Pan Tealight i Jebana Pełnia…

„Niby wiecie, można się było jej spodziewać. Tego zimnego blasku, dziwnej poświaty, mącenie umysłów, paraliżowania członków… w końcu był dość mocno regularny. Ale wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta miała dziwny stosunek do księżyca, a już z pełnią jako taką, to stosunków mieć nie chciała żadnych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4536

Z cyklu przeczytane: „Zanim zniknęła” – … dobra. Zabrzmi to dziwnie, ale chyba znalazłam książkę, jakiej jeszcze nie było. No dobra, nie było współcześnie, tak d końca. Nie ma wyprasowanego, łatanego wielokrotnie tematu choć…

… opowiada o zniknięciu córki…

Powieść jest niesamowita. Właściwie wszystko już się wydarzyło, ona zniknęła, ale jej matka wciąż ma nadzieję. I szuka jej. Straciła już rodzinę, dwaj synowie tylko ją odwiedzają, ona mieszka w letnim domku i czeka… na jakiś znak.

Książka doskonale oddaje wszelkie emocje rodzica utrudzonego, zmęczonego, przerażonego, ale też tego pełnego nadziei. Tego, który nagle się dowiaduje, że tak naprawdę wcale nie znał swojego dziecka. Wcale nie zna swojej rodziny. Wątki pobczne wyłącznie pogłębiają oną… hmmm, otoczkę, którą widzą wszyscy, którą akceptują, ale też dzięki niej nie widzą…

PRAWDY.

Mocna i niesamowita, świetnie spisana, z jednej strny delikatna, z drugiej mocna i brutalna, z zakończeniem, któreg sie domyślałam, a jednak…

… i tak mnie poruszyło!!!

Bardzo polecam!!!

IMG_5659

Czereśnie…

Na Wyspie nie ma wiśni.

Tak serio to nie wiem, czy Duńczycy wiedzą w ogóle, że istnieją wiśnie, ale mamy na oczywiście czereśnie. Maciupkie, małomięsne… he he he, ale za to pzesłodkie. Właśnie dojrzewają, więc oblepiają je nie tylko ptaki, ale i ludziszczaki. I to wiecie, wszyscy. Na szczęście my mamy jedną pod oknem, co znaczy, że daleko iść nie trzeba. Ale… poblem jest taki, że kmuś sie chyba coś poplimkało i poobcinał dolne gałęzie. Czereśnia jest wysoka, wiekoa, słodziutkie ma owocki, maciupkie, pewno cudne na zupę lub kompot… Jadaliście takie słodkie zupy? Wiecie, za małego? Pewno nie, przeca w biednych czasach wychowywali się ci 40 plus… ale owocowa zupa, szczególnie pita w formie chłodnika jest miodzio!!! Babcia robiła najlepszą!!! Właśnie z dzikusek, wiecie, żeby wydobyć cały smak i ze skórki i pestki i miąższu, który tak serio prawie wcale nie istnieje.

No to mamy czas czereśni…

Poza czereśniami dostępne: młoda kapustka i cebula. No i w Allinge są wyspowe kalafiory!!! Sero!! I to tylko i wyłącznie tam, czego kompletnie nie rozumiem, bo rok emu były w Dagli chyba na całej Wyspie. No ale, jak ktoś pragnie prawdziwego jedzenia, i tak odnosi sie to obecnie też i do warzyw oraz owoców!!!, to zapraszamy. Smak jedyny z swoim rodzaju. No i jeszcze są oczywiście ziemniaczki w różnych miejscach a mi się udało nawet dorwać maliny!!! Aaaa!!! Są czerwone porzeczki, ale wiecie, to jednak nie truskawki. Poza tym dość ubogo. I to chyba jednak głównie chodzi o kradziejstwa… ale nic to. Miesiąc się kończy, sierpień się zbliża, a to oznacza, że w końcu duńskie złe dzieci wrócą do szkoły!!! I te wielkie rodziny przestaną się panoszyć po Wyspie. Wiecie… bo jak obecnie się dzieci nie wychowuje, to strach się bać.

I to bardziej tych najmłodszych.

IMG_4555 (2)

Uwaliłam się wczoraj na kamieniu nad Gråmyrem i stwierdziłam, że spróbuję spokoju. Nawet mi wyszło przez kilka minut. Wiecie, onego leżenia na rozgrzanym głazie, może niegdyś otoczonego innego stojącymi głazami, może nawet ołtarzu znaczonym dziwnym, pogańskm krzyżem… z jednej strony woda i lilie, z drugiej piękny dom, dość wiekowy, ale bez przesady, dziwna opoka i strażnik.

Oczywiście są i żaby i te piękne błękitne ważki.

Jakie one są niesamowite.

Leżysz tak i nie wpatrujesz się w niebo no, chyba że jednym okiem, bo przecież słońce akurat po trzeciej świeci tak, że wali ci w twarz, więc starasz się od niego trochę osłonić. I nagle czujesz, po raz pierwszy, że mógłbyś tu zostać. Przechodzi ktoś z goldenem, osobnik w różowej koszulce, ale nic to. Nie ma nikogo, bo przecież jesteś tutaj tylko ty i te żaby i ważki i ptaki śpiewające tak czarownie.

A leżącego przecież raczej nikt nie ruszy, co nie?

Może to jest sposób na to, by ludzie przestali człowieka zaczepiać? Kłaść się gdzie popadnie? Wiecie, odmawiając rozmowy, kulić się, niczym przed atakiem zwierza jakiegoś…

Może?

Po raz pierwszy mogłabym chyba tak zostać, wiecie przynajmniej na dłużej, a mi się to nie zdarza. Oj pewno zmoczyłby mnie deszcz, bo w nocy będzie lało, a kolejny dzień będzie wilgotny i zimny, ale nic to. Może tak zostać tutaj na zawsze? Pocałuje się jakąś żabę i zwyczajnie wiecie, zmieni w jakiego ropuszka żeńskiego? Chociaż nie, no reumatyzmu się nabawię od tej wody i oczywiście będą mnie te lilie gilgotać. Nie no…

Trzeba wstać. Nie ma innego wyjścia.

Tylko po co? Może nadam się jednak na nimfę szuwarkowo-bagienną, wiecie, taką po best before i jakoś tak, no jakoś tak się będę pałętać po onych mokrościach z szatą porwaną, mokrą i pześwitującą… eeeech, to chyba już nie, no i jeszcze ono włosie bujne, eee, chyba peruka, czy doczepy…

Może jednak wstać?

IMG_5813 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jebana Pełnia… została wyłączona

Pan Tealight i Kurna nędza…

„No powiedziała to. Naprawdę doprowadził ją świat na skraj tego miejsca, gdzie już nic dobrego nie mogło się stać, nic, czego pragnęła, chciała… ale jednak wciąż zachowała wiecie, ladylike personality, więc nie mogła zacząć od najstarszego zawodu świata, więc stanęła na skale i wrzasnęła:

Nosz Kurna Nędza… –

I ona przyszła…

Ona Kurna Nędza.

Przyszła oczywiście w dość przewidywalnym stroju, w szmatkach jako tako trzymających sie siebie wzajemnie do kupy. Kolorowych, wszelako nadżartych, naderwanych, ale też i jakoś tak po prostu doskonale ze sobą połączonych. Tworzyły naprawdę malowniczy patchwork, choć może nie każdemu się takim wydawały… No i wiecie, w tej chustce na głowie, w tych podoczepianych dzwoneczkach, jakby była co najmniej trędowaym z czasów zaprzeszłych… a może i była? No i oczywiście z wózkiem. Wiecie, takim z supermarketu, do którego podoczepiała kolorowe balony, sznurki i wstążeczki, który wypełniła foliowymi torebkami z różnych dyskontów i poduszkami, które dało się dostać od kogoś… i z latawcem chwiejącym się ad tym wszystkim, choć akurat nie było wiatru i jeszcze… wiecie, z tym specyficznym zapachem.

No cóż, wszystko w zestawie.

Nie da się tego rozłączyć. Kurnej Nędzy i jej mocnego, zniewalająceg wszystkie zmysły, wdzierającego się w człowieka przechodzącego we wszystkie jego pory, czepiającego się wszystkich włosów, nawet tych intymnych i oczywiście sprawiającego, że nososzne ciuchy i ozdoby były do wyrzucenia… Zapachu.

No chyba że polubiłeś jego unikatowy aromat.

No chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1094

Z cyklu przeczytane: „Ulubieńcy” – … ale? Czy naprawdę tak jest, że matki wolą jedne dzieci od drugich? Jest. Wiem to na swoim przykładzie, ale powiem wam też, że chujowo takie matki kończą… też przykład własny.

A co jeżeli się w końcu zemścić? Na tych wychuchanych, ukochanych, dzieciach, które choć z tych samych rodziców, to jednak mają inne prawa. Lepsze rzeczy, łatwiejsze życie, mniej kar… wiecie, onych siostrach Kopciuszka!!! Tylko, że zabijanie to niezbyt wielka kara? A końcu co one poradzą na to, że są bardziej kochane? Ale przecież dzieci uczą się wcześniej o tym, jak manipulować dorosłymi. W jaki sposób korzystać ze wszystkiego. Dzieci są okrutne i mściwe… więc dlaczego nie?

Dlaczego nie pomóc Kopciuszkom?

Powieść jest niesamowita. Pokręcona, z jednej strony okrutna, z drugiej kurcze dziwnie prawdziwa. W końcu dochodzi do zemsty, o którą tak wielu się modliło… której tak wielu pragnęło, choć wstydziło się do tego przyznać. Jednak… policja musi znaleźć zbrodniarza. Jak to zrobić, gdy ten wyprzedza ich zawsze o co najmniej krok? Jak to zrobić, gdy porwanie jest takie łatwe?

Dobra powieść. Naprawdę. Na pewno różnie odbiorą ją rodzice, dzieci, oraz ci z nas, którzy byli tymi gorszymi… Warto.

IMG_5660

Kolejne prmiery…

IMG_1722

Najruchliwsza droga…

… okay jedna z najruchliwszych i co? I na środku stoi baba, na podwójnej ciągłej, bo zdjęcie se robi. Z racji, że nie ma mi już co opadać, to wiecie, po prostu tylko klnę. A tamci uchachani, że przecież no lato, no wakacje… w dupie mają to człowieka właśnie wezwali do roboty, bo cholerne maszynki, do których Chowaniec pisał program się znowu zjebały, bo postarzanie produktu i tak dalej i nagle parkometry w portach nie działają…

Serio?

