale nic to. W końcu można dostać grypy, co nie? Czemu miała by nas ominąć? Tak po prawdziwe, to przez brak bodźców jesteśmy jak gąbeczki czekające na każdego bakcyla. Odporności załapiemy dopiero jakoś w sezonie, ale ona zwykle przed wiosną odchodzi, więc…

No nic.

Po tej stronie Bałtyku kicha się jak wszędzie indziej… chyba. Chociaż nie, powinno się kichać bardziej ekologicznie nie marnując chusteczek, no wiecie, te podatki, no ale ile można tak w rękaw? Ech… niegdyś były chusteczki takie śliczna, na brzeżkach często na szydełku koronkowane, prasowane, dla dzieci w zwierzątka, wszystko of course bawełniane, no wiadoma sprawa. Co się z nimi stało? Dlaczego nikt ich nie reklamuje? Na przykład matki robiącej takie dla dziecięcia? Babci przypominającej sobie niezłe haftowanie z dzieciństwa? Ekhm, albo siostry, która odkrywa nowe powołanie?

Chwilowo największym hitem są nadal byłe nowości w Søstrene Grene, wykupione oczywista na pniu, no i to, że w Lidlu mają być lampki w kształcie jednorożców. No co… każdy ma swojego bzika i tyle. Bez urazy, ale z polarnymi misiami nie robią. Nie mam pojęcia dlaczego. Brutalny świat i tyle!!! Trza się cieszyć z tego co jest. Z mew i wron, sikorek czasem albo rudzików, których tej zimy jeszcze nie widziałam, no i kosów oczywiście. Te to dopiero są aparaty! No serio!!! Zamiast latać, skakają, podbiegają i tak dalej. Nauczyły się w końcu włazić do karmnika, ale zawsze istnieje problematyka ich tam utknięcia. Lepiej jak trzepoczą się przy i wyłapują ziarna z pojemnika.

Serio! Ech, ptaszki!!!

Można się na nie gapić godzinami!!!

Znowu wiatr, deszcz, a nawet i może mróz się zrodzi… i to podobno do marca ma nas trzymać. Wybaczcie moje zwątpienie, ale jakoś dla nas one prognozy pogody to sprawdzają się gdy im się podoba i tyle. Albo gdy Wyspie się chce być kontrolowaną. Albo chociaż takową udawać i tyle…

Ale na spacer i tak warto wyjść. Nawet jeżeli tylko przejdziecie się pomiędzy Netto, Lidlem a Kvickly. Nogi odpadają, ale za to dostaniecie w jednym pomidory, w drugim ekologię, a w trzecim sałatkę. No i ogórka. Czy też kurczaka, który salmonelli na oczy nie widział, bo wiecie, u nas one widują. Tylko, kto wpierdala kuraka na surowo? Oczywiście, że pamiętam czasy tatara… ale to było odlotowo dzikie!!! Dziś bym już nie. Oczywiście, że nie. Przecież od 2004tego ja nie… ech, ckni mi się za dzikością.

No ale spacer miał być?

Co tu wybrać? W końcu mniej błota, to jakby dostępne mamy wszystko, więc… aaaa, wróć, zapomnieliśmy o grypie. Chłopa mi rozłożyło na amen, no przecież sama nie polezę. Z prostego powodu, ktoś kawałek musiałby mnie podwieźć. Hihihi… okrutna kobieta. Ech, nie ma we mnie poprawnej małżonki, ale poprawne małżonki w Danii nie istnieją. Nie oszukujcie się. Choć wciąż życie na kocią łapę nazywa się byciem po polsku, to jednak posiadanie dzieci każdego z innym gościem, zdrady i wszelakie matactwa, olewanie żony, zostawianie jej z dziećmi i wyprawianie się na narty…

Wot norma!!!

Zastanawiam się, czy coś takiego jak rodzina będzie jeszcze niegdyś możliwe. No wiecie? Czy rodzina, niegdyś dumnie zwana najważniejszą, choć najmniejszą komórką społeczną, da sobie przywrócić wysoki status? Jak myślicie? Bo choć tu miejscami zdaje się, że ona być może, to potem człek zderza się ze ścianą. Jak te mityczne 3 lata, po których klepki ci spadają z oczu i widzisz Duńczyków takich, jakimi są naprawdę…

I odbiera ci nadzieję, głos, oraz wszystkie pęta zrywa. Musisz przecież być jak wrony, tak? No nie można inaczej…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lekko Skórozmienna… została wyłączona

Pan Tealight i Ta Inna Planeta…

„Oczywiście, że istniały inne.

I oczywiście, że istniało inne życie. Takie, które rozumiało każdą kroplę wody i było w stanie stworzyć o niej poemat i jeszcze mieć z niej pożytek, no i to, które kochało wyłącznie błoto i takie… co nie tolerowało innego koloru niż biały. Były życia, które gryzły się na powitanie, a inne nawet zjadały, a potem się regenerowały w taki sposób, że człowiek nie chciał serio wiedzieć… ale jak już się dowiedział, bo przecież tak wyszło, no to wiecie, trudno mu było z tym żyć.

Istniały inne światy.

I wiecie, żyły ze świadomością życia naszego świata, co i tak już było ogromnym obciążeniem dla ich najczęściej poukładanej socjologiczności. Oczywiście, że byli zdziwieni tym, co się działo na planecie zwanej Ziemią, ale wiecie, nie komentowali. Powstało kilka prac naukowych, szczególnie na tych bardziej zielonych planetach, ale jednak reszta po prostu uznawała, że takie miejsce istnieje i tyle…

Ale były i takie planety, które miały zboczoną wizję Ziemi.

Które niczym rąbane dziewczątka z onych groopies grup, pragnęły być jak ona. Pragnęły być jak każdy człowiek, jak każde miejsce, jak… no wszystko u nas. Wiecie, jak te morza, rzeki, stawy i inne wilgotności, jak deszcze i mgły, jak góry i niziny, doliny, depresje, socjopaci, wypryski w intymnych miejscach i sucha skóra.

No dobra… była taka jedna planeta.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sekret, którego nie zdradzę” – … nie lubię. Nie lubię, gdy od początku wiem kto zabił. Ale jednak tutaj mimo onej wiedzy bawiłam się świetnie. I to zamotanie na końcu po prostu mnie rozczuliło!!!

Baba ze mnie i tyle!!!

Powieści Gerritsen nie zawodzą.

Często rzeczywiście łatwo wytypować mordercę, ale zawsze wynika z nich jakiś element, który sprawia, że wciągacie powietrze w geście zaskoczenia. Tym razem nie jest inaczej. To kolejna powieść z serii detektywistyczno-kostniczej i chociaż spokojnie można czytać nie znając poprzednich tomów, to jednak… nie warto. Warto poznać te dwie kobiety od początku. Ich dojrzewanie, ich związki, problemy, pogonie za doskonałością, zmaganie się z problemami…

Powieść, choć to kolejny powrót na miejsce zbrodni z przeszłości, kolejne odgrzebywanie tajemnic, wciąga cudownie. Pozwala się rozsmakować w zbrodni i znienawidzić ponownie zło. Problem w tym, że jak często w powieściach tej autorki bywa… zło nie do końca przegrywa, a dobro… cóż, wciąż jego istnienie jest wątpliwe.

Warto.

Żałoba potrwa cztery tygodnie, kwiaty leżą nawet u nas, na onej ławeczce w Almindingen, którą sam „odsłonił”. Smutek… ale też świadomość, że przecież nie jest to twoja żałoba. W końcu… Najlepiej poczytać o tym, czego człowiek nie wiedział o nim. Ile języków znał, czym się pasjonował, a łkanie nad grobem kogoś, kogo się kompletnie nie znało? Czy to nie nazbyt na pokaz?

