Pan Tealight i Myjnia…

„… pożerająca Chowańca.

No zdarzyło się, że maszyna postanowiła porwać Chowańca Wiedźmy, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie tylko nie była na ono porwanie gotowa, nie tylko nie doceniła czegoś, co miało być zabawnym żartem i tak dalej, ale wprost przeciwnie, przyjebała z klątwy i od tego czasu wszystko się zmieniło.

Już nie podskoczy małpa jedna.

A na pewno nie wysoko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Trzęsienia ziemi w Danii, słonie na emeryturę, a u nas to chcą wieżowce walić… ludziom odpierdziela mocno. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy co? Wczoraj taki straszny gorąc, wciąż niewiele wody spało z nieba, więc i plony jesienne nie będą imponujące. Trochę jabłek dzikusków, trochę śliwek leży na wciąż nie do końca zielonej trawie. A drzewa, te chyba zapomniały o jesieni…

Co do wieżowców, to widzicie, no taki pomysł mają.

Ale żebyście nie padli, nie chodzi o ludzi, oj nie, nie o tych, którzy tutaj chcą mieszkać, ale głównie o tych, którzy przybywają tutaj na Folkemodet. Dowiedziałam się, że ostatnio wszyscy chcą mieszkać w Gudhjem. Przyznaję, że trochę mnie to zadziwiło. Od dłuższego czasu słyszałam, że jesteśmy najbardziej depresyjni na Wyspie, no ale… może teraz z nas new black? Jedno wciąż jest pewne i drążące polityków mózgownice… bo czy oni tam coś mają to nie wiem…

… więc może pustkę drążące?

Może?

Oczywiście chodzi o nasycenie Wyspy ludźmi. Ale wiecie, tego nie można zrobić ot tak. próbowali ich tutaj spędzić, uciekli. Próbowali nęcić, zrobili to samo. Bo Wyspę albo się kocha, albo nienawidzi. Sorry. Nie da się inaczej i tyle. To miejsce ma w sobie tak wiele twarzy, że na pewno napotkacie takie, które wam nie odpowiadają. Oczywiście wakacje to wakacje, koszmar dla miejscowych i tyle. Większość wie, że trzeba to znieść. Dla ekonomii, czy jak to teraz zwą. Inni znowu się buntują i zamykają w domach, a jeszcze inni znajdują jakieś odosobnienia i tam się zaszywają. Bo mieszkając tutaj trzeba pokochać depresję, samotność, natury zmiany i tym podobne.

I brak sklepów oraz usług.

Jakby co, to wszelkiej masy budowlańcy pilnie potrzebni!

Nawet bardzo pilnie. Ogólnie mówiąc: malarze, tynkarze, stolarze, i tak dalej. Z chęcią przyjmiemy podobnie jak pielęgniarki. Niestety wypłaty nie takie jak w Kopenhadze, a nie każdemu wystarczą dodatki oferowane w naturze, czyli wiecie: lasy, rzeki, plaże, morze i widoki, więc… raczej masy chętnych nie będzie, co nie? Bo ci, co zakochują się w Wyspie latem, tracą swój zapał po pierwszym roku. Tak po prostu. Nagle denerwuje ich najpierw pustka, potem zaś… pełność.

Tak tu jest.

Macanie.

Gdy wracam z podróży, sprawdzam, czy ona jest realna.

Wyspa.

Bo dla mnie ona wciąż jest jakąś ułudą. Serio. Nawet wyglądając przez okno widzę wiatrak – który naprawiają, ulepszają i ogólne mówiąc konserwują… przy wiatraku mamy teraz pewnego sąsiada. Pewno tylko na określony czas, ale nie narzekam. To gigantyczny świń. Znaczy knur chyba. Ale wiecie co… on ma przy ryju coś jakby dwa cycki, takie krowie dwa cycki, po jednym z każdej strony i nie wiem, czy to taka moda teraz u świniaków, czy jednak on jest naprawdę jakiś specjalny? I czy jak się je ciągnie, to on daje świńskie mleko może? I tak, na pewno jest to facet. Widać było jak się odwrócił i jakby co, zapytałam też Chowańca, lepszy wzrok ma… sprawdził i mówi, że tak…

Że chłop.

Ciapaty cudownie, w plameczki, lekko różowaty, czarniawy lekko, szarawy miejscami z dużym ryjkiem i uszami… słodziak no!!!

Jeżeli chodzi o mnie, to świetny sąsiad!

Naprawdę.

Muzyki nie puszcza głośno, w spokoju sobie tam ryje, głośnych gości nie ma, krowy czasem, koń… a jak podejdziecie do tego jego wybiegu i go zawołacie, to podbiega i tak jakby się cieszył… albo może chciał nas zjeść. Nie wiem. Może powinnam przemyśleć zanoszenie mu jabłek dzikusek rosnących niedaleko nas? Hmmm, co jak się przyzwyczai. Nazwałam go Xenofil.

Nie mam pojęcia dlaczego, więc nie pytajcie.

No ale, wiecie, u nas to zwierzyna bardzo na wybiegu dookolnym, wiecie wspólnoludzkim. Idziecie na spacer i zwyczajnie wdeptujecie w kupę końską, krowią lub kozią, czy końskiego boba. Natura pełną parą, paszczą, ryjem i raciczką!!! Fajne to całkiem, czasem problematyczne, czasem wiecie, sikająca sarna w ogródku szokuje, no ale, czy ja nie robię tego w lesie?

Robię!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myjnia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma i Sirka…

„Tak… jedyna taka Sirka.

Jedyna, która nie zadymiła Wiedźmy Wrony Pożartej.

Dziwna Sirka, czarna i drewniana, wtulona w drzewa i skały, odpychająca od siebie bramą drogę, którą i tak mało kto jeździ.

Zagubiona.

A może zwyczajnie miała tam wrócić po raz trzeci? Bo coś ją tam wciąż ciągnęło. Coś nie pozwalało jej zapomnieć, chciała więcej, chciała znowu, chociaż wiedziała już jak wyglądają jej znaki, jak brzmią, gdy liście się o nie ocierają, jak połyskują, jakie są adekwatne co do otaczającego je świata… To jednak wciąż marzyła o tym miejscu, widziała je w snach i czuła się w nich… lepiej.

Znowu lepiej.

No i przecież nie mogła tak po prostu olać tej Sirki no! I jeszcze tych czarnych chatek, chociaż powoli zaczynała myśleć, że może one się jej tylko przyśniły. Że może znowu połączyła coś ze snu i umieściła w widzianej rzeczywistości, albo… znowu otworzyła jakiś portal, wrota, czy rozerwała woal…

Wiecie, jak sikała w krzakach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pożegnania…

Wciąż nie znalazłam kościoła.

Czarniawych onych rybackich, starych chatek. Nie wiem w jaki sposób znowu mi się nie udało. Widzicie, gdy jechaliśmy po raz pierwszy do Hamburgsunda, to minęliśmy właśnie taką dość magiczną miejscówkę charakteryzującą się nader kiepską drogą… no i skałami, nachylonym zboczem. Wiecie, typisz, ale jednak nie umiem tam wrócić. Wtedy, rok temu, jakoś dziwnie poprowadziło nas GPS, ale teraz za Chiny świata całego. No po prostu nie. Ni w prawo, ni w lewo i w ogóle…

Wciąż jeszcze nie zobaczyłam wszystkiego, choć to chyba nigdy nie będzie możliwe Zmacać każdy ryt… nie, nigdy. Raczej nie. Wciąż odkrywane są nowe, więc po co nawet próbować, ale przecież są takie, które muszę zobaczyć, bo zobaczone nabierają całkiem innego znaczenia. A pisanie pracy naukowej wyłącznie dzięki rysunkom innych to marny pomysł. Naprawę Próbowałam. Popełniłam nawet jedną taką…

… nudną…

Wciąż jeszcze czuję dziwny niedosyt.

I bardzo, ale to bardzo chcę tam wrócić.

Nie wiem dlaczego. Coś mnie tam woła, coś mi tam pozwala inaczej oddychać… i choć to nie jest Wyspa, nie ma w sobie onej pełności, mojej fascynacji, tego czegoś, to wciąż jednak mnie kręci. Ma coś w sobie innego, czego braku nawet sobie nie wyobrażałam. Nie miałam pojęcia, że tego mi potrzeba. Tak, na pewno chcę tam wrócić, ale też chcę zobaczyć więcej i inne więcej. Te bardziej rogate, reniferowe może nawet, jeśli się uda. Po prostu. Bo wiedzę trzeba uzupełniać. Książki, to wskazówki i mapy prowadzące do miejsc, które można samemu odkryć opisać… na nowo i całkiem inaczej.

Tak po prostu.

Prowadzą mnie przeczytane opowieści i czasopisma archeologiczne. No wiecie, inaczej się nie da. Nie w moim wypadku. Gdzieś mam w końcu to, co popularne, gdzieś mam to, o oferuje to czy tamto. Ja mam utrwalone, utwardzone i oblane żalazobetonem widzimisię i tegochcę. I tym się kieruję. Chociaż i mnie moje zaskoczenie potrafi… zaskoczyć. Nawet mocno. Nawet bardzo zaskakująco zaskoczyć.

Nawe zamotać moje zwyczajowe myślenie.

Ale w końcu było po wszystkim.

Przed nami jeszcze tylko droga z powrotem. Ta sama. Ze znajomymi już przystankami, z miejscem tym czy tamtym, wiecie, siku jest ważne, tym bardziej, że człek łapie się na tym, że strasznie się odwadnia. Nie wiem czemu, może to gorączka, może zarazki z onej azjatyckiej wycieczki? Pierun wie, ale jest kiepsko.

Byle do Ystad!