Stanie na drodze?

Kurwa?!!!

Pomijamy fakt nieużywania migaczów? Czy serio ludziom pourywało wszystko? Bo jeżeli tak, to może nie powinni jeździć? Może… Nie no. Wszyscy wiemy o co chodzi. Prawda jest taka, że nie ma kar. Za porno dziecięce jeszcze wsadzają do ciupy, ale niestety chronionej, więc sorry, ale porządku z nim nikt nie zrobi. Za to za każdą inną zbrodnię, złamanie przepisów poklepią po pleckach, dadzą psychologa. Czasem może jakąś karę finansową. Ale czy coś więcej?

Cokolwiek?

Ten świat nie karze winnych.

Nagradza ich. Sprawia, że młodym idiotom ścigającym się po ulicach zrobią jakiś jebany tor tutaj, na cichej Wyspie. Bo przecież młodzi się muszą wyszumieć. Kurna jak chcą się wyszumieć, to do roboty, kamienie tłuc, sprzątać, pieluchy zmieniać staruszkom. W końcu zrozumieć, że ten świat boli, że jest straszny, że odebrano biednym i starym wszystko i dano kurna… tym, którzy mają wszelkie siły…

Pomijamy fakt ślubów z młodymi Tajkami i wszelakimi uległymi Azjatkami? A tak. Nie jest to nowa moda w Danii, ale ilość starych facetów poślubiających młodziutkie, właściwie jebane dzieci wciąż, wzrasta strasznie. Rzygać się chce. Ale macie swój nowoczesny świat. Żaden face nie weźmie normalnej kobiety z okolicy, bo po co jej ktoś, kto ma rozum? Kto umie powiedzieć nie? Po kiego grzyba taki problem, o sami pomyślcie. Ale jeżeli wydaje się wam, że to tylko sprawa damsko-męska, to buba! Sąsiad właśnie poślubił młodziutkiego Azjatę.

I ja nie mam więcej pytań.

IMG_7031 (3)

Eeee…

To chyba ino dla zainteresowanych. Nie mam pojęcia kim jest ów Kessler… wygooglałam sobie of course, ale i tak wciąż mam to gdzieś. No wiecie, jednakowoż podniecenie mediów trochę mocno człeka rozbawia. Tym bardziej, że przecież skupili się na jego dziewczynie i ich dziecięciu zwanym księżniczkom, bo toto ma wózeczek ze złotymi elementami. I wiecie, teraz jest polowanie na Czerwony Październik, znaczy no na ów wózeczek… jakby to było ważne. Po pierwsze, jak już są na wakacjach, to niech sobie będą i odpoczną, a nie ludzie będą teraz za nimi latać i wózka wypatrywać. Zresztą wsio można sobie na jej blogu obejrzeć.

Ech…

Tomasz Kluczewicz komisarzem policji… eee… nie no, niezłe. Trzeba przyznać, że facet musi mieć jaja, że sobie choć imienia nie zmienił, no ale. Jest sobie komisarz policji, którego nazwiska żaden miejscowy za nic nie wymówi. Czujecie to? Dość wysokie stanowisko i nagle trzeba się zapytać, gdzie on jest, tudzież, coś napisać i kicha… KLUCZEWICZ. Dobrze, że nie Brzęczyszczykiewicz ludzie!!! Ha ha ha!!! Oczywiście pan komisarz ślicznie po duńsku mówi, ale podpisy i tak dostaje. Wiecie, to taki przytyk nacjonalistyczny. Nie no, nie dotyczy ino Polaków, bez przesady, podpisy dostaje i przyszła królowa i oczywiście sam mąż królowej.

Serio…

A wiecie, co w tym najśmieszniejsze? Że język duński został uznany za ten, który jest najbardziej niezrozumiałym dla samych Duńczyków!!! I to słychać. Niby ze sobą rozmawiają, niby coś, a jedno drugiego nie kuma. A już na Wyspie z tymi wszystkimi dialektami… jesteśmy pogrzebani w chrząkaniu, odpowiadaniu NEEEEEJ, na wszystko, bo się da, to odpowiedź na każdą emocję… i po prostu kiwanie głową oraz uśmiech. I chyba zacznę pić, bo wszyscy piją, no i wiecie, to podobno dobra sprawa na wszelkiej maści problemy. Podobno?

Jak myślicie?

IMG_7039

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kurna nędza… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Zasmucona…

„Taka była jakaś ostatnio.

Zasmucona, przybita, poddająca się, nawet niestarająca się walczyć. Dziwnie milknąca, uśmiechająca się oczami, skrzywieniem ust i powiek, w które jednak nie można było uwierzyć. Jakby miała coś przyczepione do twarzy, albo jakby może coś od środka poruszało mięśniami, ale jednak nie była to ona…

Jakby była wyłącznie pustym naczyniem.

Ale jeżeli tak, to co się stało z Wiedźmą Wroną Pożartą? Czy zeschła się tak jakoś kompletnie i po prostu opadła gdzieś poniżej kolan… może w okolice stópek nawet? I tylko jej ciało udawało, że wciąż jeszcze żyje, że wciąż jeszcze kto tam jest, że działa, myśli i wszelako jeszcze tworzy. Ale poza tym wszystkim, wielki smutek i wszelaka depresja złapały ją, wyusiły, zdeptały, pocięły na konfetti i jakoś tak…

… zdechły do końca.

A oni niczego nie zauważyli, no bo przecież wciąż chodziła, gadała, nawet pisała. Wciąż docierała do kibelka i czasem zdarzały się jej bączkowe przypadki, ale jednak… coś było nie tak. Nie do końca tak. Tylko co teraz? Podlać ją? Nadmuchać? A może wystarczy czymś nawieźć? A może jednak… sama powstanie? Może w ten sposób się chowa? Może naprawdę ma już dość? Do końca dość.

Ale ten smutek był przerażający i co gorsza, oczywiście zaraźliwy. Ojeblik – mała, ucięta główka rwała sobie włosy z czachy, a Wiedźmy z Pieca przestały zdobić sobie kiecki. Z Księżniczkami i Królewnami też nie było dobrze, nawet Jednorożce i Smok z Komina… no po prostu coś trzeba było zrobić.

Tylko co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones

IMG_8625

Z cyklu przeczytane: „Diabelska gra” – … nadal. Nadal nie wiem, czy lubię tę bohaterkę, czy jednak nie. Czy jej ciągłe wspominanie przeszłości działa mi na nerwy, czy jest logiczne? A może lubię tylko jej przyjaciela? Prawdziwego. Zwyczajnego… który ma swoje życie?

Nie wiem.

Ale powieść jest intrygująca!!! Tym bardziej, że dochodzi do starcia dwóch silnych osobowości, naznaczony. Tej dobrej, choć poranionej i złej, czysto socjopatycznej. I oczywiście jak zwykle faceci nie wierzą w babską socjopację. Wiecie jak to jest, gdy jesteście kobietą? Faceci nie uznają tego, iż możecie coś wiedzieć… muszą sprawdzić sami, tudzież od razu twierdzą, że nie jesteście w stanie myśleć aż tak. I widać to w tej powieści ogromnie mocno!!!

Naprawdę świetna, druga moja powieść tej autorki. Chyba jednak czekam na więcej. Chyba raczej na pewno nabędę kolejną część, bo na szczęście bohaterka się zmienia. W jakiś sposób ewoluuje i drugi tom daje nadzieję na coś jeszcze więcej. Coś głębszego. I choć wciąż nie do końca ujmuje mnie sposób narracji i pisania autorki, to jednak się przełamuję. A co…

Zrobię to dla psów!!!

IMG_5671

Słoneczne dni przetykane lekko mokrymi wieczorami. No po prostu pięknie jest. Temperatura idealna, aż człek se myśli, że to niemożliwe, by tak było. Mewy wrzeszczą znowu wieloma językami, wrony im wtórują. Bo wiecie, tak to już jest w czasie sezonu, że naśladują ludzi. Jakoś chyba robią sobie z nas jajca, choć kto je tam wie. Większość już wysiedziała młode, niektóre szykują się z ptaszencjów do ponownych narodzin, więc tupot małych łapek na rynnie i w jej wnętrzu obecny. Znowu z kibelka słychać naparzanie się wróblowatych.

Milusio…

Wszystko pachnie, kwitnie… jakoś tak jest bardziej wietrznie w tym roku, jakoś tak bardziej wyspowo, normalnie. Wiecie, tak jak człek pamięta z przeszłości. Tej bardzo dziwnie dawną się zdającej. Omiata se człowiek zioła i róże i nagle, jakoś tak bliżej ziemi w końcu czuje się troszkę bardziej wyluzowany. To ostatnio chyba jedyny sposób na stres. Ziemia, liście, kwiaty. Wiecie, zwykłe wyjście na zewnątrz i zerwanie sobie kwiatka czy dwóch do wazonu. Tak po prostu. Dzikich, lub róż. Bo przecież po to tutaj są. I tak jesienią trzeba będzie je podciąć.

Gdyby tylko jeszcze było jakoś spokojniej na świecie, można by pomyśleć, że to raj… ale nie. Wyspa nadal ma całą masę problemów. Przerzucana między jednymi politycznymi i drugimi, jakoś tak się ledwo trzyma. Jakoś tak. Ale widząc kolejnego faceta w wieku dziadkowym poślubiającego młodą Tajkę… mam problem z myśleniem o tym jako o miłości. Bardziej jak o kupowaniu sobie pielęgniarki na potem, ale tutaj to chyba norma. Czy to dlatego, że Tajki są grzeczniejsze, bardzo usłużne i tak dalej… wiecie, no uległe, a Dunki nie dają sobie w kaszę dmuchać? Chcą być sobą, chcą zaznaczać swój teren. Z jednej strony chcą ogrodów, kwiatów i wszelakiej rodzinności, ale chcą też pracy i podróży, więc najczęściej żyją po polsku. Wiecie, tak tutaj się mówi na tych co żyją bez ślubu. Choć to takie dziwnie duńskie, to jednak z onej drugowojennej zaprzeszłości wywodzące się powiedzenie, wciąż jest tutaj jakoś tak… trwałe.

W internetach znowu marudzą…

Lepiej to wyłączyć i iść do lasu. Gdyby tylko nie ci ludzie…

IMG_7064

No dobra, zostańmy w domu. Bo przecież mieszkam na Wyspie, więc właściwie podług większości świata mam wiekuiste wakacje. Ale wiecie jak rozpoznać Tubylca w gromadzie Turyścizny? Po pierwsze będzie depresyjny i wkurzony jednocześnie, a po drugie w ciuchach całkowicie roboczych. Bo wiecie, my dopiero wyleźliśmy z pracy, albo do niej idziemy, albo w niej jesteśmy…

Gdzie wyjeżdżają Tubylcy?

