Pan Tealight i Zielony głaz…

„No dobra…

Tak naprawdę nie że zielony kamień. Nie jakiś jadeit, szmaragd, czy coś takiego, chlapniętego farbką, czy jakoś tak, no ale… jednak zielony. I dziwnie drżący? Czyżby jednak płynny kamień? Alchemiczny cud?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aaaa… Dostałam, dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa, drugi tom „Wietrznych katedr”. Prezentuje się świetnie. Uwielbiam, gdy seria ma okładki, które od razu krzyczą: kontynuacja, chcesz mnie, pragniesz… albo intrygują i zmuszają do sięgnięcia po tom poprzedni. I to jedna z takich okładek. Prosta, a jednak pełna informacji. Nieprzesadzona, ale balansująca na onej baśniowo/fantastyczno/odrywającej od codzienności linii.

Elegancka…

Co do środka… zobaczymy, ale pachnie obłędnie!!!

No dobra.

To podobno mamy jesień.

Gazety krzyczą, że tak, że ojej… lato się skończyło. Że ów żar ostatnich dni, słońce, nagle odejdzie i zniknie i tak dalej. Nie wiem, czy reklamują przy okazji jakieś prochy na depresję, no ale… tak brzmią. Jakby świat się walił. Jakby jesień i zima nie były czymś normalnym. Odpoczynkiem, odradzaniem powolnym. Maseczką na ryju i oczekiwaniu na efekt młodszej skóry? Ekhm… no wiecie, tak gwoli porównania. Dlaczego ludzie zapominają, że odpoczynek całkowity jest potrzebny. I że nie ma nic od razu. Że pewne rzeczy potrzebują nawet WIĘCEJ czasu by się zrobić.

A nawet…

… i więcej.

No ale.

W małosłonecznym dniu połyskują mało wybarwione liście. Wciąż sucho. Wiem, powtarzam się, ale jakoś chyba nikt tego nie widzi. Poza pszczołami. Te, jak się okazało, zrobiły dwa razy więcej miodu niż zwykłego lata. Podobno miodek ciemniejszy bo nie z kwiatków a owoców? No nie wiem, ten co jem jest z jabłonek i całkiem jasny… piękny, z puchatą pokrywą, z jakąś w sobie taką gładkością niesamowitą…

Najważniejsze, że miód jest. I ważne, że choć dziś trochę pokropiło. Czy raczej zwyczajnie, przez chwilę w powietrzu unosiła się gęsta, kroplista mgła. Bo to chyba raczej coś takiego, nie deszcz… Nie ulewność. Nie wilgotność ciężka, skpadającą z nosa i wpadająca za kołnierz. Drapiąca w uszach.

No wiecie… deszcz.

Ale wciąż to jesień, więc niektóre z krzewów połyskują w onej marności mglisto-wilgotnej. Niczym rąbane bursztyny, które ktoś poprzyklejał na gałęzie. Widać nie miał co robić, to wiecie, projekt sobie taki wymyślił i poszalał. Za to z czereśni, to kurcze już prawie wszystkie liście zajumał. Nie pozwolił im się wyczerwienić, jak to lubią, tylko pozrywał takie, lekko popalone, zielonkawe, brunatne…

Może…

… choć to już koniec października, dostanie nam się prawdziwa jesień? Jakieś więcej kolorów i może wiatr. Choć może wiatr niech jeszcze trochę poczeka, bo pozabiera mi liście i jak to na zdjęciach będzie wyglądać, no… biednie. A ja chcę, wiecie, na bogato! Na maksa i tyle tylko chcę!!!

Nie inaczej!

Czy się jeszcze uda?

Pewno już nie, bo zwyczajnie warunki przeszły. Ale Wyspa piękna jest w każdej odsłonie. Da się poszaleć i z popalonymi liśćmi, byle by tylko drzewa odżyły. I nowym ludzie dali rosnąć. Bo jak na razie, to dupy dają na całej linii!!! Serio. Ale wiecie, mnie wkurza każde ścięte drzewo. Już nawet nie smuci, po prostu wzbudza gniew i desperacką potrzebę przegryzienia czyjegoś gardła.

Choć to tak obleśne!!!

No ale, jesień jesienią, ale wiecie… zima idzie. Już choinki, w Lidlu ciasteczka świąteczne!!! Hurra!!! Tak, trzeba przyznać, że jako jedyny człowiek na świecie czekałam na to. Czy to coś zmienia? U człowieka świętującego zimę rok cały, pewno raczej nie, no ale. Wiecie. W końcu wpasowuję się w terminy.

A na razie… na spacer!

W końcu może kiedyś nadejdą chyba te deszcze i wiatery, co nie?

Chyba?

A może znowu wrócimy do lata? Może lato nigdy się nie skończy? Może zagłada nadeszła? Najpierw miała być wiekuista zmarzlina, a teraz wiecie, Sahara…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielony głaz… została wyłączona

Pan Tealight i Halloween…

„Dynia ją tak w pośladek…

No pewnie, że one podobno nie gryzą, ale ludzie poszaleli z nożami, tutorialami i całym tym szajsem, więc… stało się.

Urąbała ją i to na mokro!!!

Nie no, wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta w znaczeniu wszelakich intymności to była na tak, ale wiecie, jednak nie tak z każdym. Co jak co, ale wierna była tym sprawom wyłącznie z jednym osobnikiem, bo co do dotykania, to jednak nie, nic z tego. Z nikim innym, tylko z Chowańcem. Inni, to od razu gwałt i tarapaty. A co dopiero pieruńskie warzywo! I to jezcze skurczyca pomarańczowa.

Czy gdyby ugryzło ją jabłko byłoby inaczej?

Nie wiadomo…

Ale nie ugryzło.

No gdzie by śmiało. Mądrzejze od rąbanej, pełnej pustki, pianki i dziwnych jnaion bańki. I to jeszcze takiej, wiecie, rzezanej ręką człowieczą. Zbeszczeszczonej. Co to się dała człowiekowi dotknąć i zmienić… Frankenstein przy niej, to po prostu idealna tożsamość własna i niemacana. Przynajmniej się nie toczył i nie łasił, a już gdy efekty ujrzał, to nie urąbał pierwszej dupy, co to się natknęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Halloween i Gudhjem!!!

Jak zwykle wcześniej.

I choć najpierw pogoda zdawała się rozpieszczać Turyściznę, to wiecie… potem wsio się zrobiło jak zwykle. Ale nadal nie pada. I wcale nie jest to dobra wiadmość, niestety. Nadal susza. Zdychające drzewa karmiące się tylko rosą. W końcu temperatury, które nie przesadzają, w końcu jakoś jesiennie…

Gdy człek się wybiera na dziwny spacer, taki wzdłuż szosy, to jakoś takie dziwy spotyka. dostępne wyłącznie dla zmotoryzowanych i oczywiście bywających na onych głównych drogach, na przykład traktor z przyczepą i stosem dyń. Ekologicznych! Na poboczu pogrupowały się te pomarańczowe, niewielkie, ale przecudne. Niektóre mają zielonkawe plamki, inne znowu zrezygnowały z makijażu. Wszystkie za to podobno słodkie, jak napis głosi, wszystkie do kupienia, najlepiej jeśli macie duńską płatnościowość telefoniczną… ale da się też gotóweczką.

Wiecie, po staremu.

Właściwie słychać jak dynia przez dynię się nawołują, kłócą i reklamują. Ta nie chce stać obok tej, tamta ma coś do zielonej, a te znowu chcą jak najszybciej być umyte i wydrążone. Bo wiecie, dynie ekologiczne są obłocone, więc… więc trzeba się nimi zająć. I to dobrze najlepiej.

W jakiejś zupie, czy czymś?

