Pan Tealight i Bóg od Bólu Dup…

„BOBD, jak to wolił by go nazywać… był doprawdy rubasznym, niskim, ale wiecie, nabitym w sobie, zawsze wyposażonym w piersióweczkę, o której to zawartości nawet bał się człek myśleć… od samego myślenia kopa się dostawało… ubrany w takie, wiecie, bawarskie porciaki i ten cały skórzany wdzianek.

No i jeszcze…

Ta jego broda w warkoczyki.

Prawie jak krasnolud, ale wiecie, bez młota.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wrzosy i inne przypadki wynajmowania domku na skale.

No mówię wam, u nas w końcu nie ma „o co loto” na Wyspie, znaczy skandale się pokończyły, bo właśnie hejcą się na Facebooku o to, że władze postanowiły obalić takie granitowe panopki, co to przy drodze do Gudhjem stały… żeby nie było, uwielbiam je osobiście, ale jednak… no były stare i dodatkowo na górze miały taki zardzewiały, łączący je pręt… Wiadomo, że akurat ten odcinek drogi tworzący U jest niebezpieczny, wąski i eksploatowany przez wariatów, więc oczywiście co do zabezpieczenia pobocza, to raczej nicz tego, kompletnie.

Adoptowałabym jednego, albo i trzy.

Serio.

No ale… zmiany, wiadomo.

Jak coś nie można w prawo, to naładują na lewo i tak dalej. Niepowstrzymany wykup ziemi i domów przez mieszkańców Kopenhagi i burżujów z innych okolic oraz niemieckich okupantów podszywajacych się pod co tam się da sprawiło, że spacuerując czoraj po Gudhjem zrozumiałam, że tego już się nie postrzyma. Bo przecież ludzie się nie zmienią, a tym tutaj na niczym nie zależy…

A juz na zjednoczeniu się w imię czegoś…

Nie.

… więc niepomalowane ściany straszą, rozpadające się budynki łkają pragnąc człowieka, albo jakiejkowliek decyzji, często pozbawione nadziei zwyczajnie chcą, by ktoś zakończył ich żywot… bo cierpienie jest za wielkie…

I co teraz?

Nie wiem, ale jeżdżąc po Szwecji, jakoś tak… wcale nie było kolorowo. A raczej było. Malownicze sterty śmieci na poboczach straszyły prawdziwie. Podobnie stan domku, który tak nas urzekł dwa lata temu…

… ech…

No więc po pierwsze domek z zewnątrz ponownie zachwycał.

Wciąż mamy w planach właśnie takie zagospodarowanie góry naszego kochanego domeczku. Bo wiecie, w końcu w moim życiu nic nie dzieje się przypadkowo, kompletnie nic… ale chciałam tutaj wrócić. Pierwszy raz był mega. Oj, pewno, że właścicielka może odrobinę i mało ogarnięta i dziwnie ograniczona i jeszcze wszelako nazbyt wylewna, ale jednak, kurde no… żeby od dwóch lat nie naprawić niczego?

Żeby nie było, zgłaszaliśmy co nie działa.

A ona przez 2 lata nic nie zrobiła?!!!

Dodatkowo…

… no właśnie, ono „dodatkowo” jest nadzwyczaj bardzo… wybitnie bolesne. Bo widzicie, poza opłatą, którą uiszczacie w agencji, no to się okazało, że chcecie, czy nie, to wiecie, trzeba 800 koron dorzucić za sprzątanie. Bo podobno ludzie źle sprzątali… no wiecie, chcąc nie chcąc, człek wiedział co podpisuje, więc… ale jak podpisuje, to oczekuje wejścia do domku, który jest czysty i nareperowany, a nie zastanawiasz się przez kilka dni co to za intrygujące są teraz kafelki pod prysznicem, dopóki nie załapiesz, że one zwyczajnie mają brudne zacieki.

Serio.

Domek choć piękny, niestety powalił nas brudem.

Stół się lepił, wszędzie plamy, ogólnie mówiąc tragedia.

To nadal cudowne miejsce, ale… dodatkowo zrobili jakiś warsztat w tym dziwnym budynku, więc odgłosy od 6 rano powalały. I mimo ideolo w pogodę, to jednak, kurde no, wszystko było jakoś nie tak. Pewno, że dzięki temu człek spędzał cały czas na zewnątrz, ale wiecie, ten domek jakoś tak uosabiał mi miejsce ucieczki… a teraz tylko się zastanawiam, po pierwsze, jak znaleźć coś na przyszły rok i gdzie, a dodatkowo, jak można było nie naprawić zlewu w kuchni!!! No weźcie. I jak podłoga może się tak lepić?

No i ta lodówka.

Piszczała.

Wiecie, taki pisk jak przy urządzeniach wykrywających dym, a potem jęki, jakieś ćwierkania i grzmoty. Naprawdę… odradzam…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg od Bólu Dup… została wyłączona

Pan Tealight i Wygódka Strajk…

„No co…

… przecież każdy w końcu jakoś musi, no wiecie, musi w końcu wyrzucić TO z siebie. Aczkolwiek może niekoniecznie tym otworem i w ten sposób, no i wszelako tak… no wiecie, oczywiście, że cuchnęło, ale w końcu to wciąż ekologia, więc o co wam wszystkim chodzi, w końcu mogliście TO…

Zatrzymać dla siebie…

Ha ha ha!!!

Wiedźma Wrona Pożarta ubawiła się z tego stokrotnie. Nie no, pewno, że czuła się lekko winna… troszeczkę, minimalnie, odrobinkę… no dobra, nie oszukujmy się, nie czuła się winna w ogóle, uważała, że co jak co, ale czasy są tak pojebane, że jeśli coś robić, to właśnie teraz, a nie kuźwa cierpieć i czekać.

Jak strzelać, to celować dobrze, jak pluć, to brać wielkie pestki i…

I tak dalej.

Może i jej rozmowa z Wygódką była nie do końca przemyślana, ale co może być przemyślane w czasach, w których dziwni ludzie decydują dziwne rzeczy w dziwnych sprawach? No weźcie no, rozejrzyjcie się, gówno wszędzie, taka prawda… a że śmierdzi, a co ma robić?

Kurna…

Tańczyć?

Choć z drugiej strony… no i tutaj był problem, znaczy nie tyle, że nagle się zobjawił, wiecie, z cienia wylazł, czy zza rogu wychnął, nie… nadmierne myślenie Wiedźmy Wrony i połączona z nią imaginacja zwana potocznie wyobraźnią… współżyli jawnie i radośnie, czasem nawet i nazbyt głośno, wiecie, nie każdy chce słyszeć oną radosną seksualną twórczość i jednocześnie ją jakoś tak odczuwać, dajmy na to przy obiadku z teściami „to be”… no problematyczne może się to okazać dla niektórych, dla pewnych sytuacji, osób, czy nawet zwierzątek, onych wiecie, nieświadomych czasem, a czasem nazbyt świadomych bożątek niebożątek…

Ekhm…

No więc… golem.

Golem powstał, Strajk go nazwały i zaczął tańczyć, a że nie starczyło mu miejsca w gospodzie… eee, nie ta bajka, nie stykało mu plejsu dookoła Białego Domsotwa, więc wiecie, w tanecznym korowodzie nie powiódł za sobą milionów… z podowu zapachu oraz braku onych milionów… ale siebie, rozpadającego się powoli, nazbytnio powoli, miejscami zasychając, miejscami wydając bardziej mlaszczące niż pląsające tony… Powstał i zatańczył, było…

Było jej nie prowokować.

Żadnej z nich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Malmö

Te wrzące dni września mnie dobijają, serio. Człowiek już oddychał, a tutaj wrzące słońce, duszności, ale i wiatr taki jakiś chłodny, dom się nagrzewa, nagle wiatr się wyłącza i człowiek się dusić zaczyna… ale przecież akurat to w przyrodzie normalne, wiecie, one ostatnie powiewy lata.

Wszelakiego lata…

… więc nic dziwnego, ale jednak…

… kurde no, chcę już chłodu, odpoczynku, tym bardziej, że jakoś noc nie przynosi sennego wytchnienia, sny mają w sobie wiele utraty tego, co najważniejsze, wysokich budynków, chwiejnych budynków, wszelakich dziwnych przeprowadzek, wszystkiego takiego… niepokojącego, wąskie ścieżynki, kładki ponad niewiadomoczym, ale wiadomo, że niebezpiecznym i przerażającym…

Wiecie, bywa tak.