No to różnie. Ale one Tajlandie są nadal wysoko w rankingach. Potem chyba wszelakie inne ciepłe wyspy. Jakby kurcze nie mieli tego samego tutaj. I to czyściejszego? No dobra, może woda trochę zimniejsza, ale bez przesady.

Przynajmniej rekinów jeszcze nie mamy.

Jeszcze…

Ogólnie mówiąc pogoda seryjnie spacerowała i taka do leżenia na zewnątrz i odpoczywania. Tylko żebym jeszcze wiedziała jak to się robi? No nie umiem, od razu mnie nadgryza poczucie sumienia, potem zaczyna mi żuć prawą stopę, zawsze zaczyna od prawej, nie wiem dlaczego… może smaczniejsza, czy coś? A może jednak nie? Nie wiem, nie próbowałam, zawsze wychodziłam z wrażenia, iż obydwie mam taka samo zajebiście smaczne. Może się myliłam?

Kurcze…

A wam jak lenistwo wychodzi? Tubylcom serio fajnie. Większość leniuchuje jak już wszystko zrobi, ale spora część zwyczajnie lubi siedzieć sobie w ogródkach i patrzeć w przestrzeń. Oczywiście zawsze z zapalonymi świeczkami – głównie tealightami, o które teraz jest wielka gównoburza w eterze, bo podobno gorsze niż białe pieczywo i tak dalej. Ogólnie mówiąc, to może lepie nie relaksować się, bo zaraz wyjdzie, że to złe ekologicznie i ktoś mnie poleje farbą i to nie niebieską? Zieloną na przykład, a ja w zielonej niezbyt i pomarańcz też mi nie leży…

IMG_7103

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Zasmucona… została wyłączona

Pan Tealight i Złoty Łoś…

„No przecież był cielec, to czemu nie łoś? Co to za brak równouprawnienia, co? Co to w ogóle za brak wszelkiego zainteresowania się pragnieniami rogacizny? Przecież takowe bydło rogate, łosie, jeleniowate i inne też mają swoje marzenia i pragnienia! Przecież nie można tak wywyższyć jednego, a innego olać. I jeszcze potem wsuwać we fleksję jako coś totalnie negatywnego.

Ty łosiu… no przeca jak to brzmi kurna!!!

No jak?!!!

Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta założyła zakon męski, zakon Złotego Łosia!!! Dlaczego męski? Bo od nadmiaru bab miała migreny, a faceci, no wiecie, zawsze jakoś tak lepiej w onych szlafrokach ze sznurkami wyglądali. To jednak niezbyt twarzowa dla formy kobiecej konstrukcja strojna. No i wiecie, podobno trza się golić na głowie, a cała reszta może zarastać, nie nie nie… ale regułę oczywiście ułożyła sama Wiedźma. A bo co? Jakieś protesty? Jakieś pretensje?

Jakieś ansje?

Ogólnie mówiąc, to nawet Pan Tealight nie do końca się orientował o co chodzi w tej regule, sposobach czcenia i ogólnie mówiąc co tam będą czcić i do czego się modlić. A może powinien był zapytać o co będą prosić i błagać?

Może lepiej było się dowiedzieć? Wiecie, podpytać ją, może naćpać mleczkiem z Makowej Panienki, świeżutkim… aczkolwiek zanosiło się na to, że ona sama panienką długo nie pozostanie, bo nagle się okazało, że jeden z Mikołajów Nieświętych zapłonął do niej takim uczuciem, że gaśnicy musieli użyć. Może lepiej podpytać? Bo jak na razie zainteresowanie było spore. Faceci oni bardzo szczuplisk oraz mięsisk, właściwie pozbawieni tkanki tłuszczowej, zrzucali trykoty, rękawice, buty i kaski, porzucali rowery – więc od razu Wiedźmy z Pieca komis założyły przydrożny – no i narzucali na siebie, często przykrótkie, szarawo-burane łaszki.

Dziwnie aż nazbyt chętnie…

Przerażająco.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1226 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niepoliczalne” – … mocna. Ciekawe, że pojawia się właśnie na wakacje. A może i o to chodzi? Żeby w wakacje przemyśleć parę spraw? Jak własne zdrowie? Jak… życie?

Kolejna poważna książka podnosząca nie tylko temat zaburzeń odżywiania, ale też i nastoletniej ciąży. Opowieść o dojrzewaniu, poświęceniu, o egzystencji, której nie można zwać życiem. Ale ona chce zrobić przynajmniej to w swoim życiu – ze swoim istnieniem. A może tylko to? Może jeden człowiek uratuje drugiego człowieka? Ale czy można zwalać taką odpowiedzialność na dziecko?

Kiedyś jedna z młodych matek powiedziała mi, że nie mogła uwierzyć, że tak po prostu pozwalają im wyjść ze szpitala ze swoim dzieckiem. Tak zwyczajnie. I właśnie tak zwyczajna jest ta powieść. Historia walki o każdy kęs i o miłość. O rodzinę. O coś, co mogłoby się wydarzyć. Spisana prostym językiem, ale nie stroniąca od retrospekcji, od dziwnej, współczesnej samotności…

Piękna książka, ale nie ciężka jak mogłoby się wydawać, Prawdziwa, ale jednak i zwyczajna. Codzienna, jak choroby nas wszystkich, Jak nasze codzienne walki i zmagania. Historia o tak naprawdę trzech kobietach: Heddzie, Rose i Niej. Warta przeczytania przez nastoletni świat.

IMG_8826

Niektóre pola już pożółkły.

Niektóre maki już powiędły. Niektóre liście nabrały już onej dziwnej, przyciężkiej zieleni… ale za to wyłażą malwy. One są po prostu nie do zdarcia, a ja mam z nimi takie problemy jeszcze z dzieciństwa. No wiecie, uraz mam i tyle, nic na to nie poradzę, piękne są, ale kiepsko mi się kojarzą, więc na zdjęciach owszem, ale wiecie, pod swoim domem nie mam. Za to poglapić się na nie, no baja!!! Szczególnie przy tych domkach szachulcowych, przy onych kolorowych chatkach. Przy tych pomarańczach słomianych, ceglastościach, pomarańczach i krwistościąch. No pięknie wyglądają. A do tego drewniane, białe okna, w które zaglądają… podobno wróci u nas moda na zasłonki, bo jedno nastoletnie coś nagrało parę, która robiła to, co pary robią i wiecie wysłała im filmik. Bez PRZYPADEK podobno wysłała go też całej masie ludzi i jest wielka sprawa. Czy serio będziemy teraz mieli zasłonki? Firanki kurde może jeszcze? Nienawidzę… W końcu Wyspa słynie z tych otwartych okien prześwitujących światłem przez całe pokoje na wylot. Tymi wystrojami w nich, onymi figurkami i wiecie, wszelakimi drobiazgami. Takie dziwnie otwarte na wszystko, nie skrywające szkieletów w szafach… znaczy…

… eee za oknami.

Sprawa sprawą, ale młodej chyba hormony poszalały i wyrok jednak jakiś będzie, bo wiecie, u nas zwykle wyroki są odpuszczane. No bo przecież się dzieci wyszaleć muszą. Kurde, dzieci. Obecnie dzieckiem się jest do trzydziestki minimum.

A spotykam i większe bachory!!!

Wróćmy jednak do malw.

Bo to w końcu temat bezpieczniejszy i jakoś taki milszy. Cudne są takie, wysokie i wyrastają z betonów, a przynajmniej tak się wydaje. Wiecie, zimą nie ma ich w ogóle, a latem nagle pojawiają się patyki, pchają się ku niebu po drodze wypuszczając kwiaty. Od dołu do góry… i w końcu gubiąc płatki. I czerwone i karminowe, bordowe i lekko fioletowawe. Są białe i kremowe, a nawet takie bardziej ecru. Można się zakochać w ich środkach fallicznych, które zaglądając w szybki lekko je opylają. Jedyne co przeraża, to kurcze brak pszczół i tylko pojedyncze bączki na płatkach.

Smutne to, straszne to…

IMG_0755

A poza malwami oczywiśce cała reszta zieleninki.

Na przydrożnych stoiskach jednak pustki.

Szerzące się kradzieże – już teraz nie tylko kasy, ale i towaru, bo w Danii obecnie wszędzie właściwie można płacić mobilepayem – sprawiły, że ludzie odchodzą od onej niesamowitej tradycji. A kiedyś było tak miło… choć może to i wina pogody. Pola malinowe zniknęły. Kwiatów też o wiele mniej. Jakby wszystko jakoś wyginęło, jakbym kurcze znowu miała powiedzieć, że MIAŁAM RACJĘ!!! Znowu coś rozpylili, jakby chcieli sobie poszaleć nim im zabronią na amen i zawsze.

A pola… wiecie, że pole pod moim oknem nie tylko ciężkie od kłosów, niziutkie oczywiście, ale przede wszystkim już totalnie złote. Ale jakoś tak dziwnie złote, jakby nie do końca było pewne onej złotości, no i ta ilość ziaren trochę przeraża na chudawych łodyżkach. Co jak co, ale to nie jest normalne. I jakoś tak ptaszencje pole omijają ostatnio, dziwny traktor po nim jeździ wyłącznie nocą i świeci mi w okna niczym porąbany ufok na sterydach.

Co jak co, ale natury w tym niewiele.

Na innych polach dziwne cichości. Jakoś tak kucze mało czegokolwiek. Mało tego, co ma dać jedzenie, mało tego, co w ogóle się światu przyda. Jakoś tak… smutno. I nic nad tym nie lata. Motyle można policzyć na palcach jednej ręki, o pszczołach już przestaję wspominać, bo tak. Bo mnie to przeraża. Aż zbyt strasznie. Idę se coś łyknąć.

Człek nie da już dźwignąć codzienności na trzeźwo.

Oj nie.