Chociaż tym razem boję się portu, bo tam ma czekać na mnie nowy prom, a na to nie jetem gotowa. Wprost przeciwnie, więc wiecie, pozwólmy sobie na coś, czego u nas nie ma. Na mężczyznę na parkingu grającego „Despasito”. Na tłok, bo przecież sobota, najdurniejszy moment i dzień by tutaj przybyć szczególnie dla tej osoby, która nie znosi tłoku i panicznie boi się ludzi… już nawet grajek z parkingu wyleciał mi z głowy… ojojoj, jak ja to zniosę, jak przetrwam no jak? A o co chodzi?

No jak to?

IKEA oczywiście.

Wiecie, miejsce, które tak „trudno” znaleźć w Szwecji LOL. Mijaliśmy ich wiele, zdecydowaliśmy się na takie w kompletnym „nowhere”. Ogromne. Ale i takie dziwnie same, jak wszędzie. Posiedziałam sobie w fotelu, o którym mogę sobie ino pomarzyć, popatrzyłam na stolik, który musimy w końcu wymienić i tyle. Plany są, finansów brak. Nawet jak już człek wpierdala ino chińskie zupki, to wiecie, ciężko przędzie, więc… wychodzi z misiem z IKEA. Na hotdoga go nie stać, lody odpuszcza, zresztą, walić żarcie!!!

Mam wielkiego misia!!!

I już nie ma zbyt wiele czasu, a może raczej ma, ale sił mu brak, więc zajeżdża na poczekalnię promową i tęskni za wielkością Leonory, bo to, co przypływa ma dziurę w środku i jest maciupkie!!! Przerażająco ciasne i brudne. Express 1 to koszmar, który budują wciąż, gdy już płyniecie. Brudne toalety… serio, nikt nie chce widzieć zalanej wodą podłogi w toalecie, na promie. Woda ma być na zewnątrz. Niby fajnie, że są miejsca dla zwierzaków, ale ciasne i na dodatek na drodze do palarni, która jest na zewnątrz… na zewnątrz pędzącego promu!!! Serio ludzie, ino czekać na samobójców mniej lub bardziej przypadkowych!!! Te zabezpieczenia są marne a na dodatek ten hałas, ostre, bolesne nocą światło.

Jest źle.

Ze sklepu wolnocłowego dochodzą odgłosy wiertarek, nie chcesz tego słyszeć na promie. W kuchni podobno syf, kiła i mogiła. Ograniczyli kasę na wszystkim bo wiecie, bilety muszą być tańsze. I są, ale co z bezpieczeństwem? Auta pełne słonej wody, wyjazd tylko jedną stroną. Wygody żadnej. Boję się co będzie, jak fale podskoczą… I jak ludzie poradzą sobie z maciupkimi kibelkami i oczywiście maciupką powierzchnią siedzącą.

Czarno to widzę… podwodnie nawet.

Brak klasy, elegancji, higieny, zasad BHP.

Brak wszystkiego. Obecny za to strach. Odkryte kabelki, rurki jakie ino sreberkiem powleczone, drzwi, które odebrały jakiemuś osobnikowi kilka palców. No wiecie, zwyczajność. W pierwszy dzień kilka wpadek i opóźnienie, ale to wiadomo, no wiecie, każdemu chyba zdarza się… jednak promy wciąż jakoś na psującej się stronie, więc jak to będzie później?

Czy z czasem się polepszy?

Dla mnie na pewno nie, bo ten prom jest po prostu za mały.

To jebana łupinka!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma i Sirka… została wyłączona

Pan Tealight i Samotnościowcy…

„Kamienne wyspy niechcące ludzi.

Niepragnące macania, tykania, parkowania u ich brzegów, budowania, zmieniania… Samotnościowcy. Chcące tylko i wyłącznie bycia ze sobą. Każda wyłącznie ze sobą. Tylko. I może powietrzem dookoła i może chmurami, deszczem, falami, ptakami i roślinami, a jednak, przecież to już jest tak wiele.

Tak wystarczy.

Niczym oni ludzie, całkiem przez innych niezrozumiałe, zmuszane do zasiedlania, do wszelkich odwiedzin, ale czasem… ale czasem wkraczają na nie oni Świadomi. Ci, którzy wiedzą jak się zachować, jak zapytać, zapukać, po prostu zapłacić i pobyć tylko ze sobą. Bo jakoś wszędzie indziej się nie da. Po prostu nie da, więc najlepiej zapytać jednej z tych wysp. Płaskich, najczęściej pozbawionych drzew, nawet traw, z kilkoma gniazdami ptasimi, zagubioną kaczką, która obrosła w takie piórka, że ornitologom by kapcie pospadały z uszu… gdyby wiedzieli o jej istnieniu, ale się nie dowiedzą, bo ona mieszka na jednej TYCH wysp…

Samotnych.

Niechcących wywiadów i umieszczania ich w przewodnikach turystycznych. Zwyczajnie nie garnących się do tego całego świata poza nimi. Wystarczające same sobie. We wszystkich wymiarach, rozmiarach i namiarach. Zawsze niezrozumiane przez innych. Unikające zmian poza tymi powolnymi, naturalnymi…

Samotnościowcy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Shopping.

No dobra.

To co kupujecie na wakacjach? Czy jesteście dziwadłami jak ja szukającymi kartek, magnesów i śnieżnych kul, sztuki wszelakiej, wspomnień w postaci kamyków, muszli i tym podobnych? A może jednak wydajecie miliony na torebki czy buty marek niewystępujących w waszych rodzinnych stronach? A może nie kupujecie nic? Może tak naprawdę macie to gdzieś?

Wiecie, górnolotnie oddajecie, że wspomnienia tylko w sercu i takie tam…

Albo staracie się znaleźć to, o najlepsze do zjedzenia? A może made in China, dobrze wiedząc, że i tak wszystko jest z Chin. Choć oni się ostatnio wycwanili i piszą Malezja czy inna tam zamorska kraina, a po prawdzie mówiąc, to tak naprawdę wciąż Chiny, tylko wiecie, lepiej brzmi dla kupującego?

To jak to jest?

Widzicie, gdy się mieszka na Wyspie, gdy tak naprawdę ma się dookoła więcej artystów niż marek gaci i butów, no i większość i tak musicie zamówić przez internet, bo zwyczajnie akurat tego nie ma, a na to jesteście uczuleni? No i w Szwecji mają takie fajne świeczki zapachowe. Może ich nie palę, ale wącham. No tak, takie uzależnienie… ale tak serio, najczęciej na niewiele mnie stać. Po tym jak człek stracił robotę, sztuki jego nikt nie chce, blogi nie zarabiają, to wiecie, musi okroić wszystko, by jakoś powiązać koniec z końcem. I nie mówię tego, byście się poczuli gorzej. To fakt. Ale pewno, że fajnie by było, gdyby ktoś chciał obrazek. Jakby co, wciąż są w moim sklepie (pamiętajcie, że ceny w koronach duńskich), ale spora część już została zniszczona. Tak… zniszczyłam własne obrazy. Zwyczajnie. Za pomocą noża, nożyczek i nogi. A potem napotkałam problem – jak to wyrzucić. Bo to tutaj nie jest łatwe. A tak, ekologia mnie dobija. Choć w Szwecji to dopiero są cyrki. Nie no, rozumiem plastik, papier i kompost, też to mamy, ale oni mają jeszcze dodatkowe elementy, których ja nie pojmuję. A kupując coś w polskim sklepie nie wiesz z czego zrobiono opakowanie.

I czy biały papier wciąż wchodzi w kompost?

Kiedyś wchodził…

A obrazy? Są moje. Nikt ich nie chce, więc… dlaczego nie? Ja nie mam miejsca na nie, a brak miejca zabija twórczy space.

No ale wracamy do głównego tematu… gdy mieszkacie na Wyspie nagle i shopping jest dziwny. Bo w okolicach Tanum jest ogromne centrum handlowe. OGROMNE!!! I niesamowite, bo pełne rytów w 3D. Nawet jeśli nie intrygują was zakupy w Szwecji, to warto wejść. Genialny wystrój. Wszystko w bieli, czerni i czerwieni, polecam kibelki!!! Te ryty takie nadmuchane sprawiają powalające wrażenie. Te znaki na podłodze i ścianach. Po prostu coś niesamowitego. Spójne, szalone, pasujące do wszystkiego, no i mają Rituals!!! Tak wiem, wielce odkryłam ten sklep przez jakiego bloga i było cudnie. A jakie mają… kurcze, niższe ceny niż inne firmy pachnąco-kosmetyczne!!! Świeczki wielkie po 200SEK?!!!

Naprawdę?!!!

Chcę więcej!!!

Tym bardziej, że korona szwedzka leci na łeb na szyję. Warto kupić i gacie i coś na prezent na święta. I to zrobiłam. Tak. Z ostatnim dniem sierpnia kupiłam prezenty do naszego kalendarza tak zwanie adwentowego. LOL Robię go od początku roku, bo bardzo i zależało na tym, by na każdy dzień było po 2 prezenty… wiecie, mam bzika!

Świątecznego bzika?

No ale, całe to centrum przede wszystkim było dla tych rytów uczłowieczonych. Wielkich i mniejszych. Łodzi i kobiet biegnących, niby na wyprzedaż. Tych na ścianach, które imitowały ryty, zainteresowanie, albo miały skupione nóżki, bo wiecie… siusiu język jest wszędzie taki sam!!! Ale jednak… najfajniejsze było oglądanie tego dość wcześnie, gdy jeszcze nie było ludzi, gdy wszystko było pustawe takie, ale otwarte. Masa miejsc pustych, wciąż czekających na swoich wpodnajemców, no ale… dziwne jest takie centrum właściwie w wielkim nowhere. Między drzewami betonowy, niski budynek i parking. Gdyby tak przenieść tutaj kilka sklepów z pamiątkami, założę się, że Turyścizna byłaby usatysfakcjonowana. Ja bym była, a w tamtym momencie byłam oną Turyścizną i to Turyścizną z całkowitej dziczy!!!