Na zielonej trawie, lekko wilgotnej, trwa też dyskusja na temat marek i kolorów mijających je samochodów. Bo wiecie, dynie to dumne warzywa, które niekoniecznie chcą do białego auta. Naprawdę nie podchodzi im kolorystycznie. Wolą niebieskości i zielenie. A już czerwień, to ma u nich zniżkę!

Dwie w cenie jednej.

Ciekawe, czy sprzedawca o tym wie?

Obok, na sporej przyczepie tylko poszum…

Tutaj leżą, w wielkiej ilości, ale dziwnie nawet się nie dotykając, te dziwne dynie. Te pokręcone.

One artystyczne.

Te wybitne.

A przynajmniej one tak uważają.

Ciekawe, co sądzą o nich dynie z Gudhjem. Porozkładane po całym mieście. Pogrupowane w porcie? Ciekawe? Bo przecież niby się nie znają, ale może? Może niektóre wiecie, wywodzą się od onej magicznej dyni?

Tej karocowej, wiecie…

Ludzie się do nich lepią.

Ci chcą ciąć, ci jeszcze na to niegotowi… a czas biegnie i zaraz będzie po wszystkim. A skąpe słonko i pogoda wzmagająca potrzebę szalików i kurtek… hmmm, trudno tak się na nią przerzucić z dnia na dzień. Wczoraj pływałeś sobie w porcie, dziś zamarzasz. No, jakoś tak i tyle. Nie masz na to wpływu. Po prostu. Zwyczajnie. Chociaż, może masz. Sadź drzewa!!! To pomaga… w wielu rzeczach. W naturze, w tobie samym, oraz oczywiście w pięknie wszelakim.

Wewnętrznym i zewnętrznym.

Ale… dynie z przyczepy.

Wcale o nich nie zapomniałam, oj nie. Nie dałyby mi. Bo one są zachwycające. Są niesamowite. Są zaskakująco różnorodne. Jeszcze jeżeli one egzotyczne, wiecie, kremowe takie z brzuszkami i główkami są mi znajome, to te takie patisonowate, ale w granatach i nasyconych czerwieniach oraz burgundach, to już po prostu czyste szaleństwo. Są piękne. Aż powalająco niesamowite. Chce się je oprawić w ramki i zatrzymać na zawsze. Żadnego gotowania!!!

Żadnego przetwarzania ni drążenia, wyłącznie dzieła sztuki.

Ale nie stać mnie na to…

Szkoda.

Przecież ja nawet nie lubię dyni… ale może tylko tych pomarańczowych? Może mam problem wyłącznie z kolorem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Halloween… została wyłączona

Pan Tealight i Liściowy Pan…

„Chodził za nią.

Taki wiecie, Liściowy Pan.

Niby nic nowego, podejrzewali, że manifestował się człowieczo co roku tylko i wyłącznie po to, by za nią łazić. Jakby to było jakieś nad podziw intrygujące, czy coś? Znaczy, wiecie gdzie ona tam łazi, gdzie siku robi, bo jak tak łazi, to wiecie, no musi, nie da się inaczej, więce… czy on to trochę zboczek jakiś? Nie wiedzieli, więc od początku października Pan Tealight chodził za nimi obydwojgiem.

I za Misiem oczywiście.

Bo przecież Wiedźmy Wrony Pożartej bez Misia nie było.

Chodził tak za nimi i znowu przypominali pokrętna procesję dziwadeł noszącą dary jakimś Dziwnym I Zapewne Zapomnianym Bogom I Wszelako Niepamiętanym. I to jeszcze jakie worki. Dwa plecaki i pomarańczowy wór pełen najładniejszych, najbardziej kształtnych, kolorowych liści, które to Liściowy Pan chciał oczywiście mieć wyłącznie dla siebie. Wiecie, na wypchanie nowych poduszek, na wszelakie nowe ciuszki, bukiety, stroiki, wyłożenie ścian, dachu, może i pokrycie zewnętrza swej chaty, która z pierwszym śniegiem zwyczajnie…

… zniknie.

Ale na razie tak chodzili za sobą.

Najpierw ona i Miś i jej plecak, aparat i jeszcze butelka wody i może czasem garść duchów i historia, którą dookoła siebie budowała, a potem Liściowy Pan, który sprawiał, ze co chwilę podskakiwała, odwracała się i bała każdego szelestu. No i gdzieś tam, zwykle skryty za drzewem on… szary Pan Tealight.

Doborowe towarzystwo jesieni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z góry tak.

Patrzenie na Gudhjem z górki za Saltuną jest dziwne. Jest przede wszystkim moim spełnionym marzeniem. Przypomnieniem, jak stałam na skale kilka kilometrów dalej i marzyłam, by znowu nazywać Gudhjem moim domem. Wiecie… z niektórymi ludźmi, w dziwnie wczesnym wieku coś się zaczyna dziać i nagle już wiedzą, gdzie chcą żyć. Jaką część świata chcą nazywać swoim domem…

Ze mną tak się stało.

Strasznie wcześnie.

Właściwie, powiedziałabym, że za wcześnie, no ale… może jednak jestem trochę inna niż wszyscy? Może nie potrzebowałam tych imprez, zapitych studiów, tylko penwego miejsca, by poczuć się pełną. Niestety też miejsca, które bardzo uzależnia i niewidzenie go… sprawia, że coś we mnie głośno łka i pęka. Coś zanika, boli właściwie fizycznie. Naprawdę jest namacalne.

No ale… po ponad dwóch latach patrzenia, łkania… zaraz czekajcie, więcej niż dwa lata, ponad trzy chyba? Jak to było właściwie? 2008, 2009… potem rok tu, dwa tam, no tak, trzy lata czekania aż zwolni się domek. Wcześniej były dwie propozycje, ale nie byliśmy w stanie finansowo. Chociaż to podobno najtańsza opcja na wynajem domku tutaj, cudowne miejsce, no i obecnie szczyt mody i blichtru. Co jest dość dziwne, bo ten blichtr nagle mają ci najbiedniejsi raczej, więc…

Jak bardzo porąbany jest ten świat?

Chyba mocno. Ale tak to jest jak kopenhawka zawyża cenę, stawia je zaporowe niczym rąbana tama jakiegoś tam Lenina… miał Lenin tamy w ogóle? Serio się pytam? Niezbyt się na nich znam… Ale wiecie, postać historyczna z przeszłości, więc może i miał tamę jakąś? Mocną i solidną?

No więc oni wykupują domy, kłamią, ze się tutaj przeprowadzają, że będą w nich mieszkać i oczywiście robią co chcą. Albo smarują. Bo tajemnicą największą naszego świata jest to, że korupcja ma się dobrze, a łapówka twa siłą jest!

Ale nadal to Gudhjem. Rozlewające się na nabrzeżu… świecące, połyskliwe.

Dom…

Gdy przejedziecie, lub przejdziecie kilkanaście kilometrów – da się, bo idziecie chodniczkiem, mijając piękne domki, zbaczając na intrygujące plaże i tak dalej, mijające samo Gudhjem od góry, spoglądając na nie z mostu zwanego wiaduktem… nie wiem właściwie dlaczego… Może raczej wiaduktu zwanego mostem. Mijacie lasy, drzewka, skały, widoki po prawej morskie, wybrzeżowe… może i statek jakiś zmami waszą uwagę, może i coś więcej… w końcu drogę rowerową robią wciąż. Ale spoko, niewiele już im zostało, chyba wypełnią plan przed 2019 rokiem.