IMG_0746

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Złoty Łoś… została wyłączona

Pan Tealight i Grotto…

„Ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta przebywała w niej co noc. Jaskini, która sama odkryła, zdobionej rzezanymi symbolami, ale i malowanej, z małym szkieletem po środku i dwoma wnękami przy wejściu, wystarczającymi by przysiąść, wniknąć w skałę… Siadała w jednej z nich i czuła, że świat się jej znacznie nie zgadza. Że coś ją woła, wzywa, ale nie daje możliwości, by przybliżyć się do onego miejsca, które tak głośno wołało. Że coś ją popycha, ale też miesza w głowie i…

Nadszedł dziwny czas i nic nie pomagało. Nawet nowy łapacz snów z czarnymi niczym bezpieczeństwo piórami. Piękny upragniony, a jednak… od czasu, gdy zgubiła, a raczej, gdy morze zabrało jej ukochane wisiorki, coś ją powoli zabijało. Kawałek po kawałku zjadało i nie wypluwało. Nie żeby miała coś przeciwko odgryzieniu kawałów tłuszczu z pośladków, udek, czy brzucha, ale jednak…

Bała się…

Od dłuższego czasu siedziało w niej coś, co naciągało wszelakie sznurki lęków, obaw i przerażeń i bawiło się nimi. Wygrywało na nich dziwne melodie, splatało je ze sobą w najprzeróżniejsze wzroki, makatki i dywaniki… tkało z nich poncza i inne tam wdzianka, a nawet podobno plotło koszyki i kapelusze. Bo to w końcu sezon na takowe ustrojstwa, czyż nie? Jak nic dobrze by się sprzedawały… a z płynnością finansową Wiedźma Wrona Pożarta miała zawsze problemy. Ile by nie pracowała i tak jej nie płacili, albo płacili tyle, że świat sie śmiał…

… więc bała się.

Bała się wszystkiego, każdy nagły dźwięk zmuszał ją do dziwnych akrobacji gimnastycznych, każdy cień sprawiał, że krzyk wiązł jej w gardle i nie pozwalał oddychać, coś w piersiach dusiło, coś gdzieś siedziało na klacie, a nawet w nią tupało, a nawet i dźgało… a nawet…

Bała się.

Dlatego pojawiła się ta grota.

By mogła się schronić, uciec, być pewną, że nikt jej tutaj nie znajdzie. Bo nikt było dobrym uczuciem. Grota pełna intrygujących symboli do zbadania, tajemnic do odkrycia, ale i wnęk by schować się nawet wtedy, gdy grota nagle stawała się czymś zbyt wielkim, odkrytym i widocznym… I nikt nie był pewien, czy jest to tylko zbyt częsty sen. A może już dawno nic nie było snem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1122

Z cyklu przeczytane: „Skazani na sukces” – … trzecia. Koniec. Kolejna trylogia Echols za nami.

„Flirt roku”, „Para idealna” i „Skazani na sukces”, czyli cudowna mieszanka nastoletnich hormonów, wszelakich miłostek i tego całego dojrzewania do dorosłości. Jak to ktoś opisał: słodkie i pogodne, czyli doskonałe na wakacje. Parafrazując. Typowa Echols. Wiecie, pragnąca szczęśliwych zakończeń i tego, by wszystkim było dobrze.

Najlepiej kupić od razu wszystkie tomy. Jak znam życie, ci co się zagapią mogą nie poznać końca, albo środka. A jeżeli chodzi o zakończenie tego… właściwie albumu. Opowieści o trzech parach. To jest po prostu perfekcyjny w swej słodyczy. Ona jest zdyscyplinowana, ok znowu szalone. A przeciwieństwa wiadomo – przyciągają się. Ale czy im się uda? Czy wiecie, to co zaplanowane, już ułożone, należy zmieniać? A może jednak nie rezygnować z pewności?

Które uczucie jest prawdziwe? Czy ważniejsza jest wygoda i pewność, czy jednak drobina szaleństwa w życiu? A może uda się mieć wszystko?

IMG_8818

Pada.

Ale cudnie jest, gdy pada!!!

Po prostu… ten zapach, ta świeżość, ona cudowna miękkość powietrza i jeszcze zapadający zmrok. No dobra, może i jest po 22giej i wciąż jasno, ale jednak to już nie jest to jasno rażące w oczy. I nie trzeba podlewać ziółek w ogródku!!!

Za miedzą mamy taki ekologiczny ogródek/pole. Wiecie, odkrywają na nowo nawożenie świnkami, mają nawet dwie osobniczki do spulchniania gleby i wyżerania starych buraków i pyrek, no i do wszelkiej tam świńskości. Strasznie to słodkie, choć czuć… no ale wiecie, przynajmniej czuć normalnie, znajomo, po świńsku! I nagle co!!! No olaboga!!! Otóż okazało się, że w truskawkach – cena obłędna, więc człek się nie naje – jaja złożyły sobie kuropatwy. Teraz trza będzie troszkę ostrożniej wokół onego nowego przychówku chodzić, ale fajne to. W końcu i kuropatwy i bażanty od czasów wszelakich polityk agrarnych mają przesrane. Wycinają im schronienia, kończą się krzaczki, bażanty robią za kury na moim trawniku razem z wronami i mewami… więc fajno, że przynajmniej będą nowe maluchy kuropatwowe. Słodkie ptaszki.

Podobno w smaku też, no ale…

Wracając do braku światła i kończącej się pełni, to przyznaję się do wszelakich myśli samobójczych, pragnienia cięcia się i tak dalej. Jakby ktoś czegoś dosypał do powietrza, a może i do tego deszczu. No jakoś tak kijowo jest. Wciąż człek się trzęsie i telepie… i nagle napadają go trzy kudłate psiaki, w końcu takie nie chcące mi ogryźć dupy i na chwilę człek wtula się w rude futro i to białe… samojedowate. Jak mnie pan poinformował, ino pięć tysi i mogę mieć takiego. Terapia jak się patrzy, ale podatek… nie, nie stać mnie na pieska. Na mnie samą mnie nie stać, a co dopiero słodkie szczeniączątko. No przeca nie musi być duże. Ale włochate…

IMG_1030

Znowu mieliśmy ten tydzień światowego żarcia, wiecie, jak rok temu. Budki porozstawiane w Rønne, niby to samo, ale ludziska ucieszone. Na razie jednak przebojem roku wciąż jest nowy minigolf. Ten pomiędzy kościołem a średniowieczem. Ten sam, co wygląda szpetnie, a jednak przyciąga masę ludzi. Nie wiem, czy to z powodu pogody, czy reklamy… w końcu wymienili nawet znak u nas w Gudhjem… już nie ma takiego na Middelaldercenter czy kościół, ale na minigolf!!!

Dziwne priorytety.

O drzewo nadal walczymy. Polityczni mówią, że trza ściąć, bo ono dzieło sztuki to prezent i stać ma. Ludzie na to, że miejsc jest wiele i underjordiski z chęcią się wprowadzą, no ale nie na rondzie. Wyobrażacie sobie takie porozjeżdżane nisseny?!! Nosz przeca skandal byłby na miarę żyrafy!!! Drzewo jednakowoż na razie wciąż stoi za to na pewno przy kolejnych wyborach osobniki co są za sztuką mogą nie liczyć na głosy sporej części niewielkiego, wyspowego społeczeństwa. Czyżby ludzie mili już dość? I czy serio każdy prezent trzeba od razu wystawiać? Podziękować okay, ale potem można przeca gdzieś skitrasić z tyłu supermarketu i dorzucić zjeżdżalnię dla pudli?

No co?

Poza tym problemy w rybołówstwie, problemy drogowe, jedna zagubiona dziewczynka, która się odnalazła, ale nagle z wielkim jęknięciem rodzice wszyscy się obudzili, że to kurcze podobno o dzieci trzeba dbać. I je nawet wychowywać. Na pewno im przejdzie, ale chwilowe przebudzenie jak najbardziej zauważono.

Na śrubki wciąż należy uważać.

Odkręcają…

A poza tym… połowa lipca. A ja ODPUKAĆ wciąż nie załączałam ozimniania!!!

IMG_1101

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grotto… została wyłączona

Pan Tealight i Potwory…

„Nie chodzi o to, że Wyspa nie miała dziwnych, tudzież specyficznych bytów, które prowokowały taką definicję. Nie chodzi też o Wiedźmę Wronę Pożartą czasem będącą w takim stanie, że naprawdę lepiej było zmykać. Chodziło o potwory i jednym z nich była Gruba Baba w Niebieskiej Tunice. Poruszała się po Wyspie na rowerze, czarnym z koszykiem z przodu, mocno niknącym w jej ogromnych, zwisających pośladkach, które jakimś cudem jednak nie robiły za wyboje na drodze… Przemierzała Wyspę, by wybranych, już widocznie nadgryzionych, ranić.

Dosadnie.

Była jednym z Potworów świata współczesnego, przed którym uciekały te starodawne, wiecie zwane duchami, południcami, damami z różyczką, czy jakoś tak. Tymi, co to mleko warzyły, dzieci porywały i zasadzały różne wypryski w miejscach intymnych nieuważnie sikającym osobnikom. Kto by tam ich się bał teraz? Kto w nie wierzył? No tak serio? Duchy, upiorzyce, odwrotne krakeny? Przecież nauka wszystkie dobiła, zniechęciła do aktywności i zmusiła do pracy na kasie w Netto. Albo wiecie, wypalania roślinek w chodnikach. Czy czegoś w ten deseń. Nawet na śmieciarzy ich nie chcieli, bo podobno za bardzo niewyraźne…

Potwory Wyspy były obecnie inne. Znaczy te straszne, bo Potwory Niestraszne były tymi, z którymi Wiedźmie Wronie Pożartej bawiło się najlepiej! Bo one jakoś nie oceniały i nie miały problemów z dziwactwami innych. Tolerowały, gdy tylko same były podobnie traktowane. Wielbiły, gdy były wielbione, a straszenie… ech, ze straszeniem to wiecie, już sobie powoli odpuszczały.

Bo i po co…

… jeśli nikt się nie bał? Tak naprawdę? Gdy bardziej przerażająca była codzienność i oczywistość wszelkich praw, zasad i opłat. Oraz ci, którzy zwyczajnie umieli ci dosrać tak, że czułeś się winny nie tylko tego, że żyjesz, ale że zmusiłeś ich, by się zdenerwowali. Choć tak naprawdę tylko cykałeś zdjęcia lilijów…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2311

Z cyklu przeczytane: „Hatszepsut” – … boska. I bohaterka. I książka, a uwierzcie mi przeczytałam ich wiele. Więcej, czytałam je tak jak wychodziły. Najpierw przedstawiając ją jako uzurpatorkę, potem wielką władczynię, potem znowu…

… niepewność egiptologów.