Czy przepowiednie?

Może…

Ale miało być o zakończeniu wakacji, o drodze powrotnej… która była, na szczęście dość okay. I przyniosła łosia. LOL No co, nic na to nie poradzę, kocham łosie!!! A zabieranie ich z tych sklepików przy stacjach benzynowych, to naprawdę fajna sprawa. Szczerze. Jedziecie sobie wtedy i macie łosia na kolanach… i wspomnienie. Sięgania, oczu szklanych, tego lekko nie do końca poprawnie zszytego rogu, łapki… no wiecie, czegoś, co jakoś sprawia, że to akurat ten, na pewno ten, nie inny…

A w Malmö

O rany, sobota, więc ludzi na ulicach… może nie tyle co zwykle w sierpniu, o takiej porze, w taką cudowną, jak inni to widzą, wiecie, słoneczną pogodę… muzyka przygrywa, seryjny koszmar dla kogoś z autyzmem, tłok, dziwne zamroczenie, po prostu nie mój świat. Zwyczajnie. Jakoś tak, w lesie jest o wiele spokojniej, choć cienie człowieka napadają, łosie kupy i wielkie robale, wiecie… mchy i wszelkie porosty. A w mieście… nie wiem, nie odnajduję się, chyba że ono puste.

Puste może być, a Malmö naprawdę lubię.

Tym razem udało nam się wcześniej upatrzyć wieszaki…

Udało się, bo kupiliśmy ostatnie.

Zgadnijcie w jakim kształcie, oj tak, łosiowe. Sorry, ale misiów polarnych nie było, a szkoda… naprawdę… ale może kiedyś się uda, kiedyś się uda i da, i wszelako, wiecie, nasz domek będzie w końcu wykończony w tych elementach, w których chcemy, ale jednak, na razie to marzenia. Człek wie jak chce, widzi rzeczy w takim wielkim mieście i tyle. Może na nie popatrzeć, ale raczej nie kupi, bo go nie stać.

Uskładał na łosie. LOL

Ystad.

Oczywiście dla nas zawsze to jest ostatnie miejsce, zakończenie podróży. Czasem udaje nam się posiedzieć tutaj dłużej, czasem w ogóle, ale jednak… to naprawdę urokliwe miasteczko. Nie do końca zróżnicowane, raczej utrzymane w takich cudownej stonowanej małomiasteczkości. Spokojne, chociaż jak ludzie wyjdą na weekendowe spacerki po rynku, to wiecie, jest ich trochę.

A już szczególnie teraz, gdy wszystko tak ślicznie oświetlone.

Bo wiecie, rynek w Ystad stary, więc odpowiednio i oświetlony.

Wschód i zachód słońca wprost idealnie wpasowywują się w one uliczki wąskie, cudowne mury, okna, okiennice, belki, drzwi i różne takie małe, ale jakże urokliwe detale. I jeszcze te kwiaty, inni dbający o to miejsce i jeszcze…

I jeszcze żarcie.

Jest tutaj jedno ze słynniejszych miejsc cudownej rozpustności żywieniowej i jak kiedyś uda mi się tam dotrzeć, to wam o nim opowiem. W końcu to buda z żarciem, więc serio, raczej chyba będzie mi dane choć coś powąchać?

LOL

No ale…

Potem już tylko kolejka i czekanie na prom.

I wbrew temu, jak to brzmi, jest to serio intrygujące, bo patrzycie na zachodzące słońce, na oną latarnię, port, w którym wiadomo, zawsze coś się dzieje i jeszcze grupujące się samochody. Można coś zjeść, można wypić… w aucie oczywiście, no i przygotować maseczki. Ciekawe, czy serio będą nakazane tylko do końca października? Naprawdę jestem tego ciekawa.

Czy po prostu stwierdzili, że powroty z wakacji wymagają masek?

A może jednak coś w tym innego jest?

Bo co na pewno, to mało sensu to ma… tak mnie naszło na rozmyślania, gdy patrzyłam na ono zachodzenie słońca, ale nie do końca… LOL sorry za rymy. Za to dowiedziałam się, że teraz trza mieć maseczkę w knajpie czy restauracji w stolycy! Ale nie jak się je. No i kelnerzy mają mieć cały czas, widać oni jeść nie mogą.

Eeeee?

Serio?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wygódka Strajk… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdka z Piekła…

„Nie, wcale nie iskierka.

Nie, nie węgielek czy obłamek drzewka.

I tak, jak w ogóle można było tak pomyśleć, nie jak najbardziej nie wciąż dymiący i smrodzący kulek ze smoły, nie nie… nie była żadnym z nich, była Gwiazdką… kiedyś może i z nieba, ale wiecie, się jej upadło. Nosz, każdemu w życiu może się zdarzyć, a jak już spadać, to z wysoka, co nie.

A jak kraść, to nie drobniaki!!!

Weźcie… upadła i wciąż żyje.

I wciąż jest w jednym kawałku, a przynajmniej ona tak twierdzi… no wiecie, kobiecie głupio tak od razu zarzucać kłamstwo, szczególnie takiej, co to jak się na nią patrzy, to wiecie, po oczach tak wali, że hej, okulary przeciwsłoneczne nawet rady nie dają, a obiecała się przygasić, więcej, twierdziła, że jest właściwie prawie wypalona… i o ono PRAWIE się wszystko oczywiście zestresowało, bo na te słowa, wiecie, w mailu, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zwinęła kapturek i pomknęła się szykować na apokalipsę.

Nie…

Nie że makijaż, czy coś w ten deseń…

Książkę chciała dokończyć, bo właśnie cud się stał i miała ich kilka… i głupio tak umierać z książką nieskończoną.

Pan Tealight jednak podszedł do tego inaczej, albo zwyczajnie już tyle tego wszystkiego przeżył, że co jak co, ale przenośnia tu musi być… jednak ona, siedząca na przeciwko i siorbiąca wrednie herbatę… serio wrednie, wiecie jak głośno waliła łyżeczką w filiżankę, no zero kultury, a przecież to gwiazda kurde!!! Jak tak można, człowiek czy Pradawny, każdy ma prawo oczekiwać obycia…

Savoir vivre-u.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Grebestad.

Na Wyspie niby jesień, ale przez one kilka dni, jakoś tak w środku września rozbuchnęło się późne lato. Po prostu. Ciepło, duszno nawet, ale jednak w powietrzu wisi ten ciężkawy, szemrząco szeleszczący zapach. Mocno chrupiący. Taki wiecie, krakersy, ale podgrzane, niby słodkie, miodowe, ale jednak…

… coś więcej.

Wszelako można się zapomnieć, jak ktoś lubi ciepłe klimaty, ja nie lubię, więc wiecie… męczyłam się. Spragniona onej cudownej jesienności pełnej mroku, wiatrów i deszczów i cieni, które tylko udają, że są twoje, ale tak naprawdę są własnymi bytami, które pragną wyłącznie cię podejść, a w końcu… w końcu cię zjeść.

Może?

A gdzieś tam na północy już mrozowo…

Ech, ale za to u nas był znowu rajd traktorów.

Ale coś im chyba nie poszło, bo pole nadal niezaorane. Znaczy wiecie, może gdzieś tam się zebrali weterani ze swoimi maszynami i tak dalej, może i było ich widać z okna, ale na szczęście nie trajkotowali głośno, nie byli dziwacznie obecni i tak dalej. Impreza była, ale jednak niezbyt z frekwencją. Znaczy tak bardziej prawie w ogóle. Gości chyba ino kilka… wiecie, przecież wciąż mamy pandemię. Maseczki we wszelakich pojazdach musowo na ryj nakładać.

Ale jakby co, to impreza była.

Ale miało być o miasteczku… o onym miasteczku, które to było puste jak… nie wiem właściwie jak co, ale wiecie, Szwecja nie miała lockdowna, nie miała zamkniętych granic, ale ponieważ inni mieli, to im też się oberwało. Nie tak jak innym, ale jednak. One pustki na nabrzeżu, które pamiętam dwa lata temu takie zatłoczone, ona impreza z tym otwieraniem morskich… eee, chyba ostryg? A może inne coś tam, no więc raczej w tym roku chyba nie było, za to w końcu udało się nam dostać do centrum informacyjnego dla nader mocno pofałdowanych we zwojach mózgowych… co to, wiecie, chcą pamiątki kupić i zebrać wszelkie broszurki…

Jakiekolwiek są…

No co?