Ale po tym łyku nowoczesności i współczesności czas na więcej rytów.

Bo dlaczego nie.

Jeszcze chyba zdążymy, a ominęłam kilka ważnych, dość niedaleko. A dokładnie w pobliżu Vitlycke!!! Wstyd trochę, no ale. W tej całej ekscytacji człowiek po prostu nie ogarnia wszystkiego, więc teraz, tak na pożegnianie okolicy, do lasu. I jeszcze wysłać pocztę, bo w końcu banki działają – duńskie padły w dniu wypłat – dołożyć coś, pozaklejać koperty na parkingu. A potem znowu do lasu.

I skała za skałą.

Opowieść za opowieścią.

Grupka na łodzi, modląca się może? Kobieta określona jako „smoking one”, w rzeczywistości interpretowana jako ta płaczka, która wysyła ciało męża na wiekuistą wycieczkę/bitwę? Do Walhalli? Może? Mniejsze ryty i większe. Mężczyzna prowadzący wojsko, czy jednak uczniów? W końcu wysokość niegdyś była w rytach i rysunkach oraz rzeźbie, oznaką zajmowanej pozycji, może i tutaj tak jest? Ci walczący, ci polujący… przepiękne zwierzaki. Ryty tak niewielkie, ale jednak tak pełne.

Zaskakująca…

Tak wielu je omija.

No ale czas na pożegnanie. Powrót do domku, potem ryba z frytami, chwila w porcie we Fjällbace… chwila na wspominki…

Czemu się zakochałam w tym miejscu? Co się ze mną dzieje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotnościowcy… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienna Wyspa…

„Jedna, druga, trzecia…

Właściwie w tym miejscu wszytko było tylko i wyłącznie wyspą, albo kilkoma pozostającymi w jakim dziwnym, pokrętnym i zalewanym związku. Kilkoma się rodzącymi, kilkoma umierającymi, kilkoma wciąż jeszcze jakoś tak do końca niezdecydowanymi, więc… pokochała je. Bo w niej było coś z wyspy zawsze. Z jej Wyspy i z każdej innej też. Jakby… nie mogła inaczej.

Żyła już na wyspie pośród rzeki, pośród miasta i pośród drzew. Na wzgórzowej wyspie i na takiej lekko zagłębionej i gdy pokazano jej, że ma żyć gdzieś indziej zrozumiała, że nie może. Że to zawsze musi być wyspa taka, albo i inna. Odosobnienie, inność, zamknięcie pewne, ograniczenie, specjalność i siła wydobywająca się z ziemi lub skał. Drzewa czy głazy okalające miejsce, lub inne tam pradawne mury…

… albo też, wrota do innych wymiarów, światów, czy pomysłów.

Jednak tutaj, w tym miejscu, te kamienne wyspy, takie obłe niczym kochankowie spleceni w uścisku, niczym panie wciąż czekające na swoich amantów. Pełne ciał, pasji i emocji. Wiedzą, że ktoś ich pragnie, wiedzą, że dla każdej przeznaczony jest co najmniej jeden chętny, wiedzą to… nie potrzebują wiary. Jedne poznaczone trawami i pojedynczymi drzewami, inne znowu, całkiem nagie, niewstydzące się swoich krągłości połyskujących w mocnym słońcu.

Ale ta jedna, ta większa, bardziej kulista… tak… ona…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Czasem na wakacjach pada.

I tak naprawdę człowiek tak się wykończył przez kilka dni i zarwał kilka nocy bo wiecie, zaliczał co się dało, na początku po prostu szalał i chciał wszystko, i więcej niż wszystko i w ogóle… więc w końcu baterie mu siadają, przestaje przebierać nóżkami i planuje sobie dzień odpoczynku i normalnego względnie jedzenia. I wiecie, jak już byłam na tych wakacjach, to jakoś tak i mnie dopadło.

I naprawdę planowałam łóżko i spanie i odpoczynki. Wszelkie się lenienie i tak dalej, ale… potem sobie przypomniałam, że są listy i kartki do wypisania, a w moim przypadku to nie 5 karteczek, ale specjalnie przywleczone z Wyspy koperty, naklejki, stos kartek, więcej kopert mniejszych i większych i rachunek w wysokości około tysiąca koron. Niestety. Ale jak inaczej… jak już wyjeżdżasz, to poczta być musi przecież! No to przysiadłam i większość dnia mi zeszła, bo dziwnie, na tych wakacjach ni w ogóle nie mogła spać. Może to przez wysokie łóżko, a ja łóżek się boję w ogóle, podobnie jak krzeseł i stołów i tyle… a tak, jeśli ktoś chce mi stworzyć piekło, to zaproście mnie na obiad oficjalny, gdzie trzeba się ubrać i grzecznie siedzieć na krzesłach i oczywiście jeść!!!

No więc mój odpoczynek wiecie, nie zajarzył, że ma być, i puścił. Narobiłam się jak dziki świń, napisałam masę rzeczy, masę wypisałam kartek, kopert i tym podobnych… i wiecie co, nie mogłam wytrzymać!!! Po prostu. Na zewnątrz padało, ale w końcu, jako po południu przestało i nawet wyszło trochę słońca, więc… więc wyrwałam się na spacer. Miał być malutki i maciupki, Chowaniec obiecał, że tylko dookoła domku, znaczy pola golfowego, bo widok mielimy na pole zielone i skały i drzew kilka, więc jak najbardziej za.

I poszliśmy.

Szybko i wolniej.

Patrząc na kilka dziwnych zabudowań i oną pustkę zieloną. I pojedyncze osoby na polu i dziwność tego miejsca i nagle… plakietka i nagle człek już wie dlaczego nie ma ptaków i motyli. Ech, ekologie!!! Pryskali czy coś i wiecie, pa pa naturo!!! Dziwne to takie życie bez zwierzyńca. Bez wron i mew i jeszcze bez wszelkich innych corviksów. No jak tak można łazić? I wiecie, nie natykać się na ptaki? Ale pewno kupy przeszkadzają równo przyciętej trawie. A przycięta maksymalnie. Mówię wam dziwna rzecz takie pole golfowe. Dodatkowo przez to przepływa resztka fiordu… uformowana, ograniczona, ale jednak jest. Ciekawe, co jak podniesie się poziom wody? Jak wam zaleje?

Co wtedy zrobicie?

Dziurki w skale?

… świat zielony.

Ludzie i zwykłe domy przytulone do skały i nagle wpadliśmy na jakieś dziwne osiedle. Ale wam mówię pełen wypas. Naprawdę ślicznie, ale jednak dziwnie jakoś. Dookoła skała i pole golfowe, widok całkiem fajny, spokojnie pewno, ale atypowo. No ale nic to. W końcu sami mieszkamy w małym, białym pałacyku na skale.

Hihihi…

Idziemy dalej. Mijamy niewiele ludzi i powoli, ale w końcu trochę przepoceni, b wiecie jak to jest, gdy pogoda zaleje i chmurzy, ale wilgotność daje wysoką i mocno przygrzewa w plecki, to człeka oblewa, no ale idziemy dalej. Bo choć nam się pomerdało gdzie i jak idziemy i dokąd docieramy, to jednak, doszliśmy! Do onego nowego mostu, który przepołowił fiord. Ale wiecie, tak nie do końca of course. Jest zrobiony przepływ wody, jest wszytko, ale z racji, że poziom lustra niziutki, więc… Pewno, jak będzie trochę wyżej, to już widzę jak fajne w onej spokojnej części będą się czuły ptaki.

No przecież nic ino jaja robić!

I żreć co woda daje!!!

A daje, bo widzę czaplę.

Niesamowitą. Odbijającą się w lekko mętnej wodzie. Kroczącą, jakby nigdy nic. Wiecie, te długie giry, ten dziób, ona szarość i biel. Po prostu czar ciał szał i wszelkie erupcje. I ona czapla tak łazi, jakby na jakimś owalnym wybiegu pióra prezentowała. Jak nic Czapla’s Secrets! Żadnych Wiktorii!!! Niesamowita jest, gdy na chwilę wzbiła się w powietrze, jakby zawisła w nim, przyciężka… a potem dalej łazić. I oczywiście wtedy zaczęło lać. A ja na drodze, samochody obecne, wąsko mocno, a mnie ta czapla wciąż i wtedy, wiecie, ona nagle się pochyla nad wodą i chwila moment…

Srebrzystość błękitna macha przez chwilę ogonem w jej dziobie i już jej nie ma! Smacznego pani! Czy panu? Trzeba sprawdzić jak to się ptaszki rozróżnia płciowo w tym gatunku. Czapla łapiąca rybę była naprawdę czymś fascynującym, jeszcze ten deszcz. Oczywiście, że muszę pociągnąć te swoje krótkie nóżki, bo aparat zamoknie i tak dalej, ale jednak nie mogę się oderwać. Na szczęście czapla podjęła decyzję za mnie i odleciała troszkę mocniej dalej, więc mogę sobie tuptać dalej. Po okolicy.

Zmierzając ku domowi.

A tam… tęcza…

Okay i tutaj coś, czego chyba nigdy nie widziałam… tęcza raz po razie w tym samym miejscu. Tęcza odnawialna, którą zresztą widzieliśmy też w tym samym miejscu kilka dni wcześniej. Aż chce się lecieć po ten garniec, ale upocony, mokry i zmęczony, kichający człowiek, to nie materiał na pogoń za leprechaunem. No i tak by mnie krasnal jeden wykiwał.

A może nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienna Wyspa… została wyłączona

Pan Tealight i Poduszka Wiedźmy…

„Mała, lekko podduszona.

