Pan Tealight i Rozdarcie i Prucie…

„Wszystko i prucie i darcie, rozdarcie, wszelkie rozszycie, cięcie kantów, doczepianie, stękanie, jęczenie… krojenie, mierzenie, pasowanie i dopasowywanie, no po prostu zamęt straszliwy nagle się pojawił w Sklepiku z Niepotrzebnymi. W tej jego części, gdzie ostatnio Księżniczki i Królewny po Best Before… wiecie, próbowały udawać, że są takie ą i ę…

Ale wiecie, wiosna.

Jakakolwiek by nie była, właśnie się kończyła i Lato już przebierało nóżkami, stercząc za rogiem. Już napierdniczało słońcem, już kreowało kolejną suszę, więc… nie no, pewno, że ten cały lockdown, ale przecież wszystko się zmieniało, Turyścizna przyjeżdżała, więc weki już można było szykować, te słoizki, pojemniczki, beczki na większe części, no i oczywiście zalewy. W końcu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała aż trzy szopy, więc czemu nie?

Nie żeby ona o tym była poinfromowana.

Po co ją zniechęcać od początku, wkońcu miała swoje problemy i znowu otaczał ją nimb czarności i pochmurności wszelakiej, błagalne litanie o szarość dnia i nocy ciemności, pieśni zaklinające błękit nieba, by zniknął… tak, co jak co, ale nie była zwyczajowym człowiekiem, może w ogóle nawet…

Hmmm…

A to prucie i donośny, chociaż też i dziwnie chrapliwy, jakby krztuszący się, stukot maszyny, cóż, Pan Tealight dawno temu nauczył się, iż o pewne rzeczy kobiet pytać nie trzeba. Same w końcu przyjdą, jeśli taka będzie ich wola, a na razie wolał błogą nieświadomość i lody z kwiatów czarnego bzu…

Takie smaczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dueodde.

Ludzie wrócili.

Turyścizna.

Bleee… straszna sprawa. Dziwaczna po onej pustce. Linie na niebie, straszne to takie wszystko, szczególnie, gdy idzie się na Dueodde. Gdzie ludzie próbują udawać, że wszystko jest jakby nic nie zaszło, że mogą robić rzeczy, ale tylko dzieci próbują wskakiwać do wody, chociaż wieje i ogólnie mówiąc dziwnie…

W powietrzu jakaś mocna duchota, piasek oczywiście, jak zwykle włazi wszędzie. Nie wiadomo w jaki sposób, chociaż pani premier taka strasznie niezłomna, nieustraszona i twarda, to skąd one wszystkie niemieckie auta?

I ludzie?

Hmmm…

Nie dociekam, idę w wydmy. Idę w wydmy, bo u nas można. Bo u nas tyle tego niesamowitego, białego, drobniutkiego proszku-piasku, i one falowania, kształty, struktury, zagubiona, wyczyszczona cegła, może z jakiejś podwodnej budowy, trawy i mikre sosny powykrzywiane wiatrem, ale dumne z tego, że wciąż trzymają się tak bardzo niepewnego świata… kosmicznego, księżycowego może i krajobrazu, ale jednak… pustka tutaj. W pewnym momencie, tak naprawdę, w głębi, zagłębieniu, wszelako nie jesteś świadomy gdzie iść.

W którą stronę?

Bo przecież ni widać wody, choć ją czucjesz, nie widzisz jej, ale jest i ona wieża, latarnia morska w tak smukłym kształcie, że żadna dieta ci nie pomoże, więc… wspinasz się. Wspinasz i wspinasz… i widzisz oną ciemną nitkę w dziwnie wielkiej oddali. Idąc wydmami dotarcie do wody to po prostu prawdziwa droga przez mękę.

Wiatr, słońce, pustka, ona biel… z jednej strony schronienie i ochrona przed świaem, z drugiej, gdyby tylko te piaski chciały, wiesz, że pożałyby cię i oskórowaly w sekundy trzy. A reszty dokonałoby słońce i wiatry…

I sól.

Ona wszechobecna sól.

W tej całkowitej bieli wszystko wydaje się być i możliwe i grzeszne, i wybaczone.

Wszystko.

Biała latarnia, białe piaski, biel, w którą zmienia się błękit nieba pod wpływem wrząccego słońca i jakiś jebany spitfire… znaczy no ten tam, isko lecący odrzutowiec, kurna, serio, ja tutaj toczę dysputy sama z sobą w onej bieli najczystszej, a wy mi tutaj nad głową właściwie mi czachę rysując, bezczelnie tak…

Serio?

Naet dwa. Mam dowód na zdjęciu!!!