Cooney jednak w jakiś dziwny i tajemniczy sposób, może chodzi o to, że poświęciła powieści kilka lat, może o to, że jest kobietą, może o to… że naukowcem, który potrafi też porwać ludzi w mediach społecznościowych… nie wiem, ale udało się jej napisać powieść o kobiecie nie tylko dla kobiet, ale jednak wszędzie zaznaczając właśnie oną kobiecość. Nie zapominając o żadnym z jej aspektów. I niektóre, ekhm, opisane dość dosłownie mogą zohydzić. Serio… jak sobie pomyślicie, że wasza mała córeczka miałaby być żoną boga i robić mu las… znaczy dobrze.

Ekhm…

Powieść jest wciąż książką naukową. Wciąż bazującą na zdobytych zabytkach, wiadomo, w większości zniszczonych, ale też i powieścią intuicyjną. Bo w końcu jak już my baby mamy oną intuicję, to dlaczego z niej nie skorzystać? To nie oznacza, że autorka mów, iż tak było NA PEWNO. Nie. Ona jako naukowiec zadaje pytania, odpowiada na niej, tworzy teorie, włazi w skórę zaprzeszłej egiptości. Staje się nią… Hatszepsut.

Na chwilę.

Powieść dla wielbicieli tematu i raczej obeznanych przynajmniej z podstawami egiptologii. Pewno, że niektóre ze zwrotów, czy dystynkcji zostaną wyjaśnione, bo Cooney chce dotrzeć do szerokiej rzeszy społeczeństwa, ale dla niej tak wiele jest oczywiste, że lepiej coś o tym Egipcie wiedzieć. Zresztą, czy całkowici laicy sięgaliby po książkę o babie, która czasem udawała faceta? Wiecie, dla dobra polityki?

I była córką boga?

Polecam!!! Bardzo!!!

IMG_5332

Bizonowo!!!

No i są problemy. Wiecie, tak to jest jak się nie do końca przemyśla wpuszczenie w ograniczony ekosystem gigantycznych ssaków. Nie wiem, czy ludziom się wydawało, że to serio będą bardziej krowy, czy takie zwykłe, milusie zwierzaczki, ale problemy są… Bizony z Polski przyjęły sie całkiem nieźle. Po kilku problemach nadal są sobie, łażą i wiecie, robi się ich więcej. A sorry, ale więcej się nie zmieści. Czy zjedzą bizona? Na razie ograniczają ludziom poruszanie się po pewnej części lasu i tyle. Wyłącznie z przewodnikiem. I nagle nie wolno iść do lasu, co ludziom tutaj, którzy muszą do lasu, którzy naprawdę nie potrafią żyć bez spacerów… nie w smak to. I wiecie co, całkiem ich rozumiem. Ale też rozumiem zabizonowanie, choć… tak nie do końca. W końcu to dziwny dość eksperyment. Może się źle skończyć dla obydwu stron.

Sama nadal nie widziałam żadnego z bizonowatych. Wyprawiliśmy się tam dwa razy, dobrze wiedząc, że trzeba być ostrożnym, ale żaden się nie pojawił. Może takie przeznaczenie, a może zwyczajnie nie chcą się ze mną wiecie, fotografić? Pierun wie, najważniejsze że zwierzaki są szczęśliwe. Mi styknie zając za oknem, czasem sarna czy bażant… no i wiecie, wieczorny jeż. Ech te jeże. Wieczorny jeż jak nic zwiastuje dobrą noc. Dziwnie niekującą!!!

No dobra… a wy widzieliście bizony?

Czy też wam się wydaje, że niedługo wytną nam wszystkie lasy, zabiorą wszystkie zwierzątka i zmienimy się w coś z którejś depresyjnej powieści postapo? Wiecie, gdzie nie ma ni ptaszków, ni zwierzaczków, nawet pieski zeżarli i tak dalej? W końcu pszczół nadal nie ma, a zwiększyli liczbę uli na Wyspie. Może rzeczywiście w ciągu tych kilkunastu lat uda się przejść na czystą i zdrową żywność? A może jednak będziemy dalej się okłamywać? Wiecie, że robimy to, ale tak naprawdę…

Ostatnio któraś z gazet zarzuciła konsumentom, że przecież lubisz lody, a jeśli lubią lody, to muszą się godzić na E. Bo przecież po powtórnym zamrożeniu… i tu moje serce stanęło. Bo to oznacza, że ludzie mogą ponownie zamrażać lody? A salmonella? Czyżbyśmy już w ogóle nie mieli niczego w lodach prawdziwego? Nawet salmonelli? Bo za moich młodzieńczych czasów, to lody się jadło i to do końca. Robiło się je samemu i zawsze trzeba było uważać, a teraz…

… hmmm, co my jemy? Może przejdźmy już na tą energię kosmiczną?

IMG_8745 (2)

A z Sassnitz będzie cały rok!!!

Cieszycie się?

No wiecie, nie żeby ktoś brał pod uwagę Polaków, bez urazy. Ostatnio opinia i ataki nacjonalistyczne się zwiększyły, więc… ekhm, bez urazy, ale Niemiec to widać zbawca, co to chce na Wyspę przez cały rok. Jak zwykle. Robią serio to, co zwykle. Wcześniej zabrali Ibizę i Majorkę, teraz chcą północy? Na pewno zachowują się jak panowie Wszechświata. Długo nie chciałam tego przyznać, ale od zeszłego roku mam dość.

Tylko…

Widzicie, dla mnie Wyspa piękna jest przez cały rok, ale dobrze wiem, że wszystko jest zimą i późną jesienią pozamykane!!! Że nie będą mieli czego jeść, że czasem wiać będzie tak, iż ludzie będą fruwać, a ich umysły mocno wariować. Czy oni to wytrzymają? No i te sztormy? Wiecie? Co będzie wtedy, gdy promy się pozatrzymują? Gdy nic nie będzie wypływać, ni wpływać, albo co gorsza stać pod Wyspą, ale nie móc do niej wpłynąć? Co zrobią, gdy ograniczone zasoby Lidla ograniczą się jeszcze bardziej? Czy wytrzymają? Bo nie będzie tak, że da się uciec od razu…

Oj nie.

Ciekawy to będzie eksperyment, ale na razie przeżyjmy to lato… które jest cudowne i pada. Woda w morzu lodowata i niesamowicie gęsta od wszelakich alg, soli i mikroelementów, o których może jednak nie chcę wiedzieć zbyt wiele. Najważniejsze, że mimo chłodu da się popływać. Ponurkować, zabawić, a na dodatek jest się samym na całej, długiej i czystej plaży!!!

IMG_8749 (4)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory… została wyłączona

Pan Tealight i Najazd Szarych Potworów…

„Pojawiły się razem z dziwnym tętnieniem Wyspy, z jakimś poruszeniem, drżeniem, strachem… wczesnoatawistycznymi przeczuciami. Z jakimś takim niepokojem, który wcinał się w każde słowo, myśl, czy krok.

Pojawiły się, ale z jednej strony, nie jak zwykle, jak co roku, ale jak zwykle zaskoczyły. Pewno przez ten wiatr, pewno przez sztormowość, która postanowiła nawiedzić wyłącznie połowę Wyspy. Tą niewiedźmową. Pewno dlatego nagle, pewnego poranka Szare Potwory, zwiastuny wszelkich wojen, pojawiły się na jej morzu. Zamajaczyły na horyzoncie we wszelkich rozmiarach, niektóre, te największe podeszły bliżej, jakby szczerząc zęby i strasząc swoją monochromatycznością.

Pojawiły się…

Wiedźma Wrona Pożarta się ich panicznie bała.

Choć przecież tylko zasłaniały jej horyzont, powodowały jakieś fale, choć tylko hałasowały, choć TYLKO przypominały o bólu, krwi, głupocie tych u władzy, o sztormowatości chłopców bawiących się w wojnę. O tym wszystkim, co nie powinno się zdarzać, gdyby tylko ludzie zwyczajnie brali się za robotę, spełniali marzenia nie raniąc innych, nie pragnęli cudzych fantów… Bo przecież to byłoby możliwe, choć to utopijna mrzonka, jak zwykle. Jak zawsze… Bo od tysięcy lat ludzie się nie zmienili, choć tak bardzo im się wydaje, że jest inaczej.

A nie jest.

Bo ludzie się nie uczą. Chociaż zdają się tworzyć wszelkie cywilizacje, być dumnymi ze swoich podobno dobrych uczynków, a jednak, a tak naprawdę… nic się nie zmienia. Bo przecież wciąż wszystko jest takie samo. Kompletnie takie samo. Tylko gadżety się zmieniły. Tylko one…

A Szare Potwory stały i dudniały przez kilka dni. I Wiedźma Wrona Pożarta się telepała. I nie rozumiała, dlaczego, gdy tyle rzeczy jest do zrobienia. Tyle lasów do zasadzenia, pól do obsiania, nowych domów do zbudowania, starych do naprawienia, albo wyburzenia, bo niektóre nie chcą już ludzi. Zwyczajnie. Wolno im, choć ludzie rzadko to rozumieją. Jakby już nie czuli, nie widzieli naprawdę…

Jakby… już się nie uczyli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1506 (2)

Z cyklu przeczytane: „Łowca cieni” – … powinnam najpierw? Serio powinnam najpierw przeczytać poprzedni tom?

Nie przeczytałam, a i tak wciągnęło, nie pozwoliło się pogubić, mocno trząsnęło, nawet trzepnęło, lekko… Książka naprawdę nie jest zła. A ja ostatnio niezbyt przepadam za współczesnymi, włoskimi autorami. Może i nie do końca rozumiem w ogóle użyteczność osobnika liturgicznego, ale młoda fotografka i jej nos do sprawy, całkiem niezły!!! Choć lekko przewidywalny.

Powieść ogólnie jest bardziej kryminałem, śledztwem, niż mieszanką tego i tajemnic Watykanu. Watykan nie ma żadnych tajemnic. Ot państwo jak każde inne ze swoimi świństwami i mocno większą mocą oddziaływania, więc zawsze spodziewam się po nim i jego mieszkańcach najgorszego… Jedno, co kompletnie nie rozumiem, to ona reguła. I ta „moc” Marcusa. Bo przecież gdyby wiedział wcześniej, gdyby to wszystko wylazło na wierzch miesiąc przed całą sprawą, to co by zrobili?

Przecież koloratkowi zawsze wygrywają, nawet jak przegrywają.

Ogólnie? Da się przeczytać, dzięki temu, że nasza bohaterka to fotografka, książka intryguje, nęci kostnicą… co do onej magicznej mocy – dziwnie zdaje się być kompletnie niepotrzebną!!!