No więc mijacie i drzewa i zagubione gospodarstwa bliższe i dalsze, krowy na pastwisku, kilka mostów, dwie rzeki… to nagle trafiacie na punkt widokowy, z którego widać miasteczko. Cudowne miasteczko, a dokładniej jego północną część. Morską bardzo, ale i barwną. Wdzierającą się w morze. W tym havgusie wszystko ma tak rażące kolory, słońce wciąż świeci. Podobno ma przestać…

Już wkrótce…

Ale jest jeszcze jedno miejsce. Trochę dalej, trochę wyżej, gdzie syreny straszą cycami i gdzie im chyba wciąż chłodno, albo mają plastikowe, albo wiecie, taka ich uroda, no mi tak nigdy nie stały… i gdy tam staniecie na palcach, lub jesteście wysocy normalniej, wtedy widzicie tę część miasteczka, która jest fascynująca. Jakby tylko kawałeczek, Wycinek świata. Tylko taki położony przy falochronie, bo tak wszystko się na siebie nakłada… z tymi ceglastymi dachami…

Niesamowite.

Widoczne z całkiem innej perspektywy. Ale czy inne? Może jednak tak? Może Gudhjem ma co najmniej dwie twarze. Ale to w końcu boga dom, a ci mają to do siebie, że twarzy potrafią mieć wiele.

I masek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Liściowy Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Uśmiech Schodzący…

„A tak… mawia się, że nie schodzi z twarzy, a jednak ten… wolał dupy!!! Nie miał zamiaru zajmować onej odkrytej przestrzeni pełnej słów, tych zębisk nie zawsze prostych, względnie czystych i normalnie aromatycznych, oj nie… on pragnał więcej. Pragnął miejsca o wiele bardziej… rozwojowego!

No dobra, niby chick tu i chick na górze, ale jednak, czy rzeczywiście?

Widzicie, pewne trend naprawdę mogą się nie przyjąć, bo któżby chciał mieć przedziałek TAM, ale raczej uplasowany tak mocno raczej poziomo? Bylibyście chętni na taką pertraktację ze swoim ciałem? A raczej z oną jego częścią, która, no wiecie, zwyczajowo jest skryta i raczej nie chcecie jej pokazywać światu.

Oj pewno, że są wyjątki, ale jednak… lepiej je wymijać.

Ale ten uśmiech pragnął być tam.

Pragnął pracy jedynej w swoim rodzaju. Pragnął… ale czy naprawdę wiedział na co się pisze? No przecież człowiek, czy też inne zwierzę wyraziście duponośne, raczej no… wiecie, nie pachnie tam najlepiej. Nie barwi się tam, ogólnie mówiąc nie jest to miejsce do całowania i takich tam. Dlatego Pan Tealight postanowił pomóc Uśmiechowi w inny sposób. W całkiem intrygujący, o niebo czystszy, a co za tym idzie… piękny nawet, intrygujący i zachwycający.

Jeśli wciąż zajmują was dupy.

Tak, dupy.

Trochę to zajmie Wielkiemu Granitowemu Rzeźbiarzowi, ale pewno z czasem jakoś nastąpi rozwiązanie i wystawa.

Można już zamawiać bilety!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Randkløve…

To chyba jedno z tych miejsc dla wielu naprawdę nieznanych.

Mimo iż wspomina się je w niektórych przewodnikach, mimo iż z morza na pewno widać je tak doskonale… to jednak, jako tak, Randkløve jest oną niewidocznością. Tajemnicą skrytą za rolniczymi wzgórzami, biegnącą wzdłuż głównej drogi między Saltuną a Bølshavn.

Tylu zawsze na niej rowerzystów.

Na pewno czasem przystają i patrzą w prawo, czy też w lewo, na one pola, małe, rzadkie domki, gospodarstwa, na pewno zaskakują ich ogromne pole, ale czy któryś skręca w polną dróżkę? Czy raczej boją się, że to prywatna posesja i zaraz będzie rozróba? Nie wiem… wiem jedno, od dawna chciałam tutaj przyjść, ale by zwiedzić dobrze tę część Wyspy pogoda musi być raczej słoneczna i sucha, a taką przecież teraz mamy.

Włączając w to też te strasznie dziwne upały, które doprowadzają mnie do naprawdę szewskiej pasji…

Ale tak, właśnie to miejsce, które dotąd widziała zaledwie w maciupkim fragmencie, w końcu przeszliśmy z Chowańcem. Nie do końca… zabrakło nam kilometra, ale wystraszyli mnie myśliwi, więc… lepiej mniej niż bać się. Lepiej nie do końca, zostawić coś na później, niż w końcu dorwać kogoś i wywrzeszczeć co się myśli o starych gościach z brzuszkami stojącymi w czterech kątach pola i czekającymi aż cos im tam wygnają z nabrzeża?!!! Nosz kurna i jeszcze niektórzy śmieją nazywać to coś, to porąbaństwo SPORTEM?!!!

Pojebało homo sapiens!

Bo drugi sapiens na pewno im się nie należy.

Oj nie… szczególnie po takich niesamowitych kilku godzinach wspinania się, podchodzenia, staczania się i dotykania początków jesieni. Bo w końcu tutaj udało się nam je odnaleźć.

W tym dziwnym miejscu między polami a morzem.

Zeszliśmy przepiękną ścieżką biegnącą po drugiej stronie Hvide Hus’a.

Wiecie, taką zagubioną, którą trudno odnaleźć, ale warto poszukać. Odczepiającą się od ścieżki rowerowej, krzyczącej: pomacaj mnie, no chodź, mam cuda i wianki i pierun wie co jeszcze. A potem.

Potem były już tylko cuda.

Naprawdę cuda.

Idzie się wysokim nabrzeżem odnajdując masę krętych śścieżynek, starsze i młodsze drzewa już jesienne, barwne takie, jakby tutaj, dzięki nim, ta cała susza nie wyrządziła tak wielkich szkód. Ale główna ścieżka to jedno. Drugi to piękne widoki leżące przy niej, lub w jej pobliżu. Zagubione w onej samotności drzew, pól i skał oraz morza dźwięczącego gdzieś tam. W oddali niewielkiej, a jednak nie tak łatwo dostępnej…

No i są jeszcze ścieżki.

Ścieżynki, ześlizgi.

Maciupkie ogrody zbiegające w dół, do morza. Gdzie nie gdzie wzbogacone tarasy by odpocząć, przysiąść, gdzie nie gdzie tak dzikie, że aż niebezpieczne. Wciąż można stąd widzieć Gudhjem i Melsted, więc ciągły nadzór domu był dość zaskakująco pocieszający. Oczywiście większość z nich powala rzeźbą terenu. Te kały naprawdę mają najlepszych rzeźbiarzy i dekoratorów terenów mniej lub bardziej zielonych. I jeszcze te pasma kolrów. Drzew, które tutaj są tak bardziej żywe. Jabłonki oczywiście upuściły jabłka, które nikogo nie interesują, a są przepyszne, zimowe, cudowne…

… i jeszcze…

Właściwie… to wszystko.

Po prostu idziecie i zachwyca was każdy krok. Stąpacie po czerwieniach, burgundach, pomarańczach i żółcieniach, i w końcu jest jesiennie. W końcu jest tak jakoś normalnie. Jakby wszystko było na mniejscu. I nagle… nagle na wysokim nabrzeżu widzicie w oddali biały domek. Wiecie, jak z jakiejś porąbanej bajki. Otoczony z jednej strony jabłonkami, starym sadem, z drugiej otwarty na morze burzące się w dole. I te szarości i niebieskości skał i oczywiście… No dobrze, pewno że to miejsce to wszystko o najgłębszej rozpadlinie, ale jednak, czy naprawdę ona jest najważniejsza?

Dla wspinaczy na pewno…

Bo w końcu do niej doszliśmy.

Jest tu i najbardziej instagramowa skała, na której możecie poudawać, że siedzicie nie wiadomo jak wysoko. Jest tu i wąska szpara w ziemi/skałach… jest tajemnica, są opowieści, legendy o olbrzymach.

Jest trochę strachu jest…

… tak wiele.