W nich są mapki i inne takie, a wiecie, że ja w świat ino z mapami, a nie GPSem czy telefonem, czy kij wie czym, a poza tym…

Darmo dają!!!

Znaczy te broszurki oczywiście. Bo co do suwenirów, to wiecie, no raczej jakoś nie. Ale udało się nam złapać cudo babki specjalizującej się w farbowaniu tkanin. Malins Handtryck. Wiecie, dwie pieczenie przy jednym ogniu. Prezent dla Chowańca na rocznicę i coś dla mnie. Znaczy, no oczywiście, że on dostanie te broszurki, a ja oprawiony kawał szmatki, na którym perfekcyjnie nadrukowano nasz jeden z ulubionych motywów naskalnych.

Serio.

I tak, oczywiście, że to ta bzykająca się para z Vitlycke. LOL

Przez to wszystko człek w ogóle po pierwsze nie czuł się jak na wakacjach, a bo i nie był tak do końca, a po drugie, po drugie to wiecie, no zaraz zaczął googlować i się dowiedział, że babka ma niesamowite życie i pasje. Naprawdę. Kapitalna musi być. Jej współpraca z afrykańskimi babeczkami, specjalistkami od batiku…

I ciągle tam jeździ.

No ale, co do miasta pełnego kapitalnej architektury, morza, skały i dziwnych sklepów… no to się zmieniło. Wiele dziwnych rzeczy zniknęło, a sklepów chyba przybyło. I to tylko z nieciekawymi rzeczami, jak na przykład ciuchy… no weźcie no, ciuchy? Serio… a gdzie magnesy i kartki, no przecież suweniry muszą być!!!

A ich nie ma.

Ech…

W ogóle jakoś tak w wymiarze pamiątek, to jakoś tak kijowo w tej Szwecji. Trzeba seryjnie poszukać by znaleźć. Naprawdę…

Ech, może tylko ja wysyłam kartki w dzisiejszych czasach?

Możliwe.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdka z Piekła… została wyłączona

Pan Tealight i Flirciara Morska…

„No więc…

Rodziła się i umierała dość cyklicznie, wiecie, niektórzy tak po prostu mają i tyle. Godzą się z tym, w końcu, nie żeby najpierw nie protestowali i to czasem naprawdę donośnie, mocno, nawet i krwiście, nawet i bestialsko… przeciwko onej swojej, własnej, naturze, czymś z czym je stworzono, zrodzono, zlepiono, zszyto, czy jakoś tak i nie mają większych problemów, a może…

… może to dlatego, iż żyją na maksa, robią wszystko, bo wiedzą, że gdy się odrodzą, złe będzie zapomniane, dobre zapamiętane… ale przecież definicyjność dobra i zła taką zmienną jest…

Hmmm?

Tak twierdziła, ale jakoś wszyscy wiedzieli, że jest w tym coś więcej, iż jest w tym coś, co naprawdę boli, co naprawdę pozostawia blizny i zawsze, co cykl powraca, że musiało być coś takiego, bo ona jej radosność, wiecie, tej eterycznej, zielonkawej istoty, była aż nazbytnio przerysowana.

Aż żyła własnym życiem i ubierała wyłącznie rożówe szpileczki, diamentowe kolczyki i zawsze miała włoski blond, ścięte na pazia, wiecie, jak to drzewiej w modzie bywało, gdy zwyczajnie szamponów nie było dobrych. Albo się komuś nie chciało kłakami zajmować, tudzież… chłopczycować chcieli…

Flirciara Morska.

Obiekt zidentyfikowana, nie do końca znajomy, zawsze zaskakujący swym przybyciem… oj tak… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zamęt nocy” – … kolejny tom, kolejne problemy. Trzeba powiedzieć, że ostatnie dwa ustaliły wilkołacze priorytety co do życia. Ale raczej… no wiecie, chyba nikt nie spodziewał się przyjazdu małżonki…

Znaczy byłej, pierwszej i tak dalej.

Czy byłybyście w stanie zaakceptować rządzącą się w domu inną babę, na dodatek z dziwnie reagującymi wilkołakami, idealną manipulatorkę? Nawet jej córka nie chce jej w tym domu, tym miejscu, ale… były chłopak byłej żony bije innych, więc teraz trzeba go… zrozumieć.

Ekhm, czy też raczeh obić mu zad dostatecznie.

Na szczęście jest Kojot i Kojot!!!

A tak…

I jeszcze dziwna przyjaźń i duchy i ciasteczka i magia, no i… wiele przygód, wiele docinków, wszelakie momenty, kiedy macie ochotę dziunię za kłaki szarpnąć, ale wiecie, cywilizowani jesteśmy inie wolno… LOL ogólnie mówiąc, bardzo życiowa część przygód naszej samochodowej Kojocicy.

Czy utrzyma nerwy na wodzy?

Czy straci kolejnych przyjaciół?

A może wprost przeciwnie?

Zyska ich?

Jak zwykle masa ubawu, ale też i zgrzytania zębami, bo wilkołaki są dziwnie… nielogiczne. Niby z jednej strony czułe na kłastwo z drugiej dające się manipulować jak szczeniaki kuszone woreczkiem kabanosów. Babskie sprawy, męskie i pewna kobieta, która naprawdę może pomóc im rozwiązać ten problem, oraz jej magia…

No i Kojot!!!

Czy wspominałam o Nim?

YAY!!!

Dostałam książki. Sponsorowane przez cudowną duszę!!! Jej obrazki, rysunki, wszelaką owczość możecie znaleźć na FB i na Instagramie!

I nie wiem, co z nimi zrobić. Nie mam pojęcia… przez ileś tam miesięcy czytałam w kółko to i tamto, a teraz…

Nowe książki.

Shopping…

No ba, wiecie, człek w końcu postanowił po prostu popatrzeć na te wszystkie rzeczy i naprawdę w nie nie wierzy. W ich istnienie. Naprawdę. Życie na Wyspie, gdzie najczęściej macie tylko jeden wybór, to wiecie, jakoś tak do tego przywykacie… jak nagle coś wam zmieniają, nawet nie płaczecie, bo przecież co zrobicie inaczej?

Wszystkie sklepy spożywcze są właściwie prowadzone przez jedną sieć, więc możecie się rzucać i niby iść do Spara, ale… cóż tam wiele znajdziecie innego? Może Lidl, wiadomo, ale jakoś ostatnio tak spadła i czołga się po ziemi, że uwierzcie mi, wyprawa do ICA Maxi była wydarzeniem. Pomijam rozmiarówkę tego cuda… coś jak hangar na tankowce. Wiecie, taki suchy dok, czy coś w ten deseń…

LOL

Gigantyczna sprawa.

Oczywiście w Uddevalli.

Powiem wam, że spora wioska by się w środku tutaj zmieściła. A nie biorę pod uwagę okalających to jeszcze sklepów i tych tam zawijasów uliczek tworzących właściwie inny wymiar… i tak człek bierze ten koszyczek i idzie i nie wierzy. A to dlatego, że ICA, to mój ukochany sklep, w znaczeniu sieci sklepów, a już kwiaciarniana jej częśc w Tanumshede jest przesympatyczna. Pomijam fakt, że za każdym razem człek jakiś wiecheć przyciąga do domu… ale, zwykle ląduje w ICAch w Ystad lub Malmö. I… ceny są normalne. Pewno, że niższe niż u nas na Wyspie, ale wiecie, u nas tak wyśrubowali, bo wychodzi na to, że my wszyscy Turyścizna.

… smutny, sarkastyczny LOL

No ale…

Nie wierzy, bo ceny są czasem niższe nawet o 50% i nie są to ceny wyprzedażowe, a zwyczajne. I kurna… patrzycie na przykład na coś takiego jak kubki… masa… świeczki zapachowe, makarony, mleka, sery… rodzaje, gatunki, firmy, a wsio albo miejscowe, albo bliskie, albo no skandynawskie takie. I Marabou… Ludzie się wymijają, jakoś tak nikt się nie spieszy, jakoś tak, nie wiem, i Covid jest, no i taka jakaś, taka dziwna jakaś luźność w portkach…

Jakoś tak…

Normalnie.