Ech, no i widzicie, człek się stara wyciszyć i uspokoić na plaży wielkiej i ogromnej, na onej pustce piaszczystej i wszelakiej niskiej roślinności…

I nic z tego.

Nawet siku nie zrobisz, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy ktoś nagle zza jakiejś górki nie zrobisz. Bo ono schowanie, ukrycie się, naprawdę jest takie ino pozorne. Ino pozorne! Naprawdę… wszyscy cię widzą, wszyscy podglądają.

Paranoja?

Może?

A może to ten piach? Może to one kryształki i sól ona, wieie, może to już miraż jakowyś, może coś się pod kopułką nie tak styka, może i coś w końcu się wykluwa z onych myśli skażonych dziczą i pustką? A może… może… jednak to prawda? Po prostu, zwyczajna, ale wiecie, wszyscy się na to godzą, więc…

… więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozdarcie i Prucie… została wyłączona

Pan Tealight i Pokój do Niespodzianek…

„Pojawił się…

… nie, nie wiedzieli kiedy, mogli tylko przypomnieć sobie kiedy każdy z nich go dojrzał, zrozumiał, iż istnieje, a potem… zapomniał. Bo w końcu o to chodziło, by jakaś część ciebie wiedziała o tym, iż on istnieje, ale żeby nie było to takie… oczywiste, a już na pewno nie oczojebne. Oj nie!

Pokój do Niespodzianek.

Do końca nie było wiadome kiedy i dlaczego się pojawiały. Czy z powodu uczuć mieszkańców, czy z powodu samego domu, a może zawsz ebyły obk, jednakowoż nikt ich nie zauważał, zapomninał zbyt dobrze, zbyt mocno, zbyt prawie na zawsze… może to to, a może jednak…

Było w tym coś więcej?

Coś większego?

Smok siedzący na kupie złota, nie żeby mu było wygodnie, to gówno uwierało… wiecie, nie była to złota równa kupka, ale masa monet i tych upierdliwych ozdóbek, a już korony z tymi spiczastymi pierdołmami na czubkach… strasznie wkurzajaca sprawa. Naprawdę. No sami kiedyś spróbujcie, jak nie wierzycie.

Zapomniana rzecz, której odnalezienie wcale nie przynosiło radości, bo już jakoś tak opłakałeś, jakoś tak odpuściłeś, minęły eony, a ona się pojawia, a ty masz już nowe ulubione, bo chciałeś wypełnić pustkę…

I zonk.

Albo ludzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ludzie, ludzie, ludzie wszędzie!!!

KOSZMAR!!!

Po tych kilku miesiącach pustki i ciszy pojawiły się tłumy. Nie no, pewno że wiem, iż to nie jest jeszcze to, do czego ludzie są zdolni, ale jednak, po tej ciszy cudownej, po tej całej może i stresującej, ale jednak i cudownej samotności… wiecie, wszystko ma wracać do tak zwanej normalności. Ekhm, choć nie wiem, czy to możliwe, bo po drodze widzieliśmy jak nas para wymijała takim łukiem, że omal nie przekroczyli wodnej granicy z Polską… sorry, ale chyba mnie to już tylko śmieszy…

Wiecie, kolejny objaw depresji, ale…

Who cares.

Są auta, są ludzie, pojawią się problemy, bo przecież i tak w niektórych miejscach puste półki były normą, więc… ale za to ludzie są i wojenne, niemieckie statki i te tam, no, odrzutowce nisko latające, więc już nie wiem. Najazd, czy jednak wirus, czy może dzieje się coś całkiem innego?

Może… kto to wie?

Ja już niczego nie wiem.

Powietrze dziwne takie, raz gorąco, raz zimno, wszelako duszno, dzika mgła wisi w powietrzu niczym gaz bojowy całkiem naturalnje produkcji.

Nie daje się oddychać.

A jeszcze te aromaty z pól… podobno są już świeże ziemniaczki, młode, wiecie, ale jednak są ino dla tych co to mają te puginały pełne kasy i złote kutasiki i takie tam, no wiecie, zasoby wszelakie na wymianę…

Ja poczekam.

Się doczekam, albo li i azaliż nie.

Bo u nas z warzywami, to wiecie, łatwiej z Chin niż z Wyspy lub Polski na przykład.