O tym miejscu można opowiadać… ale lepiej, je dotknąć. Z szacunkiem, bo wiekowe. Z miłością, bo na nią zasługuje i z czymś w butelce, bo trzeba nakarmić duchy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uśmiech Schodzący… została wyłączona

Pan Tealight i Gudhjemska Masakra Niepiłą Małoliczną…

„Jejku no…

Zaczęły się Pyrowe Ferie i Wiedźmie Wronie Pożartej znowu opadło… eeee, sumienie. Wiecie, znowu Turyścizna zjechała, znowu zaczęło się całe to dynienie, szaleństwo, a na dodatek te wszelakokształtne pumpkiny i inne tam kaboszony, kabaczki i wiecie, cukiniowate cosie, ten pomarańcz.

Nie, to nie był jej czas.

Na dodatek Pan Jesień, w tym roku gość depresyjny, przesuszony, przepalony, wciąż kopcący faję, bardzo zasmucony, z pogubionymi farbami i ogólnie w rozmemłanym dressingu… no nie mógł, zwyczajnie nie miał sił, inwencji i wszelakiej kreatywności w sobie, by cokolwiek spróbować nawet zrobić z tej przesuszonej Wyspy, więc… cierpieli tak naprawdę obydwoje.

Ona, bo zdjęcia nie wychodziły, havgus, choć zwykle zalewający stalowym błękitem, to teraz nie mogła jakoś się w niego dopasować. Ogólnie mówiąc, bez kozery, wszystko jakoś tak trzymało się horyzontu, nie wpadając między drzewa, więc… no i na dodatek obtarła sobie na maksa nogi. Tak wiecie, do mięska i kości, więc nie mogła zbytnio chodzi, ale i tak to robiła, więc w końcu było źle, więc…

Źle było.

Wychodziło na to, że nigdy nie była fanem ni dyń ni straszenia, choć horrory kochała. Nie oglądała, ale słuchała trochę… wiecie, jakoś ją uspokajały, ale to przez cały rok, więc czy to w ogóle się liczyło? Dlatego wpadła na pomysł Gudhjemskiej Masakry Niepiłą Małoliczną.

Tak po prostu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem, właśnie po sezonie, ale przed przyjazdem ludzi na ferie, dobrze przejść się dookoła Gudhjem. A dokładniej Melsted i Gudhjem. W końcu to bliźnięta i to obecnie chyba już całkowicie syjamskie.

Oczywiście wydawać się może, iż jak człek tyle już tutaj mieszka, to wiecie, każdy krok jest znajomy, ale nic bardziej mylnego. Wyspa zmienia się wciąż i wciąż, a ostatnie dni poszalały z temperaturą. Podobno dopadła do 23 stopni, a w nocy do 18tu! No serio!!!? Co się dzieje? Ale za to dostałam dzień pełen havgusa… a to jest coś, co ostatnio rzadko się zdarza, więc… Wypełzłam spod papierów. Wynurzyłam się z tego jakiegoś zakłopotania i nie zapomniałam naładować baterii do aparatu.

A świat był…

… całkiem nieznajomy.

Havgus – rodzaj morskiej mgły – jest czymś, co nie tylko zmiękcza światło i świat dookoła, co nie tylko sprawia, że człek jakoś tak nagle spojawia się w inności, ale przede wszystkim jest magią. Może się unosić wyłącznie nad horyzontem. Może sie przewalać niczym burzay i takie tam wiecie, bezwonne, ale zimne tumany. Ale może też po prostu być ścianą, która nagle na ciebie napiera. Nagle… a potem ustępuje.

Albo i nie…

Albo zostaje na zawsze.

Ten havgus był jednym z tych będących, ale i widocznych wyłącznie gdzieś tam nad horyzontem. Niby będącym częścią błękitnego nieba, niby zasłaniającym trochę słońce, ale jednak… ale jednak nie tak namacalnym jak zwykle. I nie tak zimnym. Nie jak zawsze. Ale i pogoda była bliższa letniej – z kąpiącymi się ludźmi, serio – niż październikowej i kompletnie wysuszona, co przy havgusie jest dziwna.

Pokręcona.

Ale na zdjęciach…

Nawet bez onych wybuchających kolorów, które serio są mocno pokręcone. Licie raczej się palą, albo spłonęły już wcześniej, trudno znaleźć drzewa nieuszkodzone przez suszę. Drzewa, które nie są zielone, lub serio mają wciąż liście na sobie, więc… nawet z tymi problemami, widok ze skał między Melsted a Gudjem, jest niesamowity. Patrzycie w stronę Svaneke, jak już wdrapaliście się na szarawe, wypełnione żyłami kwarcu skały, no i dech zapiera. Może i mewy drą japy, ale o tej porze roku to raczej rzadko. Częściej spojrzą na was i tyle.

Albo przycupną gdzie obok.

W ramach towarzystwa i tyle…

A jak już się napatrzycie, to możecie iść alej. Wzdłuż wybrzeża. Pokląć na tych, co znowu wycięli drzewa, pogratulować kilku nowym brzózkom, którym jak na razie udało się przetrwać, a potem zapatrzyć się w morze, w dal mglistą i oczywiście te skały. Bacząc na wąską ścieżynkę, przejście przez krzaczasty tunel, jeden człowiek… a potem znowu ona błoga samotność. I kolejne skały i zejście w dół, ale ostrożnie!!! Uważajcie, bo nogę, rękę, skrzydełko czy co tam macie, złamać łatwo!

Bardzo łatwo.

Ale za to widok jest niesamowity.

Po prostu powalający. Zwyczajnie. Nie tylko ta zamgloność horyzontu, jakby niebo rozpłynęło się w wodzie, czy raczej ją zamieniło w siebie. Bo naprawdę nie można odnaleźć tej linii. Tej onej rozgraniczności. I może… i może naprawdę jej nie potrzebujemy? Może i niebo i morze to to samo tak naprawdę?

Może?

Człowiek powoli doczłapuje się do portu w Gudhjem, włazi na skały dookolne, patrzy na łódki, teraz tak ich niewielką i znajomą ilość… na tych pojedynczych ludzi i gromadę dzieciaków psującą mi wrzaskami swymi nastrój wszelkiej zadumy i jogińskiej prawie medytancji, i takie tam… no ale. Damy radę. W końcu czekają na mnie różne, różniste kolory, cienie i poświaty. I oczywiście halo… bo przy havgusie mamy je często. Takie zaskakujące, gdy pomyślisz o kąpiących się ludziach.

Takie jakieś inne?

Ale… zalecam wam spacery dookoła miejsca, w którym mieszkacie. Naprawdę. Może was zaskoczyć. czasem bardzo mocno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gudhjemska Masakra Niepiłą Małoliczną… została wyłączona

Pan Tealight i Skały…

„Leżą i się grzeją.

Grzeją się i promieniują.

Czasem coś w ich załamaniach wyrośnie, czasem korzeń je rozwali nawet, procesy wietrzenia kombinują, no ale… to trwa. A co, jeśli skała chce makeovera i to teraz od razu? No co ma zrobić?

Udać się do Redułing’u Erałndplejs’u.

Bo widzicie, wyrosło coś takiego na Wyspie.

Coś bardzo mało oficjalnego, coś szeptanego, coś prowadzonego przez byty, które spoglądają na Wiedźmę Wronę Pożartą z tym dziwnym uśmiechem. Nie szyderczym, ale jakby spotkały znajomego, który jednak, jak dobrze wiedzą, jak niesamowicie są tego świadome, nie lubi sie socjalizować i właściwie lepiej go do tego nie zmuszać, więc wiecie, nie zmuszają i tyle…

Miejsce wybrały oddalone od wszystkich.

W pięknej, malowniczej małej, białej chatce z czarnymi, drewnianymi wykończeniami. W sadzie, z płotkiem mocno ruchawym, oczywiście zaraz nad skałami, nad morzem, żeby wiedzieć i widzieć. Żeby się wciąż uczyć, choć podobno były ich częścią, dlatego tak dobrze znały się na swojej robocie…

Dusze kamieni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Knurowi za miedzą dostała się kobieta.