Świat dookoła nasyca się wiosną.

Niestety, padło i na Wyspę.

Dodatkowo oczywiście zwaliła się też Turyścizna i to ten najgorszy sort, więc psy bez smyczy latają, podgryzają i ogólnie mówiąc, uciekanie przed gigantycznym bokserem, którego próbuje odciągnąć mikra osóbka, to ponad moje siły. Serio!!! Tak wiem, twój piesek na pewno nie gryzie. W życiu!!! Każdy pies może ugryźć. Może poczuć, że w nowym miejscu musi cię bronić, może się wystraszyć, może mu coś nie pasować. Nie ma opcji, że nie gryzie… no chyba, że taki stary, co już zębów nie ma…

Ten cię ino pociumka!!! LOL

No więc mamy onych winteroferiowców… którzy oczywiście nie dostali zimy, a wiosnę. I to taką chłodną. Może i ten nasz słynny stok naśnieżyli i może im się jakoś to udaje utrzymać dzięki nocnym przymrozkom, ale wiecie co? Jakoś wątpię. Wiem jedno, ci co chcieli śniegu, to polecieli se w Alpy czy inne góry i tyle. Błąkające się po plaży osobniki wyglądają dołująco. Wiecie, ich nie kręcą kamienie i wodorosty, ogólne powietrze świeże i jodowane oraz wszelaka szarość morza, którą nagle obmywa słońce – ale wyłącznie w godzinach porannych. Tak maks do pierwszej!!!

Nie no… oni nie mają co robić. Jak to jest możliwe, że ludzie nie mają co robić? Niech mi to ktoś wytłumaczy!!!

Świat dokoła kwitnie. Są pączki na gałązkach, są nawet… kurde, no nawet krokusa znalazłam. Dzikus oczywiście, ale już wiecie wylazł cały, w pączku jeszcze jest co prawda, ale jednak… kurcze, już? Świat powariował. Przecież to wciąż rąbany luty. Może to krótki miesiąc, no ale…

Co cieszy? To to, że wiatr znowu wrócił i wszystko zaczyna trochę przesychiwać. A może się podsuszać? No wiecie, po tej całej podtapiance, to jednak trochę mocna radocha. Prawie pół roku wiekuistej wody na polach, ścieżkach tak dalej, wykańczały tych chodzących. A i tych, co to niby mają samochody niedostosowane do polnych ścieżyn. A u nas takich przecież wiele i jak wszystko tutaj uległy ostatnio strasznym dewastacjom. Serio, wygląda to wszystko, jakby czołgi jeździły…

A może i jeździły?

Czasem mi się wydaje, że przeprowadzają na nas jakieś dziwne eksperymenty. Na przykład teraz spora część ludzi choruje… niby nic w tym dziwnego, ale wydarzyły się też inne rzeczy, bardziej kryminalne, więc… Może chodzi o to, że do września wszyscy żyją w jakimś dziwnym zawieszeniu? Nie wiem, ale wiele ludzi się wyprowadza. A na ich miejsce pewno Niemcy przyjdą… trochę mocno dziwnie to brzmi. Czy to znaczy, że już nie wolą Majorek i innych tam Ibiz?

Coś na pewno wisi w powietrzu, co jest dziwne, bo wiatr z południa… jaką wiedźmę przynosi wiatr z południa?… No więc te wiatr sprawia, że raczej nic długo sobie nigdzie nie powisi. Poleci na pewno, ale nie powisi. Dobrze, że ODPUKAĆ jak a razie poczta chodzi. Inaczej, bo już nie ma uroczego Listonosza na motorynce, tego od drzwi do drzwi, a jest tylko samochód, który zdaje się być dziwnie bezosobowy i często zdarzają się bardzo nieźli dostarczyciele. Podobnie ze śmieciarzami i całą masą onych ludzi, z którymi raczej się stykasz tak dosłownie. I którzy wiedzą jaką masz piżamę, albo… jakiej piżamy nie masz… no wiecie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ta Inna Planeta… została wyłączona

Pan Tealight i Żelowa Księżniczka…

„Chyba ostatnia.

Może najbardziej zakochana? A może po prostu najdłużej karmiła się oną wstrętną nadzieją? Nie wiedzieli nawet w kim się zakochała. Nie mieli pojęcia. Nie wiedzieli za kim łkała, na kogo się wyszykowała, a może jednak założyła wnyki i wiecie, przybyła z całą armią, ale on się już znudzili i po prostu znaleźli se własne laski, i rodziny pozakładali i wolą pokój niż wojnę i pacyfizm całkowity?

Ale ona czekała.

Wiedźma Wrona Pożarta chodziła do niej często, dokarmiała czekoladą i cukierkami z eukaliptusem, ale wiedziała, że Żelowa Księżniczka nie przynależy piaskom i kamykom plaży. Ni stopom, które mogły ją rozgnieść, psom czy inny zwierzakom, które mogły chcieć się z nią zabawić tylko raz, lub zwyczajnie próbować ją zjeść. Współczuła jej, rozumiała, ale też i… nie rozumiała. Wiedziała co to znaczy kochać i być niechcianą, ale jednak… no przecież jak długo tak można?

Ale ona trwała jednak, mimo wątpliwości innych i zachęt… trwała na swoim miejscu, wpatrzona w morze, lub plażę, czy też te domki za plażą… wiecie, jeżeli o ten rodzaj księżniczek chodzi, to nigdy nie wiadomo w jaki sposób i gdzie patrzą, więc… lepiej nie robić durnych min sądząc, że to ich plecy.

Naprawdę nie warto!!!

Oczywiście, że było im jej żal, ale z czasem… zaczęli o niej zapominać. Bo przecież po zimie nadchodzi wiosna, potem lato, a późnym latem znowu się pojawią księżniczki z żelowej wody, dziwnie strojne, a jednak proste. Kochające już, czekające na wybranych… niektóre szybko stracą wszystko, inne będą czekać. Twardsze od innych, a może jednak tylko mocniej zdesperowane i wierzące w inne bajki?

Innych bogów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer… prosta sprawa, czyż nie?

Okazuje się, że nie… wcale a wcale.

Gdy nagle mimo słonka w pogodynce, mimo nieba nie do końca zasnutego, jednak nagle zrywa się wiatr i kawałki szkła lodowego uderzają cię w twarz. Boleśnie. I przemaksza… a i tak jednak cię to cieszy, jak wariata jakiegoś. Tańczysz i śpiewasz i wariujesz, bo przecież mimo ferii zimowych, nikogo dookoła nie ma!

A przynajmniej w zasięgu mojego zdziczałego wzroku! LOL

To jest wolność.

Dziwna może i silnie pokrętna, w której tak naprawdę niczego nie masz i nic do ciebie nie należy, bo świat, w którym przyszło ci żyć jest mocno jebnięty, ale jednak… żyjesz, tańczysz, biegasz, skaczesz i możesz kąpać się na golasa. Oczywiście nie przy dzieciach no. I raczej stroniąc od innych, lub na mojej ulubionej plaży kąpielowej, ale jednak… Tak naprawdę, nagle uderza cię nie zimno, ale to, jak mało możesz zrobić. Jak niewiele jest tylko dla ciebie, twoje względnie… nawet myśli. Nawet to, co tworzysz, nawet wyobraźnia… nawet. Takie to smutne.

Strasznie!!!

Marzec za progiem, kwiaty wybuchają, a ty jak ono durne coś tęsknisz za zimą i wszelaką śnieżnością. Tak, nadal tęsknisz, bo przecież jest dziwadło. Wszelaki wybryk natury. Ale co malujesz? Kwiaty i obdarzasz biel kanw wszelaką kolorowością. I dlaczego? Bo jesteś wybryk natury ubierający się a czarno i mający fioła na punkcie niebieskości wszelakich. Serio. Prawie wszystkie odcienie!!!