Wiecie, raczej coś w rodzaju placka, niż pucatej, pękatej podpórki puszki myślącej. Ale jednak wiedźmowa. Jej własna. Specjalna. Druga za jej życia. A pierwszą przecież miała od maleńkości.

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta kochała swojego Jaśka. Chociaż jakoś dla niej był Pusiem. No ale, wiecie, jednak w pewnym wieku ono słowo nie do końca przystoi, a potem już przystoi znowu, ale jest mega zabawne i zwiastuje raczej mocną chorobę umysłową, więc… choć z drugiej strony, czy ona wciąż jeszcze o to dbała? Chyba raczej nie. No jaki dorosły jeździ z własną podusią no? Kto przechowuje swój zapach i odcisk własnego ciała? Kto?

Może jednak ktoś?

A może lepiej nie, w końcu co jak co, ale Wiedźma Wrona nienawidziła jak inni byli, lub chcieli nawet, być tacy jak ona. Bardzo jej to nie pasowało. Bardzo, ale to bardzo mocno. Naprawdę, więc lepiej nie… po prostu nie. Nawet tego nie mów… myślał i gadał tak sam do siebie Pan Tealight strzegąc pozostałości po swojej wiedźmie. Wiedźmie, która wciąż jednak była wakacyjna.

Nie rozumiał tego, co się działo.

Niby była sobą, jak najbardziej i tak dalej, ale jednak, tutaj, w tym miejscu, tam, gzie wysp było tak wiele i wiele tak się nowych rodziło i umierało w ciągu mgnienia oka, właśnie ona czuła się lepiej. Dziwnie, w końcu bardziej jakoś, milkliwie, odważnie, choć nie do końca, bo wciąż była pokręconą sobą…

Bał się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „I że cię nie opuszczę…” – … kochać. Niby zawsze tak samo. Podstawowa wersja to dwie osoby, jakaś chemia, decyzja o małżeństwie… i może ktoś spotkamy, kto składa nam obiecującą propozycję. Propozycję, której nie można się oprzeć.

Bo przecież chcecie przetrwać. Chcecie być ze sobą na zawsze, więc dlaczego nie skorzystać. Tym bardziej, że przecież chcecie by to przerwało, a przed sobą macie takich, którym się udało. Którzy są ze sobą od dawna… no i pierwsze rady zdają się być takie niesamowite. Tak proste, a jednak, tak zaskakująco pomocne, więc…

No właśnie, z czasem oczywiście odzywa się ludzka moc buntowniczości i wszystko się psuje i wali. I nagle okazuje się, że jednak… nie wszystko jest tak proste. Że wszystko zaczyna przypominać koszmar. Tylko jak z tym zerwać? I czy w ogóle można? Przecież tak wiele spraw jest jak najbardziej przydatnych!

Oto opowieść sekciarska, ale… tak nie do końca. Za zakończeniem niesamowitym. Opowieść o miłości, potędze upokorzenia, o prawdziwości, marzeniach i wizjach innych, ulepszaniu świata i tych, którzy za wszelką cenę pragną władzy. Oraz o kłamstwie, które niszczy tych ostatnich dobrych ludzi. Intrygująca, przewidywalna miejscami, miejscami też okrutna, bolesna i brutalna. Straszna nawet. Dziwna. Zaskakująca może i… tak na prawdę nie do końca definiowalna bo przecież jak zdefiniować uczucia?

Chyba warto. Szczególnie dla tych młodych małżeństw, dla tych przed, by pamiętali o drobnych, małych rzeczach, bo chyba takie jest najprostsze podsumowanie tej opowieści. I jest jeszcze wolność, ale ostatnio wolność jakoś większości nie kojarzy się z małżeństwem, czyż nie? Jak to nazywacie? Kajdany, niewola…

Na zewnątrz huczy wiatr i pada ostry kapuśniaczek.

Wirują krople, uderzają w dach i szyby. Po prostu… co dziwnego. Coś, co człowiek zapomniał, do czego od nowa się przystosowuje. I kocha to. Ciemność na Wyspie nadchodzi wcześniej, już w okolicach 20tej. W końcu słońce nie męczy, chociaż straszą powrotem lata, co mnie doprowadza do szewskiej pasji, ale z drugiej strony, cóż… liście przestały się palić, ale też nie zaczęły jeszcze, odmówiły, zmieniać kolorów… a to jest dziwne.

Gdzie jesień?

Przecież już tutaj była.

A ten wiatr… taki silny, taki zaborczy, dudniący w ściany, stukający, przewracający doniczki. Ot normalność!!! Znajomość cudowna. Coś, za czym tak bardzo tęskniłam, czego tak bardzo mi brakowało, bo już nie umiem żyć bez tego wiatru i bez szumu fal, zapachu morza… no nie umiem. Bez natury. Bez tego przywiązania. Bez wizyt międzydrzewnych. Bez głazów, pachnących ziół, stokrotek, które powoli wracają, ale jakoś niepewnie tak, niegromadnie, jakby wciąż się bały, jakby wiedziały, że to nie koniec?

Może?

Ale mimo wszystko, mimo radości z powrotu, część mnie została tam. Część mnie już chyba zawsze tam będzie. Jakoś tak. Nie wiem jak to się stało, ale stało się i tyle. Kawałek na pewno został w Fossum… wiecie, tam, gdzie ta kobieta z kulą między nogami. To chyba jeden z najbardziej dyskutowanych rytów. Najbardziej wyrazistych i… zaskakująco malutkich!!! A tak, przyznaję, że poczułam się zszokowana. Skała jest doprawdy spora, nagromadzenie ludzkich postaci, dość agresywnych – jeden serio chce rozrąbać drugiego, a może i innych, bo chyba nie tego jelonka tam… do tego penisy, kobieta i kilka łodzi. Część jakby niedokończona.

Część to jakby miniatury tego, co już znam tak dobrze…

Intrygujące.

Jeżeli przejdziecie kawałek dalej, przez las, zapatrzycie się na niesamowity widok po prawej, po lewej też, na te drzewa, lesistości i trawiastości, dotrzecie do Balken. Ale wcześniej miniecie dość intrygujący ryt prawdopodobnie młodszy. Pewno wikiński, ale… czy serio to utyci Wikingowie, czy jednak tylko tarcze? Serio? I trzej… to tak mistyczna liczba, to tak ważna sprawa, do tego ta forma łodzi, niesamowita, więc… czyżby ludzie wracali w to miejsce? I jak wiele więcej jest pod tym mchem i licznymi, brodatymi porostami? Co kryje się pod niesamowitymi iglakami? No co?

Ile tajemnic?

No i same Balken…

… skromniutkie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Ryty są nagie, by od czasu do czasu odbywały się tutaj pokazy w stylu „światło/cień”. Niesamowite. Związane oczywiście ze słynnym przedsięwzięciem RockArtScandinavia.com. Jeśli jesteście zainteresowani, ładujcie się na stronę.

Mają też Facebooka, jakby co!!!

Muzeum…

A tak. TO muzeum. Dziwne muzeum, właściwie dom, ale obiecujący spoglądając na ogródek przed, na one metalowe odwzorowania rytów w 3D… chcę zobaczyć co w środku, ale tutaj bilet płatny… niby tylko 30 koron szwedzkich, więc nie ma boja, ale… NIE PRZYJMUJĄ KART!!! Hmmm, nie przyjmują kart? Na kompletnym zadupiu, gdzie, ekhm, nie masz też bankomatu – informacji tej nie ma w broszurze. Tanum Museum of Rock Carvings/Rock Art Research Centre pozostanie na mojej liście na potem. Chociaż, nie wiem czy się zdecyduję. Kiepsko się tam czułam. Dziwnie.

Nieswojo…

Czy to warte 3D?

Dla uspokojenia pojechaliśmy obejrzeć gigantyczne talerze, które widzicie ze wzgórza nad Vitlycke. Wiecie, te metalowe, przypominające odbiorniki, których używali w projekcie SETI. Oczywiście oficjalnie służyły do całkiem przyziemnych spraw, ale warto sobie na nie spojrzeć i pomyśleć o kosmitach. Bo czemu nie. A może tylko zobaczyć nim je zezłomują. Szkoda trochę, bo można by tutaj pokombinować z fajnymi rzeczami, ale jednak raczej nic z tego nie będzie. No i to tyle z przełamywania pogoni za starociami.

Wracam do pracy.

Tym razem najwcześniej, bo w XVII wieku udokumentowane ryty z Backa, Brastad. Po prostu powalające. Gruchoczące i tak dalej. Prześwięte. I właśnie chyba tak o nim myśleli sporządzając najwcześniejsze rysunki – od tego czasu odnaleziono tutaj i w okolicy masę rytów – bardzo przypominają takie kościelne malunki, lub witraże. Ale… nim przejdziemy się siusiu w krzaczki lesiste i odnajdziemy sporo głazów z niepomalowanymi rytami, cudowna sprawa takie siku LOL to popatrzmy na ten główny, kościelny relief. Świętą Drogę. Opowieść o… właściwie opowieść kończoną, czy też uzupełnianą. Pochodzącą z prawdopodobnie głównie z bardzo późnej epoki brązu postać, którą z czasem ubogacono, a którą nazwano szewcem. Czy przez młotek? Nie wiem. Wiem jedno, datowanie tutaj się miesza z prostego powodu. Jesteśmy przecież w Bohuslan. Miejscu w epoce brązu raczej będącym pod wodą wciąż… więc jak z tym datowaniem? A tak, że te najwyżej położone ryty będą brązowe, a reszta, cóż… jest dyskusyjna. Mamy święte zaślubiny, mamy tego gościa wyglądającego jak kolesie od Muldera, mamy penisa, łodzie… ale już inne, bardziej nowoczesne.

Mamy… wiele. Nawet coś w rodzaju radła, przedpługa.