IMG_5667

Gråmyr

W ogóle to jest akcja.

Akcja smycz. Ale… akcja ta, po prostu to śmiech na sali. Ogólnie mówiąc psy powinny być prowadzona na smyczy, czego nikt już nie przestrzega. Lepiej, kilka lat temu smycz była normą, ale teraz: no przecież on nie gryzie, przecież jak można nie lubić zwierzątek. Powinnam dorzucić, że to cytaty, gdy para wielkich bestii dobierała mi się do dupy. Zaatakowały mnie na Gråmyrze właśnie i to kilka razy. Ale te pamiętam najbardziej, bo byłam tak bliska przyjęcia bezpiecznej pozycji, że… i co usłyszałam: one nie gryzą. Nie no, super fajnie. Moje obślinione pośladki przecież tylko są in fashion, co nie?

Zrobiły mi manicure dupy.

Wracamy do akcji… łażą sobie gliniarze i przypominają ludziom, że bestie mają być na smyczy, ale to pikuś. Oni to gliniarze w końcu. Mają jakąś pozycję, ale jeśli ty zwykły śmiertelniku staniesz twarzą w twarz z wielkim, szczerzącym zębiska psiskiem… masz powoli i spokojnie wyjaśnić właścicielowi, że BYŁOBY MIŁO, gdyby wziął go na smycz, bo ty się boisz. Masz być MIŁY. Właściwie masz robić to samo, co z gwałcicielem. Wiecie, spokojnie, przedstawić się, uczynić z siebie człowieka i tak dalej. Oczywiście, że właściciel cię wyśmieje, ale przecież pan psycholog z gazety nie może się mylić, co nie? I tak, to właśnie są rady dla wszystkich na Wyspie. Ciekawe, czy taka owca zdoła wyartykułować to wszystko? Bo widzicie, głównie chodzi o zwierzaki. Podgryzione, zagonione owce. Coraz mniej ich na skałach… na dodatek coś się dzieje z krowami i wybiegają na ulicę. Coś jest mocno nie tak.

Nie polecam wakacji tutaj.

Serio.

Dziwne, co nie? Zresztą, nigdy nie polecałam. Szczególnie, że tak milusio zimno jest nocą, po prostu miodzio. W dzień zresztą kąpiele też raczej wyłącznie w piankach. Na waleta tylko dla wytrzymałych i pragnących mocnych wrażeń. Wciąż jeszcze tak jasno, wciąż jeszcze…

IMG_1320 (4)

Ale miał być Gråmyr

I lilie.

Otrząśnijmy się ze złych wieści i popatrzmy na lilie i spieprzony staw. Po tej koszmarnej akcji, którą zwali NAPRAWĄ, lilie są marne. Oczywiście wszelakie skrzypy już wzrastają i mają się super, ale uszkodzone liliowe cuda po prostu są w opłakanym stanie. Ale i tak warto je zobaczyć. Bo są takie… plastikowe. Kurcze, no jakby sztuczne. W liliach jest ta dziwna tajemniczość, kosmiczność, alienowatość, ten środek taki żółtawy, taki perfekcyjny, fraktalowy.

Aż człek jest pewny, że widzi Calineczkę. Ale wiecie, ciut ciut większą ciut. Odpasła się na onych smakowitych nektarach, aż się pod nią lekuchno listek ugina, ale tylko lekuchno, bo to przecież wciąż Calineczka. Maleńskość w maleńkości. Upragnione dziecię tych, co ich mieć nie mogą, ale mniejsze, by łatwiej w torebce chować, no i jak nabrudzi, to przecież pewno nawet czuć nie będzie. Bo taka mała.

Bo śliczna taka.

Wot akcesorium bardziej, niż dziecię.

Ale w dzisiejszych czasach, czyż nie tak się je traktuje. Nie małych ludzi, ale coś, co ubrać trza w metki, co ma mieć to i tamto i ogólnie nie można urodzić bez najnowszego wózka jakiegoś tam peżota… bo i po co. Dzieciństwo przeca bez tego będzie straszne. Na pewno też bezrozwojowe, czy coś tam. W końcu patrzcie na mnie, bawiłam się w piachu na budowie, a zamiast laleczek miałam patyczki i na co wyrosłam. No kiła i mogiła!!! Lepiej więc Calineczka. Ale jaką wybrać, zastanawiają się przyszłe matki zebrane nad stawem… którą? Z białymi włosami, czy błękitnymi, no przecież do auta ma pasować i wnętrz nowoczesnych, albo gorzej do onych złoconych antyków i innego zaprzeszłego tałatajstwa. Może srebrnowłosą, albo taką z gracją w sobie. Może trochę wyższą, niewiele, o milimetr, a może i niższą…

Może?

Ale lilie śliczne. Kilka zaledwie, mniej niż rok temu, ale śliczne…

IMG_1340

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Najazd Szarych Potworów… została wyłączona

Pan Tealight i Makowa Panienka…

„… nawalona.

Serio, dzień w dzień była napruta od rana do wieczora, a nocami miała takie senne odloty, że niektórzy twierdzili, że latała. Unosiła się nad makami, a w czasie, gdy czerwone maki przemieniały się w fioletowe wpadała w depresję i dodatkowo piła. Makowa Panienka. Wiekuista przyjaciółka, zawsze ta, co welon niesie, ale go nie nosi na swej głowie. Wiecie, ta, która zawsze każdemu, ale jej nikt, więc co się dziwić, że była w takim stanie? Kto by nie był? No i…

Podobno w legendzie była i Makowa Panienka i Makowy Pan, ale w tej bajce, w tym miejscu, w tym czasie była tylko ona. Inne makowe osobistości nie należały do jej gatunku, a nawet jakby się wiecie, nawróciła na coś takiego, to jednak nie… no nigdy nie wychodziło. Była jedna jedyna i tyle… więc piła. Makowa Panienka z wielkiego, makowego maku. Gigantycznego, w którego płatkach sypiała, by potem siedzieć wyłącznie na grzechotce. By co roku zmieniać garderobę. By patrzeć na oną krwistość ceglastą, a potem jasne, pogrzebowe fiolety swych szat… i opuszczać go, gdy grzechotka się obsuszała i spadała z patyczka i toczyła się… toczyła.

Pod stopy Pana Tealighta.

Zawsze.

Bo on zawsze pojawiał się tam na czas. Też i po to, by chwycić ją w palce, wsadzić do kieszeni kurteczki i zanieść na jesień, zimę i wiosnę do Białego Domostwa. Po prostu, by mieć na nią oko… którego nie miał. Jakoś tak. A gdy nastawało wczesne lato, znowu odnosił ją do maków. Do onych wielkich, sięgających ludziom do pasa, o głowach ogromnych niczym garnki… nie tych polnych, dziwnie chwiejnych, ale silnych i glutenowych. Tych, co nie lubią się z bławatkami i rumiankami, ale jednak robią to. Wiecie. Dla looku.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1462 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ruiny na wybrzeżu” – … nie. I to dla mnie ogromne zaskoczenie, bo przecież historia zapowiadała się na taką niesamowitą, ale jeżeli od pierwszych stron wiesz jaki jest środek i koniec, to kurcze… kicha!!!

Jedyne, co intrygujące, to miejsce, gdzie wszystkie się dzieje. Odosobnienie. Wszelaka niezmienność, depresja. Jednak przede wszystkim to, co otrzymujemy, to cała masa retrospekcji, które mają pozwolić naszej bohaterce otrząsnąć się z tym, co się stało, oraz tym, co wydaje się jej, że zapomniała. Do tego rys historyczny, Niemcy, upadający mur… no wiecie, jak dla mnie temat dawno wyczerpany, więc gdy w grupie znajomych nagle jeden ginie, przykro mi bardzo, ale odpowiedź nasuwa się sama. I to jest chyba największy problem tej książki. Że takich była już cała masa. W różnych rejonach świata, ale zawsze chodziło o to samo… przyjaźń, która przemija. Ślepotę otoczenia, ale też i samych członków takich grup…

Książka jest przewidywalna i nudna, topornie napisana, dziwnie pozbawiona życia i wszelakich emocji. Jakoś taka odsączona z człowieczeństwa. Nie mogłam polubić żadnej z postaci, wprost przeciwnie, wkurzali mnie wszyscy, a już główna bohaterka maksymalnie. Ich problemy, ich cały świat zamarł kilkadziesiąt lat temu i nic się nie zmieniło, więc… jakim problemem może być odkrycie co się stało?

Żadnym!!!

Lepiej zamiast tej kupić inną książkę.

IMG_5658

Ludzie…

Są wszędzie.

Podobno stajesz się prawdziwym wyspowcem, gdy Turyścizna zaczyna ci działać na nerwy. No to się stało. Po pierwsze omal mnie nie przejechały Polaki nieumiejące czytać znaków i jadące po chodniku zamiast po ścieżce rowerowej… ale wiecie, we współczesnym świecie z rowerzystami jak z wegetarianami, uważają się za święte krowy. Przykro mi bardzo, ale ostatnie dni tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ludzie to podłe gnoje i tyle. Ale się nie martwcie, niezależnie od narodowości. Na przykład wczoraj zjebała mnie baba, chyba jebała mnie od dłuższego czasu, ale leżałam na kamieniach połową ciała balansując nad Gråmyrem i jego nielicznymi liliami, ze słuchawkami w uszach, więc sorry, ale jak robię zdjęcia, to poświęcam się im cała… Zresztą, ja serio nie chcę z nikim rozmawiać. Dlaczego tak ludzi garnie do mnie, w cholerę no? Co to, miód wydzielam, czy co…

Mniejsza.

Baba najpierw się wkurwiła, potem mnie opierdoliła… chyba po tyłku poznała, że z Polski, wiecie, widać ma taką moc, a ja niestety śmiałam się do niej odezwać w języku angielskim, więc dostałam opierdol, że nie po duńsku, potem nastąpiła seria wyzwiska nacjonalistycznych, że Polacy to tacy i owacy, no i w ogóle… Po co tłumaczyć babsztylowi, że to mój język obronny, że mam taki zestaw chorób psychicznych, że po jej utopieniu by mnie zwolnili do psychiatryka, że przecież resztę rozmowy przeprowadziłyśmy w języku odpowiednim. Nic to, oberwałam za cały naród Polski, którego nie widziałam od wielu lat. No ale wiecie, to w końcu lato. Nie dość, że Polaki na rowerach, to jeszcze na dodatek zatrudniają ich wszędzie do roboty, bo to tańsze, no i umieją zrobić wszystko, a nie jak w Danii każdy fachowiec od innego kabelka…

Gdybym była muzułmanką mogłabym powalczyć, co nie? Wezwać policję, babę oskarżyć o nietolerancję… ale białych, bezdzietnych poganek urodzonych w Polsce, lubiących nadmiar roboty i czyste okoliczności przyrody i wszelaki ordnung… starających się wiecie, schodzić każdemu z drogi… no to nie przysługuje obrona. Tak… Dania nie kocha niczego poza Ameryką. Oj te kompleksy. Gdyby tak pomyśleć, w genach mają łupieżców i gwałcicieli, więc czego oczekiwać?

