Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma…

„No serio, kto by pomyślał, ale przecież moda kołem się toczy, bo przywiązana na zawsze do szczebelków, osiek historii…

… więc no nagle ciemna, czarna, wroniasta wiedźmowatość okazała się być na czasie. Modna. Into fashion!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia niszczy” – … no dobra. Przewidywalna, ale jednak znajoma, zabawna, a tatuś jak dla mnie mega!!!

Będzie się działo na pewno!!!

No dobra, to nie jest powieść wybitna. To seria czysto rozrywkowa, z całą gamą sierściuchów i magii w tle. Czasem wydaje się człowiekowi, że ów sławetny duet autorski, bo tak para to pisze, wyczerpała pomysły, ale tu się kogoś zabije, tu kogoś zmieni, tam znowu wprowadzi i wiecie co… i znowu człek jest zaintrygowany.

Znowu to go kręci.

Bardziej, bo tak naprawdę, to kręcą mnie pisania tego duetu zawsze. Jakoś tak. Nie nudzą. Chłopy są tu chłopami, baby babami i to niezależnie od preferencji seksualnych, wyboru uzbrojenia i tym podobnych. Ich bohaterowie zwyczajnie są namacalni, dziwnie prawdziwi i każdy znajdzie kogoś dla siebie, a może i lekko przerażająco odbicie sąsiada zza płota… wiecie, to może przerazić. LOL

Tym razem Tatuś w końcu się pojawia.

I gra zarazem sie rozpoczyna na dobre, ale też i w pewnym sensie kończy, bo wiecie… teraz już wszyscy wiedzą.

Warto jak zawsze.

Warto od pierwszego tomu.

Nadal mgła.

Serio.

Tego jeszcze nie było, żeby mgła, havgus i pierun wie co jeszcze zalegały przez kilka dni na Wyspie. I to nie tak, że wiecie, się przesuwa, nie, zalega ścianą. Dziwnie wrzącą i lepką, ale i zimną przerażająco w tym samym momencie. Temperatura skacze, mgła nagle przesuwa się znad pola i zaczyna nas podgryzać…

A przynajmniej tak się wydaje.

Mury zdają się nią nasiąkać, ale każde otwarte okno, szpara nawet, wpuszcza ją i pozwala jej rosnąć. Czym jednak się ona karmi?

Myślami?

Marzeniami?

A może jednak to one mityczne duchy niespokojne, które kolejną w tym sezonie pełnię otrzymują? Może coś więcej się dzieje, może ona niepewność w powietrzu i dziwny smutek z czegoś się biorą? A może… dziwnie się patrzy na lampy świecące i tak naprawdę nie dające światła. Na tę dziwną, zadumaną, może i zagubioną, poświatę unoszącą się ponad trawą i drzewami…

Dziwną?

A może zwyczajną?

Może tak naprawdę już tak zostanie? Może nie będziemy widzieli dalej niż te 10 metrów. Może jednak naprawdę to tak zostanie? Może…

Czemu nie?

Świat jest taki miękciejszy… jakiś taki bardziej, nie, wcale nie samotny, bo choć dźwieki nagle wszelkie zniknęły, nawet morze milczy, nawet deszcz jeśli się pojawi nie tłucze o oknai dachy… nawet sąsiad, ni auta ni roweru, ni nawet, jakoś tak, zbędnych myśli i pragnień, ni niechęci, ni czegoś niewytłumaczalnego.

Mgła.

Tak właściwie, to dziwne zjawisko, ale to tutaj jest jakby istotą rozumną. Czymś, co wykracza poza wszelką myśl i badanie. Kimś.

Nawet może i więcej.

Nawet…

Bo przecież ten kłąb wyciąga dłonie, członki swoje i chce naprawdę cię objąć. Chce ci uświadomić, że przecież jest częścią tej ziemi, tej Wyspy. Jedną z najstarszych. Bytem, bóstwem, siłą.

Oczywiście, że problemem jest to, że trzeba skołować chleb, a on daleko, więc… więc jak dotrzeć do chleba, gdy wszyscy jeżdżą jak wariaci? Nawet w takich warunkach? No nie oszukujmy się!!! Lekko strach, ale na piechtę, to zajmie cały dzień, rowerem też strach, zostawisz go gdzieś, mgła okryje i nie znajdziesz…

… a co, jeśli sam się zgubisz?

Gdy nie ma dźwięku wołającego cię ku brzegowi, masz przegibane.

Ale może i warto, wiecie, dać się porwa mglistości? Bo ten świat jest bolesny i straszny, a mgła, wydaje się być, a może i jest, przyjaznym tworem. A jakby co, to przynajmniej zgon będzie szybki. I miękki zapewne. Co w tym złego? I może jeszcze, może jeszcze będą sny już po, świat inny po tym świecie?

Może?

Zbyt wiele dzieje się z człowiekiem, gdy havgus tłoczy się i buzuje, ale taki, ścienny, nie, to coś całkiem nowego.

Może to kolejna zmiana klimatyczna?

Ale kurna, jak mi pranie wyschnie? No w tej mgle skwaśnieje od razu! Potrzebne mi czyste gacie!!!

Naturo!!!

Pranie!!!

Chociaż z drugiej strony ona wilgoć tak zbawienna, dziwna żółtość totalna unosząca się nad polami rzepakowymi, te krople wszędzie, one tropiki przemieszane w północnymi aromatami… no czyste szaleństwo. Nie wiem o co chodzi, ale tego tutaj jeszcze nie grali. A nawet jeśli, to nie aż tak długo…

… przez tyle dni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wolność Krowich Placków…

„Wolność.

Niezbywalna, pierwotna i prosta.

Wolność…

Leżenia gdzie się da, gdzie się przeszło. Wszędzie. Gdzie się spadło może dokładniej, no ale, wiecie, semantyka! Co nie? Bo przecież dla placka to raczej życie się zaczyna po upadnięciu. Czy to na piaszczystą ścieżkę, czy na skalistą, a może jednak się uda gdzieś na coś wyższego, głaz jakiś, pień i tym podobne… albo w trawę się zagłębić i być częścią jakiegoś tam, rodzącego się świata…

Bo gówno to początek wszystkiego.

Naprawdę.

Jeśli jeszcze nie wiecie, to Krowie Placki są jak najbardziej żywe i życiodajne. Posiadają własne związki zawodowe, skomplikowany system wierzeń oraz i nawet zbrojni są w kasty. Tak, jest lepsza i gorsza kupa. Jakkolwiek zdaje się być to intrygująco popierniczone, to jednak takie jest i tyle.

Po prostu…

Mają też swoich świętych. Umarłych i wciąż żyjących, którzy są ich przewodnikami zarazem politycznymi, jak i duchowymi, bo gdy stajesz u początku wszystkiego, to wiecie, tak można. Jakoś tak można.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostrzeżenie o mgle.

Wiecie, w końcu wyspa, więc mgły mamy, czy raczej o tej porze roku ów sławetny havgus. Coś, co się kłębi, żyje własnym życiem, coś… więcej, niż tylko zjawisko pogodowe. Jakiś byt otulający, ale też czasem lekko przerażający. Wisi teraz tuż za trawnikiem, za żywopłotem zawężając, zmniejszając optycznie mój świat, a moze… może naprawdę przenosząc nas w jakiś inny świat?

Inny wymiar?