Święta Droga, Bóg Pogody… tak wiele wielkich słów i choć ryt ogromny i powalający, to czy unosi oną ważność na swych wątłych ramionach?

W łydkach na pewno, ma je potężne.

Całą oną górę nazywa się The Dis Bridge, Via Sacra. Oczywiście to o wiele młodsza nazwa, ale jednak… intryguje. Czy tylko płodność? Pamiętajcie, że nigdy nie chodziło tylko o płodność ludzi, ale przede wszystkim pól i zwierząt. Czy ludzie przybywali tu licznie i w każde święta? A może jednak tak?

Może składali ofiary? Może nawet…

Czasem wciąż to robią?

To po prostu trzeba zobaczyć, ja muszę powtórzyć. Koniecznie. Bo przegapiłam kilka, ale to wiecie, z emocji.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poduszka Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Złoty Wodorost…

„Na plaży, wciąż jeszcze w wodzie miejscami, ale już jakby wychodzący, unikający fal, słoności, wszelka trawiastość modyfikowana falami, drobinkowana, glitterowana, wszelako cudownie odkształcona…

Leży ta cudowność.

Szczyt technik wszelakich, morsko-jubilerskich. Sztuka i niepowtarzalność okąpana promieniami zachodzącego słońca. Słońca, które tak naprawdę od niego uczy się jak to jest być oślepiającym złotem. Klejnotem, szaloną połyskliwością o nieidealnie gładkiej powierzchni, bo miejscami znaczonej malutkimi grudkami zdobień i może run morskich? Może i pisma, które już dawno wybrzmiało?

Pazurzasta ręka, dłoń może mocno ulękniona, płaska i cieniutka, ale jednak z czterema, mocnymi palcami. A wszystko oczywiście w złocie. Bo na to jest zdecydowany… na złoto ono żółte, słoneczne i jasne, ale i brzegami na stare, przyciężkie, miejscami nawet zrezygnowane, lekko zgniłozielonkawe. Czy to filigran na onych, zdających się być ostrymi, brzegach? A może jednak…

Może coś więcej?

Niewielkie jajeczka pradawnych stworzeń, które odmówiły odradzania się, postanowiły przeczekać ten świat. Bo ten świat tak bardzo boli, za bardzo niektórych… i jedno machnięcie fali i wszystko znika… przemieszcza się. Może i ucieka, może odchodzi pewne siebie, a może jednak przymuszone?

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wróciłam na Wyspę, która stała się w końcu cichsza, chłodniejsza. Wciąż jeszcze sucha, rzeki wciąż przypominają wątpiące w we moce strumyki, wciąż jeszcze wszystko zdycha, ale… żółcenie się liści minęło. Sklepy pozamykane, wychodzę na spacer i tylko dwa golasy na pomoście. I wiecie co… mam ochotę ich wyściskać.

Serio!!!

Mam ochotę wyściskać gołych – CHYBA – Niemców za to, że są przecudnie normalni. Znaczy wyspowo normalni. Tak, nie obchodzi mnie to, że są goli. Nie gorszy mnie to w ogóle. Chodzi o to, że są poprawni. Zwyczajni. Kudos im za goliznę, która naprawdę tutaj pasuje. Która jest nudnie aseksualna. Super są, bo to robią. Nie, nikt tutaj nie macha wam interesem przed oczami, po prostu mieli pustą plażę, teraz się wycierają, pewno ubiorą się, zejdą z pomostu i pójdą w swoją stronę po szybkim zanurzeniu. Nie będę podglądać, bo i mnie to nie obchodzi i tak serio, sama bym wskoczyła, ale wciąż choruję.

Ale i tak bym wskoczyła nie martwiąc się o wymyślność strojów i czy coś mnie pogrubia, pochudza, pomarszcza, czy chujaczyńskie wiedzą tam co jeszcze…

Po prostu.

Kocham to po prostu!!!

Ale jednak jak wybrałam się wczoraj na spacer – słonecznie, ciepło, lekki wiaterek, milusia przedjesienność, choć wszystko co przetrwało odzyskało zieloność, trawy są właściwie neonowo zielone, a drzewa odżyły. Jesienność chyba odwołana. Choć widzę spacerując po skałach, że szkody są spore. Ale krów w Ekkodalen, masa. Idąc od Lilleborga do Ekkodalen przez Rytterknagten, gdzie teraz wiecie, wytwornie kawą wali – no sorki morki, ale nienawidzę kawy… spotkaliśmy jednak masę Turyścizny. Głównie niemieckiej, ale to znak nowych czasów i promów. Nie wiem, czy się przyjmą, czarno to widzę, ale przepłynęłabym się do Niemiec na jakieś świąteczne zakupy. Tudzież tylko oglądanie lampek, bo wiecie, bieda.

Wciąż u nas za wiele jednak tych ludzi. Wciąż jeszcze… choć lody w porcie smakują wybornie, bo po spacerze człek sobie chce pozwolić na oną nieskromność. A co. Stary jet, więc mu wolno!!! I jeszcze psychicznie niezborny, więc wolno mu tym bardziej… a jednak. Kurcze, nie wiem co się dzieje, ale wciąż myśli o wakacjach.

I wciąż mam tyle do opowiedzenia!!!

Naprawdę.

Choć właściwie wszystko zamyka się w przeszłości i mej osobowości i cielesności czycącej skały i wyryte w nich obrazki. W końcu dorwałam te pominięte, w końcu udało mi się znaleźć nowe, w końcu tyle się wydarzyło. I jakoś… po raz pierwszy to coś, co przeżyłam było naprawdę wakacjami – dobra przez dzień lub dwa, ale jednak – a to nowość.

Gigantyczna!!!

Ryty więc…

Na pierwszy cel idzie Litsleby.

Nie dotarłam tutaj ostatnio bo… ech, no bo tyle tego było, człowieka dobijał Hamburgsund, no i czas gonił, a tyle do obejrzenia i w ogóle. I to jeszcze sam bóg z włócznią i widoczną organizacją swej męskości ostro ukazaną. Ekhm. Co do detali. Nie anatomicznych. To podobno połowa epoki brązu, może jednak nie. Wiecie, nie do końca można być pewnym. Ale na pierwszy rzut oka, to raczej coś tak bardziej brązowego, chociaż, z drugiej strony… oj, nie oszukujmy się, i tak wszyscy skupiają się na płaskiej, lekko pochylonej skale otoczonej pięknym lasem i onym na czerwono wymalowanym rytem.

I penisem.

A tam tak naprawdę tyle do oglądania!!! Może i zdobienie onego kawałka skały trwało dłużej, może i naprawdę, wróć, na pewno wymagało masy pracy, ale jednak… nawet uświadamiając sobie oną moc pracy, człowiek czuje się lekko powalony i musi przysiąść na ławeczce. Z myślą, że tak bardzo chce oczyścić więcej tych skał.

I to teraz, już!!!

Bóg, penisy, łodzie, zwierzęta.

Całe historie i zdające się być oderwanymi łódki. Pojedyncze sceny polowań, może trochę określeń czasu? Może? Niedokończone moje kółko z krzyżykiem na jego penisie. Pewno późniejsze, lekkie niszczenie, a może tylko złe wymierzenie? Wiecie, bad planning? Nie wiemy. Za to mamy wiele teorii. I serio… polecam wam to miejsce właśnie by rozwinąć wyobraźnię. Bo to jest jak gigantyczny komiks!!! I ze stopami na dobitkę!!! I jeszcze te koła na łodziach, pytania, brak odpowiedzi… pogoda kiepska, ale nie dla mnie. Akurat wolę mniejszą słoneczność.

Przynajmniej mam to miejsce tylko dla siebie.

Wyżej jeźdźcy z Tegneby… nie do końca wiadomo, nie do końca pewna teoria o ofiarowaniu zwierząt bogom, a może jednak coś innego? Może w rzeczywistości ten ryt jest na tyle młodziutki, że jest tylko kopią. Wyłącznie czymś, co robiła najsłynniejsza z Kleopatr? Naśladownictwem tylko, a może aż? Próbą wtopienia sie w tłum? Ale to by znaczyło, że właśnie o to im chodziło… datowane na około 500 p.n.e. jakoś tak się tłumaczy…

… przynajmniej mi.

A teraz znowu Vitlycke Muzeum.

Po co wracać?

Po książkę. Bo tak. Bo to mikro, ale świetne muzeum i Chowaniec musiał do kibelka. Ekhm. I zostawił mnie w sklepiku. Oj błąd… ale fajny błąd. Jest też mała restauracja, garść ludzi. Cicho, bo pamiętajmy, że już po sezonie!!! Niestety mój ulubiony film… nie działa!!! NIEEEE!!! Na szczęście nagrałam go sobie, ale to nie to samo.

Smuteczek…

Ale jeszcze tyle zabytków przede mną!!!

Tak, będzie tego więcej. Wiem, wkurzające. Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Złoty Wodorost… została wyłączona

Pan Tealight i Parzę…

„Jestem czerwona.

I złota i burgundowa.

Jestem i kwiatem i morzem, i wszelaką ruchliwością… żyjąca, jestem kwiatem, który się porusza ciągnąc za sobą w swej złocistej poświacie, światy, które jeszcze nie zdecydowały się na egzystencję i zaludnienie. Kwiatem bóstwem, ale i żyjącym bytem, samym w sobie zaintrygowanym światem, który ma dookoła siebie. Który zapewne stworzył ktoś inny, ale kto? Może ja? Bo przecież bym mogła. Przecież mam takie możliwości, ale też musiałam się gdzieś narodzić, tylko, czy na pewno?

Jestem boginią… i tutaj jestem, by odejść.

A potem się odrodzić.