Znaczy no wiecie, każdy ma sąsiadów takich lub innych, my mamy wiatrak, a pod nim knurka. Świetny zwierzak. Gigantyczny świń ze zwisającymi penisami po bokach ryjka. Pewno taka rasa, ale wolę o tym nie myśleć. Trzeba przyznać, że jak zwykle wychodzi na to, że koń nie będzie tak przyjazny jak zwykła świnia.

No serio.

Jak piesek!!!

Oczywiście, że zdaję sobie sprawę ze świńskiej inteligencji. No i obycia też. Bywałam na wsi, bawiłam się z prosiaczkami, a co najważniejsze znałam mądrych ludzi, którzy wiedzieli jak zwierzaki traktować, jak je szanować i jak… jeść. A tak. Koń miał być wybiegany, krówkom dupki obczyszczone, a świnki nakarmione. I tyle. Zawsze nakarmienie zwierzaka było najważniejsze, przed człowiekiem i zawsze miało to być jedzenie dobre. Człowiek karmiony był potem, bo dobrze wiedział, że bez zwierzaków umrze. Nie będzie miał nie tylko konia, który pomoże mu w orce czy zawiezie do kościoła, ale też i żarcia na zimę. Czy nawet i towarzystwa. Nie wiem dlaczego współczesny człek tak zatracił kontakt ze zwierzętami, no ale… zatracił. Kto jeszcze ma babcię czy ciotki na wsi? Ale wiecie, takiej prawdziwej wsi?

Kogo z was zaskakują kozy, owce i krowy, które na Wyspie pląsają sobie radośnie i wolno zostawiając kupy dookoła?

Ale jak się mieszka w Melsted, to człek jakoś tak ma te dwie krowinki, prosiaczki, wiatrak i kilka owiec. A ostatnio są i za płotem gęsi czy śliczne, młodziutkie, białawe kózki. No przecudne. Czy to zoolog? Nie. Po protu mimo braku wody jest rosa i trawie się dobrze ma. A jak się jej ma dobrze, nosz to przecież żarcie jest za darmoszkę, no!!! Kto jeszcze pamięta, że żywiźnie wystarcza łąka… nieużytek, który później można zmienić w pole, bo będzie tak nawiezione.

Kto pamięta trójpolówkę?

Czemu ludzie żrą tak wiele?

Gorąco…

Ale no naprawdę od kiku dni wytrzymać nie można.

Oczywiście wieczorem temperatura sobie spada do ogólnie przyjętej normy jesiennej, ale żeby były takie upały? We łbie się nie mieści. Człek czeka na oną jesienność, a tutaj co? No kurcze pełne lato. Ino bez showerów. Trzeba przyznać, że ten brak wody, ona inność morza, dziwne wypłycenie, brak chełbii, w ogóle jakaś taka pokrętność… brak większych wiatrów i dziwna tajemniczość aury przyszłej… straszy.

No bynajmniej, oczywiście Gudhjem szykuje się na straszenie.

Nie żeby miało być coś nowego… chyba. W końcu zabaweczki wieszają stare, więc czego oczekiwać? Łapania jabłek, cukierków, czekoladek w strasznych kształtach i cenach, i na pewno jakiegoś biegu, no w końcu pro zdrowotni jesteśmy, co nie? Ale czy będą dzieciaki łażące po domach? Może w samym mieście tak, ale na obrzeżach ostatnie widziałam kilka lat temu. Może je kto zjadł, ja się nie poczuwam do odpowiedzialności za ich zniknięcie. Oj nie. Nic z tego. LOL

A jak ten przyszły tydzień przejdzie, to już będzie ogólnie God Jul i tyle.

Bo wiecie, u nas wszystko zaczyna się wcześniej.

Oczywiście poza asortymentem w sklepach zwyczajowych, który ma gdzieś świąteczności. Nawet Lidl nas olewa, choć ostatnio sprowadzili krakowską. No serio. Wiecie, z okazji jakiegoś tak polskiego weeku. Co dowcipne, każdy polish week kończy się tym, że w Lidlu nie ma nic. Już nie wiem, czy nie dowożą, bo przeca z Polski, to kawał straszny, Afryka bliżej… i Chiny, czy ludzie wykupują na pniu i po znajomości i to przed otwarciem sklepów. I to obydwu!!!

Kurde no!!!

Oscypka bym zjadła!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skały… została wyłączona

Pan Tealight i Cholera Go Wzięła…

„No dobra.

Tak właściwie niewielu wiedziało, że z niej nad podziw zazdrosna Cholera była. Naprawdę. Chciała wszystkiego, pragnęła wszystkiego i bardzo pożądała by wszystko ono było jej, ale nie tylko tak. Chciała też by ono wszystko kochało ją, wielbiło i także odczuwało to samo w jej stronę!

… więc mocno było niefajnie, gdy Cholera zakusiła się na ukochanego Misia Wiedźmy Wrony Pożartej. One jej Dzieciąteczko. Paniczątko. Perełeczkę Pierniczoną, Księciunia i ogólnie mówiąc Bożka Totalnego. Wiecie, to cudo wszelakie, co co prawda było wredne, sarkastyczne i przemądrzałe, ale jednak w osobowości małego, polarnego, pluszowego misia kryła się też zaborcza słodkość i cudowność. Pewno wszystko przez te czarne oczyska, ale kto to tam wie… może miał to jednak po mamusi, choć to by tam o to Wiedźmę Wronę podejrzewał.

No więc ona Cholera, co to ją ostatnio Turyścizna na Wyspę przywlokła, i co to się pałętała wszędzie, wkurzając wszystkich i sprawiając, że problemy psychiczne Wiedźmy narastały, plątały się i odbijały czkawką w innych wymiarach… chciała go. Znaczy najpierw zapragnęła. Najpierw tylko podglądała, śledziła w internetach i takie tam. Wiecie, cuchnąca stalkerka, ale w końcu… bo przecież zawsze tak jest, że następuje ono w końcu… podkradła się raz i już była w Chatce, już prawie wyciągała go z leżanki, w której misiek obmyślał zapewne niecne plany…

… gdy coś się stało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia wskrzesza” – … mniam. To jedno muszę przyznać, że z każdym tomem coś się dzieje więcej. Że z każdym tomem ktoś intrygujący odchodzi, ale nie przytłacza naszych głównych bohaterów, ale też… ktoś odchodzi…

I tak jest teraz, więc chusteczki w ruch!!!

Nasi bohaterowie wybywają w zamorze. A tak, właściwie cała akcja dzieje się w Europie. I to całkiem intrygującej Europie pełnej mitów i legend oraz, jak zwykle, czadowych zmiennokształtnych. Niespodzianki sypią się jak wszy z rękawa brudasa i naprawdę trzeba się trzymać. Okay, pewno że niektóre osobowości są aż nazbyt przewidywalne, ale ona jatka… a tak, będzie jatka.

Ale przecież zawsze jest.

Co z naszymi głównymi bohaterami?

No cóż, nie jest najlepiej. Jedno nadal jest z człowiekiem, a to sprawia, że w życiu zmiennych jest się najniższej rangi. No ale… pamiętajmy, że ten nasz człowiek, znaczy ona, ma Zabójcę, przyjaciół i może wciąż faceta. A poza tym cel jest szczytny. Problem w tym, że jej ojciec jest coraz bliżej…

Może zbyt blisko nawet!

Powieść jak zwykle, na jedno posiedzenie.