Tak, moja kolekcja kubków się zwiększyła. I co z tego… spróbujcie coś tutaj kupić za 30SEK. W znaczeniu ładnego. Zresztą, ile można oglądać no. Kurde, człowiekowi kubka żałują, inni wydają na haule z Zary kilka razy w tygodniu, a moje gacie mają dziury! Ale kubek jest…

Wiecie, priorytety.

Książki muszą być, jeść… eee tam.

Deszcz, Botna…

No dobra, jeżeli chodzi o pogodę, to przez cały tydzień była cudna. Przez pierwsze dwa dni co prawda mocno wiało, więc wybrzeże odpadało, ale nie padało, światło było, nawet wszelako ciepło i nieciepło zarazem. I chłodek w nocy… ech, cudnie, ale w końcu człek jakoś tak między jednym a drugim przypomniał sobie, że mu jeszcze helleristningery w Botnie zostały, więc się kajtnął tam…

… i powiem wam, cudne miejsce.

Jebany zen, jak nic.

Niby tylko jedna skała, wózek i łódź, a jednak, jakby tam wciąż jeszcze coś grało, coś działało, coś wciąż szeptało odpowiednie historie. Można usiąść i zamyśleć się pod onymi wielkimi sosnami i dębami, w zamszeniu wszelakim.

Tak zwyczajnie wpatrzeć się w kałużę i jak ładnie się w niej odbija świat, ale… jest się na etapie Turyścizny, więc wiecie, goni coś człowieka, by zobaczyć więcej, szybciej, nie odpoczywaj, zwiedzaj, patrz, macaj, podziwiaj.

… więc pędzę…

W drugą stronę.

A tu… Kupa łosia i Askum…

Właściwie, to kompletnie nam to, ale no seryjnie… nie wyszło. Głównie dlatego, że byłam marudna i przegapiłam ścieżkę… oznaczoną, ale tak mikrym i w krzakach umieszczonym znakiem, że sorry, więc wrąbaliśmy się w podmokłą łąkę by zobaczyć kupę łosia w genialnym lesie. Serio, jak z jakiejś Złej Czarownicy i Jej Śnieżki Nierządnicy. Wiecie, wystrój opowieści z głazami omszonymi, krzakami, gałęziami w dwuznacznych kształtach…

Wylazłam stamtąd na węch i oczywiście znalazłam ryty, co do których trza się dość wspiąć, ale warto, powiem wam, że nie dość, iż historia niesamowita, to jeszcze widok z góry na one łęgi, łąki i podmokłości wszelakie, niesamowity.

Choć to nie jakaś tam góra, ino skała.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Flirciara Morska… została wyłączona

Pan Tealight i Koń ze skrzydłem…

„No dobra, ale te skrzydła…

No bo widzicie, to one nie były takie, jak na malowidłach, na pegazach, czy coś w ten deseń, nie, wcale a wcale nie…

A przecież w jaki sposób ma się człowiek ot tak po prostu się nagle przestawić na jakieś dziwności. Już dość ma tych dziwności w tym roku.

Całkowicie!!!

Kompletnie… a jednak, no im musiało się przydarzyć coś więcej. Coś, wiecie, ponad wszystko, coś wszelako powalające, albo po prostu już… nie no, szczerze, chyba nawet się nie zdziwili… no i, że było jedno. Wiecie, nie skrzydła, a skrzydło, ino jakieś takie dziwne, poprzeczne, wszelako barwne, jakieś takie pościelowe lekko, może i firankowe raczej, a może no…

Apaszka…

Tak, ono wyglądało jak apaszka i nie dzieliło się na dwa, ni nie było piórkowane czy skórzane jak u smoków, ale właśnie takie materiałowe, nawet miejscami lekko pogniecione, jakby niedoprasowane, czy coś… no w ten deseń… czy skrzydła się prasuje? A może magiel?

No wiecie, magiel dla skrzydlanych?

Kto to wie?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak serio nawet nie zwróciła na niego większej uwagi, choć wielki był, to się skuliła i ze swoim ukochanym kubkiem z Paddingtonem przemknęła na ścieżkę i smyrgnęła do swojego Żółtego Domku. W końcu miała się gdzie chować…

W końcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Helleristningery… Backa, Brastad… oj tak, to było w planie, po pierwsze powrót w znane miejsce, a po drugie, odnalezienie kilku starszych, ale… no jakoś tak, no na onych wielkich planach się skończyło. LOL

Ale nie ma boja…

… widziałam.

Po pierwsze Backa.

To była moja piegrzymka… obejście tego wzgórza dookoła, zatopienie się w myślach, jak to było, jak to mogło być, jak wszelako… bo przecież kiedyś tu było tylko morze, tutaj niżej. A między falami wysatjące skały, tak jak na wybrzeżu, gdzie właściwie wciąż przecież tak jest… wciąż.

Właściwie człek nawet nie musi sobie tego wyobrażać.

W ogóle.

Po prostu stoi i patrzy, potem odwraca się i zalewa to wsio, co zwą „fjall”… czyli wolne miejsce między wzgórzami. Wolne miesjce, płaskie miejsce, ono niezalane miejsce. Przecież te kilka tysięcy lat temu nie było tego gospodarstwa po drugiej stronie drogi, tego lasu, ych drzew, więc… jak możemy wszystko zrozumieć nie uznając onej potęgi morskości dookoła. Onej potrzeby suchości od czasu do czasu, a czasem i na zawsze, by zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie…

… coś zasiać, coś w końcu zebrać i żyć.

Czy wyobrażam sobie człowieka na łodzi wspinającego się i patrzącego na oną morską Wenecję? Tak… bo jakoś dziwacznie inaczej patrzę na świat… co do Brastad, no cóż, udało mi się znaleźć 3 skały, trzy obrazy, dwa z nich na etapie IKEA. Dobrze, że człowiek miał przy sobie kredę, bo przecież… bo przecież jak inaczej. Gdy ryty są już ledwo widoczne kierujecie się tylko dotykiem, zamykacie oczy, bierzecie papier też i taki, no wiecie, wielki węgielek…

I już…

Ale wciąż, przyznaję, że Backa i ten panel, to niesamowity obraz, to coś wszelako dziwnie świętego. Coś niesamowitego, coś…

Wielkiego.

Torp.

Okay, szukaliśmy Hogdal, kolejna rzecz do znalezienia na potem.

No niestety, tak się czasem dzieje, że człek siedzi w domu, wspomina to, co było i wali się w łeb, że przecież to było tam… a nie było, wie już jak się przygotować na następny raz, a przecież nie wie czy on w ogóle będzie… czy to może być jedyny, naprawdę jedyny powód dla życia? Jedyny? Naprawdę?

Czy to smutne?

Nie wiem, ale znaleźliśmy panel, jeden z najbardziej oszałamiających, mistycznych, ufologicznych właściwie, wszelakie… morskie moim zdaniem stwory tam umieszczone, tworzą najpiękniejszą opowieść o tamtym świecie. Całą opowieść, a może i całą grupę opowieści, zazębiających się legend?

Może i coś więcej… może…

Nie wiem, powalił mnie.

Naprawdę.

Mogłabym tak siedzieć tam i patrzeć, wiązać te ludki, kształty i zwierzątka ze znanymi strachami i pragnieniami… marzeniami. Może i nawet uczuciami? Bo przecież to byli ludzie, może trochę bardziej, wciąż mocniej związani z codziennością natury niż ludzie dziś, ale wciąż… ludzie.

Jak my, tylko bez tych zabawek.

Wiecie…

Mogłabym tam zostać, ale… panel mieści się na prywatnych włościach, na szczęście dojście jest ładnie wykoszone, ale i tak wjeżdżacie do maciupkiej osady, lekko tchnącej kultowością, mocno szczekającej, miejscami przerażającej, ogólnie wszędzie PRIVAT… więc czujecie się niezręcznie. Nieporęcznie jest się cieszyć z tego, co się widzi i na dodatek…

… na dodatek jeszcze te okna, te cztery domki, kilka po drodze…

Niby ludzi nie widać, ale oni tam są…

Wszystko jak w lekko mocniej zazielenionym odcinku „Wzgórza mają oczy”. Naprawdę, uczucie jest tak mega creepy, że aż boli, a potem człek zaczyna rechotać ze strachu, bo tak głupio reaguje na to wszystko, więc…

Na szczęście zrobiłam zdjęcia.