Hmmm… prawie?

Szczur!!!

Nie, że mój pierwszy.

Helloł!!! Pół życia we Wrocławiu. LOL Ale ten gość wyskoczył nagle i wiecie, był nadmiernie żywy!!! Pewno, że widziałam szczury w swoim życiu, ostatni był wielki i martwy na ulicy, ale zwiększoną ilość szczurzej populacji bardzo łatwo zaobserwować. Pułapki co prawda pozakładane, ale nie oszukujmy się, ten, którego widziałam był rozmiaru kota!!!

Ech… szczurza sprawa jak najbardziej cały czas na swoim, własnym czasie. Trzeba będzie walczyć. A może po prostu szczury chcą nam coś powiedzieć? Może „Dżuma” Camusa znowu poszukuje odtwórców głównych ról?

Może…

Z wieści najnowszych, w pałacu Walentynki będą bardzo smutne w tym roku… 

Cóż… czas przychodzi na każdego, ale tutaj, w rok po „wyskokach” księcia, jakoś tak nagle okazało się, że to i tamto. Naprawdę warto dbać o zdrowie i czasem pomyśleć, czy może partner wariat, nie jest bardziej walnięty ostatnio i po prostu nie jest chory. Jak się okazuje wiele guzów sprawia, że jesteśmy bardziej „prawdomówni”. Bardziej raniący. Bardziej nieludzcy. Bardziej…

PS. Update… na pewno Walentynki są smutne w pałacu… Książę Henrik zmarł niecałą godzinę przed nimi. Jego prochy w połowie zostaną rozsypane na morzu, a w drugiej połowie pochowane w ogrodzie przy pałacu. Czy ja bym tak chciała. Na pewno. Chcę zostać spalona, ale rozsypanie… zgodnie z prawem prochy rozsypuje się daleko z morzu, a ja chcę się rozsypać tutaj, na Wyspie. I trochę siebie zostawić w Louisenlund, trochę na dwóch plażach, trochę przy Przodkach, trochę…

… kurcze, czy mnie wystarczy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żelowa Księżniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Dmuchaj ją…

„Okay.

To nie było do końca normalne nawet jak na ich świat. Nie było normalne nawet w otoczeniu onych wszelkich dziwactw – znaczy gdybyście tak zajrzeli przez okienko i zobaczyli to zbiorowisko stworów, przedmiotów ucieleśnionych i duchów… ogon smoka zwisający z komina, jego małe brojące przy dachówkach. Pewno by was zauważyły i zjadły, no ale sami chcieliście robić za podglądaczy.

No sorry, takie są konsekwencje.

Bo się nie podgląda, jeśli się nie wie, co można zobaczyć, jeśli wciąż się nie wierzy, chociaż przecież jak można nie wierzyć w takim miejscu, na takiej Wyspie? No jak można… widać można, bo co rusz jakieś kroki kończyły się nagle, wybrzmiewały w powietrzu, ślady na piasku, śniegu, trawie, błocie i w kupach odciśnięte nagle znikały…

Zresztą, co złego w dmuchaniu zimą Wielkiej Jednorożycy? No co? Że latem to jest okay, a zimą już sobie nie można dmuchnąć? Ale przecież Walentynki nadchodziły i wszyscy chcieli się poczuć lepiej, a ona była taka, że budziła się wyłącznie kompletnie nadmuchana, więc ktoś jej musiał pomóc! Że co? Że ty byś nie pomógł rodzinie – przyjacielowi? Serio… nie nadmuchałbyś go? Lub jej?

Jeśli zaszłaby taka potrzeba?

Okrutnicy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szepty pod ziemią” – … uwielbiam tego autora. Ten jego bzpośredni sposób narracji, naigrywanie się ze wszelkich słabości bohatera, a jednocześnie szacunek dla korzeni i jeszcze… magię. Inną. Bardziej prawdziwą. Wymagającą od adepta…

… wszystkiego.

Trzeci tom niesamowitej serii, która… MAM NADZIEJĘ… będzie dalej wydawana przez Wydawnictwo Mag. Naprawdę mam nadzieję, bo takie pisanie, takie wątki, takie opowieści, mieszanki legend, prawd historycznych, dodatkowo dziejące się w Londynie są pożądane. I to nie tylko przeze mnie. Naprawdę!!!

Właściwie nie ma sensu opowiadać wam co się wydarzyło, bo i tak musicie zacząć od początku – a Mag wydaje teraz wszystkie powieści w nowej szacie, czego nie do końca rozumiem, no ale… przynajmniej wydają, ja tam i tak już półek nie mam, więc kij z tym, że dwa pierwsze tomy nie pasują do kolejnego… tylko się modlę by wydali dalsze części. Może i złoży się w ofierze jakąś dziewicę? Zdałaby się…

Bynajmniej.

Bohaterzy znani, rzeczy dzieją się głównie w kanałach, a cała struktura opowieści naszpikowana jest humorem. Oto historia jak najbardziej fantastyczna, wiecie miejsko-fantastyczna… urban fantasy, jak już ktoś musi wielkosłownie… oto ona, on, Rzeki, Bóstwa, magia tych, którzy przybyli do Anglii i tych, którzy są tutaj od zawsze. I tych ukrytych, którzy wcale nie chcą być ujawnieni. I zbrodnia oczywiście, bo nasz główny bohater, a raczej para bohaterów to gliniarze. I to dobrzy!!! I pisanie, pisanie, które chce się czytać, które w naszych głowach tworzy obrazy, sprawia, że moczymy się, że plączemy i wykupujemy bilet do Londynu na wakacje… wiecie, im wcześniej tym taniej. I chcemy poznać wszystko to… ale najbardziej przeczytać ciąg dalszy!

 

Może i śnieg się skończy, ale to już połowa lutego. Zimowe wakacje się zaczynają, śniegiem stok narciarski, na które poszły takie ilości kasy, że we łbie się nie mieści… ma przyciągnąć Turyściznę zimą. Zimą, której nie ma. A może, która była przez tydzień, ale się skończyła? Chociaż może wróci?

Nie tracę nadziei…

Bo dzisiaj jeszcze padał.

Co prawda cieplej się zrobiło, więc wiecie, znikał od razu, ale jednak padał. Wieczorem też padał i zabielił ziemię, ale niestety już było ciemno i wiatr było czuć nadchodzący, gdzież za zakrętem… tak znowu wraca i ciepło i wiatr, i co dowcipne, nadal ma śnieżyć… no nie wiem jak to będzie? Zobaczymy. Bo przecież sama tego śniegu z tyłka Tarzana nie wytrzepię. Oj, nie pytajcie o to dlaczego akurat ten tyłek.

Tak jakoś…

Oczywiście, że chcę wciąż zimy i tak, wciąż o tym pierniczę! A co, chcecie posłuchać o tym, że nie wiadomo dlaczego moje kule śnieżne zaczęły tracić wodę? Nie mam pojęcia dlaczego. Przecież nie wystawione na ciepło – lepiej, ta w oknie nie straciła nic, a taniocha taka była!!! Coś pokrętnego dzieje się z wilgocią, bakiem zimna, normalnością pogodową, że wszystko to widać wpływa i na moje kule. Oczywiście, że będę je kochać nawet wtedy jak kompletnie już woda z nich wyparuje, ale jednak…

Smutkuje mi się.