Połykasz i z przekrwionymi oczami czekasz na więcej denerwując wszystkich znajomych, których próbujesz pętać srebrem. LOL

Pada…

Stukot deszczu o ściany i szyby jest taki cudowny. I jeszcze te szare dni. Może i sporadyczne, a już na pewno nie zawsze i nie do końca, są takie odświeżające. W końcu słonko nie napiernicza po ślepiach, daje się oddychać… i choć temperatura skacze od 5 do 25 stopni, ale… jednak już nie jest gorąco. W końcu. Problem w tym, że tak serio jesieni też nie ma. Z jednej strony pachnie nią, ale liście zielone.

Znowu kwitną rzepaki…

Pola zielone.

Lasy zielone.

Ludzie… raczej nie. Ale jest ich mniej i tak dalej. Wszyscy czekają na ferie, które chyba zaczynają się w przyszłym tygodniu. No chyba raczej na pewno. Czyli zaczną się dynie i cały ten cyrk. A ja jestem tak bardzo nie zainteresowana tym wszystkim. No nie wiem… po prostu mega mnie to nie obchodzi. Może to pochorobowe, a może zwyczajnie człek starał się dopasować, ale jakoś, no serio, dlaczego mam dokarmiać cudze dzieciaki! Na świecie i tak mamy przeludnienie. LOL

Lepiej, dla spokojności tak, popatrzeć na niebo.

Wieczorne niebo jest niesamowite.

Właściwie wszystkiego się po nim można spodziewać. Dziś było czyste, szaroniebieskie. A potem zaczął się spektakl. I to całkiem darmowy. Tak naprawdę nawet nie trzeba było wyłazić z domu!!! Takie okno człek ma i taką przestrzeń za nim i niebo widoczne i drzewa w niecałkiem oddali i pole i wiatrak odmalowany, czarniawy taki… a ponad nimi cudowności.

Niesamowitości.

Pokaz dla każdego, bez ograniczeń!!!

Niebieskość pociemniała powoli, a potem wszystko stało się pomarańczowe.

Ostro, pomarańczowo, owocowo odblaskowe. Jakby nagle opadły nas jakieś pylistości znad pomarańczowej Sahary, a może jednak z wyschniętych obszarów USA, które ten odcień mają jakoś bardziej pasujący? Nie wiem… ale tak to właśnie wyglądało. I jak zawsze trwało chwilę. Jeśli nie spojrzałeś przypadkiem w okno, jeśli zakrywały ci je wysokie budynki, nie zauważyłeś onego fenomenu…

Nie zobaczyłeś też orgii pomarańczowych, wirujących tancerzy.

Bo tak to tym razem wyglądało.

Nie paski. Nie porozrzucane przez kapryśną księżniczkę wstążki, ale właśnie oni. Derwisze w różu. Jasnym, lekko ciemniejszym miejscami, gdzie niegdzie spleceni w uścisku z niebieskościami. Tajemniczy. Chwilowi. Spektakl, który zaraz się rozwieje, choć nie ma wiatru, rozmyje, może i rozpuści… może miejscami opadnie na ziemię i zrodzi małe, różowe kwiatki… może…

Ot niebo, bez zachodzącego słońca, bo ono zajęte gdzieś indziej, ale wciąż niesamowite. Wciąż szokujące, zajmujące. Wciąż… tak bardzo często pomijane. Bo przecież na Instagramie pewno lepiej wygląda, co nie? No i w telewizji pewno je nadają. Choć akurat na telewizji to wiecie, ja zatrzymałam się na dobranocce, więc co ja tam o niej wiem. O niej teraz? Nic…

A gdy znikną derwisze, paski, wstążki, warkocze i pojaśnienia.

Gdy wszystko ono gdzieś odejdzie, nagle, tak jakoś wiecie… z nienacka, przychodzi otulająca, gęsta ciemność. Już nie powolna, leniwa, srebrzysta szarość, ale ona zdecydowana ciemność. Piękna i niesamowita. Wszystko wybaczająca i skrywająca wady, przywary, zmarszczki, blizny i łzy. W blasku świec wszyscy i wszystko wyglądają jakoś tak miękcej, lepiej i młodziej…

I sen jest łatwiejszy… i śnienie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cholera Go Wzięła… została wyłączona

Pan Tealight i Potwór z Bagna…

„Widzicie… ostatnio coś się zmieniło na Wyspie.

I z Wyspą i ogólnie mówiąc pod nią na niej, i po wszelakich boczkach. Pani Wyspy zniknęła i przestała przynosić ciasteczka na poranne herbatki i pomilczanki z Panem Tealightem, Ojeblik – mała, ucięta główka zabukowała się pod Półką Z Książkami i odmawiała udziału w życiu mniej lub bardziej bezkartkowym, Wiedźmy i Księżniczki miały depresję, a Królewny zabukowały się w kokony i postanowiły kiedyś tam odlecieć. Ale jednak nie precyzowały kiedy, gdzie i w jakiej naprawdę formie. I czy to się komukolwiek opłaci…

Za to Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki zaczął nawiedzać Pech Wielce Cholerny. I to już było przegięcie totalne.

Trzeba było coś z tym zrobić.

Ale chyba… nie do końca to, co zrobiła Wiedźma.

Bo wiecie, no ona ostatnio serio miała dość i jak już się pochowała, wypłakała i w końcu dostała leki, to zwyczajnie, najprościej w świecie zlokalizowała skurwiela i najpierw chciała kulturalnie, ale zobaczyła ten wypasiony jego, drewniano-kamienny mansion, ten widok, taras i basen… może nie olimpijski, ale znowu się zrobiło ciepło, więc wiecie… Potem zobaczyła jego, spasionego, brzydkiego skurczybyka z brzuchem na wierzchu i zarostem… Chciała go skopać. Chciał skrzywdzić by poczuł jej ból…

Chciała…

Ale no przecież nie tknie takiego spoconego… miał nawet pryszcze dookoła sporych miseczek cycków…

… więc uciekła.

Czyli jak zwykle właściwie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa się zmienia ciągle.

Jest nieustającym przykładem na to, że natura ma gdzieś człowieka, a wszelkie próby jej ograniczania, obmacywania nadmiernego, niszczenia i tym podobnych zachowań ludzkich, naprawdę nie są okay. I zawsze, ale to zawsze kończą się źle. I nie chodzi mi tylko oną suszę, która wciąż jakoś tak wisi w powietrzu. Bo nawet jeżeli popadało trochę nad ranem, to wszystko jakoś tak wygląda na skonfundowane onym deszczem, że właściwie nie wiem… dobrze, że padało, czy jednak niezbyt dobrze?

Niby wody w rzekach przybiera, ale wszelkie stawy i tereny podmokłe wciąż zdają się być znacznie podsuszone. Znajome zbiorniki zawierają może połowę swej zwyczajowej wysokości lustra wody, a te mniej znajome zaskakują swoją… pokrętną nieobecnością. Jest dziwnie. Przede wszystkim wciąż jest naprawdę zielono, ale trawa, choć się zagęszcza, to jednak nie rośnie do góry. Róże może trochę się przebudziły, ale jakoś tak na dziko… stokrotki nadal odmawiają współpracy, a brak stokrotek, to dziw naprawdę najdziwniejszy tutaj.

Wybywając w las, człek nie wie czego oczekiwać.

No proszę bardzo, oto przykład. Idę sobie w znajome tereny gdzie drzewa są dziwnie proste, gdzie kurna nagle oblegają człowieka konie, a z głośnika, niczym napierdalanie Hitlera wybrzmiewa koszmar jakiś… no tak, nagle się okazuje, iż przepisowo zaprzęgi konne, wiecie ta rzymska wersja, mogą sobie tutaj zapierdzielać, a ty człeku właściwie odskakuj i już. No ale… staram się cieszyć lesistością pośród wrzasku megafonów i tych koni. Nie mam nic przeciwko koniom, ale mały koleś w dziwnym zaprzęgu to dla mnie ubaw. Przecież togi nawet na sobie nie ma, no!!!