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koń ze skrzydłem… została wyłączona

Pan Tealight i Słowiański przykuc…

„Ekhm…

Bo widzicie Jesień już tak wyglądała zza rogu, Wiosna umęczony wszelaką letniością miał już dość sam siebie i antyperspiranty mu nie działały, więc dla spokojności, w czasie Merkurego się retrogacenia, Pan Tealight postanowił pójść w końcu we wszelakie, nie tylko tango, tańce.

Znaczy w balet.

No co?

Każdy może, każdemu może się nagle zachcieć, ogólnie, no weźcie no… Pradawni Przedwieczni też mają czasem dość świata. I możliwe, że gdyby byli ludźmi, wciąż, jeszcze, albo i azaliż wżdy kiedykolwiek… to możnaby powiedzieć, iż zwyczajnie mu odbiło, ale ponieważ nie, znaczy w ogóle, więc wiecie, postanowili wszyscy zwyczajnie, jak i wiele innych rzeczy, to przeżyć…

Przetrwać i wszelako, zwyczajnie starać się często nie spoglądać w jego stronę, bo wiecie, to bolało.

Mocno.

Bo jakoś ostatnio, to wiecie, za wiele tej głupoty wszelakiej było, aż zaczęła dostawać własnych kształtów i ogólnie tworzyć swój wszechświat i równoległe, więc nie zostało nic innego, jak puścić się w tango i się zapuśić i popuścić i jeszcze puścić się… no wiecie, wszelako i na amen… i choć jego Ukochana Choinka, wiecie, zawsze i na zawsze ona pierwsza i jedyna, niezapomniana i wciąż tkwiąca na Stryszku… oczywiście w ozdóbkach i otoczona ulubionymi poduszkami na igiełki i szpileczki, to wiecie, no każdy orał jak mógł no… więc ona, ostatnimi czasy jakoś tak…

Milczała.

… a Wiedźma Wrona Pożarta

Jeszcze gorzej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pociąg.

Nie no weźcie no, zrozumcie mój rozdziw, wszelaką i może li obsesję i tak dalej.

Drzewiej pociąg był tak normalnym cudem poruszania się, oraz obserwacji w jaki sposób homo sapiens jeszcze sapiens czasem potrafił kombinować, by się do niego dostać, bo takie to czasy były, że człowiek na człowieku i w ogóle… no więc…

… pociągi wciąż mi się kojarzą z tym lekko neurastycznym, mocno neurologicznym i jeszcze oczywiście nostalgia.

Jaja na twardo, a nawet kiełba w gazecie współjeżdżacza.

Te znajomości zawierane na trasę od do…

… więc ja musiałam tory powąchać. No wiem jak to brzmi! Ale każdy ma jakieś zboczenie, a te tory tutaj, to taki wiecie, malutki, króciutki pociąg jeździ. Oczywiście niebieski z żółtym krzyżykiem, no musowo. W Szwecji to właściwie wszystko występuje w takim kolorze albo swym własnym czyli niebieskim i żółtym. LOL

Ale tak, stoję sobie na tych torach i podziwiam.

Żeby nie było, oczywiście jak idiotka nie ogarnęłam kiedy i czy w ogóle tu coś jeździ, więc wiecie, kanał. Ale zdjęcia zrobione i siku w pobliskim lesie inie mogę uwierzyć swym nazbyt okolczykowanym uszom… że coś gwiżdże. Po godzinnej ponad sesji w zbożach na poboczu, polach pełnych glutenu i podpatrywaniu onej specyficznej roślinności kolejowej… on jedzie.

A ja juz skończyła.

LOL No sorry, ale siku w lesie się robi.

Oczywiście należy znaleźć takie odpowiednie miejsce, ale wiecie, nie wystawianie dupy na drogę bardzo wskazane. Nie wiem dlaczego, ale ostatnimi czasy wciąż widzę facetów wywalających fiflaki tak ot po prostu. Nie dbając nawet o prawa ruchu drogowego. I to nie że pijany w mieście… to inna ranga. Pijany to pijany. A tutaj facet sika, las właściwie widać stąd mógłby za drzewkiem, ale po co…

Ech… nie wiem co z tą Turyścizną.

Coraz gorzej… ale pociąg…

… no więc pociąg śliczny, ale krótki, filmik nagrałam, a co… zapach torów zaliczony i pamiętajcie, kolej w Ystad jest w kolorze Milki!!!

A taka ciekawostka.

Miasta, miasteczka, sioła…

Trzeba przyznać, iż różnorodność onych ludzkich siedzib jest tutaj ogromna. Nie tylko wyznacza ją odleglość od moża, nie tylko ona odległość na nie wpływa, a czasem nie wpływa, nie tylko chodzi o to, czy to skały czy jednak zielonowości… a może jednak tereny lekko podmokłe, albo i te, no wiecie, nadjeziorne…

Naprawdę architektura wcale nie jest wyłącznie drewniana, co mnie trochę szoknęło. Seryjnie. Człowiek myślał, że wszystko będzie z drewna, a tutaj suprise!!! Okazuje się, iż nie tylko istnieją kamienne miasteczka, czy też miasta, całkiem specyficzne, dziwne, ale jednak, najbardziej szokują takie, przyklejone do skały domki. Właściwie nawet rezydencje, zagubione pośród pewnikiem podokłych nieużytków i lasów… i skał mniejszych.

Jednak nic tak nie uderza, jak one domki przyklejone do prowizorycznie miejscami skleconych pomostów, które mają przylepione do skał szafki mocy – wiecie, przyłącza do prądu i pewnoe jakichś może szczątkowych mediów… Czerwone, oczywiście, bo przecież jakżeby inaczej i to czerwone oną specjalną, krwistą czerwienią… do nich przyczepione łódki i widok na morze i skały…

… i skały i więcej morza…

Odosobnione.

Lekko jak z horrorów.

Nowymi miastami, które udało nam się niestety tylko liznąć… i to nie dosłownie, bo przecież Covid, co nie? No więc…

Uddevalla i Strömstad…

Pierwsze jest fascynująco zalesione.

Dziwnie murowane.

Oczywiście z bardziej wgryzionym w ląd fiordem sprawia wrażenie miejsca niemorskiego. Jakby to, w czym człek moczy palec mogło być li tylko jeziorkiem… do tego wąskie ujście sprawia, że serio bardziej człek się czuje w lesie niż… no oczywiście do czasu, do onego czasu jak zobaczy to gigantyczne centrum handlowe, dyskretnie oddalone od budynków wszelako mieszkalnych.

Strömstad…

No dobra, nie wiem dlaczego, ale lekko mnie przeraża.

Po pierwsze wygląda jak San Francisco…

… wiecie, te wzgórza, one kamieniczki, wszelaka dziwność po jednej stronie, a po drugiej port… taki bardziej długi niż szeroki, w nim stoją ogromne katamarany. I właściwie, mimo ostatniego tygodnia sierpnia, to pustki… wsio pozamykane, dziwność jakaś taka, jakby człek był w jakimś zwykłym, gózystym miasteczku i każdy się tutaj znał… pan wpada do kiosku, w którym próbujemy przez zamrażarkę dostać się do pocztówek, i tylko to co zwykle, znają się od lat ze sprzedawczynią.

Ech… takie dziwne miejsce.

Mimo bliskości morza, to przez ona skały, właściwie jakby ino jeziorko mieli, a przecież to samo wybrzeże i one „fidrygałki wokół fiordów”…

Może trzeba tam wrócić?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Słowiański przykuc… została wyłączona

Pan Tealight i Importowane Licho…

„Jakby kuźwa mało tego było miejscowego?

No przecież każda wioska, każdy kamień, most, drzewo, plaża, rzeka… i tak dalej, każdy dom posiadał co najmniej jedno swoje licho…

Wszelakie.

Bo jakbyście nie byli świadomi, to wiecie, może powinniście przestać czytać, gdyż uświadomienie sobie onej pełni lichowatości wszelakiej we wszelakiej dookolności świata może naprawdę przerazić.

Naprawdę.