A może chcecie posłuchać o problemach socjalnych, czy jutrzejszym dniu, kiedy to dzieci będą napadać na dorosłych i domagać się kasy. Dobrze, że jestem na barbituranach, bo jak ich nie było, serio umierałam ze strachu. Naprawdę można się tak bać, że wszystko w człowieku się zatrzymuje, a jeśli nie, sam sobie robisz krzywdę… naprawdę tak można. Oczywiście też jutro zaczynają się ferie zimowe co oznacza ludzi, ale nie otwarte sklepy, więc nie wiem jak to będzie…

Ale co mnie to, ja nie mam ferii.

Świat dookoła raz pada mokrym śniegiem, który znika nim dotknie ziemi, a potem wybucha rąbanymi przebiśniegami, które serio chcą mi dowieść, że wiosna już tu jest. A nic z tego, zamknie się granice i zatrzyma ją po tamtej stronie!!! Mi się wciąż należy zimy i zimna. Oj tak. Żadnych tam deszczy wiosennych i wegetacji. Znaczy wegetację to mam w sobie, ale wiecie… ekhm…

Mniejsza.

Zmian zwykły człowiek nie zatrzyma. I choć ich nienawidzi i serio bez większości mógłby się obyć, to nadchodzące za miesiąc urodziny ponownie mu przypomną o tym, że się starzeję. No cóż, starzeję się i tyle. Co zrobię? Kamień Filozoficzny wynajdę? A może odłożę kasę nieistniejącą na botoksowe szaleństwo, po którym moja twarz będzie rzeźbą idealną… i nieruchalną?

Tak, wiem jakiego słowa użyłam.

Nie, nie zmieniam go.

Walić to.

Jak już jestem stara, wolno mi mówić prawdę. Wolno mi mówić co mi się podoba i nadal nie wiedzieć w jaki sposób ci ludzie zdobywają na Wyspie dragi tak łatwo?!!! Nosz kurcze, tyle lat tutaj mieszkać, a nadal nic? Może wyglądam jak glina, czy coś? Tajniak jakiś specjalny? No dobra, problemem może być i to, że człowiek nie próbował, ale był i pod namiotem i nikt go nie zachęcił, był i na spacerach i w różnych dzielnicach… wiecie, pod Matasem na pewno ktoś powinien być… a jednak nikt nie zaczepił, nikt nie zaciągnął, nikt nie wyglądał… Chociaż z drugiej strony, jak taki diler wygląda? Serio? Myślicie, że Google mi pomogą? A może lepiej nie pytać, wyśledzą mnie i wezmą na rozmowę i wyjdzie ze mnie ćpun wirtualny…. Ekhm. Ha ha ha – dodane po namyśle.

A tak ogólnie? Wiatry nadchodzą!!! Znowu. Ale po tym tygodniu słonka i śniegu, który trzeba było poszukać, ale dało się znaleźć, żyję!

Na razie żyję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dmuchaj ją… została wyłączona

Pan Tealight i Śnieg…

„Spadł.

Najpierw oczywiście snestormował się lekko, pływał poziomo, jakby cała Wyspa była jego wielkim akwarium, w którym nic nie poruszało się z góry na dół. No, chyba że ktoś by śnieg dokarmiał, no ale… jednak nie. Nie żeby Wiedźmie Wronie Pożartej nie przyszło to do głowy, bo przyszło, zatupało, swoimi buciorami ośnieżonymi jednak nie zabrudziło dywanika, tylko zostawiło je przed drzwiami i wiecie, założyło kapcie co to je miało w kieszonkach kufajki… ale jednak się nie dogadali, więc wiecie…

Spadł.

Przez pierwsze dni właściwie tylko mamił, unosił się w powietrzu, ale nie zostawał na dłużej, jakby ziemi go odpychała, zielona trawa nie chciała, rozmoknięte ścieżki nie przyjmowały. Podskakiwał, ale jednak w końcu, pozbawiony wiatru, połechtany temperaturą obciągającą zeru, opadł. Ale nie na całą Wyspę. Nie, no to przecież byłoby całkowicie za łatwe. Kompletnie zbyt proste!

Nie, on musiał wybrać sobie miejsca i tam osiąść miękko, pewien tego, że mu nazbytnio nie będą przeszkadzać. Najpierw szybko zniknął zaledwie pod dniu czy dwóch, potem znowu nadeszło ciepło, a potem postanowił, że dość tego…

Śnieg.

Opadł na las i pola, na mało uczęszczane ścieżki i na tych którzy chcieli. Bo wiecie, można sobie zastrzec, że się sobie nie życzy śniegu. A taki mamy świat. Jednych orają i polewają płynną kupą, a drugich zaśnieżają. Wiedźma Wrona Pożarta tego nie rozumiała do końca, wkurzała się, bo zieleń psuła jej zdjęcia, no ale… cóż mogła na to poradzić. Wolność przecież mają podobno… tylko czemu wolność Wiedźmy Wrony do śnieżnych połaci była tak ograniczana? Hmmm?

Ale go miała… Śnieg.

Niby nie były to zwały, ale mogła się nasycić. Pomiędzy drzewami, nawet na gałęziach. Zapatrzeć się w zamrożone liście na stawach i jeziorach, po prostu zatopić w kupkach białości, zapatrzeć w one kolorowości, które nagle się jej ukazywały dzięki słońcu, po prostu być z Zimą… i jej popisowym numerem, jakim był…

Śnieg.

Spadł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I minus sześć?

Serio?

No nieźle!!!

Gratulacje.

Może i ten mroźny tydzień mija, według pogodynek wszelakich, ale co jak co mieliśmy trochę śniegu. Co prawda bardziej na środku Wyspy i trzeba było go naprawdę szukać, ale jednak… był. Śnieg. Prawdziwy. Cudowny i lekko taki rustykalny chyba… prawdziwy. Może i przebijały spod niego na polach zielonki, może i trawnik u nas nadal zielony, może i nawet szron go nie ruszył, ale…

Śnieg.

Wszystkim się wydaje, że przecież Dania, że północ, więc powinno być zimno, a jednak… sorrki miśki, ale jest dość ciepło. Nawet jak wieje, nawet gdy wiatr przejmujący gryzie wszystkich w co popadnie, to jedna to wciąż nie jest to. Naprawdę. No i rąbane przebiśniegi mają się w najlepsze, ale ranników jakoś mniej. Jakby może coś podejrzewały, czy coś? Jakby wiedziały więcej? No nie wiem, ale przebiśniegi są. Ech, czy to oznacza koniec zimy? Ale one są właściwie od stycznia!!!

Podobnie jak zeszłoroczne liście, które wciąż nie zbutwiały.

Dookoła wciąż wilgoć i wszelaka mroźliwość, więc uważajcie ze spacerami, ale jeśli traficie na dobry moment i ukryjecie się we wnęce przy molo/porcie zwanym Nordhavnem, to możecie zobaczyć niesamowite zjawisko. Lodowe różyczki skupione wokół wszelakich traw i innych cudów. Lodowe piękności, które unoszą się kilka centymetrów nad poziomem morza. Spokojnego, cudownie błękitnego… i w tym momencie facet z młotem pneumatycznym i wiertarką pewno w jednym, zaczyna napierdalać, bo podobno dostali kasę na naprawę tego, co się spsuło, więc ostro pracują, ale… ja chciałam mojego spokoju. Spoglądania na one płaskie morze, w najcudowniejszym odcieniu błękitu i te kamienie suche, szarawe, niczym grzbiety zatopionych golemów, których jeszcze nikt nie wezwał, więc wciąż czekają…

Przyznam się, że wykorzystałam ten tydzień.

Naprawdę…

Widzicie, ostatnio u nas ze słonkiem dobrze nie było, co jest dość dziwne u najbardziej nasłonecznionej Wyspie tych regionów, no ale… zmiany targają całym światem, więc i nami. Nie było sopelów, nie było też wielkich wiatrów, które stworzyłyby te niesamowite formacje lodowe… szkoda.