I tak w kółko. Życie, którego nikt nie połyka i nikt nie wyrzyguje. Moje życie, moja egzystencja. Mój plan emerytalny, który jest początkiem, a nie końcem. Moje zakończenie. Wychylam się ponad powierzchnię tej toni i zastanawiam się nad błękitem i dźwiękami, które dla mie są tak dziwnie stłumione. Zastanawiam się nad tym wszystkim tak ponownie, po raz nie wiadomo który, nieskończony…

Ja…

Odchodzę, ale jeszcze nie w tej chwili. Jeszcze coś muszę zrobić, ostatnie ruchy moje, ostatnie światy, myśli ostatnie, marzenia i sen może, zachłyśnięcie się innością, znanym nieznanym może i…

Tak szeptało ono coś galaretowate do nachylającej się nad taflą Morza Nieznajomego Wiedźmą Wroną Pożartą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Groby, plaża,

Wiadomo, we Fjällbace kościół wielki jest, a przy nim garść nagrobków, bo serio moim zdaniem ona ich morduje. Znaczy Camilla. Musowo ich killinguje na amen, bo co jak co, ale ja widuję tylko Turyściznę. Serio. Niby te restauracje i sklepiki ktoś musi prowadzić, ale ich tak niewiele, że przecież… jakby nie było.

… więc musi mordować.

Na śmierć.

A jednak w kościele pustki, nagrobki nie pojawiają się nowe, jakby ktoś wiedział, że lepiej ludzkiej opinii nie poruszać i chowają ludność gromadnie pod jednym kamyszkiem. A może rozsypują i na morze, albo jako nawóz, albo lepiej, na głębokim morzu topią, na pożywkę wszelakich kreatur morskich i innych tam… bo tu na pewno takowe są. To, co widzę w wodzie to ino miniaturki tego, co jest tam. No i musowo na którejś z tych wysepek mają syreny.

No musowo!!!

I syrenich panów też!!!

Bo przecież to Szwecja.

Wiecie, kraj dziwny bardzo. Bardzo dziwny. Ale ICE boską mają, choć mało świeczek pachnących no! Ale mam nadzieję, że się nagromadzą tak na święta. Bo wiecie, ja muszę je mieć! I baranka. No bo tak. Czy se chowają tam tych ludzi, czy nie, na pewno miasteczko jako takie jest większe niż się ludziom wydaje i warto pobłądzić po tych uliczkach, a już pomocne w tym są cudowne trzy blondynki, które zatarasowały na cały dzień główną drogę. Wiecie, stoją z tymi żółtymi znakami, no i nie da się na nie krzyczeć. Kto by tam krzyczał na blondyneczki takie śliczne, no kto? Chłop nie, bo wiadomo, a baba… baba w pracy. A ja? A ja… zdecyduję się na objazd jaki gubiąc się pięć razy, choć trasa prosta jak drut powiązany w wymyślne supełki, i pozbawiony parkingowych miejsc. No tak, lepiej serio z buta, ale pada, a mi nos też siąpi i nie chciałabym, wiecie, jakoś tak zasmarkać się na amen.

No i dlatego człek se objeżdża miasteczko dookoła, poznaje tych żyjących na obrzeżach, uświadamia, że mają tylko jeden sklep względnie spożywczy… i tak się zastanawia, jak to jest w Szwecji z tym całym turyzmem?

… ale teraz do rzeczy.

Na groby!!!

Ale te groby, po które wyruszam są inne, starsze, intrygujące powiększone cuda, które znam, a mamy je tutaj na Salene. Czyli wiecie, kopce kamienne. Właściwie kopce złożone z kamieni niepołączonych żadną zaprawą, jakby każdy z żałobników, czy i wizytatorów, miał za zadanie przynieść sporej wielkości głazika. Nic malutkiego, o nie! Tutaj rozmiar jest dość ściśle określony. Co naprawdę zastanawia… naprawdę. Bo w okolicy wielkie, obłe głazy, kamienie jako takie w mniejszych ilościach gdzieś indziej, gdzieś niżej, może i w samej, przepastnej wodzie?

A jednak… są tutaj.

Pierwszy grób, czy raczej kurhan kamienny. Usytuowany obok parkingu, tuż nad plażą kamienistą, przy malutkim, dziwnie cichym, porcie pełnym meduz i… ostryg? No właśnie, to chyba ostrygi? Na szczęcie zamknięta muszla, którą sobie na pamiątkę wzięłam, przezornie została na zewnątrz i teraz… ekhm wonieje padliną! Na całe Melsted i Gudhjem! Ekhm, mrówki zrobią robotę, mam nadzieję, a ja potem z muszelek sztukę jakąś odwalę. Bo wiecie, te wielkie muszle przyczepione są zawsze do jakiegoś kamienia. Po prostu na amen! Wiem, że do całego zbierania są specjalne noże i tam wianki i cuda, ale jednak… nie ciągnie mnie do morskich specjałów.

Ale kurhan.

Epoka Żelaza i raczej płaski. Podejrzewam, że ludziom wiecie, kamieni brakło to sobie przez wieki pożyczali i zapominali oddać. Widok śliczny na wysepki, choć poziom wody dość blisko, żadnego wspinania. Małe wspinanie do tego brązowego. I oczywiście kilka kroków, a pogoda strasznie mroczna i lepka. Ale daję radę i dostaję widok i właściwie kamienne pole, pod którym spodziewalibyście się prochów, a podobno są dwa miejsca na pochówki szkieletowe. Hmmm? Intrygujące. A już ta gigantyczna rozmiarowość kamiennego płaszcza, powala.

Kto i dlaczego?

Kiedy i po co?

I tak naprawdę… czy czycili ich tak, czy jednak robili to na pokaz? Wiecie, nobilitacja wielka przez pokłon? A może jednak odwiedzali przodków? Może te miejsca były aż tak ważne. Wiecie, trudno badać skały. A pytane, udzielają skromnych odpowiedzi. I coś mi tak, przez Camillę L. w głowie się telepie, że gdyby wsadzić tutaj kogoś, to nikt by nie odkrył, bo przecież kto tu przychodzi? Może ptaków większą ilość by zauważono, ale na pewno nie poza sezonem.

Bo dookoła dziwna cisza…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Parzę… została wyłączona

Pan Tealight i Respiące się samochody…

„Miejsce.

Cisza.

Auta.

Pojawiają się, ale skąd? Nagle jakoś, dziwnie, jakby nie przyjechały, a wyrzucił je portal, statek UFO, czy inne dziwactwo… Naprawdę. Tutaj, na tej malutkiej wysepce, odłamku wielkiego lądu, części wielkiej cieśniny, zatokowej lekko, lekko innoświatowej. Pełnej załamań, zawirowań terenu i skał. Nie ma tu pól, tylko domki, nie ma chyba ludzi, a jednak są te auta…

Auta czekające na prom.

Na dziwny, malutki prom, który za zadanie ma przebyć właściwie wyłącznie podwójną długość samego siebie. Ale jednak, jest, pływa, no i będzie konserwowany. Hmmm… czy to znaczy, że w puszki pójdzie? Bo na puszki raczej nie przecież, wciąż ma pływać. Ruszać tym żółtym kółkiem, przewozić i ludzi i auta na onej swej szerokiej na dwa rzędy aut, i resztę ludzką, pomarańczowość.

… tylko skąd te auta?

Bo ludzi nie ma. Dookoła cisza mroczna i pustka, szelesty dziwne, wąskość, podobno jakieś ruiny, ale za bardzo ją to miejsce przeraża. Chociaż jest wiedźmą, może więc nie powinna się bać? A może jednak raczej powinna wiedzieć czego i kiedy się bać? Właśnie przez to, że jest kim jest?

Pan Tealight spoglądał na nią z oddali względnie suchej.

Wiedział, że nie może do niej podejść, zdradzić się, że tu jest, że jej pilnuje, że wie dlaczego ona się boi, że tak bardzo chce, by wróciła na górę do zamku, nawet jeżeli tam w ogóle nie może jej kontrolować… a potem nagle rozległ się plusk i musiał ratować Ojeblika – małą, uciętą główkę, która nagle zmaterializowała się na onym wakacjonowaniu Wiedźmy Wrony i to nie na lądzie… i wtedy…

Wiedźma Wrona Pożarta nagle zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hamburgsund

Chatki, plaża, masakra piłą mało mechaniczną… hałas. No tak, człek się tego raczej nie spodziewał. Nie wiem dlaczego w końcu rok temu nie zwiedziliśmy tej wysepki, na którą przepływa się promem. Wiecie, onym malusim, elektrycznym chyba ustrojstwem, co to powoli was ciągnie i nie pyta o zdanie. I jest za darmo. Ale teraz chyba wiem…

Przeczucie miałam.

Bo sorry, ale zobaczyć nagle wodny plan do filmu „Masakra wszelako skandynawską piłą mechaniczną i łódki” było szokujące.

Najpierw samo miejsce.

Spokojne, odludzione choć są domki, skały, mało drzew… ale jednak ludzi nie ma, więc skąd te samochody, które płynęły w drugą stronę? Tak jakoś wychodzą z portalu jakowegoś, równoległe światy, czy coś? Bo to miejsce, gdzie teraz jestem, do którego doprowadziła nas kręta, maksymalnie wąska droga, jest jak z innego świata. Wyobraźcie sobie dziurę w ziemi wypełnioną wodą. Takie coś wulkaniczne, albo po kopalni odkrywkowej. Siedzicie kilkadziesiąt metrów poniżej otaczających was skał, po prawej czerwone doki wtopione w skałę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Po lewej to samo, ale jest i dróżka bez wyjazdu, ale jest. I jedno drzewko. A reszta to nagle tylko te obłe skały i morze lekko wzburzone wciąż chlupiące.

Hałas.