Zgryźliwa jestem? Wiecie co… chyba w końcu przestaję być miła.

Chociaż… nie oszukujmy się, przecież tyle razy sobie to obiecałam i zawsze polegam i obrywam. Na amen.

IMG_7200

Ciepło się zrobiło.

Turyścizny na pęczki i gorsza niż rok temu. Spokojnie wpieprzy się w was jadący od tyłu gość na rowerze czy innym ustrojstwie. Gdzieś mają wszelakie znaki i inne niepotrzebne cholerstwa… po co im to. No przecież oni są na wakacjach, co nie? Każdy winien im rozwijać dywaniki i kłaniać się w pas, bo w ogóle zechcieli tu być. Chyba mam dość. Źle się wychowałam. Bardzo źle. W szacunku dla osób starszych, w onej uprzejmości, we wszelakim nie spoglądaniu na cudze wady, akceptacji wszystkiego. Chyba czas się przekonwertować.

Chyba czas najwyższy…

Szwecja powoli wychodzi z tego zaćmienia umysłowego, ale już za późno. Mamy przesrane. A przesrania imię jest poprawność polityczna. Trzeba zacząć walczyć o siebie, w końcu jesteście za siebie odpowiedzialni do cholery jasnej!!!

Tak wiem, wciąż mnie po wczoraj telepie, ale… czas się obudzić z tego porąbanego snu. I przestać się uśmiechać do ludzi. Po prostu zwyczajnie mówić nie. Może jednak skołuję sobie tabliczkę w czterech językach? A może koszulkę? No wiecie, choć pewno lepiej zadziałałby drut kolczasty, ale jak w takiej stylówce zdjęcia robić? No jak? Przecież się nie położę, nawet nie uklęknę, gorzej, lekki przysiad może grozić przecięciem ścięgien albo i nawet wbiciem się w gnat? Nie no, trzeba to jakoś mocniej przemyśleć. Na razie, po prostu nie wychodzić z domu. To umiem, kiedyś robiłam to przez ponad rok.

Ale…

Czy warto?

Chyba nie?

Ludzka nienawiść jest wszędzie, więc… czy da się żyć tak, by być tylko z naturą? Chyba wyłącznie się zakorzenić i wypuścić jakieś kwiatki, gałązki i listko? Choć nie. Nienawiść obecnie przeniosła się i na drzewa. Tną na potęgę.

Mamy przesrane.

IMG_7284

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Makowa Panienka… została wyłączona

Pan Tealight i Sztorm Obcojęzyczny…

„Zwykle można było tak zwyczajnie z nim pogadać. Wiecie, może i większości ludzi przeszkadzał i wiatr i odgłos, dziwny dźwięk uderzania, miażdżenia, przemieszczania tego, co nieruchome… ale nie im. I choć tworzyli dziwną parę: Wiedźma Wrona i Pan Tealight, to jednak jako jedyni uwielbiali gadać ze sztormem. Którymkolwiek. Bo przecież czasem przybywał znajomy, jakoś znajomy, jakiś znajomy, nawet niektóre miały imiona… swoje własne, składające się ze świszczących dźwięków i dziwnych chlapnięć, ale większość z nich przybywała tutaj ot tak. Tylko raz. Potem już nie wracały, jakby chciały odwiedzić każde miejsce, jakby nie były zaintrygowane powtarzalnością…

Ten jednak był inny i choć Pan Tealight znał wszystkie języki, narzecza, dialekty i wszelkie mody słowne, to jednak… tego nie rozumiał. Siedzieli obydwoje z Wiedźmą Wroną Pożartą na zimnej pokrywie ścieków na śmieci, znaczy tej tam, oczyszczalni, i próbowali rozmawiać. Z tym wielkofalowym, ale też i specyficznie zakręcającym czubki fal, zimnym, ale i dziwnie słodkim, mniej niż słonym.

A on im odpowiadał.

I chociaż nie znali pewno wzajemnie swoich języków, dźwięki wydawały się im dziwnie nie takie jak być powinny, może trochę zbyt szeleszczące, może i nazbyt piskliwe, może dziwnie się łuszczące, ale jakoś musieli. Nie mogli inaczej. Skąpani w słonych kroplach, czasem nawet trzaśnięci miłośnie falą… choć już tyłek Wiedźmy Wrony naprawdę bolał od twardej, rytej powierzchni, to jakoś nie chcieli go zostawić samego. A przynajmniej nie jeszcze teraz…

Nie, niczym nie zrozumieją dlaczego tutaj przybył. Czego tak naprawdę chciał i co w rzeczywistości przynosił ze sobą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7865

Z cyklu przeczytane: „Tysiąc odłamków ciebie” – … okładka. Oj tak, pierwsze co was oczaruje, to niesamowita, barwna okładka. Delikatna i elegancka, ale jednocześnie mocna i obiecująca tak wiele. Tak wiele, że aż niemożliwym jest zmieścić wszystko w jednej książce, ale potem dowiadujecie się, że jest to trylogia i już rozumiecie.

PS. Kolejny tom już we wrześniu, ostatni na początku przyszłego roku.

Ja… chyba jestem za głupia na oną powieść? A może raczej przeedukowana? No bez przesady, Einstein i jego światy równoległe tutaj zwane wymiarami, urządzenie, które pozwala skakać między nimi i przejmować osobowości… a wszystko po to, by zabić gościa, który zabił ojca? Ale przecież nie masz pewności! Przecież… Nie, dla mnie ta powieść po pierwsze jest przeintelektualizowana miejscami, a potem znowu dziwnie głupia. Nierówna. Na dodatek wątek romantyczny, raz kocha tego, potem innego. No ile można? Ojciec ci zginął, a tobie w głowie ino to? Naprawdę? Ja rozumiem, że wychowywali cię w domu, że para naukowców w pewnym sensie stworzyła z ciebie kolejny eksperyment, ale… dlaczego tak pokręcony?

Chyba nie jestem nawet ciekawa co ma być w drugiej części.

Pierwsza mnie zniechęciła.

IMG_5898

W końcu nowe papu!!!

IMG_0357

Mglistość…

Cudowna, czarowna mglistość. A może raczej wszelaka wilgotność zawieszona w powietrzu, nieruchawa całkowicie, ale to tylko dzisiaj. A może tylko teraz? Może to jakiś specjalny havgus, a może jednak coś na kształt mgły zmieszanej z havgusem. I do tego deszcze. Bardziej i częściej wszelaka mżawka. Coś się skraplającego, ale nie do końca tworzącego krople, raczej złudzenie wszelakiej wodnistości w powietrzu. Niesamowitej. Pewno dobrze działa na cerę, a już na pewno w końcu wszystko się odpowiednio podlało. Nie wypłukało, a raczej zwyczajnie wiecie… nawodniło.

Namokrzyło.

Napoiło.

Mgła trzyma się od dwóch dni i oczywiście… wcale nie spowalnia idiotów, niedzielnych kierowców, kierowców, którzy serio nie wiedzą co robią za kółkiem, oraz aut wszelako starawych. Wiecie, jak to się mówi ZABYTKOWYCH. Które u nas są codziennością po to, by po zakupy zajechać pod Netto, ale też i po to, by znowu sobie rajd zrobić dookoła Wyspy. Jeden niestety wjeżdżając pod górkę padł w połowie górki i musiał błagać o pomoc. No wiecie, w tym wieku… gdy jest się pojazdem z serialu „Pan dzwonił, milordzie?”, to raczej jest to wytłumaczalne. Ale i tak słodkie. Oj pewno, że cudownie wyglądają te autka, ale jednak, kurcze, jak tak czołgasz się swoim autkiem dwadzieścia kilometrów na godzinę za takim seniorem, to jednak trochę cię trzepie.

A poza tym mgła.

Ciężka, niesamowita, sprawiająca, że miejscami nie widać dalej niż na kilka metrów dookoła swej osoby. Ale jednocześnie dziwnie pieszcząca, jakoś taka pluszowa, kocykowa, puchowa i oczywiście pierzynkowa.

Tylko się w nią uwalić i spać.

IMG_6233

A tak serio mamy ten lipiec… i wiecie co? Fajnie chłodno jest. Może to się zmieni, może i nie, ale co tam, korzystam z chłodu. Z tego, że wciąż można założyć bluzę, że gacie mogą być długie, że jakoś tak się nie trzeba mocno pocić, gdy akurat chcesz sobie tyłek poćwiczyć skacząc po górkach w Gudhjem. Ale jednak najważniejsze? No wiecie, sklepy pootwierane i znalazłam perełkę. No po prostu sama padłam na kolana i myślałam, że po prostu zejdę tam z radości. Okay, ceny są, no wiecie, niezbyt, ale te produkty!!!

AAAAA!!!

Oczywiście sklepik zawiera w sobie wszystko to, co do domu… dla mnie najważniejsze były świeczki znalazłam tam zapachy takie, że klękajcie narody! Oj pewno, że świeczki ręcznie w Szwecji robione, więc cena zabójcza, ale jednak… uskładam sobie na nie. I uskładam sobie na oną cudowną śnieżną kulę też!!! Chcecie zobaczyć? LINK świeczkowy. Nie wiem dokładnie o co chodzi z tym zapachem, ale chcę takie perfumy!!! I chyba kiedyś podobne były takie w kształcie szklanej gwiazdy… dość nie dla każdego? A to jest ta kula. Jest ogromna, ciężka i śnież ma różowy… a dokładniej łososiowy. Po prostu nie mogę, muszę ją mieć nie tylko dlatego, że to kula, na pewno nie dlatego, że różowa, ale dlatego, że coś we mnie rusza. Może i wygląda jak japońskie, kwitnące wiśnie, ale na imię ma wiosna. Zwyczajna wiosna. Jest też zima, zerknijcie. Sam śnieg!