Ale ten spokój morza… wiecie jak to działa na człowieka. Jakby coś głaskało mnie od środka, przytulało i obiecało, że serio wszystko będzie dobrze i okay. I ogólnie mówiąc nie ma się czego bać. I te kamienie… ale i w lesie, tuż przy stawie zamrożonym bardziej niż ostatnio jakoś tak spokojnie. Gdyby tylko nie ta gnojówka?!!! Niech nie ktoś objaśni, czy oni serio chcą wywołać u nas podwójny okres wegetacyjny? Oranie przy mrozie, gnojówka wylewana teraz?

Czy ziemia już nie odpoczywa?

Ale nic to, bo są drzewa. Przetrzebione, ale wciąż jeszcze jednak są tutaj. Wciąż jeszcze niektóre się trzymają. Choć wycięli tak wiele. Wiem, że podobno zasadzą, ale te gołe połacie Almindingen sprawiają, że czuję się oszukana po raz kolejny. Bo wiecie, w końcu miała być ta ekologia – i podatki zdzierają z nas na nią takie, że nie stać już nas ni na ciepło, ni na cokolwiek innego – wydaje się, że z tej kasy robią coś, o czym nie mamy pojęcia, no ale… kto zawetuje? Nikt… No to drzew mniej, skały się jeszcze trzymają, ale jak długo? I ludzie… coraz bardziej przygnębieni.

Nawet mój Listonosz.

Wyspę czekają wielkie zmiany polityczne i socjalne. Co gorsza spora część znowu zostanie zwolniona, robotę jak zwykle dostaną ci ze stolycy, a my… no wiecie… Ci co się sprowadzili szumnie z powrotem na matczyną orkę… po cichu wracają. Już nawet Wyspy Owcze jawią się lepszym rajem!!! Serio? Przyjdzie kolejny sezon, ciekawe co zastanie Turyścizna? Brak natury i zamknięte sklepy? No na razie tak się szykuje, ale z drugiej strony… i przyjezdni wolą kupić to, co made in China, niż coś miejscowego, więc po co się starać? Czy to myślenie depresanta?

Ależ ja jestem depresantem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śnieg… została wyłączona

Pan Tealight i Zły Pan Macoch…

„Właściwie, to wiecie, no chodziło o tą całą równowagę w świecie, która od dłuższego czasu była mocno zachwiana i poturbowana tak, że szwy jej trzeba było załatwiać i opatrunki takie miękkie, bo skórkę miała wrażliwą i często dostawała wysypkę, właściwie od wszystkiego… gluteny czy nie gluteny, ona od razu w krosteczkach, kremiki, maści i takie tam. W pewnym momencie nawet Przedwieczny ma dość onego dotykania i opieki, więc… poprosił o pomoc Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, która niestety pokrętne miała myślenie oraz wszelaką wyobraźnię lujniętą w nie tę stronę, no i… sami wiecie…

Tak narodził się Pan Macoch.

Od razu duży, zarośnięty i z brzuszkiem. W koszulce bez rękawków, z wystającym pępkiem ponad dresowymi portkami i papciach klapakach z filcu.

Bez kożuszka.

Musiał zaistnieć dla ogólnej, wiecie, harmonii świata. Nie mógł istnieć jednocześnie nieistniejąc w przestrzeniach, do których wprowadziła go Zła Macocha, dała piwo, kurczaka smażonego w ogromnych ilościach i wielki fotel. No i telewizor. Nie zapominajmy o telewizorze, bo przecież to o niego głównie chodziło, czyż nie? Bez telewizora by się nie liczyło. Całe wnętrze straciłoby na charakterystyce. I jeszcze te kremowo-żółte ściany. Tak… musiały być i one… Ale Wiedźma Wrona Pożarta zbyt dobrze znała oną sukę, jak ją zwała i oczywiście uwoniła Pana Macocha.

Nie jego wina, że musiał istnieć w tej, nie innej postaci. I nie jej wina, że jednak kwestia ojca zawsze była dla niej istotna. Suka mogła się wściekać, ale tego nie przewścieknie!!! Oj nie, dodatkowo nie w tej, wkurwionej postaci tej, którą niegdyś zwali Małą Wiedźmą, córką Samego Szatana!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Irańskie daktyle nas mordują.

Jak nic sprawa na skalę światową, na szczęście od dawna nie ufam temu zagramanicznemu żarciu, więc wiecie… mi się upiekło, ale wielu nie. Serio ludzie, jedzcie sezonowo, poza sezonem mrożonki i to, co we własnej strefie klimatycznej rośnie, bo inaczej… to rozśmieszacie mnie tym, iż to cudo nowomodne, czy tamto ma więcej witaminy C niż czarna porzeczka.

Serio.

Czytanie naprawdę nie boli. Myślenie też nie. A przekształcenie samego siebie i osadzenie w świecie, w którym się żyje mocno ułatwia istnienie. Pewno, problemem jest, gdy nie czujecie tego świata… ale to nie znaczy, że świat musi mnie bombardować reklamami z cyklu: zbadaj sobie DNA i będziesz wiedział kim jesteś. A gówno tam! Zapomnieliśmy kto jest naszymi przodkami już dawno, niestety. Trochę szkoda, z drugiej strony niektórym łatwiej z taką czystą kartą sobie latać po świecie, naprawdę. Pamiętam jeszcze te zajęcia z antropologii czachy, gdy pani profesor lekko wstydliwie i przerażona pokazywała nam jak mierzyć twarz, jak rozpoznawać Żydów na zdjęciach – nie da się – i jak to wszystko przez Hitlera i tak dalej. Da, ja, pewno, najlepiej zwalić na dupka z przeszłości. A tam, przeszłość była, nie zmienimy jej. Uczmy się na niej, nie popełniajmy starych błędów, bo to idiotyczne, ale też próbujmy nowego…

No dobra od daktyli do Rzeszy trochę pokrętna droga, ale mróz mamy od kilku dni, więc wybaczcie ono moje, lekko pewno niepokojące wielu, ekhm… podniecenie!!! Nawet mieliśmy pięć stopni na minusie. Wiecie jak rzadko się to tutaj zdarza?!! No po prostu najczęściej nigdy, a teraz nagle jest. I jest ślisko, jeśli znajdziesz takie miejsce, no i niektóre stawy pozamarzały i w Almindingen, i na niektórych polach na środku Wyspy jest śnieg!!! Miejscami nawet go sporo!!! Po prostu cudo!!!

Leziesz na spacer by zmoczyć nogi, dupę i inne części ciała, bo to zima, a zima jest akutrat mi niezbędna do życia. Wybitnie niezbędna. I ten lekki mrozik i te śnieżne cudowności i jeszcze ostre słońce!!! Po prostu bajka. Dla mnie to świat, w którym mogłabym żyć dłużej niż tylko chwilę, mgnienie kilku dni. Moczyć się, marznąć, nawet szczękać zębami. Zauważać piękno w każdej odłupanej drobinie lodu, powiększać sobie śniezne cudeńka, nie tylko wglapiać się w nie, ale przede wszystkim… nie wiem, no tak zwyczajnie leżeć w tym śniegu.

Niekoniecznie na aniołka. LOL

W końcu, bo wiecie, Chowaniec ma mały urlop, udało się nam wybrać do tak zwanego MIASTA. Nie zmieniło się. Nadal palą na ulicach, co doprowadza mnie do szału, nadal świąteczne ciastka i czekoladki w niektórych sklepach, ale też i zaczynają się pojawiać elementy Wielkanocne. Ale najpierw oczywiście Fastelavn!!! Czyli trzepanie kota, beczki drewniane, w tym roku też i piniaty, beczki plastikowe, różnokolorowe, no i rózgi, jakieś tam czekoladki i wszędzie czarne koty. Tak wiem, tradycja dla wielu was koszmarna, ale tak serio, czy ubicie indyka jest czymś innym niż czarny kot?