Ale…

Ostatnimi czasy bardziej czuję się jak kosmita z jakiejś Matplanety, niz człowiek, jakich dookoła pełno. Nie dość, że nie myślę jak ogół, nie zachowuję się jak ogół, ni też nie oglądam tego, co dają, jak ogół, to na dodatek…

Kompletnie nie rozumiem ich problemów, które nagle się pojawiły, gdy zamknięto to i tamto. I jeszcze hipermarket… wiecie, głównie chodzi o kosmetyczki i fryzjerów, oraz wszelkiej maści tego typu dopusty nieboskie. Jakby nagle nie dawało się żyć bez paznokci plastikowych, kłaków doczepionych i tym podobnych? Serio, każdy leci tam co najmniej raz w miesiącu? Pozwalacie się dotykać obcym ludziom?

I wcierać w siebie rzeczy niewiadomego pochodzenia?

No bez urazy, ale kto z was czyta ulotki?

Czy jestem przeciw?

Ależ nie, zwyczajnie jest to coś, co robią kosmici, a ja tego nie rozumiem. Może gdybym z psiapsiółkami obrabiała dupę mężowi co piątek przy jakichś napitkach i nie wkurwiałaby mnie słowa takie jak „kawusia” i inne zmiękczenia, to zajarzyłabym tych kosmitów lepiej, ale tak… nie wiem… naprawdę.

Kiedyś ktoś robił trwałą i wyglądał jak baran, a o moich doświadczeniach z fryzjerem – 2 razy w życiu, to już pisałam. Chyba? Kosmetyczka to mi uszy ino przekłuwała. Na pistoleta strasznego. I tak, jest różnica igła – pistolet. Ale, jak jako dzieciak rozdarli ci ucho zbut cienką igłą a potem wepchnęli w oną dziuręczynę szeroki nader kolczyk, to sorry, ale wolicie sobie strzelić w małżowinkę.

Naprawdę.

Czy botoks chcę?

Oj pewno, mogliby mi naciągnąć i to i tamto… ale wiecie, problem z głowy jak człeka nie stać. I zawsze, jak kogoś to zawstdza, możecie podciągnąć pod religię czy minimalizm. LOL Mi nie przeszkadza mówienie, żem biedna… nie rani mnie to. Chyba? A może tylko się kosmiczznie oszukuję?

Przesiąkła już tymi kawusiami i chcę szanelki?

Hmmm?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pokój do Niespodzianek… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmitowie są back…

„Znowu przylecieli.

Wiecie, podobno się zwiedzieli, że jakaś impreza na Ziemi odchodzi, a tutaj, kurna, wszyscy jacyś tacy dziwni. I zamaskowani. Jedni się buntują, inni znowu chowają w domach, nie chcą wychodzić, a jak już, to zakładają kostium dinozaura albo jednorożca, a może… tak naprawdę w końcu one, ukrywające się byty na poły ino ludzkie, w końcu uzyskały jakieś prawa?

Bo wcześniej ich tak nie widzileli…

Wiecie, jawnie wynoszących śmieci.

No ale… jak się dowiedzili o wszystkim, to wiadomo, od razu zawinęli ogony i uciekli. Nie, wcale nie chodziło o wirusa i tak, Kosmitowie mają ogony. I tak, odpowiednio winno się ich zwać w ten sposób, a nie odmieniać… dziwacznie. Komisici, może, może czasem to wytrzymają, ale zwykle… Kosmitowie.

A ogon…

Znaczy, nie ogon, ale ogony.

No tak, mają, a co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Harry Potter” nowe wydanie … – no właśnie. Nowe… Tak właściwie, to ma już kilka lat, ale jednak jak byk pisze tam, iż poprawione, oraz z wprowadzonymi zmainami nakazanymi przez autorkę.

I wiecie co?

W kij z tym.

Co to jest? A może tylko mi się tak wydaje? Może przesiąkłam filmami? Nie no, weźcie, przecież to nie ja… widzę na własne gały, od pierwszych stron, że coś jest nie tak, że książki przypodobały się filmom.

Że to już nie do końca to.

No dobra, pewno, wciąż to, ale jednak…

Dlaczego mam nowy zestaw HP? Bo przecież straciłam wszystkie książki, 5000 tomów. Garść jeszcze leży w workach, ale otwarcie ich grozi raczej, jeśli nie poważnym zakażeniem, to zgonem. Sorry. Taka pleśń, że strach się bać. I przez to zaopatrzyłam się, a raczej mi się udało, bo moja obecna ilość tomów to jakieś 50 sztuk… i jak tak człek wciąż czyta to samo, to zaczyna szaleć… jednak potrzebuję nowych, ale z pustego i Salomon…

Chociaż, gdyby Salomon spadek jakiś mi zostawił.

Miłoby było…

Ale, ciekawa jestem, czy czytaliście pierwsze wydanie, czy widzicie różnicę?