A przecież uwielbiam jak mi morze chlupocze, więc dlaczego to miejsce mnie tak przeraża? Rampa prowadząca do wody, dla łodzi, te chatki, kilka łódek. Żadnego człowieka, ale w oknach zdaje się co czaić, a może raczej poza nimi. Gdzieś w innym świecie, którego są odbiciem, a może aż i wrotami? Może? Lewa strona zdaje się tak odległa, gdy człek staje na pomoście i ze szwedzkiego poprzez duński i resztki swej inteligencji, której jeszcze nie wywiało mu ze łba, czyta: wchodzisz na własne ryzyko… Znaczy co? To jest kolonia oderwana od państwa? Świat, w którym nie ma żadnego ubezpieczenia? Król Gustav mnie nie uratuje?

Ale jak to?

Przecież to Szwecja?

Chyba wciąż co nie?

Czerwone, maciupkie domki na drewnianym pomoście. Patyki, czy raczej bale wtopione w podłoże z przywiązanymi łódeczkami. Na jednym pomościku przed domkiem krzesła, tam znowu dyndają w doniczce kwity. Jakieś firanki niedrgające, prywatność, a może samotność? A może coś więcej? Człowiek skręca i nagle coś odkrywa… że tak naprawdę te domki stoją na palach, a między nimi a skałą jest ścieżka, jakie kable. A w skale, w onych załomach, gdzie drobinki ziemi się wytworzyły, gdzie właściwie tylko czasem dociera światło…

… kwiatki.

Przeciska się człowiek między ścianami drewnianych chatek, raczej takowych domków łódkowych niż letnich rezydencji dla bardzo małych, szczupłych i bezproblemowych, ale… jakoś tak wydaje się, że to miejsce żyje w jakichś wymiarach, które są pełnoprawne. A nawet pełnoroczne. Morze stukające właściwie o wszystko oprowadza mnie do szału. Kolejny korytarz, przytulam się do zimnej skały, pod nogami cienkie drewno, szpary, morze…

Takie to wszystko dziwne i inne.

Takie straszne.

No przecież jak mnie tutaj ubiją, to nikt się nie dowie. Zresztą nawet jeśli, to i tak kogo to będzie obchodziło, a jak tak, to chyba ino jakiś freakowy kolekcjoner by mnie ubił. Bo ja taka mało raczej interesująca jestem, więc. Nie no, jak już to kraken, który na pewno tutaj żyje, w tej dziurze dziwnej, w onym atolu właściwie, bo widzę wąski przesmyk prowadzący na pełne morze; żyje, a może tylko się wakacjonuje?

Nie wiem…

Uciekam stąd.

Wiem, że gdzieś w oddali jest jeszcze kilka domków takich samych, jeszcze bardziej wbitych w te obłe skały, ale mam dość. Chcę plaży, obiecano mi w końcu muszelki no i… i jest plaża. Kamienista, zasłana żółto-czerwonymi oraz burgundowymi parzylcami. Znaczy no tam, wiecie, meduzami, ale tymi bolesnymi. Plaża, z kibelkiem smrodliwym, dziwnymi chatkami kąpielowymi w szaro-niebieskich kolorach, pomostem przytulonym do skał pod nimi… i muszelkami. Małymi i większymi. Przerobionymi przez pływy i skały. Właściwie bardziej to ułamki kolorów: niebieskości, błękitów, różowości i bieli wszelkich odcieni, niż większe muszle. Ale i tak cudne. No w końcu u nas nie ma. I do tego zachód słońca przez kilka sekund niesamowity, a potem nagle zachodzi za te grube damy i jest szarość i ciemność, i straszność znowu.

Bo tak, dla mnie to zawsze będzie Plaża z Grubymi Damami. Te kały tak właśnie wyglądają. Jak ułożone na bokach krągłe, wenusowskie damy. Rubensowskie, czy jak to kto chce nazywać. Patrzące na ciebie.

Oceniające.

Dziwne.

Szokujące nawet.

Chcę do domku mojego białego. Cudownego. Chcę już w miejsce bardziej przyjazne i bezpieczne. Chcę… ale jeszcze czekanie na prom.

Bo przecież nie mamy amfibii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Respiące się samochody… została wyłączona

Pan Tealight i Plaża z Grubymi Damami…

„No dobra.

Wiedźma Wrona Pożarta po raz pierwszy w życiu była tak zaskoczona. Wiecie, nie żeby myślała, że wszystkie plaże to piasek, woda i dal kosmiczna, bo tak nie myślała, znała różne, z niektórymi wchodziła w porąbane związki, ale to miejsce, ten specjalnie wydzielony obiekt kąpieliskowy…

… był dziwny.

Po pierwsze mieścił się na Krańcu Świata Bardziej, a po drugie otwarty był na morze tylko poprzez wąski szpaler wysepek i skał. Choć co czyni coś ino skałą wystającą z morza, a coś wyspą? Rozmiar?

Ma znaczenie?

A może…

A może chodziło jednak jej tylko o te wielkie, krągłe kobiety, które otaczały kamienną plażę zasłaną parzącymi meduzami? Przerażały ją. Patrzyły na nią rozwalone, leżące, obmywane falami, niebojące się morskich stworzeń, które tutaj były tak kompletnie odmienne od tych jej znanych i tak przerażające, a jednocześnie… tak piękne. Niesamowicie czarowne, przyciągające, a jednak…

… a jednak…

Tak, oto była plaża, która nigdy nie mogła należeć do Wiedźmy Wrony, w żadnej części, ale też jej nie odpychała. Pozwalała zbierać muszelki, zezwalała na czycenie i głaskanie, ale też nie chciała, by ona się w niej naprawdę zanurzyła. Opryskiwała ją chmurką solnej konieczności, ale jednak nie falą… A te panie, damy, boginie może nawet… milczały. I spoglądały na nią. Dziwny, potargany twór, który nurzał się w kamienistości, buszował w niej odziany w czerń i wiedziały…

Że kiedyś będą chciały jej więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Artyści i Fjällbacka…

No są.

Istnieją tutaj.

Na pewno jest ktoś, kto maluje skrzynki na listy… czy też raczej skrzynki na reklamy. Bo czy poza mną ktoś wysyła kilkadziesiąt przesyłek, kopert, kartek z wakacji. Za jakieś 800 koron? Nie. Kobieta, przemiła osoba, ale bardzo przerażona ilością i moją nadaktywnością znaczkową, ledwo sobie poradziła. Ledwo. Ale jednak chyba też i szybko jej poszło i pomoc miała, bo pierwsze przesyłki już docierają!!!

YAY!!!

No ale miało być o sztuce. Choć… przecież epistolografia to też sztuka. W moim wykonaniu bad handwriting one, ale… jednak jest. Wymaga podstawowych narzędzi, ołówka, długopisu, papieru. Kocham je. I znaczków, pięknych, czadowych. I jeszcze kopert, tajemnic, odrobiny magii, dorzuconego liścia, zasuszonego kwiatka, może i czegoś większego? Formy w kształcie dziwnym, magnezu, ołówka z far far far awaya. Albo tylko odciśniętych ust?!

Artyści!!!

Jakoś nie trzymam się tematu. No ale, to ja. Wróciłam ze świata pełnego starych rytów, lasów i skał, miejsc dziwnych i dziwniejszych i braku wifi!!! Czadowego, który przenoszę tutaj. I serio, ograniczam się. Tylko, czy mi się uda? Musi, w końcu sztuka czeka. Niszczenia obrazów to jedno, ale malować też się chce. No i jeszcze kilka zostało, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie, że cena do uzgodnienia. A sklep tutaj! I tak, wiem że duńskie korony to tak strasznie ilościowo wyglądają, ale sprawdźcie kurs! I zwyczajnie spytajcie o ofertę 3 w jednym LOL Może coś małego na prezent, a może większego na zbyt wielką i białą ścianę?

Bo artyści też jeść muszą!

Niestety… i używają dezodorantów!

I prądu!!!

Artyści?

Są tutaj wszędzie. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo każdy dom ma w sobie coś, każdy jakoś tak czaruje. Te cudowne wycięcia, kolory, ta niemonotonnia. Ta porażająca, odważna nieskromność barw! Te uliczki, kwiaty. A jednocześnie ona skromność. Tu dzwonek, tu kilka doniczek, łódź w oknie. Jest w tym jakaś surowość, ale też wciąż połączone morskie klimaty. Jakbyśmy, ci żyjący nad morzem, nie mogli bez niego egzystować nawet i w domu. Własnym domu.

Są tu obrazy…

… oczywiście inspirowane Szwecją, folklorem, wierzeniami, obrzędami, ale też i tym namacalnym. Tym co w wodzie, w trawie, w porostach, opadłych liściach. Tym, co na niebie, pod nim, tym wszystkim tak prawdziwym. Czasem srającym z melodyjnym pluskiem. Łodziami, podróżowaniem nawodnym. Ale przede wszystkim jednak, tutaj, w tym mieście… wyspami.

Te malutkie, czarowne skały, czy też ona skała, do której Fjällbacka się przytula – lekko przerażająca, osypująca się, zwiastująca collapse – i to one stały się wielką inspiracją dla wielu artystów. Mnie też dotknęły. Na pewno coś namaluję, ale nie tak jak On. W końcu Go spotkałam… Petera Engberga. Artystę, którego jakoś nie udało mi się spotkać rok temu, a którego prace zwyczajnie mnie urzekły. Człowieka, który w swojej galerii – razem z Oscarem Nordblomem – prezentuje właśnie te wyspy/skały. Miejsca, które niczym okruszki z kontynentu prowadzą nas na pełne morze.

Każda z nich ma nazwę, więc i on się nimi inspiruje. Nie tylko kształtem, nie tylko specyfiką terenu czy domków, ale właśnie nazwą. Może i historią z nimi związaną, odosobnieniem, dziwnością, lub tylko innością… Antropomorficznością, a może tym, co czuje, gdy na nich jest, lub na nie spogląda. Jest w tym coś z bajkowości, jest w tym jakaś mityczność, ale przede wszystkim…

Chyba prawdziwa Fjällbacka.