Cóż, jego nie nadziewali…

Czasem się zastanawiam, czy oni naprawdę w to wierzyli. Ci ludzie pełni zabobonów, nie do końca schrystianizowani. Zawsze pamiętający o młocie Thora, Odynie… zawsze zapalający świeczki, zawsze zostawiający pieniądze w świętych kamieniach, w onych dziurach wyrytych tysiące lat temu. W tych kamieniach pachnących smalcem, czy pieczonym chlebem. Czy oni serio tego kota w beczkę i robili z niego piniatę? Z drugiej strony, takie samo składanie ofiary, jak inne, ale raczej kot nie był cichą ofiarą. Chyba, że gościa najpierw upili… I, kurcze nie sprawdziłam, czy to zawsze był kot, czy mogła być kotka?

Fastelavn właściwie się obchodzi i nie. Nie widziałam nikogo kupującego beczki, ale chyba jakoś znikają z tych sklepów, więc może dla dzieci? A może do wystroju wnętrza… ja kiedyś taką miałam. Ale potem mi się znudziła. Na pewno ludzie jedzą buły i tyle. Coś w rodzaju ostatków i takich tam, chociaż to nie oznacza, że po przestaną je jeść. W ogóle wchodząc do tak zwanej piekarni zobaczycie, że w kwestii chlebów się poprawiło. Piękne są, cudowne i różnorodne. Ale jeżeli chodzi o ciasto i ciastka, to zwykle są to dość tłuste bestie. Z czekoladą, mocno pseudo i wszelakim białawym lukrem. Ale ostatnio ciasta się zmieniają i możecie dostać też niepłaskie cuda, dziwne, ale i kruche, które w środku mają bitą śmietanę z budyniem i dżemem. Albo coś na kształt karpatkowych kompozycji, lub też wszelakich ptysiopodobnych cudów. Serio, całkiem dobre. Można się skusić. Jedyne nietłuste!!!

A tak w ogóle co w mieście?

Nic… co zwykle.

Ale Walentynki zaczynają uderzać po oczach mocno. I fajno, przy szarości kamieni i wszelakiej mroźności na pewno ludzie się uśmiechną nawet jeżeli kupują sami dla siebie poduszkę ściskuszkę w kształcie serca. Ekhm… no co. Albo takie pianki w kształcie serduszek?!!! Przecież siebie też trzeba kochać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zły Pan Macoch… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszanka Wyspowa…

„Zwyczajowa, normalna.

Choć może nie do końca o smaku w pełni znanym. Na pewno raczej mniej krwista, jakaś tak bardziej… wodorostowa. No wiecie, ale jednak jak nic kaszanka. Piach przemielony, a z nim brunatnice i do tego jeszcze wsio udeptane przez wrony. No koniecznie, inaczej na smaku traci i słoności nie ma odpowiedniej. I tak rodzi się Wyspowa Kaszanka. Jedyna w swoim rodzaju… chociaż, czy są inne jej rodzaje?

Czy są?

Bo wiecie, sama produkcja to pikuś, w końcu w Sklepiku z Niepotrzebnymi agentów do obróbki jelitka było sporo. Nie narzekali na brak rozrywek, a takie napychanie kiełby, wiązanie, frywolność wszelaka i falliczność oklapnięta z tym związana bardzo niektórych bawiła, więc… robili ją. Ale tylko na import. Potem wędzili lekko, żeby w transporcie świeżość morską zachowała, a później na statek w drewnianych, ślicznych beczkach po kocie. No wiecie, w końcu Fastelavn, to beczek na kota, po kocie i z kotem masa dookoła. Taka przecież tradycja!!!

Pan Tealight jej ni tykał, ale doceniał przedsiębiorczość. Wiedźma Wrona Pożarta za to robiła zdjęcia reklamowe, bo jej się tak bardzo one różne kolorowości kiełbasek podobały, że nie mogła się im oprzeć. I tyle… cała tajemnica dziwnego sukcesu. Ale wiecie, wyłącznie dla wybranych.

W końcu nie każdy może to przetrawić.

Ale na pewno nikt nie powie, że nie próbowali zaistnieć w świecie. Oj na pewno nie pokusi się nawet o wyartykułowanie tego.

Za nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śnieg…

Szaro i wietrznie, więc człowiek raczej ogląda tylko przez kuchenne okno, bo jakoś stąd wygląda ten mały snestorm najlepiej. Może i topniejący, może i nie taki jakim się marzy, ale jednak. Snestorm. Drobina, ale też bal wielki, na którym tańczą śnieżynki. Jedne pojedyncze całkiem, drobiny właściwie niezauważalne, inne pozlepiane razem, niczym te toły balowe, przy których zebrały się starsze panie i obradują, którą tutaj młódkę, z którym kawalerem zkminić. Połączyć na zawsze. Wiecie, w celach w pełni matrymonialnych oczywiście. A wszystkiemu spokojnie jakoś tak przyglądają się zielone trawniki i zielone żywopłoty.

A śnieg tańczy.

Pchany wiatrem, w poprzek, wzdłuż, z góry na dół nie uznając, oczywiście, że tańczy w poziomie, bo przecież czemu nie. To w końcu Wyspa, tutaj każdemu wolno co mu wolno!!! Tutaj każdy po prostu jest kim jest, kim chce być, stara się… także i śnieg. Choć niezbyt mroźno, choć bardziej ciepło, to jednak chodnikowi i drodze udaje się lekko pobielić. I tak jak było wczoraj, biel zostaje. Ale na jak długo?

Bo ja bym chciała chociaż jeszcze jutro.

Choć trochę mrozu, choć trochę więcej ostrego światła, błękitu nieba, tego wszystkiego właściwego mroźnej, mocnej zimie. Tego silnego, przejmującego, który mami ci pod kopułą i sprawia, że tęcze są wszędzie. Że wszystko jest tak bajeczne, Narniowe!!! Że wszelkie mityczne stwory zostawiają na śniegu swoje ślady i już nie możesz wątpić w magię.

Po prostu i zwyczajnie nie możesz.

W domu robi się nagle zimniej i już nie możesz po prostu siedzieć i… nie mieć kocyka, bluzy i długich gaci na sobie. I skarpetek oczywiście. Nie zapominajcie o skarpetkach!!! A jednak i tak nie możesz się rozgrzać, bo ten wiatr włazi wszędzie. I chociaż super suszy Chatkę i oczywiście wystawione pranie, to jednak trzeba uważać!!! Nie dajcie się zwieść jego lekkości. Pilnujcie się i oblodzonych progów. Uważajcie na nie, bo przecież to one czychają tylko na wasze kostki, stawy i wszelakie skórne wybroczyny.

Artyści z nich jak nic…

Ale przecież możesz siedzieć w domu i malować.

Możesz wcale nie gapić się w te okna, nie słuchać wiatru i jego podśpiewywanek, nie słuchać fal… bo tak bardzo przechodzą przez ściany, jakby były tuż za rogiem, a są za dwoma rogami, a to różnica, naprawdę!!! Możesz to zrobić, olać naturę, a raczej możesz spróbować, ale nie oszukuj się, nie uda ci się. Tutaj jesteś częścią natury, jesteś naturą… i jeżeli wiatr będzie znowu tym pokręconym umysłowo, ty też to odczujesz…

Na szczęście na razie nie jest.