No więc…

… więc odskakuję w miejsce, gdzie zwykle jest cudne leśne oczko. I mam nadzieję na zdjęcia. No wiecie, dla zdjęć jestem w stanie zrobić aż zbyt wiele. No to robię. Trzymam się gałęzi, sprawdzam, czy nie miękko, człek durnotą nie jest, ale… ale natura akurat jest w zabawnym momencie i nagle tonę…

Tonięcie w bagnistym czymś, ruchomych piaskach, czy jakkolwiek to zwać. Wilgotnym, ale nieśmierdliwym mocno, przerażającym, czarniawym, dzikim i pierwotnym, naprawdę jest jebanie straszne!!! Uwierzcie mi. Nie próbujcie. Chociaż z drugiej strony, jeśli macie jakąś linę, czy coś, to może?

Najdziwniejsze, jak przy trzęsieniu ziemi, jest ona dziwna niestabilność. Wiecie, coś was wciąga, coś pociąga za buty, wlewa się, sprawia, że ciało staje się cięższe, nieruchliwe, coraz bardziej mokre, obłożone mazią, nie wasze już… jakby należało do tego bagnistego stworzenia. Onej potworności, ale jednocześnie i czegoś innego, miękkiego, czegoś, co bardzo ciebie pragnie.

Tak bardzo, że zrobi wszystko by cię zatrzymać.

Wszystko.

Ale najdziwniejsza jest ziemia.

Ziemia, która nagle nie jest czymś stabilnym, która zadaje kłam powiedzeniu o tym, iż należy stać na niej twardo, pewnymi nogami, która… nie jest już czymś twardym, ukształtowanym. Której bliżej do wulkanów… no takie mamy ostatnio podłoże w wielu miejscach Wyspy. Niepewne. Jakby odbijało to wszystko, co dzieje się w ludziach. Ten niepokój, strach, a może i wkurw?

Może tego najwięcej?

Jak wydostałam się z bagna?

Dzięki brzozie!!!

Wielkiej, starej brzozie, która dała się objąć, z której się ześlizgnęłam kilka razy, ale która w końcu, pewno za trzecim razem, bo w liczbach magia też jest, pomogła mi wyjść na suchy, walący końmi teren. Czy ktoś może mi wytłumaczyć co jest fajnego w tych końskich ciągankach? Bo jazdę na koniu rozumiem. Wymaga od człowieka pracy nóg, człek łączy się ze zwierzęciem, obecne jest tutaj zaufanie, a często i najprostsza, głęboka miłość… no i ładnie las nawożą… Serio! Koń to w końcu przecież zwierz, co biegać lubi i jak wuj mawiał, wybiegać szkapę trzeba, ale ciągnięcie onych powozików?

To jest po prostu hilarious!!!

Mega hilarious!!!

Jak ja ociekająca błockiem, ściągająca portki na poboczu i wracająca do domu w gaciach. Tia… koń na pewno się uśmiał. I to nie jeden!!! Ja też postanawiam się z tego pośmiać. Bo strach był zbyt wielki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwór z Bagna… została wyłączona

Pan Tealight i Potworności…

„Właściwie, to dlatego to całe Halloween?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która uwielbiała kurhany, grobowce, pola cmentarne i wszelkiego rodzaju cmentarzyska… która uwielbiała przebywać z tymi umartymi na amen, ale tymi, którzy jej nie ranili wyłącznie, naprawdę nie pojmowała uwielbienia świata dla czegoś zwanego Halloween. No serio… te dzieci łażące po domach? Domagające się słodyczy? Nosz kurna chata! Wiedźma se sama kupić nie ma za co, a obsługiwać innych gówniaki ma? No niedoczekanie wasze… won ofiary bogom i wszelkim przodkom składać, a nie dla siebie.

Tosz przecież to chamstwo, tak za życia to robić!

Serio!!!

No sami pomyślcie. Jeszcze gdyby przyszedł do was duch, czy kościuch jakiś, to można zrozumieć, ale to? Przecież no umarłym obiatę złożyć należy. Dary jakieś Bogom Zapomnianym, no ale żywym? Ekhm… przecież to nie ma sensu. Wspominanym umarłym, tym, którzy wciąż jeszcze w pamięci, a potem… no widzicie, to po prostu jest nielogiczne! A Wiedźma Wrona Pożarta lubiła logiczność.

Bardzo.

Może i nawet kochała… w przeciwieństwie do dzieci. Do tych czuła ostatnio ino wkurwa. Omijała jak najdalej, a one i tak raczyły ją swoimi bakcylami i wirusami. Widać wiecie, lubiły ją czy coś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i kolejny tydzień.

Znowu piątek, sobota… i tak dalej. Że też nie da się tego zatrzymać choć na chwilę, wiecie, by popatrzeć na spadające liście i poczytać książkę? Dlaczego? W końcu popatrzeć na korę, jak ślicznie się marszczy, jaka jest poznaczona przez pajęczyny połyskujące w świetle dziwnego, jesiennego słońca. A potem uciec, bo nagle świat się rozpadał. Ale leciutko tylko, wiecie, nic wielkiego, nic…

Wyjść na spacer, zapatrzyć się na te chmury, które w końcu sprawiają, że niebo nie jest już nudną niebieskością, ale całą mieszaniną odcieni i barw. Szczególnie jeśli wybierzecie się do miasta. Wiecie, szukać tego tam Halloweena. Nie żeby mi zależało, ale czasem mają takie zabawne rzeczy, że człek w końcu rozumie jak udekorować sobie chatę. Taki szkielet w szafie zamiast płaszczyka, to też po prostu najlepsza inspiracja dietetyczna! Może lepiej wyglądałby w lodówce, jest i taki zestaw. Ale prawda taka, że jeśli czegoś chcecie, na przykład najdzie was na imprezę straszącą, to nie rozwiniecie się nadmiernie. Aczkolwiek w Tigerze są sztuczne kaktusy. Słodkie kubki kaktusowe i takie tam. Pozostałości po lamowej serii i maski i jeszcze wszelakie dodatki bardziej podchodzące pod Dia de los Muertos niż zamerykanizowane szaleństwo, no ale… nabyłam sobie gościa wyskakującego z pudełka.

Bo tak…

Żeby się uśmiechnąć choć raz, choć na chwilę…

Są wszelkie dziwactwa zwykle nikomu niepotrzebne, są i takie, które mogą się przydać. Są, co najważniejsze, ceny, które nie przerażają i lampka w kształcie siedzącego jednorożca, co się świeci. Ekhm… no wiem. W Netto to co rok temu, w zwykłych sklepach właściwie nic. Upadek wszystkiego rozpoczęty kilka lat temu… postępuje.

Niby z jednej strony normale… no przecież to małe miejsce, mały wiat, ale chcieliście tych turystów rok cały, więc zabawiajcie ich! Dynie porozstawiane w wielkich pudłach nie krzyczą: weź mnie!!! Tak serio, to czy w ogóle ktokolwiek je jeszcze rzeza? A w ogóle, czy zjada? Bo ja nie gustuję.

Wolę kalafior, wiecie, ale bez świeczki!!!

Przeskakując do drugiego sklepu w stolycy, czyli wiecie… Søstrene Grene – człek wątpi już w one wszelakie straszenia i czy kogokolwiek to obchodzi. Nie no, pewno, że mają słodkie rzeczy, ale jednak, kurcze, jednak z tych straszących ino pojedyncze naklejki, zawieszki i kule z duszkami, które przypominają twory bagienne pokryte trądem czy poparzone przez mutanckie pokrzywy. No naprawdę!!! Ale jeśli marzy się wam jakiś handmade, to musicie tam zajrzeć. W końcu sklepik w Hasle nie jest jedynym dla takich, ekhm… ręcznych robótek wszelakich.

LOL

No ale… weekend.