Ta jej część porozrzucana.

Pogubiona może nawet…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plaża z Grubymi Damami… została wyłączona

Pan Tealight i Kripi Wiocha…

„Na palach…

Na morzu.

Przy skale.

Pod skałą i jeszcze w niej prawie, dotykając pierwotnej formy Wszechświata, który upuścił tutaj cząstkę swej samotności, trochę dziwaczności i 100 procent przerażenia. Wyprodukował sobie później nowe… umie tak. Na poczekaniu oczywiście. Bo wiecie, to w końcu wszystko jego robota, jego produkty, więc…

Ale to miejsce… dziura w skałach wypełniona wodą, której wyjście w pełne morze zdaje się jakoś zakryte. Z prawej domki czerwone z łódkami, zdają się być wtulone w wielką, gładką, miejscami pękniętą skałę, z którego to pęknięcia wyrastają żółte kwiaty… w onej ciemności między drzwiami domku a skałą, jakoś żyją. Mocarze, czy też najdzielniejsi z bohaterów? A może nie mają innego wyjścia?

Jest tutaj ona i niczego nie rozumie.

Po lewej stronie morza droga, ale zdaje się nią nie być. Jakby istniała tylko jako przykrywka. Oczywiście przed nią też domki. Tylko pięć, a może to ułuda? Może jest ich mniej, bo wszystko zdaje się być lustrzanym odbiciem… i skała i morze i łódki, i ciągły, dziwny rechot fal. Nie, tutaj morze nie szumi jak u nas. Tutaj ono jest dziwnie bardziej zaborcze, groźne nawet, niewrażliwe. Łódkom to widać odpowiada, czy ludziom? Nie wiem. Nie widzę ich. Chyba mignął jej gdzieś rower, ale tutaj nie jest pewna ni tego co widzi ni tego, czego nie słyszy, a może i czuje?

A przed nią one… skały.

Obłe, antropomorficzne.

Niby ukultowieni bogowie, którzy już nie mają nadziei, ale zdołali uwięzić tutaj grupkę swoich wyznawców. Może dlatego zdaje się jej, że w tych czerwonych domkach są jacyś ludzie. Są jakieś dusze i siły, są jakieś byty, a może i moce, które zostały związane najpotężniejszymi zaklęciami…

Skały…

… ona chce je dotknąć, uszanować, pokłonić się, ale ją odpychają, jakby nie wierzyły, jakby już wszytko widziały, jakby…

… skały…

Przyciskające wszystko do siebie, nie tulące, nie… raczej pragnące cię do końca stłamsić, unicestwić.

Nie…

Wiedźma Wrona Pożarta… nie po raz pierwszy, ale może po raz pierwszy tak nagle i szybko… uciekła od natury.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sztylet ślubny” – … i co dalej? Bo ja chcę wiedzieć teraz, a nie czekać na kolejną część. Bo się wciągęłam!

Strasznie.

Aleksandra Ruda to autorka, którą znam, cenię, lubię, i która naprawdę mnie bawi. Jest prawdziwa, tworzy fajne światy, ale też jest trochę przewidywalna, więc gdy zaskakuje, to na pewno i na całego. Tu nie zaskakuje i naprawdę łatwo domyślić się ciągu dalszego, ale ona bezpieczność sprawia, że jest mi dobrze. Bawię się. Wiem, że to wszystko musi się dobrze skończyć no i…

Śmiechu mam co niemiara!

To drugi tom trylogii, więc zakończenie pozostawia nas, jak zwykle, w miejscy, którego nie chcemy dotykać, no ale. Taki prawa trylogii i tyle. Trzeba poczekać na kolejny tom! Tylko… ile jeszcze?

Dla wielbicieli fantasy z przymrużeniem oka. Dla tych, którzy chcą się pobawić. Którzy lubią fajnych bohaterów, nie do końca grzecznych, nie do końca znajomych, może i niektórych zaskakujących… którzy zwyczajnie nie uznają w fantasy granic. Którzy bawią się ich brakiem w literaturze.

Po prostu fajna książka z lekkim miłosnym zabarwieniem i wielkim laniem po mordach i innych miejscach. LOL Oraz z kilkoma tajemnicami, które nie zawsze są takie, jak się spodziewaliście. A może są? LOL

Więcej Fjallbacki…

Już pierwszego dnia, który na szczęście był słoneczny, zabiłam swoje łydki i po prostu… dałam z siebie wszystko. Wariacko. Ale z drugiej strony, może chciałam sobie po prostu udowodnić, że Agatha Christie nie do końca miała rację? No wiecie, z tym jej powiedzeniem, że nie powinno się wracać do miejsc, w których się czuło szczęśliwym. Ale ja… po pierwsze nie odczuwam szczęścia, po drugie nie wierzę we wspomnienia, a po trzecie, nie wiem, jestem dziwna i tyle. Dlatego lecę za przeczuciem i wracam. Do miejsca, które jako mnie dotknęło, wpłynęło na mnie, poruszyło mną…

Poza Wyspą tylko to miejsce, ryty naskalne dookoła niego, tylko to jakoś do mnie przemawia. Dziwne to… no ale, bierze się co jest i zajeżdżając wieczorem kupuje wodę, masło i chleb i tyle. I jeszcze malutki spacer, kilka kroków, bo trzeba odebrać klucze do domku i pierwza noc i nadzieja, że będzie słońce.

I jest.

Dzień wstaje ciepły, lecz nie wrzący, z tym niesamowitym, przeddeszczowy światłem. Z chmurami na horyzoncie, morzem mało wzburzonym, z drzewami spokojnymi, na szczęście już mniejszą mrowią ludzi. I człek idzie, bo chodzenie jest super. Zatrzymuje auto, parkuje zgrabnie i idzie. W miasto, czy raczej miasteczko? One domki jeden przy drugim, niektóre wrośnięte w siebie jak syjamskie bliźnięta z dachami, fikuśne, z hafciarskimi właściwie wycięciami w drewnie, miniaturowymi ogródkami, w górę i w dół, i do portu ogromnego, pełnego pomostów i łódek, łodzi, wszelkiego rodzaju jednostek pływających i oczywiście… one morskie byty, bo to morze jest tak całkiem inne niż nasze. Meduzy tu mają brunatne, niebieskie, rdzawe i burgundowe. I takie jeszcze co, co niby jest błękitne, a prześwituje. I jedno i drugie lepiej odsunąć od siebie kijem od szczotki, albo…

… nie pływać…

Oj, chyba se człek nie popływa. Zresztą, nawet jeśli, to plaży tu nie ma. Jest gdzieś tam dalej, gdzie dopiero dotrę, ale tutaj tylko skok na główkę z pomostu. Żadnego piaseczku tylko ta skała i te skały, i wyspy mniejsze i większe, gładkie takie, niesamowite, niczym ludzkie szczątki osobników utuczonych…

Łazi człek po pomostach i jakby po wodzie chodził.

Wszystko się buja i tańczy na falach małych, ciekawe jak to jest gdy są większe i czy takowe bywają? I jak tu jest zimą? No jak? Dość tych pytań, dość morskich stworzeń, czas wrócić na ląd. W końcu już wyszliśmy z morza, a na wyspy, na ów archipelag najlepiej pogapić się z góry. Z onej skały.

Tym razem nie wybieramy drogi pod wiszącymi skałami, ale idziemy tymi uliczkami podziwiając kolejne domki. Wszystko wydaje się takie puste, jakby tylko Turyścizna, której w końcu jesteśmy częścią, była tutaj obecna. Najazd Azjatów. W życiu nie widziałam ich w takich ilościach. No po prostu moc ich tutaj. Zajeżdżają onymi wielkimi autokarami, które ledwo się mieszczą na uliczkach i… są. Są rzeczywiście tacy, jak ich opisywali ci, co to mieszkają w Chinach, Koreach czy Japonii (wycierają pupę po numerze dwa i rzucają papier do kosza na papiery po wycieraniu rąk). Inni. Intrygujący, ale też dziwnie patrzący na resztę z góry. Masa hiszpańskojęzycznych osobników, para z Rosji, a reszta z okolic. Chyba? Kto to wie w dzisiejszych czasach?

Ale wejdźmy na skałę, bo mam plan.

Plan niewykonany rok temu. Wielki plan. Znaleźć brązowy pochówek, pomacać kamyki, obejrzeć wszystko dokładnie i bez pośpiechu dookoła, i zaliczyć niebieski szlak. Bo tak. W końcu żółty mnie przeturlał, to niebieski powinien zrobić to samo, czyż nie? I robi to. Po onej wspinaczce schodowej z wymijankami, bo tłocznie, w końcu człek siada na górze i nagle, wszyscy znikają. Ma człek oną wielką skałę, do której poprzyklejały się domy, tylko dla siebie.

Na chwileczkę.

I jest czadowo.

I jest niesamowicie, jakby się dotknęło nieba i spoglądało na rodzący się świat. Na ludzkość wynurzającą się z prazupy. I jest kamienny kurhan, oczka wodne mijane po drodze i czarowność znana, a jednak jakby nie do końca, a potem iglasty las, droga w dół i powrót do miasta ulicą. Bo w końcu człek sobie zaliczy rybę z frytkami w Matyldzie! A co!!! I powiem wam, że to była najlepsza ryba z frytkami jaką jadłam! Frytki w gazeciarskim rożku, ze skórką, rybcie w panierce, do tego sałatka… miodzio!!!

A wszystko z widokiem na skałę i morze i mewy, które starają się wyprzedzić kelnerów. Wiecie, walka o każdy kąsek trwa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kripi Wiocha… została wyłączona