Na razie to przemieszczanie zbyt mokrych płatków śniegu. Na razie to obklejanie i obmarzywanie. Na razie to nie to, a jednak… czekam na właśnie TO. Chcę TEGO. Onego hałasu, obklejonych okien i drzwi. Trudności w chodzeniu z powodu nadmiaru śniegu i wszelakiej zimnowatości. Potrzebuję tego. Onej normalności przemijających pór roku i zdaje mi się, że ziemia też za tym tęskni. Ma dość tego orania jej teraz, gdy powinna odpoczywać. Co to za pomysły, orać ziemię, gdy powinna spać i śnić, odpoczywać, szykować się na ten rok…

Nie umiałabym żyć w świecie bez czterech pór roku. Bez onych wyznaczników. I choć tutaj tak naprawdę wyznacza się tylko je dwie, ciepłą i zimną, to jednak to wciąż odpowiednia szerokość geograficzna, ino Wyspa ma taki wiecie… klimacik i tyle. Ale ten klimacik dał mi osiem lat temu najzajebistszą zimę na świecie. Może da mi ją raz jeszcze? Bo wtedy byłam totalnie niemobilna i wiecie, zdjęć mam mało, zabawy też zbyt niewiele i wspomnień nie do końca wystarczającą ilość. Potrzebuję… więcej.

Czy to chciwość?

No pewnie tak?

Czy mnie to obchodzi? No, pewnikiem nie!!!

A tak w ogóle na Wyspie dzieje się strasznie wiele, więc postanowiłam onej wielości unikać. Sorry, dziś żadnych wieści o nagłych zgonach, cudach, nowościach sklepowych, czy też takich całkiem dziwnych, jak przejęcia firm i tak dalej. Są… odbyły się, ale nie chcę się w nie zagłębiać. Mam dość onych niepokojów i też dobrze wiem jak to będzie. Wytrzymają sezon i padną. Ale opiszą ich w gazetach jako bohaterów.

Jak zwykle.

Zawsze to robią.

Nieopisani nie istnieją.

… więc nie istnieję.

A co mi tam. Nigdy nie dbałam o głośność, ale… jakby co, kupujcie moje obrazki? Może na prezent, może dla siebie. I zdjęcia, które możecie wydrukować jak wam się podoba. Szukajcie ich na Facebooku, na moich stronach IBornholm, Kobaltowa Wrona i Miś Śnież – wolność dla pluszaków oraz blogach, do których linki macie na górze po prawej. Albo INSTAGRAMIE. Bo po stracie roboty oficjalnej klepię biedę… i suce one masaże bardzo się podobają.

Wkurza mnie!!! A Walentynki się zbliżają! Warto być oryginalnym!!!

I puste ściany są tak straszne!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszanka Wyspowa… została wyłączona

Pan Tealight i I po co?…

„Tak ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta we wszystkich swych widocznych osobach wiedźmowskich waliła łbami w ścianę i jęczała. Straciła Własny Wiedźmi Sens Życia niby już dawno, znaczy ten własny, swój, niski, ale wiecie namacalny, i jakoś nie umiała go odnaleźć, a te, które na stanie miał Sklepik z Niepotrzebnymi, jakoś po prostu jej nie pasowały. Te za szerokie, te za wąskie, te za wielkie, te za małe, a tamte ją drapały, te znowu gryzły w pięty.

I to boleśnie!!!

No i pozbawiona onego Sensu, jakoś tak ostatnio się sypała w rejonach wszystkich swoich niepewności, ogólnie mówiąc nie była w stanie się zgrupować, zmobilizować, jakoś tak… żyć naprawę. No dobrze, może i nie naprawdę. Ale wiecie, jakoś tak po swojemu, staremu, wegetować, czy coś? Bo przecież sens życia trzeba mieć. Jakiś ogólny. Może i protezę, może i mglistą wszelakość, może i coś nie do końca definiowalnego, ale…

Tia, pewno że wywalenie jej z roboty miało z tym wiele wspólnego, ale przecież nie oznaczało to, że nie miała co robić. Wprost przeciwnie. Wstawała z kurami, kogutami i wyłącznie zboczonymi wronami, tymi nadgorliwymi pracoholikami, wrzaskunami, dziobaczami i tak dalej… a potem snuła się, klikała, malowała, sprzątała, ogarniała, na jawie śniła… Oczywiście, że była przez to niewyspana.

I to strasznie!!!

Bo każdy potrzebuje sensu życia. Iskry jakowej go pchającej, a nie onego Wielkiego Czarnego Psa, który choć milusi i włochaty, taki do przytulenia, taki do wyczochrania, wydawałoby się, że i do obrony, to jednak wielkie kupy wali, choć wierny i zawsze przy tobie, to oddychać nie daje… a Wiedźma Wrona znowu była pod psem. I to niestety właśnie tym określonym Psem.

I nie dawało się jej spod niego wyciągnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki…

A co tym razem?

No raczej to co zwykle kryminalnie i fantastycznie. Jakoś wiecie, styczeń to wciąż czas oczekiwania na większe premiery. Wciąż nadzieja na jakieś dobre powieści, choć i tutaj w tych już zdobytych, no mam oną nadzieją wypełnioną nadzieję na jakieś perełeczki, że jednak się trafią?!!

Oj… nominacje.

Jak ktoś z USA to może zagłosować, jak nie, to nie. Można coś wygrać, podobno strona sławna i w ogóle… a jaka prawda? No wiecie, pewno kasa. Przecież te artykuły i amerykańscy dziennikarze zaproszeni na Wyspę nie wzięli się z tyłka Batmana!!! No na pewno nie. On w końcu te rajtuzki miał nie dość, że skórzane, to jeszcze dodatkowo mocno ciasne, więc jak nic miał problemy z użytkowaniem toalety. Sami sobie pomyślcie. A jeszcze w takim batmobilu… czy on tam miał kibelek w siedzeniu? Bo to by sugerowało jednak klapkę w onych gacioszkach co je miał na rajtuzkach… naprawdę. Szczerze warto to przemyśleć. Ekhm… więc stamtąd nie wyleźli. Hulk jak nic też by się nie zgodził, choć on akurat w tej większej formie nosi dość przewiewne pierdzioszki. Znaczy te no, spodenki, czy jakieś tam niewymowne.

Tak się zastanawiam, czy oni wszelacy pijarowcy teraz oczekują wyłącznie Turyścizny takiej z Luiwitonowej, czy co? No wiecie, posh i tak dalej. Niby drugi w kolejce do tronu UKowskiego gości w Szwecji i Norwegii, ale czy zajrzą i d naszej pięknej Królowej, no nie wiem… nie oszukujmy się, ale nasz Kronprins ładniejszy, choć starszy. Można się kompleksów nabawić. Żona piękna też, a tatuś już zwalony z piedestału i na wariackich papierach, więc wiecie, wsio się da wytłumaczyć, nie jak z emerytowanym dziadkiem UKeja. Tak to się robi w Danii.

Szach  mat!!!

Może lepiej było zwrócić się o reklamę do tych tam Kardashianów? No nie wiem, może jeszcze doczekamy się i takiej reklamy. Świat już się dawno skończył. Na razie chwilowo drobina śniegu znowu spadła, ciepło trochę przestało szaleć i ten tydzień ma być w końcu chłodniejszy. Mam nadzieję na mrozy, bo robactwo się budzi, a wiecie, ja z robactwem to jakoś niezbyt, serio…

Ech! Zimy mi się chce!!!

I ksiądza nam choruje.

No dobra, nie dokładnie nam, ale wciąż mnie kręci, że to babka!!! A, że choroba, to naprawdę smuteczek, bo jednak ludzie tutaj potrzebują księdza. Czy raczej pastora… no ogólnie wiecie, onej duchowej sfery. Nie wszystkim wystarcza las i kamienie. Moneta w wyżłobionej tysiące lat temu dziurze, ofiara złożona podziemnemu ludowi… niestety nie wszystkim. A szkoda…

Czasem się zastanawiam jak to jest być księdzem właśnie tutaj, gdzie natura naprawdę daje popalić. Chociaż to protestantyzm, więc pewno łatwiej niż z takimi katolikami. Oj na pewno łatwiej. I mniej kolorowo. Ale na razie wróćmy do pogody, która się schłodziła i ferii zimowych, co to się chyba zaczynają?