Może tak naprawdę stajemy się onym mitycznym Avalonem i nikt nas nie widzi poza wybranymi? Może i tak jest. Dzięki tej mgle wszystko staje się takie ciche, miękkie i przytulne. Nagle naprawdę można zwonić, a jeszcze jak zacznie kropić, to po prostu raj! Wiem, że za oknem bzy już zaczynają rozkwitać, ale moje ręce muszą odpocząć i mam bana na zdjęcia, więc… sorry.

Nie będzie kapiących fotek.

No tak, wiecie, współczesność wymaga zbyt wiele od naszych dłoni.

Ale wróćmy do mgły.

Szczególnie teraz, gdy zbliża się wieczór. A właściwie noc już prawie. Lampy się pozapalały, ale wszystko wciąż dziwnie biale, jakby za żywopłotem toczyła się śnieżna zadymka, impreza, na którą mnie nie zaproszono, ale czy chcę wychodzić? Nie, nie chcę. Ja tylko chcę popatrzeć, może i wścibsko bardzo…

… podpatrzeć… oną czarowność.

Inność, która w końcu stała się dla mnie pogodową magią, na którą czekam.

Co roku.

Żółte krzaki przekwitają, widać w tym roku bez spotkał się ze złotem forsycji, ale wiecie, tylko tak na chwilę. Nad polem, zamotanym w mglistości kołują ptaki. I dobra, przyznaję, że może to lekko przerażać, ale jednak… przecież to tylko natura. Może robaki wyszły, może coś zdechło, może się urodziło… a wiecie, u nas kurde mewy to jak krowy niebiańskie latające. Serio!!!

I tak latają nad tym polem.

Dziwnie, rozyte przez białawe kłęby kształty. Może… może tak naprawdę nie są to mewy, a jakieś porąbane mikro anioły? Anioły kanibale wygnane z niebios, co to zaczęły podgryzać inne w kostki i wiecie… zostały wyganen. I to bardzo mocno i na zawsze. Mam tylko nadzieję, że nie przeniosą się na ludzinę, a może… może zaczną wyżerać kleszcze czy inne tam robale czy szczury. Bo te to akurat mamy wielkie, ogroniaste. Najadłyby się na pewno!!! Nawet je doprawimy!

I głębszy mrok nagle zmienia mgłę w niebieskawą ścianę, która się nie porusza. I która, ja gromko wrzeszczą media, zostanie z nami i jutro.

Ja jestem za!!!

Bardzo.

Może w końcu się wyśpię? Bo wiecie, ostatnio ze snem to kiepsko. Jak czlek szaleje w tym życiu, to po prostu nie da się. No ni w te ni wewte! A może to coś innego? Może jednak to te anioły? Wiecie, rąbane kanibale? Dobierają się do nas bezczelnie przy naszej kompletnej, wiecie, senności…

Kurcze, teraz zaczynam się bać.

Hmmm… ale to ta mgła!!!

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wolność Krowich Placków… została wyłączona

Pan Tealight i Rzepakowy Staruszek…

„Rzepakowy Staruszek, o lekko trącącym zapachu.

Wiecie, ten w czarny wdzianku i żółtej koszuli zwieńczonej muchą w czerwone kropki, zawsze obsypany pyłkiem, bo przecież on taki rzepakowy, wiecie. I miód żre i oczywiście olejem się smaruje aż nazbyt, aż bardzo mocno, tak, że jak chcecie go złapać, to jak nic się wyślizgnie. No i wiecie, wyślizgnie się politycznie, wyślizgnie się z myśli, mowy i uczynku, zaniedbania nawet też…

No śliski typ z niego.

Ale ten jego olej.

Rany Muzy No! Naprawdę bywał aż nadzwyczaj specjalny. Co prawda Wiedźma Wrona Pożarta miała na niego uczulenie i smaku kompletnie też nie tolerowała, no ale jednak. Olej stawał się powoli legendarny… znaczy od czasu, gdy się skapnęli, że można go tłoczyć jak im się podoba. Nie tylko na zimno, ciepło, czy jakoś tam, ale przede wszystkim na boku. Wiecie. Kompletnie bez spiny.

I teraz, jakoś tak, zaczęli w Sklepiku ustalać, czy czasem nie pójść w kremy i maści wszelako zdrowotne.

Może i pachnące?

Wiecie, rozkręcą imprezę, interes i tak dalej, ale… nagle się okazało, że Wiedźmy z Pieca, to nie są do końca pewne, a Królewny po best before tym bardziej, no i jakoś tak wyszło, że po prostu musiał zacząć sam. Wiecie, te kremy kręcić. W malutkim domku, na planie kwadrata, malowanego na rzepakowo-żółto… gdzie komin był bardzo wysoki, za ścianą płynęła rzeka, a nad dachem szumiała wielka, stara jabłoń.

I tak naprawdę to ona była najważniejsza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oczywiście, że najlepiej zamieszkać w miejscu, które jest wakacyjne. Serio. Jezcze w miejscu, które się pokochao na amen i zawsze, to już perfekcja, ale to nie znaczy, że nie będziecie chcieli wyjechać na wakacje. A jeśli chcecie wybyć na wakacje, no to wiecie, obecnie macie problem. Z nowym przewoźnikiem promowym może i dostaniecie tańsze bilety, ale też darmową myjnię słoną dla swojego auta, niepewność wypłynięcia, overbooking i ogólne dziwne uczucie, że nikt was na promie nie chce.

Ale nie macie wyboru.

Samolotem nie zabierzecie auta, a i bagażu większego też nie, więc na zakupy do IKEA się, wiecie, nie da w ten sposób. No ale, człek chce coś zobaczyć, czy raczej, jak w moim przypadku, bardzo chce uzupełnić sobie papiery do swojego projektu, więc i pomacać skały w okolicach prawie Norwegii chce, no i ogólnie…

Znów chce do Fjällbacki…

… więc sobie coś tam planuje.

Kupuje bilety wcześniej, odkłada kasę, zjada bułki tylko te tanie z Lidla i nie patrzy na szparagi, bo cena ich go dobija… ogólnie mówiąc tak, mało warzyw na Wyspie. Tak, mogłabym zrobić sobie ogródek, ale przecież po pierwsze wynajmuję ten domek i ten trawnik i nie do końca mogę a po drugie, by zrobić tutaj coś, trzeba wielkich nakładów finansowych.

Ogólnie mowiąc…

… trza zrobic trumienki.

Z ziemią, która w większych ilościach jest droga zwyczajnie. Do tego jeszcze ślimaki, groźba suszy i tym podobne, nie…

… zbyt stresujące to wszystko.

No dobra, po zeszłorocznej suszy oczywiście się człek boi, że będzie powtórka z rozrywki. Czy będzie? Się zobaczy. Lato podobno ma być ciepłe, ale kiedy nadejdzie? Nie wiadomo. Możliwe, iż dokładnie na czas!

No i fajno, ja tam wolę chłodniejsze wiosny.

Jakoś tak.

Ale… co do całej reszty, czyli jedzenia, tak naprawdę po zamknięciu tgego i tamtego, a potem otwarciu tego czy tamtego, jakoś tak wciąż niewiele tego jedzenia z Wyspy zjeść można na Wyspie.

Na pewno dostaniecie je w Kopenhadze.

Sprawa, to cena.

No ba!!!

Ale jak żyć? Przecież człek nie może ino o pyrach i makaronie. Moje jelita ledwo dychają!!! Nie da się tak!!! Oczywiście, że wodę mamy tutaj przesmaczną i prosto z kranu, ale wiecie, w okolicach Hasle już na nią uważajcie.

Nie wszędzie jest jak w Gudhjem.