Kosiarki, kosiarki, kosiarki dookoła!!!

Tańczą, jak wariatki na dobrych dragach i seryjnie mocno napierniczają. Ten dźwięk człowieka dobija, bo w końcu miał być Bright Green Island, ale… kiedy to było. Śmieszy mnie, gdy ludzie mówią, że Dania taka ekologiczna. No pewno. Tia… sarkazmem ociekam, sarkazm ze mnie wycieka, sarkazm mnie obmywa.

Nie jest ekologiczna.

Tak, jak najbardziej ludzie mają rowery, ale…

… bez urazy, wkurwiony rowerzysta, próbujący cię przejechać, zarysować każdy pojazd i tak dalej, to wiecie, taki kurna ekologiczny. Może i nie smrodzi, ale zeżarte przez niego awokado zniszczyły już tyle lasów… kolejne części dzikiej Brazylii zostały „udostępnione” światu i jest cudnie.

I niszczycie dalej.

Ja nie niszczę.

A wypraszam sobie.

Dosadzam wciąż. Może i na niewielkiej przestrzeni, ale dosadzam, staram się wciąż jakiś nowych gości zaprosić do ogródka, jakoś tak zazielenić, mieć mleczyki i stokrotki, trawa może rosnąć, pierdzielić to, przecież pampasy mnie tu nie urosną! Przecież to zwykła trawa, nawet nie zabawowa palarnie…

Jestem cięta, wkuta i w ogóle.

Nie mogę wyjść na zewnątrz, bo wiem, że znowu wycinają, znowu likwidują tlen, bo i po kiego chu… kurna, muszę przestać przeklinać, po kiego nam oddychanie. W ogóle serio, oddychanie, to zbędna sprawa. Kompletnie niepotrzebna. Przereklamowana, wiecie, ludzki organizm potrzebuje ino szybkiego internetu i tyle.

Kuźwa, co się stało z tym światem.

Ale…

Oto i mamy kolejny długi weekend, bo wiecie, czemu nie. Wniebowstąpienie czy coś w tek deseń, nigdy nie umiem zapamiętać. No ale, cztery dni… ŁAŁ. Znowu będzie malowanie, ale może w końcu człek pójdzie na jakiś spacer, a nie ino w domu zapiernicza te kroki? Wiecie, coś jednak robić musi…

… ruszać dupą…

Ale jednak, azaliż wżdy, ponieważ piszę to sobie na zapas, to powiem wam, że już po majówce, czy jak to zwał i czas czerwca się rozpoczyna. Wciąż nie wiadomo co to będzie z tym czerwcem, ale wiadomo, że ludzie do Szwecji wybyli i to nie tylko Duńczycy, bo wiecie, tam obostrzenia mniejsze… intryguje mnie jak tam się dostali, no ale… babeczka z Czech podobno bawi się świetnie od kilku tygodni.

Co do Danii, to lańsko w parlamencie dostał ten nasz gostek, co to one respiratory pradawne, pewno z epoki kamienia lekko rzezanego, wiecie, wysłał do Włoch. No zmyli mu wszystko, bo śmiał przecież święty pijar zniszczyć…

Ale wypłatę na pewno dostanie.

Ech!!!

I tak jak człek se o tym wszystkim pomyśli, jeszcze spoglądając w okno, za którym już one jasne noce się zaczynają… to serio, nie wie co o tym myśleć i czy w ogóle, to poprawnie myśleć o czymkolwiek? Bo… trudno wierzy w pewne rzeczy i sprawy, jak człek ma kilka komórek i wiecie… rozglada się dookoła…

A jak się rozgląda, to wie, że człowieki pełnoletnie do chyba 28go roku życia, jakoś tak, testy mają sobie już robić. Nie wiem po co one im, poza badaniami, ale jak na razie, to wiecie, wykazały tak znikomą ilość wirusa, że ekhm, no… cała reszta, czyli my starzy możemy się badać za jakieś kilka tygodni… znaczy na razie nie biją i ciągną za włosy, ale wiecie, może zaczną, kto to wie?

W końcu, wsio możliwe…

Wsio!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmitowie są back… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Naleśnik…

„Pan Naleśnik Płaski.

… żeby nie było. Bez urazy, ale płaski było dla niego istotnym słowem. Nie, że jakiś pancake amerykański. Brzydził się nimi!!! Tymi grubymi, puchatymi bułami lekko ino, jakby usiadł na nich jakiś grubas, ale podniósł się w połowie całej imprezy i wiecie, po prostu nie spłaszczyły się na amen, ale jednak…

Ale jednak nie były jak papier.