… wieć może w ogóle nie należy i o tym pisać? Bo przecież ten współczesny świat jest tak parszywy, że zdaje się, iż nie zasługuje nawet na oną mnogość lichowatości. Wszelakiej, pięknej i różnorodnej. Pulsującej wszelaką mocą i możliwościami, może i azaliż lekko podstępnego i wkurwiającego, ale przecież, no nie ma wybrzydzania, każdy i każdei wszystko ogólne posiada zawsze w sobie równowagę lub zaburzoną równowagę onego… wiecie dobrozłego nastawienia… Lichowatości idealnie przenikającej wszystko. Bo jakoś w jego wymiarach, onego znanego i nieznanego wszechświata możliwości, jakoś każdy i każdemu się, wiecie, za darmoszkę, licho należało, na odcisk czy ogon nastąpnęło, albo i li coś innego.

Wszelako i mocno.

Może i lepiej zachować lichowatość…

W jakimś zaciszu swej świadomosci. Może w ukrytej księdze, którą tylko ci godni mogą przeczytać, a może…

Może w rzeczywistości dlatego ten skurczybyk importował licha? No bo przecież nie dla kasy, no weźcie. Lichowatość, co jak co, ale kasy nie przynosiło. Wprost przeciwnie. Wprost wysoko przeciwnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Żar mrozu” – … część… Eeeee 6? Nie, to już tom 7 i wiecie co, z jednej strony tak, można się pewnych rzeczy spodziewać, ale też… wiele się zmieniło, wielu odeszło, wielu powróciło…

Wielu odkształciło i przekształciło.

… więc, nie, nie jest nudno.

Wiadomo, są problemy, logiczne. Trzeba kogoś uratować, komuś skopać dupsko, wampiryczne, wilkołacze, sorry, nie ma pewności nigdy na kogo padnie, bęc. Ale w końcu to przygodówka o przyjaźni i magiczności wszelakiej. Najbardziej w tej części kocham… Stefana chyba? A może nie… może jednak…

Hmmm…

Nie wiem.

Na pewno czekam na kolejny tom, a on już podobno w księgarniach?!!!

To nie jest sztuka lotów wysokich, nie coś, co zmusi was do zamyślenia, to przygoda, która zmieni wasze sny w coś, z czego nie będziecie chceili się obudzić. I może w końcu zastanowicie się nad tymi ugryzieniami komara, co to takie symetryczne i w ogóle, no i na szyi je macie…

Stenskeppet i znowu groby…

To było przez przypadek, znaczy niby Blomsholm człek miał zapisany, ale jednak, no jakoś tak, wiecie… jak lubię najbardziej, wycieczka sama się zrobiła. Sama zaplanowała, poprowadziła za rączkę w dziwne miejsca.

Sama…

Czyli uznajemy to za przeznaczenie i tyle.

I jeszcze to, że akurat ludzi nie było i było niesamowicie i wszelako megalitycznie, bo przecież o to właśnie chodziło, o czucie miejsca, o jakąś energię, o upewnienie się, że to, co nie do końca wypowiedziane wciąż jeszcze istnieje, że… i chodziaż kamienie raczej młode jak na moje epokokamienne czy brązowe czasy ukochane, to jednak, wiecie, to jednak było tam ono coś. Ono drzemiące, a może i nazbyt żywe coś, albo i… albo i szepczące, łaknące, spragnione…

Miejsce jest niesamowite.

Kamienie ułożone oczywiście w kształcie łodzi porażają wielkością.

To jest coś.

Takie przez duże COŚ. Co na pewno zaspokoi gusta tych, co to wiecie, muszą mieć sprawy na zdjęciach wszelako wielkie. Kamienie są nie tylko majestatyczne, stoją w polu, na wzgórzu i już widzicie te procesje podążające tutaj na sądy, bo grobów tutaj nie ma, będą później… widać je w oddali podobnie jak niesamowity młyn. Widzicie onych ludzi przeszłości wszelakie, następców może, widzicie te dary, może i więźniów, może i płacz, jęki…

Może i coś więcej? Może i jakieś opowieści, historie, może i czyjąś bardzo drastyczną opowieść, może i miłosną historię… może i coś, za czym chciałabym pobiec, może i jakieś wszelakie wizje, może i nie ma mnie tutaj, może i…

Ale na razie stoję między kamieniami i czuję i słyszę i…

I nie wiem co myśleć.

Chociaż nie, wiem… ale to chyba, jak mawiają w USA a bit TMI. LOL

Dommaring, Blomsholm.

Ogólnie mówiąc pierwsze, to ten monumentalny skibet, ogromne monolity ułożone, ustawione, w formie statku, a reszta, to groby. Niesamowite, nie do końca zbadane. I kamienny krąg. Wystarczy minąć skibeta i pójść dalej, jak ścieżka prowadzi. I przejść obok onego niesamowitego młyna, udać się dalej…

… w górę.

Mijając kolejne wodne cienki, drzewa, owe pola żurawiny.

I nagle znaleźć się między kamieniami, kurhanami, między szeptami i wiatrami… między szemraniem gałęzi, krzaczków, między onymi kamiennymi kosntrukcjami i jeszcze ziemnymi, miejscem ze ścieżkami i bez nich, gdzie czas jakoś takoś się zatrzymał, bo chociaż wciąż tutaj przychodzą ludzie, to jednak, rzadko, sporadycznie…

Dziwnie pewno zaskoczeni tym, że ino kilka małych pagórków i małe kamyczki, pewno już tak nie wygląda na insta, co nie?

A czytać się info nikomu nie chce.

Wiecie, pewno, że przy każdych prawie takich atrakcjach są oznaczenia i opisy, to jednak, wiecie, mało kto to czyta. Mało kto może kliknie w Googla, czy coś tam. Może popatrzą na drzewa, może żurawinkę rozdepczą, a może…

Nie wiem.

Ale pięknie tutaj i ten widok na ogromny kamienny skibet z oddali.

Jest w tym więcej coś niż mistycznego.

Jest w tym jakaś obietnica, iż może nie cała przeszłość zaginie, że może jednak, jakoś takoś, niektórzy wyciągną z niej wnioski? Może złożą ofiarę, może wspomną… bo przecież o to chodzi, w całej tej okolicy kurhanów i wszelakiej, pogrzebanej przeszłości, by pamiętać. Że byli przed nami.

Że kochali, że…

Istnieli.

Byli jak my, mieli tylko inne zabawki.

Naprawdę polecam taki dłuższy spacer… zapatrzenie się, przemyślenie, wsłuchanie we wszelakie szumy, szepty i poszumy… zauważenie oneo symbolizmu, może i zjedzenie kanapki na kurhanie, czy jednak, jak jedna z osób, zapadnięcie w taki silny, medytacyjny odlot?

Może joga?

W końcu to przyroda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Importowane Licho… została wyłączona

Pan Tealight i Smocze Żarcie…

„No więc, oczywiście, że Smok z Komina, co się okazał być smoczycą, ale upierał się, że to jej imię i tak dalej, no wiecie, same konfuzje z oną łuskowatością… no ale, po tym, jak się z niej zrobiły te dzieciątka, które rosły oczywiście i ogólnie mówiąc pobudowały sobie inne, własne, wciąż dziecięce, ale jednak…

… kominy na polu…

… więc wszyscy chcieli jeść.

Okazało się to, jakoś tak dość nagle, bo przecież wcześniej wyżywienie nigdy nie było problemem wszystkich, ale teraz nagle się okazało, że młode spryciarze żarcia mają nadmiar i muszą w weki iść.

Te och zdobycze.

Pan Tealight powiedział, że się boi i nie będzie wekował.

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… zwyczajnie nie mogła, nie chciała i jeszcze ją pióra i dłonie bolały. I na głodzie była, nie miała czym karmić swoich cząstek, myśli i marzeń i wciąż śniła koszmary, w których dziwnie zawsze nie tylko brała udział, ale i mieszkała w nich…

… oj wszelako świat był dziwny.

Wszelako mocno.

Na szczęście Druidowie Zza Proga i Ci ze Svaneke, co to ostatnio postawili taki piecyk w ogrodzie i piątkowe pizzadeje robili, nikt nie pytał z czego to, no i skąd wzięli one dziwnie wyglądające i wciąż jeszcze łkające dodatki oraz sosy, które zdawały się wciąż jeszcze buzować… no więc oni stwierdzili, że jakoś tak im nic nie przeszkadza, więc no oni mogą i to za darmo…

I było to aż nader podejrzane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Fjällbacka…

Powitała nas zachodem słońca, żegnała deszczem i najpiękniejszym światłem ever!!! Po prostu bajka, gdyby nie to, że koszmar.