To w końcu dom boga… a przynajmniej dosłownie tłumacząc. No jejku, no, przecież nie napisali którego boga no, więc każdy może sobie przypasować. Seryjnie, jak ktoś się teraz pyta o wiarę, lub coś palnie w mym kierunku o to, czym duchowa i tym podobne, to pytam się zawsze o którego ducha, boga, mita chodzi…

…i nagle wielce każdy foch.

Ech!!!

A ja chcę tylko kalafiora.

Żadnych dyskusji o wierzeniach, żadnych tam umocnień, czy cudzych poglądów. Kalafiora chcę zamiast rzepaków. Warzyw w normalnej ilości, które urosły tutaj a nie w Chinach! A tak… albo czereśni z Peru? Serio? Z pająkami są? Bo wiecie, jam odrobinę, albo cholernie raczej, przewrażliwiona.

I gdzie tu do grzyba ekologia?!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rzepakowy Staruszek… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Niewybredny…

Pan Niewybredny.

Tak, takowy istnieje.

No dobra, dokładnie jest go jedna, szczupła lekko łysiejąca sztuka, ale żeby nie było, że nie ma. Jest!!! I to serio całkowicie dostępny jest. Jakby byli chętni, to wiecie, on zapewnia niemarudzenie. Kompletną akceptację, a nawet z czasem może i względną istotną zaprzyjaźnieność się z daną sytuacją czy osobą.

Naprawdę.

On się postara, a nawet jeśli będzie seryjnie źle, to po nim nie poznacie. Ni hu hu. Kompletnie nie. Poker face, kurna!!! I wiecie, wdzięczny za przygarnięcie i okazywaną adorację, oraz oczywiście pączka dziennie, koniecznie z toffi, to on po prostu wszystko. Jest zresztą i tak idealnym kłamcą!

Naprawdę!!!

Ale przecież któż z nas nie jest? No tak naprawdę? Kto się przyzna, że przez cały czas wali prawdę i wciąż jeszcze żyje i wciąż jeszcze kumaty, i wciąż jeszcze ma dookoła siebie ludzi, którzy go znoszą? No więc wiecie, jeśli ktoś chce się zapisać na usługi, tudzież nawet życie z takim Panem Kompletnie Niewybrednym

… wciąż jest dostępny!!!

Naprawdę”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, czy tutaj serio tak wszystko jest powoli i wiecie, hasta manana? No tak jak mówią, czy też próbują wmówić nam w różnych miejscach wszelakiej użyteczności publicznej.

Jak w banku…

Nie wiem.

Czasem mi się wydaje, że tak naprawdę tutaj spieszymy się o wiele bardziej. Wiecie, żeby pójść do pracy, ale po drodze zajrzeć na plażę i wsłuchać się w szum fal, jakoś się naladować. A potem wracać do domu i może się zdrzemnąć, ale nic z tego nie będzie, bo znowu praca, coś do zrobienia też i tu i tam i jeszcze może spojrzeć na zachodzące słońce? A może spacer?

W końcu słońce zachodzi już później…

Ale nie, bo człek już taki zmęczony…

Ostatnio też męczymy się szybciej. Zbyt wiele się dzieje. Zbyt mocno, zbyt nagle, a może tak naprawdę inaczej nie potrafimy? Wiecie, rzucamy się od razu na głęboką wodę? Wmówiono nam, że trzeba próbować i doświadczać wszystkiego, więc choć nawet wiemy, iż się nie da, wiemy też czego na pewno nie lubimy i nie chcemy, to wciąż, to ciągle, tak bardzo się boimy coś stracić, coś przegapić, coś…

I nagle człek się łapie na tym, że mieszkanie w raju, to praca zbyt ciężka. Straszna nawet. Że dzień bez pływania w lecie, to dzień stracony, bo przecież wciąż słyszymy, że: „mieszkacie tak blisko.”. Albo „gdyby ja mieszkała nad morzem…”… tak, czasem serio tak dobrze nie słuchać ludzi.

Już nie.

Lepiej tak, lżej.

Tylko, czy się da? Nawet tutaj? Nie no, nie oszukujmy się, oni są wszędzie, w różnych postaciach, urządzeniach, a jakby co, to nawet list napiszą, czy coś… choć to rzadko. Bardziej niż rzadko!

Raj?

Tak, wiem, Wyspa ma się stać w pełni zielona, bez GMO czy innych tam śmieci, bez Randapów i wszelakich świństw i na dodatek każdy dom ma mieć samochód elektryczny. Tak naprawdę, nie oszukujmy się, traktują nas jak eksperyment. Zresztą, spokojnie, oczywiście, że tak jest. Nie dało się nas spędzić do getta w okolicach Kopenhagi, nie dało się zarzucić odpadami z atomowej rozprawy, więc…

… może posłużymy za zwierzątka laboratoryjne?

W końcu drzewa – lipy pamiętnej, wyciętej pod durną kopię kościoła na rondzie – nie udało się nam ocalić, ścieli ją nocą skurczysyńce, więc czemu nie? No i wybory się zbliżają, więc kiełbasa się wędzi, griluje, gotuje i jedzie na surowo też. Pogoda dopisuje. Zimno, więc może zbyt wielu się nie struje?

Nie wiem…

Zbyt wiele osób zapomina, że problemy mamy takie jak reszta świata, a naweet i ich więcej. Ograniczenie połowów? Nadal nie wiadomo, ale jak będzie, będą problemy. Kolejne ekologiczne popierdoleństwa tych konsumpcjonistow żyjących w miastach, co to mówią mojemu trawnikowi jak ma dla nich żyć… LOVELY! Czasem serio się zastanawiam, co wy tam wszyscy robicie. Serio?!!! Kto z was wysiał zioła zamiast jebanych pelargonii? No kto? A pomidorka może? A ogóreczka?

No dobra, zioła lepsze!!!

Czasem mi się wydaje, że każdy wie lepiej.

Wiecie, oczywiście większość z nich była tutaj raz czy dwa, albo przybywa w sezonie na tydzień i od razu specjaliści. Uwielbiam takich. Zawsze uciekam. Zresztą, nie oszukujmy się, uciekam od wszystkich. To fajna rzecz, no i wiecie, tylko szaleńcy podobno mieszkają tutaj, więc czemu nie mogę wykorzystać immunitetu szaleństwa? Seryjnie pytam, nawet bardzo…

No czemu?

Ech ludzie, weźcie się za nieśmiecenie i niekupowanie wciąż wszystkiego… bo męczący jesteście. Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Niewybredny… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Koszyczek…

Pan Koszyczek ma swój koszyczek, oczywiście…

Oczywiście pełny.

I wiecie, idzie do Babci.

Ogólnie mówiąc, nie do końca wiadomo jakie są ich stosunki, ale… może i lepiej nie pytać? Weźcie no, taka tam odrobina prywatności się takiej celebrytce jak ona przecież należy. No w końcu, dlaczego nie, zarobiła sobie na to, teraz emeryturka łagodna, spokojna w lesistości wszelakiej, gdzie sobie wilki hoduje. Wiecie, ale nie że takie żywe, znaczy zaraz, zdechłe też nie… no hoduje je sobie na… nie, nie na tyłku. I nie, nie przez zimne kamienie, betony, czy takie tam, w doniczkach.

Tak, istnieją wilki doniczkowe.