Taka niepewna jestem…

Chyba tak, bo reklamy mi się pokazują wszędzie z serii „winterferien i…” i proponują mi albo ciepłe kraje albo Wyspę. Ekhm, ja wiem, że podobno one algorytmy mają nas też utwierdzać w przekonaniu, że nic o nas nie wiedzą, ale to trochę przesada internety, no seryjnie!!! Żeby mnie… chociaż z drugiej strony, czemu nie? Może by tak człek wynajął sobie niepodmokniętą chatkę, poudawał urlop, wakacje, lenistwo jakieś? Tylko widzicie, nie mam pojęcia jak to się robi. Jak tylko siedzieć… jak tylko gapić się w telewizor, czy coś w ten deseń?

Czy coś innego się robi na tych wakacjach?

Widzicie, chyba nigdy nie byłam na prawdziwych wakacjach. Człowiek jeździł w różne miejsca, ale tutaj załatwiał importy egipskie, tam znowu padł i spał przez całe dwa tygodnie… więc czy to się liczy? A może jednak nie ma nikogo, kto ustalił jakiekolwiek reguły? Może można wszystko? Też pracować…

Ekhm?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i I po co?… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienne ostańce…

„Na plaży…

Oparte o piaskowe postumenty, na nich, przekrzywione, proste, wieżowate, latarniowe. Połyskliwe i matowe. Kamienie. I piasek. Poruszany wiatrem, przejściem ducha, krokiem niewidzialnego człowieka czy też zwykłego… nudnego niszczyciela. Korkiem, butem, poruszeniem, nie tak łatwe do obalenia, bo piasek potraktowany mrozem był twardy i buntowniczy. Nie chciał pozbawiać się swojej sztuki.

Onego piękna.

Za nic.

Spacer spacerem, ale i sztuka sztuką, a te kamyczki wyłuskane z piasku przez wiatry i morzy, one znaki wodne, których nic nie porusza, nie rozmywa, baseny wody, dziwne lustra porozrzucane… inny świat, to samo miejsce przecież. A może nie to samo? Może przeszliśmy przez lustro-welon-zasłonę i jesteśmy w innym wymiarze tego samego wciąż jednak świata?

Może?

A to tylko wieże malutkich księżniczek, da których ziarnko piasku to wielki głaz. W których świecie smoki są mokre i oblepione wodorostowymi wycinankami. No i oczywiście są książęta i cały ten szał ciał i uprzęży końskiej. I zły czarodziej, mag czy inny tam macoch, bo wiecie, na plaży to oni są właśnie źli… Taaak…

Zły Macoch!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I znowu wieje, potem nie…

Pola zielone, śniegi odwołane.

Dziwne ciepło w powietrzu, które sprawia, że wcale nie czujesz się wiosennie, ale raczej pleśniowo, niepewnie, strasznie. Naprawdę koszmarnie. Uciekasz w las czy na plażę, ale wcale tam już nie znajdujesz ukojenia. Piękno wciąż jest, czerwień zeszłorocznych liści, dziwne kształty, nowe głazy, które jakby dopiero narodziły się z ziemi… dotykasz ich i czujesz oną lepkość narodzi i nowości. Oną niepewność, oczekiwanie, te wszystkie pytania, na które drzewom przyjdzie odpowiedzieć.

I wodospady…

I strumyczki…

Las jest wilgotny, ale nie aż tak. Dzięki brzozy! Miękkie podłoże, jakbyś chodził po jakimś pieruńskim, najdroższym dywanie. Mszany, ale i iglasty… nic tylko się położyć i zasnąć. Tuż przy kamieniu, który zwę Dziadkiem. Cudownie omszonym, z grzywką, twarzą, niczym rzeźba z Wyspy Wielkanocnej. Niesamowity.

Kochany.

Wyjście do lasu po deszczu jest zawsze przeżyciem. Może i mokrym, ale jednak nie do opisania. Ta świeżość, ten chłodek, ale i ciepło, ta poświata wokół drzew, wszelaka puchata mszastość. Coś cudownego. Naprawdę. Coś, czego nie da się opisać, co trzeba przeżyć, zmacać i dać się zmoczyć. Szczególnie zimą, gdy spodziewasz się raczej mrozu, a dostajesz prawie rąbane tropiki przynajmniej w lesie jakieś śnieżne plamy, przynajmniej tutaj jakaś chłodna bryza, zieloność iglaków, bezlistność liściastych…

Prawdziwość?

A może już tylko wspomnienie…

Ech…

Może to wszystko już nie istnieje, a mi się tylko wydaje, że chodzę, skaczę, turlam się, doznaję… może naprawdę tej natury już nie ma? Gdy człek wsłucha się w te niezliczone nowe strumienie, strumyczki i malutkie, ale donośne wodospady, nagle odkrywające głazy i mszane poletka, nagle bawiące się ze starymi liśćmi, robiące łódeczki no i misie-patysie. Gdy tak człek słucha, to wie, że coś w tym jest więcej, coś, co powinien zrozumieć, ale jednak mu umyka…

I wkurzam się na siebie, chociaż tak naprawdę, przecież wiem… wiem o co chodzi. Wszyscy wiedzą, ale jednak tak niewielu robi cokolwiek. Mniej niż niewielu. Właściwie tylko te porąbane jednostki uznawane za świrów i tak dalej. Przytulajcie drzewa póki są. Bo co, jak znikną… a znikają tak szybko. Zbyt szybko. Jak mnie to niemiłosiernie wkurza, to nie macie pojęcia, ale mogę sobie tylko pokrzyczeć na własnym blogu i tyle. Bo obecnie cokolwiek powiesz przeciwko założeniom jakiegoś tam rządu-zarządu, od razu jesteś niekulturalny, mało obyty, pewno nie dostrzegasz sztuki w tym wszystkim, ogólnie niewrażliwa z ciebie małpa…

Dlaczego znowu niewrażliwa? A widzicie, bo to rondo, na którym mają postawić ten smerfny domek w kształcie kościoła, co jest kilka kilometrów dalej, a które ma drzewo obecnie czczone… no właśnie znowu się ogni. Wycięcie drzewa oczywiście nadal planowane, ale jak ludzie powiesili na drzewie szmatki, to oskarżono ich o niszczenie zieleniny. Ja przepraszam, ale to już raczej były wieńce pogrzebowe… przecież i tak wycinacie oną pięką lipę, więc jak można jej bardziej zaszkodzić? No serio? Weźcie i mnie uświadomcie artystycznie. Człowieka z artystycznym zacięcim, tytułami naukowymi i całym tym szitem…

No proszę…

To, że Dania gnije od środka, ale fasadę trzyma odkrywa się nagle i boleśnie. Szkoda, że ta cała zgnilizna dociera i do nas. Z drugiej strony, przecież zawsze tu była. Durne pomysły, wielkie plany, kopa kasy w błoto, ale co tam, event jest. Zostaliśmy wyspą świata jakiegoś tam chyba pisemka, czy czegoś… W USA, więc nie wiem  co chodzi, ale nic to. Myślicie, że to przez wykupioną w Vogue reklamę?

Of course, Darlings!!!

Tylko niech nie wróci temat odpadów radioaktywnych, które chcą nam zrzucić na dachy… błagam! Bo wciąż nierozwiązany, a wszystko się wali.

Obrzydliwie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienne ostańce… została wyłączona