Wiecie co, pewno że poznałam ją przez książki onej morderczyni, ale nie wtedy się w tym miejscu zakochałam. Nie… raczej dopiero wtey, gdy coś mnie tutaj przyzwało z Hambursunda. I wpadłam. Nie wiem czy to ono morze, czy kolory, czy wielkie meduzy parzące, czy też ona rozgwiazda niesamowita… no nie wiem… wiem jedno, w tym roku było inaczej, dziwnie i raczej źle. Naprawdę tragicznie. Nie dość, że omal się nie uszkodziliśmy, wróć, siebie uszkodziłam, blizna będzie, to na dodatek stłukłam swoją foto kryształową kulę…

Po prostu zgon.

Nie mam pojęcia, czy to przez remonty na nabrzeżu, czy jeszcze większe zatłoczenie domków, bo raczej nie przez ludzi, tych nie było, albo i było tak bardzo niewielu… wiecie, właściwie sami miejscowi, garść Turyścizny, jak my błąkającej się po onym świecie, co to lockdownu nie miało i jakoś dziwnie tak, jakoś mniej się tego wszystkiego boi… jakby ta pandemia była, ale i jej w ogóle nie było, jakby, no wiecie…

Coś było normalnie ino świat dookoła nich…

Ten świat, no ich nie chciał.

Może to o to chodziło?

Może osada nie była wystarczająco podziwiana, czycona, do tego woda w morzu dziwnie mętna, niby było wietrznie, ale smród zdychających krabów aż dławił. A przecież wiatr powinien jakoś tak, no wiecie, jakoś tak je rozwiać i tak dalej. Siatki na kraby i raki i wszelkie inne cuda niedziwy też były rozrzucone…

Remontów masa.

No ogólnie.

Było dziwnie.

Bez urazy, miasteczko mnie osobiście przynajmniej, wciąż zniewala urokiem, ta skała górująca nad wszystkim, a potem znowu woda i skałki i niby w tym roku człek miał sobie popłynąć, ale wiecie, kasa w odlocie, więc stać go ino na wszelakie darmowe rozrywki, wiecie, te co łażące są, tudzież… ale kibel był lekko mniej brudny, no i wciąż nie było w nim światła, więc jak zwykle, w onym porcie na morzu właściwie, w okolicach betonowych i wszelako skalnych, no na przeciwko onej najstarszej chatki, człek siku robił z otwartymi drzwiami…

Ino lekko przytrzymywanymi przez Chowańca.

Jak kurna za wojny!!!

Tak, jak najbardziej można to zrozumieć, bo przecież Szwecja odcięta, do Norwegii to nas nawet nie wpuszczą, chyba że z 14dniową kwarantanną, więc… nie żebym chciała do Norge, ale dziwnie człek się czuje.

Jak jakiś sromotny, zadżumiony…

Jakoś…

Ale fish and chips były zajebiste!!! Wspominam o tym znowu, bo były genialne!!! Nie wiem jak to robią, ale u nich, czyli w tym małym hoteliku w porcie, wiecie, jest jedno takie restauranto tam na rogu, z onymi parasolkami się bujającymi, no to tam… 165 koron, ale ryby dostajecie masę, do tego pyrasy i sałatkę.

Z social distancingiem, jak zwykle.

Jak z dancingiem.

Wizyta u mojego ulubionego artysty miodzio!!! Peter Engberg jest przemiłym facetem i co dowcipniejsze, poznał nas od razu. No dobra, po Śnieżu, ale jednak. LOL I rzeczywiście, pierwszy dzień miasteczko dało nam złocisty zachód słońca, cholernie wietrzny, ale jednak był, potem pełne słońce, a potem to światło najpiękniejsze, takie wiecie deszczowe, przeddeszczowe, podeszczowe, niebieskości wybitne.

I znowu nie pobyłam w tym miejscu tyle, by jakoś się nasycić.

Co ze mną nie tak?

Jak zagiąć czas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smocze Żarcie… została wyłączona

Pan Tealight i Granica Nieprzemyślania…

„Chodziło o to, że się pojawiła i nie wiedzieli, co o niej myśleć. Wiecie, granica jak granica, przecież… przecież to nie pierwszy raz… kiedyś już taką mieli, obcinała nóżki tuż pod kolankami, czy co tam mieliście na danej wysokości… kurde, ale była zaborcza, bo kończynek nie chciała oddawać i oczywiście, skrzętnie z nich coś tam mutowała po swojej stronie… wiecie, tej drugiej stronie…

Ale ta granica była dziwna.

Jakaś taka poprzerywana, jakby zachęcająca, by ją przekroczyć, a jednocześnie lekko się skrząca kolcami znowu w innych. Jakby ktoś miał jakiś plan, jakby miał wizję, ale jednak nie do końca był pewien, że…

Że to zadziała.

A działała.

Znaczy, no wiecie, dotąd tylko jeden z Tych Jednorożców spróbował ją przegryźć i się nie dało. Oczywiście próbował w tym miejscu, które się o to bardzo prosiło. Ale no aż wołało o to, napisało list i machało nią, niczym ulotką z czerwono-pomarańczową obwódką i chorągiewkami.

Oczywiście wynik był taki jak zwykle, ale…

Ale jednak Tym Jednorożcom nie można tak ot po prostu powiedzieć, że nie mogą, tudzież, no nie powinni, czy coś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Natursti…

No dobra, w tym roku naprawdę mi na tym zależało, na onej specjalnej wycieczce, oczywiście prawie półdniowej, bo wiecie, człek nie może tak po prostu się przejść i nie zapatrzeć, nie dotknąć, nie zamarzyć, no nie może…

Musi się zatrzymywać.

Nie tylko po to, by się napić.

Ale… ścieżka prowadzi przez obszar zwany Veddo. Kawałek dookoła jeziora łączącego się oczywiście z morzem prawie już północnym, czy północnym, jak to jest z Bohuslan? No serio, wciąż tego nie rozkminiliśmy, naprawdę.

Ale… najpierw, hmmm, oczywiście to zależy od którego miejsca zaczynacie. W końcu parkingi sa dwa, myśmy zatrzymali się na onym wyższym, więc zaczęliśmy wbrew kierunkowi zegara. I fajno, bo moim zdaniem to najsuperniejszy kierunek jest. Nie żeby pewnikiem tutaj miało to jakieś znaczenie, no ale… najpierw jeziorko, lekko smrodzące, czadowe doczeki, wypasione łódeczki, ludzie żyjący w dziwnym odosobnieniu z dala od głównej drogi, wszelako za lasem, ale jeszcze nie nad morzem, może i spokojnie, ale smrodliwie lekko…

Bardzo nawet.

Ale architektura cudowna. Wyluzowana taka, do tego kilka domków całorocznych, widać, że niektórzy kochają odosobnienie, jak ja to rozumiem. Aż nazbyt dobrze, szczerze. Aż nazbyt dobrze. Od naszego domku to właściwie kilometr, może dwa, ale ponieważ wcześniej musieliśmy się zgłosić w Vitlycke, więc wiecie, no nie da się wszystkiego na nogach,bo dnia nie wystarczy chociaż, chociaż po prawdzie tutaj słońce zachodzi dopiero przez dziewiątą, więc… hmmm, więc może i możnaby, ale trzeba by latać z wywieszonym jęzorem, a po co?

Lepiej powoli, spokojnie, wszelako iść.

Mijać te domeczki, letnie, one ostatki ludzi, oną wyluzowaność.

Wiszące pranie na sznurku, łódki się kołyszące, bo znowu lekko łeb urywa, ale tak już mniej niż na początku naszej wycieczki, może przetrwamy?

Przetrwamy, taki spojler.

Ale jezioro, domki, a potem… pustkowie.

Po jednej skały i po drugiej skały, ae te po prawej zanurzone oczywiście w morzu, a może i jeziorze, już człek nie wie, na dodatek one kształty, rany julek, kurde… Serio!!! Weźcie no!!! Przecież to jest gotowa sceneria do jakiegoś filmu fantasy. Na przykład o wodnych elfach… Ktoś pamięta serię Mercedes Leackey? A coś takiego jak seria Bohaterowie? A może… no dobra, nie będę wspominać takich staroci… Kagonesti, Irdowie, Dargonesti… No DragonLance no.

Czytał ktoś?

Wielbił?

Ja tak.