Serio są przesłodkie i widzicie początkowo Pan Koszyczek był azaliż wżdy wyłącznie i onym suplajerem ziemi doniczowej i specjalnie wypalanych pojemniczów koniecznie z trzema dziurkami w dnie… ale z czasem. No Babcia jeszcze przecież jest aż nadmiernie ruchawa i tak dalej. Coś się jej od życia seryjnie należy bo przecież przed tym wielkim debiutem w Czerwonym była marnie zarabiającą, chociaż bardzo dobrą, sumienną i utalentowaną aktorką… dlatego później zrobili ten serial i jeszcze trylogię przed i po. No więc teraz… ogrodnictwo zawsze było jej pasją, a wilczki przesłodkie, puchate takie, niektóe nawet jadalne…

A Pan Koszyczek

Ekhm, młody był może, znaczy młodszy mocno, no ale… fetysz miał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne.

To jest chwila.

Naprawdę, naprawdę wybitnie krótka, malutka chwila, kiedy to miasto wygląda tak puszyście i wesoło. Czas konfirmancji, ale wciąż jeszcze czas pewnej pustki, bezuturystowienia. Wiecie, kiedy idziecie i udaje się wam odkrywać maciupkie uliczki, zamieszania wąziutkie między domami. One czarowne krainy z lampami jak z Narnii. Te domki, nowe kolory, stare odnowione…

… po prostu bajka.

A do tego oczywiście pojedyncze drzewa, bo mimo onej betonowości, czy raczej kamienistości, drogowatości i cegiełki, wszystko tutaj łka ku błękitnemu niebu i jakiejś tam zieleni, więc… przy ścianach już pojawiły się dość wysokie kępki zielonych liści, które wkrótce staną się malwami. W wielkich donicach kryją się i bratki i tulipany. Kolorowe drzwi, barwne okna, ustrojone, wystawiennicze…

Ale przede wszystkim te minimalistyczne ogródki, które gdzie niegdzie się zachowały. Białe płotki, jakaś taka dziwna omroczność, która sprawia, że wierzycie naglę, iż wszystko jest możliwe. Bajki, baśnie, mity i wiary… marzenia, zwątpienia, a i kopy w dupę dla tych złych, co to naprawdę zasłużyli, a co zdają się opływać we wszystko najlepsze, najdroższe i najłatwiejsze…

… karma…

Ogródeczków pełych kwiatów i puszystej, wczesnej zieleni oczywiście niewiele, ale stare, niesamowite bryły architektoniczne ocieniają pojedyncze drzewa, które sprawiają, że nie tylko lepiej słychać onych darmowych śpiewakaów – no i co, że srają pod siebie, kurde no każdy sra, no, tak działamy! – ale przede wszystkim to właśnie one nadają tej puchatości miastu. Onej lekkości, przymilności, wszelkiej pluszowatości.

To zaraz minie.

Za chwilę, dzień.

Już opadają płatki z kwiatów czereśni i jabłoni. Już liście dotąd puchate i jasne, często różnokolorowe zmieniają się w tą narzuconą zieleń. Wiecie, niczym mundru. Rąbana żołnierka chlorofilowa! Wszystko stanie się latem, choć wciąż przecież dość zimno, szczególnie spoglądając na poprzednie dwa, strasznie parzące lata… naprawdę zimno. Kurcze no. I jeszcze ten wiatr, nie żebym narzekała…

Dziwuję się… wiecie…

Rzepaki.

Dzień Matki. To wiecie, no raczej nie był rzepakowy, ale ludzie rzucili się wybitnie w tym roku czycić. Tak, dziwnie właśnie w 2019 kwiatów kupiono więcej podobno nawet kwiaciarnie się obłowiły, nie tylko Lidl. Ale jeśli chciałeś najtańszy bukiecik, to sorry, ale co najmniej 50DKK trzeba było wydać i to tylko jeśli złapałeś ten w Lidlu. Jak nie utrafiłeś, to zostały już tylko te droższe.

A może coś w doniczce?

Przeceniona choineczka? Ja kupiłam sobie… 10DKK!!! LOL

No ale… pola płoną żółcienią. W tym roku serio zaszaleli i cała Wyspa umowiła się na olejowanie. No wiecie, w końcu tak lepiej. Raz to, raz tamto i jakoś interes się kręci. Chyba? Przyznaję, że wolałabym pole kalafiorowe, no ale. Biel głowy kalafiorwej widać nie jest dość fotogeniczna.

Biedny kapustowaty!

Oczywiście, że nie o instagramy chodzi, ale jednak one pofalowane, pofaldowane pola, miejscami przerywane pojedynczymi drzewami, ścieżką, dróżką, płotkiem, jakąś zagubioną ruinką, szopą bardzo czerwoną czy niewielkim lasem i rzeczką… potafią zaczarować. Pachną może dziwnie… gdzieś na pograniczu „to cuchnie” i „o kurna, ale miodowo”. Nigdy nie potrafię się zdecydować. Naprawdę. W ogóle wydaje mi się, że zapach rzepaku się zmienił. Kiedyś rzepak seryjnie walił, a teraz…

… tak bardziej nie do końca…

No ale wciąż żółci pyłkiem wszystko.

Dziwne tylko to, że pszczół nie słychać. Że więcej ich u nie nad ziołami, gdzie rozmaryn szaleje fioletem swych kwiatuszków, niż tutaj. Przecież powinny tutaj być. Zbierać pyłek i tak dalej. No wiecie, pszczelić się… czy to już te pojebane czasy nadeszły, kiedy nie ma pszczół? Kiedy niczego zapylać w rolnictwie nie trzeba?

Każdy rolnik postępowy sam zapyla?

Tak to szło?

Nie wiem… no ale, jeśli wybijacie na weekend, to na pewno załapiecie się jeszcze na rzepakowe łany i ich morskie opowieści.

Bo jak najbardziej je mają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Koszyczek… została wyłączona

Pan Tealight i Zakonnica bez Boga…

„Widzicie, bo chodziło o ten habicik, zasłonki, o oną ochronę cielesną, przeciwkoczłowieczą, ale i boską… by nikt jej nie nagabywał. No i coby wiedzieć codziennie co założyć. Wiecie, nie przejmował się modą, paznokciami, makijażem i fryzurą i torebką i takimi tam…

No co?

Że nie można być zakonnicą swego własnego zakonu? Z własnymi zasadami, modlitwami lub nie, nonami, tercjami, tymi tam no wiecie, refektarzami i tak dalej. Z po prostu oną zakonniczością… odmawiającą teraźniejszości. Oną ucieczką od świata, fartuchem na twarzy, wszelaką cudownością zawsze dostępną, ale jednak nie wymaganą. I może jeszcze zniżką na prom?

A czemu nie?

W końcu modliła się.

A że nie do końca każdy wiedział do kogo, dlaczego i tak dalej, no przecież jak wszędzie można było, można było wykupić sobie karnecik. Miała takowy u pasów, które wieloma splotami opasywały jej talię… mogłeś się wpisać. I wiecie, podobno działało. Bo jako dziwnie neutralna zakonnica miała wzięcie tam na górze. Jak się okazało to teraz bogowie o nie zabiegali…

… i czasem o nich, wyznawców.

A ona, była taka idealna i dostępna.

I miała nawet paypala i jakby co, to ustrojstwo do kart zawsze przy sobie! Co jak co, ale dziewczyna umiała o siebie zadbać!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chłopaki Anansiego” – … genialna.

I tyle.

No co mam powiedzieć o jednej z książek, którą czytam już kolejny raz? Wiecie, niektóre książki człek kupuje w lepszym wydaniu, twardej okładce, by były na zawsze i Gaiman dla mnie jest autorem, którego powinni od razu wydawać tak.