Hmmm, intrygujące.

I tak, cena powala, ale co dziwne, u nas w sklepie była tańsza o kilkadziesiąt koron, więc… no więc…

W końcu niedługo mamy rocznicę ślubu no!!! A co tam, odłożę sobie kasę, zwyczajnie, gdy coś człeka inspiruje, człek musi to mieć.

Sklepik jest dość spory, ale wiecie hygge i ogólnie smukt. Unosi się w nim czadowy zapach i nabyć możecie nie tylko wsio, co ekologiczne i wszelako nie z Chin, ale przede wszystkim to, co tak naprawdę was wyróżnia. Wiecie, niewiele osób to będzie miało. No i robiąc zakupy dostajecie fajne próbki, więc to taki plus. Nie wiem, czy też wysyłkowo, ale na pewno w Gudhjem. Sklep znajdziecie na przeciwko Karamel Kompagniet. Tak mówiąc dokładnie. Szczególnie zachęcam rodziców, tudzież tych, co chcą kupić coś z okazji narodzin malucha! Albo tych, co szukają kartek na wszelakie okazje. Naprawdę są inne. Nikt nie wyśle takiej samej! Zapewniam!!!

PS. A gdybyście chcieli poznać naszego nowego księdza, to proszę bardzo. Hihihi!!! Niezły, co nie?

IMG_6806

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sztorm Obcojęzyczny… została wyłączona

Pan Tealight i Broniąca Truskawki…

„No dobra, krzaczek jest jeden, ale w końcu okazało się, że onych owocków będzie aż sześć. Niestety, na wszystkie ochotę miały nie tylko wróble, kosy i wrony, ale też i oczywisty odbiorca Chowaniec Wiedźmy. Dla Wiedźmy Wrony Pożartej jednakowoż postać najważniejsza, więc… musiała to zrobić. Nie mogła inaczej. Dla niego wytargowała krzaczek od Truskawkowych Trolli, wiecie onych maciupkich, w zielone pesteczki, co to lubią latać na golasa i dobrze się bawić po truskawkowej nalewce. Które noszą stroje, jak już muszą, wyłącznie z wczesnojesiennych truskawkowych liści, w czerwonawo-pomarańczowych kolorach, z malutkimi dziureczkami w kształcie serduszek w najmniej odpowiednich miejscach…

Targowała się z nimi długo, tak bardzo chciała tych truskawek, chociaż sama ma na nie dziwne uczulenie i lepiej, żeby trzymała się od nich z daleka. Jakiegoś daleka przynajmniej. Wyraźnego, ale jednak bez paniki. W końcu ustąpiły, ale lepiej nie mówić za jaką cenę. Po prostu to jednak nie takie miejsce na TAKIE obrazki…

… wiecie, nazbyt specyficzne.

No więc była ona roślinka w doniczce czarnej niczym wrażliwy czarnoziem, ziemistej i gotowej na wszystko, na każdy owoc… i wykluły się owocki i od razu, dobrze wiedząc, że warto czekać na to, aż zrobią się czerwone, purpurowe, rumiane i nabrzmiałe, przybyli zwiadowcy. Wiecie, wszelacy ptasi sprawdzacze, którzy postanowili, że ten krzaczek winien należeć do nich, więc… wyszła i ona. Wiedźma Wrona Pożarta w czarnym maskowaniu, pomalowana morowymi kredeczkami, gotowa na wszystko by bronić owocków, nawet… na to, by potem mieć podrażnioną skórę po tych tanich farbkach. Jeszcze jej się trądzik odnowi. Kurcze, co wtedy? Ale nic to. Najważniejsze, żeby przypilnować one roślinki. By po prostu były tylko dla niego…

Chowańca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0916 (2)

Z cyklu przeczytane: „Złotowidząca. Ucieczka” – … ale western? Naprawdę? Książka z Dzikiego Zachodu, czasów gorączki złota? Czy to jeszcze kogoś interesuje? Po tym jak western jako gatunek filmowy pokrył się kurzem i raczej odszedł w zapomnienie mimo kilku prób… to książka? Serio?

Czy znajdzie wielbicieli?

Oto jest opowieść o przekleństwie. O czymś, czego pragną wszyscy zgromadzeni w tamtym czasie w tamtym miejscu: móc widzieć, gdzie są żyły, samorodki i złotodajne piaski. Dla niej to zwyczajność. Ale jakoś nigdy nie przyniosło to radości ni jej, ni jej rodzinie. I nagle… nagle wszystko się zmienia, a ona musi dorosnąć. Dorosnąć do nowego świata i nowego niebezpieczeństwa.

Dobra, książka mnie zaskoczyła.

W końcu to nie romansidło, w końcu to coś, co można przeczytać. Coś przygodowego, mądrego. Bohaterka dość szybko dojrzewa do pewnych postanowień i mimo podjętych decyzji, stara się zdobyć to, czego pragnie. Bezpieczeństwo. Jeżeli tylko takie może mieć miejsce, gdy jest się najbardziej upragnionym skarbem wszystkich. Musi uciekać od wujka, od samej siebie, ale i od swojej kobiecości, która jednak nie pozwala jej się tak ot zwyczajnie odstawić na boczny tor. No i jeszcze ono przedstawienie świata dookoła, czasów, gdy wszyscy właściwie starali się wydrzeć z USA co się da. Naprawdę intrygująca powieść. A zaczyna się tak… nostalgicznie. Najpierw postacie występujące w opowieści, mapka, początek trzeba przyznać dość brutalny… jak dla białogłowy.

No i ten ciąg dalszy…

Co ważniejsze! Powieść naprawdę nie tylko dla tych XX!!! Chłopakom też się może spodobać, szczególnie tym, którzy kochają Dziki Zachód.

Choć, czy jeszcze są tacy?

IMG_5881

Nowe książki!!!

IMG_9785

Lubię siedzieć w porcie.

Po prostu lubię.

Nie, wcale nie patrzę na wpływające statki, zresztą, siedzę w takim, w którym rzadko cokolwiek się dzieje. Poza mewami, dziwnie śmiałymi w tym okresie, oraz wiecie, chyboczącymi się na sznurkach obglonionych łódeczkami. Poza kaczkami, które uwiły sobie gniazdko tuż przy falochronie i jakoś tak cudownie sobie tam pływają. Nie baczą na fale, gdzieś mają ludzi… po prostu żyją. Wiecie, po kaczemu żyją. Nie są im potrzebne metki i wszelakie lajki, tylko ta woda, wodorosty i wiecie, pustka i spokój. I towarzystwo, bo te brązowe jakieś takie towarzyskie są. Lekko dziwnie niepoukładane. Piórka trochę im sterczą… lubię je.

Siedzi człowiek w porcie, tak jakby się dokądś wybierał. Wiecie, w zawieszeniu pomiędzy wypłynięciem na one nieznane morza, w te miejsca, gdzie podobno tylko potwory machają ogonami, a tymi, co to noszą na swych piaskach kurorty i kokosy spadają tam z nieba. No z palm znaczy, ale jednak jak ktoś niski jak ja, to wiecie, to dla niego z nieba. I tak se siedzi między oną pustką mityczną, gdzie wszystko jest możliwe, oraz wszelakim konsumpcjonizmem, gdzie każda metka z literkami zdaje się być magicznym przedmiotem, onym Graalem już zdobytym, po którym jedni rycerzowie poznają swoich innych rycerzy. Albo jakoś tak bardziej pokrętnie. Bo wiecie, ja niemetkowa, więc niezbyt sie znam co tam najdroższe, co tańsze. Mi jakoś nie zaimponujesz machając przed twarzą gaciami w jakiś szlaczek. Nie znam się. Nie mam pojęcia ile kosztowały. No chyba, że to te gacie ze skóry morskich potworów, to wtedy pewno będą jeszcze trochę jechać głębią…

Siedzę w porcie i patrzę na kolebiące się łódeczki i trochę się cieszę, że jednak nie muszę nigdzie płynąć. Nie żebym nie chciała zobaczyć jeszcze kilku rzeczy, ale wiadomo i w portfelu pusto, zresztą nawet nie mam go przy sobie, bo i po co, no i czasu brak, no i buja i fale duże zapowiadają na wieczór choć na razie słonko i ona cisza przedburzowa dziwna, sztywna, niczym nakrochmalona, czy jakoś tak. Intensywna… więc wracam do domu. W końcu mieszkam na Wyspie, to tak, jak mieszkać „na wakacjach” przez właściwie cały czas.

Ale tylko w pewnym sensie.

IMG_0737

Nocne wiatry są przerażające.

Szczególnie jak zapowiadają coś takiego przerażająco mocnego, trwającego kilka godzin. Straszą może trochę, ale pewno i ostrzegają. Człek zerka na mapkę pogody i widzi jak się Wyspa żółci… niby może być gorzej, ale jednak…

Wieje…

Cienie za oknem poruszają się w inny sposób, bo to ten inny wiatr, który wiecie, przestawia umysły, rani dusze i wszelako wpływa na zbiorczą myśl. Wtłacza w mózgownice wszystkie te zapomniane mity i legendy, a jeśli już pozwala zasnąć, to nagle nie chcesz się obudzić, bo to wszystko pod powiekami jest takie fascynujące, takie miękkie i przytulne, a z drugiej strony takie fantastyczne i bardzo ciebie pragnie, a fajnie czuć się kochanym, upragnionym i wszelako potrzebnym. Po prostu nie chcesz się obudzić…

Ale wiatr w końcu odejdzie. Przestanie wiać i wszystkie te myśli i opowieści znikną. Jeśli ci się uda, a nie zdarza to się często, może je zapiszesz? Może… a może jednak nie warto? Może ich cudowność tkwi właśnie w tym, że są takie nieuchwytne. Niedające się wtłoczyć w ramy, przenieść na kartki, wpisać w internety. Może zwyczajnie chcą być wolne? Może należy im pozwolić odejść? Może… ale tak bardzo nie chcę się obudzić. Tak bardzo nie chcę. Bo to pod powiekami jest takie niesamowite i takie bardziej moje niż ten dookolny świat. I jest tylko wtedy, gdy wieje…

A wieje tak rzadko. Szczególnie latem. Sporadycznie. Ot, od czasu do czasu, a nawet i jeszcze bardziej mniej… wiatr letni, dziwny i ciężki. Wiatr, który niesie ze sobą tyle słów i westchnień, tyle marzeń i uniesień…

A może tylko wiatr?

Może? W życiu!!!

IMG_0739 (3)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broniąca Truskawki… została wyłączona