Człek odbębnił w piątkowy wieczór pogoń po sklepach, bo to rzeczywista pogoń jak kończycie robotę późno i możecie w końcu zwyczajnie wrócić do domu. No przecież sklepy otwarte ino do wczesnego popołudnia w sobotę nie wygonią was z łóżka… Akurat przestało wieczorem padać i chmury przeszły same siebie. Wyglądając jak podarte rajstopy, wiecie, te takie występujące w czasach, gdy one puszczały oczka, no i ono bursztynowe światło przez one dziury prześwitujące i jeszcze te odbicia, rotacje, ono wszystko cudowne. Chciałoby się zatrzymać, zostać tam, dać się może ponieść im nawet. Zmienić się w czysty lekko połyskujący może pył, chmurzastość podświetloną, zmazującą zmarszczki, wydmuchującą troski…

Ale się nie da.

Życie czeka.

I choć wieczór piątkowy taki czarowny, to jednak przemija szybko. A ty wiesz, że robota w domu sama się nie zrobi, że nadgonić trzeba to i tamto i jeszcze w sobotę będzie więcej tych pilnych i najpilniejszych… ech!

Zwolnić trzeba!!!

Teraz!!!

PS. Problemy promowe się nawarstwiają, ludzie są wkurwieni – mówiąc lekko i zbyt ładnie – a i tak muszą pływać onymi trumnami, bo przecież tertium non datur. Nawet dwójki nie dali. Nie wiem dlaczego to taki monopol promowy tutaj mamy, no ale. Obawiam się, że tak serio, to jak zwykle Wyspę wszyscy mają gdzieś. I to mnie wkurwia maksymalnie. Macie ją czcić! A nie obchodzić się z nią jak ze zbędnym akcentem modowym. Ponosicie, bo modne, a potem wyjebać chcecie toto prosto do kosza… zawsze tak jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potworności… została wyłączona

Pan Tealight i Knurysław…

„Stoi taki i kurcze…

Widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta to zawsze chciała pieseczka, no ale. Wiadomo jakie to na Wyspie są podatki od psinizny, więc… no liczą, nie licząc i uogólniając, musiała obejść się smakiem. Za kotami nigdy nie przepadała, nawet w postaci smażonej, więc to nie była opcja. Chowańca miała dwunożnego, ale jednak wiecie, no pieseczek to było coś. Taki włochaty i czadowy…

Albo wersja obrończa.

Wielki, mocny, no dobra, też włochaty, taki w formie mniejszego niedźwiedzia, z pazurami odpowiednimi i oczywiście zębiskami. Wiecie, wilk, ale mutant bardziej. Oj tak, o takim zawsze marzyła. Chociaż taki malutki, kochana przylepka o dziwnym wyrazie pyszczka, który to nie chce łazić, szwendać się, i ma swoje wygrzane i wymoszczone okruszkami, całkowicie autonomiczne, miejsce na sofie… no przecież, taki rozmiękczacz serca to też byłoby coś!!!

Ale nie miała pieseczka.

Nie.

Nie było też możliwości, by miała, więc gdy w sąsiedztwo wprowadził się Phil Knurysław, jako tak między nimi kliknęło. Wiecie, on to tam zawsze chciał mieć człowieka. No jakby co, wiecie, przewidywalne mniej lub bardziej zombie czy inne tam apokalipsy wegańskie, to gościa zjeść zawsze można… a i pogadać z kimś głupszym miło czasem. Kimś, kto jabłka przynosi i myśli, że podbiegani do niego i łaszenie się, to taka przemiła, roztkliwiająca sprawa i tak dalej…

A ona?

Wiecie, prosta kobieta przynosząca jabłka… cieszyła się ze swej niewiedzy chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po kilku miesiącach posuchy mogłam sobie pozwolić na książki.

Powiem wam, że to było trudne, ale teraz jest… trudniejsze. Oto jak działa umysł człowieka z depresją i stanami lękowymi. Dostaje to, czego chciał i oczywiście zaczyna się bać… a może to wciąż powikłania chorobowe?

A może zdrowieję?

Kiedy ostatnio patrzyliście na niebo?

Na to niebo teraz, niebo wczesnojesienne. Niebo, które zaskakuje szarością i ciemnością otulającą człowieka jak ciepły kocyk. Wiecie, jak wtedy, gdy było się dzieckiem i Babcia odbierała cię z dworca kolejowego i miała zawsze ze sobą tę wielką chustę. Ciężką i mało wygodną, ale pachnącą nią, pachnącą bezpieczeństwem. I choć człowiek był zaspany, bo go zerwali, bo jechał dzień i pół nocy, to i tak, jakoś, w półśnie, po prostu szedł. I choć było mu zimno, to jednak czuł się szczęśliwy. Takie są te wieczory teraz na Wyspie. Takie wspomnieniowe, mocno rozczulające… roztkliwiające.

Po słonecznym dniu jak wczoraj, niebo nagle poszarzało.

Nagle w powietrzu pojawiła się wilgoć i wszystko się oziębiło. Wiadomo, że nadchodzi mrok, a raczej stoi za rogiem gotowy wyczuć, kiedy najmniej się go spodziewacie i na was skoczyć. O taki z niego żartowniś!

No po prostu osobowość lekko psychotyczna!!!

No ale. Wolno mu, bo przecież niczego mu nie zrobisz. Czeka tak i razem ze mną patrzy na chmury. Takie brzoskwiniowe, niczym wata cukrowa, ale lekko już wiecie, popluta… taka, co się powoli cukruje na brzegach. Najlepsza!!! A niebo szaro-błękitne. Spokojne. I tak się w nie patrzysz i się gapisz starając się nie mrugnąć, co może się udać, bo wiatr właśnie ucichł… pewno tylko na chwilę… Ale w końcu mrugasz i chmur już nie ma, a ciebie otula ona szarość bardzo szybko zmieniająca się w noc.

Tak szybko…

I robi się tak jakoś zupowo. Tak jakoś, jakby nagle mieli podać wrzącą pieczarkową z grzankami. Jakby ona cudowność domagała się tylko ognia w kominku – sorry, w moim tylko świeczka się pali, więc musi wystarczyć. I wystarczy, ale przemyślmy włączenie ciepełka… bo poniżej 10 stopni, to już raczej chyba zimno?

Co nie?

Jesienność jak na razie jest piękna.

Chociaż liście wciąż jeszcze trochę się buntują, to to światło, ten aromat powietrza, one dzikości na trawniku. Już nie tylko spiskujące sarny, czy spotkania na szczycie zajęcy i srok, ale i podrzucane mi pod drzwi piórka. Hmmm… czy to za te wywalone brokuły? No co, lekko przywarły, więc… się podzieliłam.

Ten spokój, tak sporadycznie zakłócany.

Właściwie, jak sąsiadowi niszczycielskie zapędy nie walą na dekiel, to serio, nie jest źle. Drugi sąsiad może sobie kaszleć, la mnie to już jak rykowisko. LOL Popatrzę sobie na brzozę za uliczką, na te kolory, na te promienie przez nią przenikające. Na to niebo błękitne, chmurzaste czasami i słońce pojawiające się z tak innej strony. I księżyc, który znowu zanika i jeszcze, jeszcze może coś…

Coś nieopisywalne, właściwe tylko Wyspie.

Takie, jak ta chusta Babci.

Nie da się ukryć, że lubię jesień i zimę. Kocham je. Podobnie ciemność, świeczki, ogień. No dobra, lekka piromania też się kłania. Kocyki, grube skarpety. No i długie szaliki i jeszcze może bluzy z kapturem? Chociaż te akurat noszę przez cały rok. Mam gdzieś modę i inne tam… jak przegrzanie. LOL Po prostu uwielbiam niepocenie się. Naprawdę. I jakoś tak brak opalenizny mi odpowiada.

Bladość jest the new black! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Knurysław… została wyłączona