Dobra, wiem iż większość ludzi sięgnie po tę powieść teraz z powodu serialu. Wiem to. Takie czasy. Gdy mówię innym, że kochałam GOT nim był popularny, to się dziwią, bo raczej mało kto pamięta o książkach… z oglądaczy. Podobnie pewno będzie z „Omenem”, który obejrzę, mam nadzieję. Więcej, mam nadzieję, że uda mi się dostać na DVD podobnie jak „Chłopaków…”, którzy mi się marzą, bo wiecie…

… jak zombie nadejdą, to co?

LOL

Powieść Gaimana jest niesamowitą historią ludzkości, USA i wszelakiej deickości. Tak w skrócie. To nie tyle opowieść o facecie i jego żonie – spojler MARTWEJ – o nim nie wiedzącym co zrobić, o nim doświadczającym, właściwie o nim będącym nieistotnym, będącym cieniem tego, co się dzieje. No tak… o Cieniu. O człowieku, który go zatrudnia i innych, które dane jest mu spotkać.

O bogach.

Tych przywiezionych na te ziemie. O bogach wyniszczonych o tych zapomnianych, o tych wciąż jeszcze trzymających się cienkiej nitki wyznawczych oddehów i o tych nowych. Nowoczesnych i silnych!!! Nadchodzi wojna. I tak naprawdę wszyscy wiedzą, że nie będzie tutaj zwycięzców. Gorzej… możliwe iż obserwujemy tych, którzy przegrają. Albo i już przegrali? Azaliż wżdy… może? A może… tylko wkraczamy w niesamowitą opowieść o ludzich, którzy wciąż nie wiedzą czy wierzyć, czy wiedzieć…

A może…

Może chodzi o to, że czytając tę powieść ponownie zderzam się z tęsknotą za właśnie takimi, niesamowitymi, dojrzałymi historiami, pełnymi osobowości i słów… których obecnie nie ma, albo bywają sporadycznie bo TLDR…

Ta książka to Biblia.

Zajrzyjcie.

Wypadek.

No niestety. Zdarzyło się. To przypomina jak naprawdę trzeba uważać na wodzie. I nie, nie podniecajcie się tym, że polska łajba, Turyścizna była z Niemiec. LOL Niestety jedna osoba wylądowała w szpitalu, więc wiecie, nie do końca wszystko szczęśliwie, ale jednak przynajmniej nikt nie zginął. Wciąż jednak mnie intryguje jak sporawy prom władował się na łódkę, tudzież odwrotnie?

Bo jak było naprawdę?

Prawda jest na pewno taka, że jeszcze i w dzień później promy z Ystad miały problemy. Wszystko jest tak bardzo napięte, że jak jeden się spóźnia, to reszta już przez dłuższy czas będzie kuleć. To wydaje się dziwne, ale mało kto w ogóle kuma jak to jest z tymi promami. Że to kurde nie autobusy co to mogą się zatrzymać gdzieś indziej, obok, na ulicy, pod płotem i tak dalej. Nawet nie mają innego pasa. Niby kurcze jak najbardziej port w stolicy rozbudowany, mają zabrać nam kawał zieleni – taka to wiecie, ekologia – ale wciąż promy są traktowane inaczej.

Pokrętnie i dziwnie.

Czyste szaleństwo.

Może jednak powinno się nad tym pomyśleć, bo jakoś wszystkim wciąż w głowach siedzi, że ludzie po wodzie i jeżdżą i chodzą, i tym podobne. A promy obecnie serio bujają się na wodzie mocno przeciążone. Lekko obniżone ceny biletów i już ludzi masa. Aż strach czasem pomyśleć, że przecież ilość ludziny potraja się tutaj, a nawet…

Hmmm, zwykle jest nas około 40 tysięcy.

I to wiecie, moim zdaniem są naciągane wyliczenia… ale w sezonie, to już po prostu szaleństwo. Ten natłok człowieczeństwa przytłacza nas, mieszkających tutaj rok cały, co to jesienią, zimą i właściwie przez pół roku widzą ino znajome, nieliczne, twarze na całej Wyspie

… dziwne wrażenie.

No ale.

Taka uroda miejsca, które dla wielu poza latem jest ostoją depresji. A tak, tak też nas nazywają. Podobno nawet mieszkam i uwielbiam oną najbardziej depresyjną część Wyspy, więc może się zgadza? Ja w końcu zdiagnozowana, to wybieram sowje, co nie? Pewno, że to nic śmiesznego, no ale… lepiej się śmiać, niż znów się ciąć. Tak wiem, brzmi to dla was normalnych drastycznie, ale ja już z tym żyję…

Długo.

No ale…

Sezon sezonem, lody już są dostępne, kwiaty kwitną, drzewa powoli, ale jednak kurna się robi zielono. Wiecie, tak puchato zielono, przecudnie, przepięknie, przemiękko!!! Nawet w mieście, nawet na polach, nawet na drogach, ścieżkach, które odkrywa się nagle, nowe, albo na nowo, stare, znajome, ale jednak inne.

Może i susza znowu, może i podlewanie trzeba uskuteczniać, ale nie jest źle, ino te mgły. Ludzie, używajcie syren mgielnych, bo przecież na morzu widoczność i nadmierne zaufanie onym elektronicznym urządzeniom jest słaba. Wciąż pamiętajcie, że jest niebo i wyznacza kierunki i wciąż nie myślcie, że nawet gładka tafla oznacza bezpieczeństwo. Bo nie oznacza. Wprost przeciwnie.

To ostrzeżenie i czekanie…

Ech…

Jesteśmy w końcu morscy.

Choć wielu zdaje się o tym zapominać. No naprawdę. Też i państwo narzucając jakieś ograniczenia połowowe, zamiast przemyśleć sprawy zarybienia i jednakowoż lekkiego odfoczenia.

Może w menu powinny się pojawić tłuste foczki?

Bleeee…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakonnica bez Boga… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany Narzeczony…

„Stał pod płotkiem…

… płotkiem lekko pochylonym, już nie białym, obłażącym, się lekko chwiejącym, wychudzonym, ale nie leżącym, wciąż istniejącym, wciąż definiowalnym… stał i serio trudno było go odróżnić od innych sztachet.

Chudziutki taki, ale wciąż zaprasowany.

Wiecie, skarpety i portki w kant, garniak, krawat, choć czasem zdawalo się, że mucha. Włoski nażelowane, lakierki na nogach. Takie to wszystko dziwne, takie ready to use. Takie dziwnie się marnujące… bo przecież on tak chce. Już narzeczony, jeszcze nie poślubiony, ale gotowy. Na przyrzeczenie, na palec, obrączkę, na wierność, miłość, w zdrowiu i chorobie, nieależnie od wyznania czy jego braku, że będzie, że na zawsze, że naprawdę, że zrobi wszystko, złe odgoni i będzie przy niej. Po prostu. Zwyczajnie tak, jak drzewiej bywało. Bo tego chce, bo kocha, bo taka jest kolejność, bo takie wychowanie, ale przede wszystkim jego pragnienie.

Że trwać będzie.

… że pomoże…

… że nie zapomni ni garów pozmywać ni urodzin uczcić. Że nie będzie chciwy, że nie będzie… ale też, że może ona będzie.

W końcu będzie.

Tylko, że…

… komu to wystarczyłoby w dzisiejszych czasach? W tych dziwnych, wirtualnych… nie no, pewno, że w końcu otwozył bizness Fake Śluby za Cenę Niewielką. Tylko, że… cóż, któż może być pewny tego, że wszystko to było fake?