I tak się czuję jakoś dziwniej niż zwykle, idąc tą plażą, potem ścieżką, potem znowu plażą, ścieżką, na skałę człek się wdrapuje, niczym na wielkiego żółwia… i siedzi niczym na szczycie świata, a za nim ziemia zielona i oskalona a przed nim wody i wyrastajace z niej skały, dziwnie gładkie, nieposzarpane, wszelako gładzone, a w oddali jakiejś plaża znowu i ostrygi wystają ze spokojnej wody i jeszcze te wszelakie pojedyncze krzaczki i pustka roślinnościowa…

I potem, nagle…

Ta ścieżka zmieniająca się w mostek nie do końca przytulony do skały, więc można wpaść jedną nogą, uważajcie, ale w dole, pod wami, może i niedaleko, może i niegłęboko, ale są kolory, są takie obrazy, odcienie, wszelakości, że… oderwać oczu nie można. Ale przecież ta ścieżka wąziutka, więc powinno się iść, ale jak?

Jakoś się idzie, ale…

Te skały, to morze między nimi, one wszelakie kształty i w końcu dziwne, lekko podmokłe miejsca i dziwny domek, niczym z tego horroru… no wiecie, co tam ich w tym domu, a pod domem Pradawni byli. I wszelakie ofiary. Po prostu ta ścieżka, miało być 3 kilometry, nam wyszło 5, ale jednak jak człek idzie bardziej dookoła, to pewno tak jest, no i zdjęcia. Tyle ile ich zrobiłam, to szok.

Udało się z kartą, udało się przegrać, choć na początku…

Było strasznie.

Bo niby się zepsuł.

Ale potem się okazało, że odkryłam nowe coś, czy też Chowaniec przez przypadek ofiarował mi mały zawał serca. Ech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Granica Nieprzemyślania… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Chochel…

Chochel ogólnie trzymał się super ostatnio.

Naprawdę nie miał jakichś większych, mocno nurtujących problemów i był na wszelakim i potężnym, pulsującym życiem własnym i odzianym w jaskrawe, oczobijne barwy… no wiecie, na Haju Twórczym był. Oj rany, jak on biczował Wiedźmę Wronę Pożartą myślami, spojrzeniami i oczywiście słowami. Pukał ją Trollem Ołówkowym, gorzej, nawet brutalnie i to nie bacząc dokładnie gdzie… dźgał ją zaostrzonymi ołówkami i to tymi najostrzymi…

Wiecie, wszelako chciał zwrócić na siebie jej uwagę, ale ona, zagubiona wciąż gdzieś w onym świecie, w którym nic książkowego od dawna jej nie karmiło, nie chciała mu ulegać. Podobnie jej Nadgarstki.

… więc, jakby mimo swego poczucia pewności i wszelakiej robotności, wszelako Chochel, czyli chochlik pisarski… się nie spełniał.

I był wściekły.

Ale potem spowijał go Wiedźmi Smutek Niepożarty i jakoś tak, no wiecie, wszystkim się wszystkiego odechciewało. No musiał jej znaleźć jakiegoś dzianego sponsora, zbawiciela finansowego i tak dalej. Serio, jak już będzie, to sam może se wybrać imię, Chochel daje mu wolną rękę, oby się ino pojawił. Narodził, wytworzył, spadł z nieba… ino nie na Żółty Domek Wiedźmy, bo to nie o to chodziło, by znowu coś stracić… tak, bał się, że jeśli Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane znowu coś utraci, co tak bardzo kocha, to zniknie…

Wszyscy to czuli…

Że koniec jest możliwy…

A może i nawet tylko czeka na sposobność, by…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gravfeld Vrångstad i Kanal.

Wszelako mówiąc w drodze do Smögen napotkaliśmy miejscowość zwącą się Bottna, a w niej po prostu cud wszelakiego świata. Zachowany… nie do końca zbadany. pięć tysięcy lat wszelakiej ludzkiej aktywności, walka o ziemię jako ostatni przytyk… błagania o kanał, meliorację wszelaką, likwidację jeziora… hmmm, czy dziś by to przeszło? Zniszczenie takiego cudu?

No naprawdę?

A oni wysuszyli jezioro dla ziemi.

Z jednej strony każdy to rozumie, ale to przecież Szwecja, widać przed II wojną światową ona Szwecja miała trochę inne poglądy na naturę. No i też raczej miała jej więcej, nie oszukujmy się, więc… mogli sobie pozwolić na stworzenie kanału, a nieposiadanie jeziora… no mogli, ale jednak, jakoś tak, wspinając się w górę oną ścieżką, spoglądając na te skały i drzewa, jakoś widzę je też zniszczone, jakieś smutne, zagubione…

Jakoś takie odarte z czegoś?

Świętości?

Nie wiem… ale idziemy…

… idziemy wzdłuż niesamowitej ścieżki mijając nie tylko niesamowity dolmen, skalne konstrukcje naturalne i te tknięte ludzkim ramieniem, one czczone takie, jakimi były i te ustawione specjalnie, by znaczyć więcej. Niesamowite, monumentalne. Pierwsza skalna konstrukcja to coś, czemu chcecie się pokłonić i nie tylko dlatego, że ścieżka prowadzi między dostojnymi sosnami, wysokimi, wielkimi, że zapach żywicy aż powala, a wszelakie omszenie zielenią mami…

Ale dlatego, że tak się powinno zrobić.

Bo to cudo teraz wygląda jak podnoszący głowę troll, klęczący, pragnący, by ktoś wysłuchał jego opowieści, ale skrzynia przed nim niczym trumna, może i jego dziecięcia, któremu nie dane było przetrwać trudów pierwszego oddechu.

Czy to brak jeziora, czy coś w powietrzu, ale mnie wzruszyło. Spędziłam przy nim więcej czasu niż powinnam, na pewno… ale nie mogłam się oderwać. Chciało się przytulić każdy centymetr tej skały, utulić każdy kamyczek, ale się nie da… bo przecież nie mogę go zabrać ze sobą. Nie mogę obwłować moim i tak dalej…

A może mogę…

… więc idziemy dalej, a tam dwa kręgi kamienne aż pulsujące mocą.

Jeden zniszczony, jeden składający się z 12 kamieni… w dole droga w oddali niewielkiej, po drugiej stronie wielka skała, historia o „Judge Circles”, miejscach sądów… a wszystko pochodzi przecież z onej niedalekiej przeszłości, szczerze wciąż trwającej… Wieku Żelaza. Jak to brzmi dziwnie, już nie dumnie, ale zabójczo.

Dziwnie.

Epoka Kamienia, Brązu, Żelaza…

Czas płynie… zbyt szybko, ale to wciąż tu jest, jakaś siła, może i miejscami wściekła, może miesjcami pragnąca twego upadku, ale może i ta, która chce by tylko o niej wspomnieć i niezapomina. Po prostu… trwać we wspomnieniach, bo przecież już Storożytny Egipt miał fioła na punkcie niezapominania imion…

Coś w tym jest.

Coś…

Dalej droga w górę, słońce pali, a tam kurhany… Storhögen.

Podobno nie badane, a jednak, no weźcie no, toż dziura jest, szczury macie takie wielkie, czy co? No nic, podobno w okolicy jest około 60 grobów, kurhanów, wzgórków, pagórków, na moje profesjonalne oko niektóre zostały tknięte przez wariatów z bipiącymi nogami, ale co ja tam wiem o zabijaniu takich… no wiecie, przecież teraz studiów nikomu w niczym nie trzeba, ogladasz tutorial na YouTubie czy innym cudzie i od razu jam ten cudny miś koala!!! LOL

Ale… Kurhany naprwdę zapierają dech w płuckach, nie tylko wspinaczka i zachodzące słońce i one wrzosy i kwiatów się żółcenia, bo w końcu jesteśmy w Szwecji, gdy nie ma suszy!!! YAY… i wpadam na one stojące kamienie, monolity, menhiry… niesamowite, ogromne, ale cienkie, szaleństwo prawdziwe, ale widać, że już, wiecie, no bardziej takie… młodsze.

Miejscowi zwali to miejsce Kämpebacken…

I zmieniali je.

W jakiś sposób do końca go nie zniszczyli, ale jednak… tak człek se myśli, w jaki sposób zachować i żyć w jednym miejscu, no wiecie, czasem się udaje. A czasem niestety się nie udaje. Tutaj czegoś zdaje się brakować…

A może ino ludzi, co spojrzą, pomyślą, zostawią ofiarę…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Chochel… została wyłączona