Na to pewności nie dawał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bieganie…

Tak, sport bardzo popularny na Wyspie. Czasem się zastanawiam, gdyby w jednym rogu postawić biegacza, w drugim rowerzystę, to jak szybko by się wykończyli i, czy w ogóle któryś by wygrał? No ale… kronprins przyjeżdża, by se pobiegać. Oczywiście po ostatnich wypadkach, ostrzeżeniach lekarza i tak dalej, będzie biegł z dziećmi i starszymi, ale… i tak serce Małżonki pewno już bije mocniej. Co się ona z nim ma. Ech! No, ale jak wiecie, jak się tak wygląda…

… to się myśli, że może…

Że wciąż się może za dużo.

Nie wiem, czy to taki okres, czy co, ale natknęłam się na tyle wiadomości o złamanych biodrach, problemach pomaratonowych, ludziach, którzy trenowali miesiącami, a potem skończyli jako inwalidzi. Nie no… oczywiście, że jestem w stanie to zrozumieć. Tak, uwielbiam się wymęczyć i ostatnio zrąbałam sobie ramię, ale…

Czemu to sobie robimy?

Chcemy coś udowodnić, czy nie?

A może jak ja, po prostu chcecie uciec od codzienności. Jakoś tak. Mocno. Szybko. Prawie za darmo, jeśli nie okupiliście się w jakimś sportowym sklepie. Truchtanie, bieganie, skakanie, zgięcia, wygięcia…

Pot, zmęczenie… ucieczka do czegoś, co jest tak bardzo podstawowe, tak bardzo normalne. Zmęczenia, potu, śmierdzenia. Do tego, co widać, można pomacać, co jest tak inne niż ta cała, dziwna cywilizacja, tak bardzo wirtualna. Tak bardzo pokręcona. Tak bardzo… taka bardzo zbyt bardzo. Taka… ciężka. Tak, nawet tutaj. Przykro mi, ale to, że okolica piękna, nie znaczy, że podatki znikają, że nie ma głupoty, że jakoś tak, wiecie, jest utopijnie, chociaż tak nas opisali przecież w National Geographic.

Hmmm…

Las pomaga, morze też, ale jednak wiecie, to zwykłe życie.

Wciąż.

Havgus i rzepakowo.

Wstajecie i obserwujecie, jak narasta. Ona dziwna, zimna mgła. Czasem jednak niosąca ze sobą dziwną pomroczną gorączkę, wrzącość powietrza. Częściej jednak lepka i zimna. Omiatająca się, włażąca w kości, zaczepiająca się o ubrania, zahaczająca się o myśli. Ciągnąca ciebie gdzieś, pozwalająca się zagubić, a potem zdecydować, czy się odnaleźć. Dziwnie nieprzymuszająca do niczego.

Dziwnie…

Najpierw mgła rośnie.

Jakby się obżarła i puchła, jakby była w ciąży i miała wydać co najmniej miot w ilości wielunastu króliczków o bardzo mocno puchatych futerkach. A potem, zaczyna się poruszać. Jej kłęby jednak nie są jak zwyczajowe mgliste kłęby. Oj nie. To raczej osobne byty, jakby havgus był mitycznym stworem zdolnym nie tylko wytworzyć macki, ale też i odczepiać je, chociaż… tak naprawdę, jakoś tak, wiecie, nie odczepiają się często od głównego członu.

Czasem może tak, ale nie na długo.

A nawet jeśli, to jednak zaraz wracają do kupy. Jakby coś je przyzywało. Jakby miały jeden, wspólny mózg, a może w rzeczywistości kochały być razem.

Tak po prostu.

A już ta żółtość neonowa, która w tym roku znajduje się prawie na każdym polu… no tak. W tym roku jak najbardziej jest u nas rzepakowo. Nie wiem, czy wszyscy się umówili, czy co, ale naprawdę, jak przez kilka ostatnich lat trudno yło znaleźć oną kolorowość, to w tym roku zaszaleli. Pola się ciągną, wyżej i niżej. Falują, może nie do końca pełne i wyrośnięte, bo wciąż pogoda specyficzna, ale…

Piękne są.

Niesamowite.

Jak z innego świata, a na dodatek razem z oną mglistością… po prostu są czarowne. Może i rzeczywiście neonowe, zaskakujące, ale jakby i pasujące. Jakby bez nich to wszystko nie wyglądało… odpowiednio i zgodnie z protokołem.

Wyspa. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany Narzeczony… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Cuchnący…

„Ale kurde on naprawdę cuchnął!

Tak wiecie… uniemożliwiając każdy kontakt, nawet ten przypadkowy czy też silnie niechętny, tudzież całkowicie pokręcony. A bardzo onego kontaktu pragnął. Wprost usilnie do niego dążył i wszelako zabiegał.

Ale nic z tego.

Śmierdział i tyle.

Aż oczy szczypały, skóra złaziła z twarzy, czy innej tam odkrytej, mocno nastroszonej strony i łzawił nos. Naprawdę lzawił. Wszelakie komórki węchowe łkały uznając ów bukiet za aż nadto uwierający, aczkolwiek na pewno doceniały starania i takie szalone rozwarstwienie w drugiej fazie, bo wiecie… bukiet to on miał. Wszelkie nuty były obecne. I serce i ziemia i duch i głowa.

Wszelkie!!!

Ale wymieszanie i intensywność pozostawały wiele do nieżyczenia sobie

A jednak… głupio było tak go wiecie, odstawić. No na jakiś dalszy tor, najlepiej na inną półkulę, planetę, wszechświat inny. Przecież to był seryjnie bardzo uprzejmy, wykształcony i robotny osobnik. No taki do rany przyłóż, ale potem od razu gangrena, amputacje i wiecie, wszelkie tam zło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Obiecałam sobie jeden spacer i się udało!

Jesienią wybraliśmy się na spacer ścieżką mocno widokową, raczej niezbyt łatwą, gdy człek jak ja chce wleźć wszędzie i wdrapać się na skały i tak dalej… czyli Randkløve. Ona wybrzeżowa ścieżka, która, jeśliście odważni, lub desperaci, gdy człek poczyta o tych kleszczach… może być doprawdy wymęczająca przyjemnie, albo łatwiejsza, gdy idziecie tylko ścieżką. Mijając one pojedyncze gospodarstwa, puste, dziwnie nie z tego świata, domki, jedną willę w pierun!

Rany, jaki oni tam mają metraż ogrodowy!!!

Jesienią było tam pięknie, więc chciałam zobaczyć to i wiosną, gdy u nas one wszelkie owocowe drzewa kwitną. Bo co jak co, ale u nas onych samosiejek w większości, to jest cała masa. A już przy tym białym domku na skale… samotnym, wystającym w gląb morskości… ech, marzenie, ale i dziwny strach. Czy mogłabym tam zamieszkać? Raczej nie. Oj, na pewno nie, posrałabym się ze strachu. Ja tam potrzebuję więcej skały i wiecie, ziemi pod nogami.

Ale już kawałek dalej.

Szczególnie w onej sławetnej, drewnianej willi… ten ogród. Te drzewa tam. Jeszcze bym dosadziła, poszła w zioła i byłby raj!!!

Ale idżmy.

Bo o to chodzi. Zimno, wiatr pizga, ale tu w dole, miejscmi całkiem osłonięci drzewami, wcale tego nie czujemy. Na dodatek jeszcze te kwiaty, pierwiosnki, one cuda i wianki. tTe żółte, dzikie, niesamowite tulipany. Takie inne, takie diwnie niegrzeczne, niczym dezerterzy obecnej ery. Odwalający siarę i nie dbający o kształty pożądane i wymagane. Ech te ich łebki, takie smocze lub alienowe…

Wyłażące z brzucha serio dałyby radę jako ósmy pasażer sławetnego statku!!!

Serio!!!

W tym spacerze, majówkowym, niesamowitym, muskani mięciutkimi, świeżymi liśćmi… wiemy, że najgorszy będzie powrót, bo z racji, że zjechało się setki onych motorów, to spacer wzdłuż szosy jest koszmarem. Prawdziwym. Im jakoś nie każą bulić za smrodzenie, ale my wszyscy mamy mieć elektryczne auta? Serio? Kogo na to stać? Bo jakoś nie widzę. Ludzi nie stać, na odmalowanie domów, a co dopiero to…

Palące słońce, zimny wiatr… dziwna ta majówka.

Bardzo.

Pigułki sowie.

No więc… może niewielu wie, ale po pierwsze mieliśmy remont portu głównego i dzięki temu port jest większy i powstała nowa plaża… ale poza tym oczywiście ma nastąpić ten tam wszelaki rozwój gospodarczy i taki tam. No wiecie… jak zwykle wyborza kiełbasa. Bo co innego. Port jest i tyle. Hałas był…

… i będzie.

Ale.

Niewielu możliwe, iż wie, że u nas jest giga problem z prochami. Znaczy nie z tymi do prania czy coś, ale onymi twardymi i wszelako problematycznymi. podobno w szkołach całkiem nieźle sobie prochy dają radę i człek se myśli, że jak nic na piątkach jadą, czy co i na uniwerek się dostaną. Moc z nimi!!! Ale bez śmiechawy jest tak, że dzieciaki biorą i to sporo, i to na dodatek w wieku bardzo młodym. Tak szczerze to im się nie dziwię, bo z tym światem i życiem nie daje się wytrzymać na trzeźwo, a ile można pić. Od picia tyle się sika!! Ech! A to problematyczne.

Po prochach to nie wiem…

Może nie?

Ostatnim modnym wyspowym gadżetem są tabletki w kształcie sowy. I tutaj mam dość niepełne informacje poza onym sowim kształtem przed którym policja ostrzega w mediach wszelakich, a że ja medii unikam, to wiecie, wiem ino to. Jednakowoż reszta też niewiele wie, więc coś mi się zdaje, że albo nowa droga przemytnicza dzięki większej portowości się otwarła, albo robią u nas. Taki wyspowy Breaking Bad.

A co?

My gorsi?

Pomyślcie sami.

Te zagubione gårdy w onych zielonych polach, owietrzonych. Ta pustka, one domy stojące przez onad pół roku bezludziowe takie. Tęskniące. Może i one mury same zajmują się produkcją by ludzi ku sobie nakłonić? Albo wiecie, no ludzie… coby sobie dorobić, bo kasy mało, a wszystko drogie.

Nie ma się co oszukiwać.

Tak naprawdę takie odosobnione miejsca aż się proszą o jakąś bimbrownię, czy coś w prochowy deseń. Sorry, się nie znam. Bimber na pyrach czy landrynkach może i bym nastawiła, ale coś większego. Ziela mogę poszukać, grzybków, ale odpowiedzialności za to, co by po nich było i czy nie byłby to taki, wiecie, jednorazowy i naprawdę niepowtaralny eksperyment, nie biorę.

Żrecie, to sami se latajcie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Cuchnący… została wyłączona

Pan Tealight i Ochłap…

„Wisiał na brzozie.

Dziwnie połyskliwy w tej mgle, która okutała Wyspę niczym najgrubszy, najmiękciejszy szal. Ale przecież tam był, prosto z nieba opadł i wiecie, zrobił to, co anioły robią. Myślą i mową, zaniedbaniem, ale nie uczynkiem.

A ona, ona powiedziała nie. Że nie chce dziecka, starca. Nie chce być naczyniem, nawet onym najświętszym.

Nie…

Ochłap.

Tak, okazało się, że jak ktoś odmawia aniołom, to jak najbardziej nie uchodzi im to płazem, skorpionem, ssakiem, rybakiem czy gadem. Nie. Po prostu rozpukują się od razu na 666 kawałków i tyle. Większość z nich znika, a raczej wszystkie powinny, bo przecieź ile można mieć tych relikwii… ale wiecie, on śmiał przybyć tutaj, zwrócić się do najmłodszej z Wiedźm z Pieca i jej zaproponować…

To,

Poczęcie niepokalane.

No a ona, jak to ona, taka wiecie prześliczna, krąglutka, prześliczna dzioucha z burzą czarniawych loków, parsknęła, a potem aż nabyt grzecznie powiedziała: nie. Potem dodała „dziękuje”, ale wiecie. Tym swoim tonem, więc… on się zatchnął. Jakby nagle ktoś mu skarpetę z tygodnia biegania, poliestrową, pod nos podstawił. Sztywnawą… i puuuk. I już go nie było. Ona mgła krwi, cząsteczki wchłaniane przez trawę, krwawa pogoda… a potem on. Ochłap.

… więc Pan Tealight właśnie grilla wyciągnął, a Mikołaje starają się ściągnąć darmowe mięcho w brzozy. Jakby ktoś coś, to jako niebiańskie żarcie, na pewno będzie nieskończone, więc przynieście sos i jakąś sałatkę!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zimno, ciepło, ciepło, zimno…

Nosz kurcze, nie wiem. Serio. Ten zimny wiatr prący ku morzu jest tak bardzo przenkający, że człek nie dość, że czuje się goły na ciele, to jeszcze i na duszy, i gotowy jest wyznać wszelakie grzechy, nawet jeśli ich nie popełnił, to się przyzna, bo wie, że tak lepiej, niż coby coś przemilczeć, czy inaczej…

Naprawdę lepiej.

Lżej, wiecie, będzie jak już się człek wygada, chociaż wiatrom. Bo studniom to nie, taki złoty jeden źle na tym wyszedł, ale i w innej wersji, to kurcze wiatry to poniosły w trzciny, więc może wyszeptać smutki w korę drzewa, tą, którą wykłada człek swoją nowo utworzoną grządkę z ziołami, które to może nie zamarzną w nocy…

Bo zimno, wiecie…

… grad padał.

Obudzienie się majowym porankiem i spojrzenie ponad białymi dachami na morze jest zaskakujące. Najpierw człek myśli, ze to wiecie, no ten tam, no deszcz czy coś odbija niebo, albo coś w ten deseń, ale przecież to nie to. Nie… to śnieg, a raczej jakieś takie lekko gradowe kuleczki, drobniutkie.

Ale jednak…

Zimno.

Podobno w Niemczech i śniegi i przymrozki?

Ech, miły ten maj, ale majóweczka to chyba jakoś nie była nazbytnio ciepła, co? Nie wiem, my nie mamy takich udogodnień. Ale, co tam. W końcu Duńczycy to lud pracowniczy i ogólnie mówiąc pożądający każdej chwili, by ino tworzyć, pracować, by wciąż pozostawać w ruchu, nie zatrzymywać się i tak dalej. I serio, wciąż czasem tak myślę. A raczej to chyba ten typ, co wiecie, odchodzi w niepamięć.

Protestancki w zawieszeniach?

Może?

No ale, dziś nadal pogoda.

W ogródku szpaki się błyszczą.

Skurczybyki.

Jakby ktoś obrał pawia i zlepił z tego garść innych ptaków? No kto to widział takowe okrucieństwa, no? Ech… na obgryzionym przez kosiarkę trawniku żrą sobie, a raczej wydłubują żarcie z widocznej mniej lub bardziej ziemi. Skurczybyki. A jakie robale czasem wyciągną, jak się one im dyndają, jak wiją, a one ino sluuuurp i już po takowym robaku. A tłuściutki był.

Taki dziwnie czysty.

Albo zbierają takie kawałeczki kory, uszczuplając moją piękną, jebanie nową grządkę oczywiście, nie pytając się o pozwoleństwo czy coś w ten deseń. I potem fruuu i spierniczają, do gniazda pewnie. No wiecie, budowa i wysiadywanie w toku. Razem cuzamen do kupy! Czasem się nie da inaczej, remoncik nawet z jajkiem jakoś musi być. I tyle. Żona kazała, więc co mam robić, no kradnę no…

Ale…

Robaczki najważniejsze.

Problem w tym, że kurcze jak tak ptak dziobem w dół, to wiecie, nie widzi nic, nie słyszy nic poza onymi robaczkami i tak dalej. Ale inni czuwają i nagle… nagle rozlega się dziwny dźwięk przejmujący w promieniach słońca, które nagle wylazło zza chmur dziwnie burzowych i porobiło czarowną aurę. I nagle ptaszydeł podnosi się, robak mu się wyślizguje, ciekawe, czy wiecie, wrócił od razu do świata własnego? Znaczy ten robak, nie ptak, bo ptak to się nastroszył, wygląda jak takowy wycieruch do kibelka, znaczy no tej no, armatury sralno-sikalnej, rozgląda się, a potem…

Fryyyyy…

I tyle z ornitologii.

I ino te zielenie zostały i kwitnące jabłonie i czereśnie. I rzepaki, którym wyraźnie za zimno i niemrawe takie, gdzieś w tle łyskają pozłotą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ochłap… została wyłączona

Pan Tealight i Konstytucja…

„Bo tyle ostatnio się wydarzyło, tyle zaszło, że jakoś tak…

Jakoś…

Bo widzicie, zawsze o to chodziło. O jakieś prawa, o jakieś spisanie, ale żeby od razy rąbana konstytucja? Nie można było tak zwyczajnie, na serwetce wyhaftować tych dziesięciu przykazań, czy czegoś w ten deseń? By przecież stykło? Czy jednak nie? No dobra, to może dwanaście? Maks piętnaście!!!

Ale nie, Panu Tealightowi nagle się zamarzyła konstytucja. Że niby wiecie, tworzą społeczność właściwie państwo w państwie, ale jednak z odrobiną odmienności… oj pewno się najadł grzybków, może herbatka była zapóźniona w rozwoju? A może po prostu ona dziwna, zimna i opóźniona Wiosna… tak na niego podziałała? Bo przecież po co im konstytucja? No tak naprawdę. W rzeczywistości każdy wiedział gdzie jego miejsce, co może czego nie, a przede wszystkim, że inni mogą, a oni nie i tym podobne. Wiecie, nie tyle, że lepsi i lepsiejsi, ale raczej…

… że tak już jest.

Co nie znaczy, że nie znajdą kiedyś węża w kieszeni i nie zmienią swego postrzegania, na przykład we wtorek?

Ale naprawdę.

Konstytucja?

Taka wielka, z prawami, paragrafami, zakreśleniami, pieczęciami, podpisami i całą tą gracją wszelkiej kaligrafii? Po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

” Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
Nie sądź, że nam dorównujesz.
Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
Nie sądź, że wiesz więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż my.
Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
Nie masz prawa śmiać się z nas.
Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.
Nie sądź, że jest coś, czego o tobie nie wiemy. „

Tia… Janteloven.

„Uciekinier w labiryncie” by Aksel Sandemose. Gość, który kurde więcej miał wspólnego z Danią, a nagrody to w Norwegii ścigał. Trudno jakoś się od tego oderwać, gdy jest się tutaj. Przyznaję, że jeszcze nie czytałam, chociaż jako dzieciak na pewno zapoznałam się z literaturą tego pisarza. Wiecie, człek czytał co było, nie miał wybioru. Coś do niego dotarło, ale dusza za młoda była na więcej…

A już na pewno na pamiętanie tego prawa.

Ono się człowiekowi tu przypomina, a raczej Szwedzi mieszkający na Wyspie, no wiecie, ci sami, którzy mówią ci, że nigdy nie zostaniesz w pełni zaakceptowany, że zawsze będziesz obcy, że kobiet z Polski to już w ogóle tutaj nietolerują – co wciąż dla mnie jest szokiem, bom brzydal – to nagle pojawia się jeszcze to prawo. Po pierwsze się nie wychylaj. Po drugie chowaj. Nie śmiej za głośno, nie płacz za głośno, najlepiej nie oddychaj, ziemię całuj…

… kłaniaj się…

Tia, wiem, też się nie spodobałam.

Moje prawo trzeciego roku oczywiście się sprawdziło. Ludzie po tych 3 latach spędzonych tutaj non stop, budzą się. Nagle rozumieją, że to, co opowiadono im o Północy, jej idealności, jest tyko pijarem i ogólnie mówiąc bajką taką samą jak wszystkie Andersena, Niestety… czy chodzi o to, że w rzeczywistości Duńczycy wyzwolili się spod panowania religii niedawno? Czy o ich ciągłe uwielbienie USA i takiego życia… nie wiem. Nad tym powinno się, i pewno się, prowadzić osobne badania.

No ale…

Tak, lepiej nie, ale jednak… ha! I znajdź tutaj człeku złoty środek!!!

Ale lepiej nie!!! Respektujcie prawo ogólnej równości.

Kurna, no komuna no!!!

Idziesz lasem… trup.

Historia przeraźliwie smutna, jeśli uświadomimy sobie, że biednego staruszka choć szukano, to nieznaleziono i leżał gdzieś przez ponad 2 tygodnie… tylko, gdzie leżał? Bo przecież był to czas ogromnego nalotu Turyścizny, która łaziła na spacery, więc… Może policja w końcu coś szepnie?

Może coś się wyjaśni…

Jedno wiadomo, można się zagubić na Wyspie, można się zgubić.

Można na zawsze.

Wyobraźcie sobie biednego spacerowicza, który natknął się na rozkładające się ciało. To mój wiekuisty koszmar, gdy nagle, podczas długiej przebieżki spacerowej zechce mi się siku. Wiecie, człek nie robi tego frontalnie na ścieżce, co nie, łazi szukać odpowiednich krzaków, by swoim białym tyłkiem nie straszyć ludziny. Nie żeby spieszyli się patrzeć, sorry, ale oni przecież też sikają, co nie?

Damy radę…

Ale co, jak tak nagle myślicie, że oj może pachnie dziwnie znajomo, ale siku ważneijsze, a tam zwłoki? Oczywiście, że dla rodziny to szok, ale ten, co znalazł szczątki też na pewno nie był radosny. Miejmy nadzieję, że nie szukał miejsca na siku, bo mogło się to dla neigo skończyć bardzo kiespko.

Ekhm.

Wciąż jednak intryguje mnie ta cała sprawa, bo co jak co, ale zwłoki nam się zdarzają, aczkolwiek nieczęsto. A jeszcze takie? Czy biedny człowiek jeździł rowerem dłużej, czy w końcu się zagubił – był chory – zakręcił? Jakoś mam nadzieję, że nie zginął od razu. Że chcoiaż miał jakiś fun z tego wszystkiego…

Ale co, jeśli to było morderstwo.

Oj mózg, ty to zawsze!!!

Kombinator z ciebie i tyle!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konstytucja… została wyłączona