Nie były tak niesamowite, jak on… płaski, cieniutki, wiecznie wietrzny, poddawany wszelakim powiewom… idelnie bursztynowy poza kilkoma plamkami w rejonie twarzy, bo przecież płaski był może, ale jednak i człowieczy w kształcie, ludzki nader, ale jakiś taki… no wiecie… ble.

Może, gdyby dodać nutelli czy czegoś…

Albo chociaż gacie?

Bo goły był… nie żeby coś, wiecie, naprawdę wszystko miał płaskie i jakieś takie, wiecie, jakby zanurzone w zimnej wodzie, czy coś, więc kompletnie li i aseksuwalne, ale też… jednak niezjadliwe kompletnie.

Nadzwyczajnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna.

Wirusy…

Do tego jeszcze oczywiście alergie.

Po prostu ubaw po paszki! Nie wiem w jaki sposób tak wiele osób uwielbia tę poręroku, nie wiem jak można nie rozumieć tych, którzy nie czują wiosny… czy lata… budzą się dopiero jesienią by świętować zimę.

A bo co!

Wolno nam.

Widzicie, nie możecie nam zabronić czuć, myśleć, mieć waszego zdaniaa za nasze. Tak, na pewno możecie próbować i dodatkowo jeszcze nami manipulować, oj tak, ale jednak… zawsze znajdą się ci, któzy naprawdę mają to gdzieś co o nas myślicie. Jak ja… nie żebym nie przeżywała hejtu, no błagam, widzicie tutaj miejsce na komentarze? Nie… dlaczego, bo moje zdrowie psychiczne właściwie nie istnieje. Znaczy w mniemaniu zdrowotności. Po prostu wiecie, gdzieś tam zniknęło, rozmyło się…

Jest tylko wielka, czarna dziura.

I już, zaakceptowłam to, ale nie muszę wam pozwalać jej pogłębiać, co nie? To dlatego też o pewnych rzeczach nie piszę, nie mówię, nie krzyczę, nie fotografuję ich, zwyczajnie, jakoś tak… nie… bo łatwiej i lepiej tak.

Ale… Wyspa szykuje się na sezon.

Bo będzie jakiś sezon.

Kto w nim będzie uczstniczył i jak to będzie, tego nie wie jeszcze nikt, bo nadal wszyscy się układają. Ci z tymi, tamci z tamtymi, Szwecja się obraziła, ogólnie mówiąc po prostu drama jak zwykle!

Polityka!

Ale zobaczymy.

Podejrzewam, iż jak zwykle Niemcy wygrają. Bo przecież, bez urazy, ale spójrzmy historycznie, oni zawsze dostają, czego chcą, albo sami sobie to biorą. Umieją tak i tyle. Zresztą, też i okalające je, oraz i te zbyt dalekie, państwa, jakoś im na to pozwalają. Co więcej, nawet za to nagradzają…

Hmmm…

Mniejsza, wiosna.

Miało być o wiośnie, wyłącznie o cudownej, uspokajającej, wiecie… przyrodzie, ale sorry, śmierdzi. Nie wiem dlaczego, ale wciąż wali chemicznym gównem na zewnątrz, więc przyznam się, iż po raz pierwszy w życiu mamy eeee… jak to się nazywa, suszarka? No wiecie, pierzecie najpierw gacie, a potem wrzucacie w taką maszynkę i one wychodzą suche i pachną ładnie.

Tak, suszarka do prania, to coś, co… ZASKAKUJĄCO, jest niezbędne na Wyspie. I to nie tylko z powodu aroamtów, które czasem człowiekowi zdzierają skórę z twarzy, ale przede wszystkim prze okresy mokrości wielkiej, nie tylko deszczowej, ale przede wszystkim mglistej, szczególnie teraz, gdy havgus sobie szaleje.

Bo czemu nie.

To jego czas… i jego świat.

To dlatego w domkach letnich znajdziecie i pralki i suszarki. To dlatego tutaj tak często łazienki są takie małe, ale pralnio-wyjście do ogrodu, musi istnieć. Jakby… jakby wszyscy wiedzieli, ale tak serio każdy przekonuje się na własnej skórze. Często boleśnie i często smrodliwie szokująco.

No ale…

… wiosna, sezon…

Hmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Naleśnik… została wyłączona

Pan Tealight i Korona Wiedźmia Wielce…

„Była wielka.

Monstrualna wprost.

Więcej nawet… po prostu gigant stojący na gigantycznym gigancie, który leży na brzuchu wielkiego żółwia i… no duża. Naprawdę wszelako nadmuchana, rozdmuchana, wielce niepasująca do jakichkolwiek miar i wymiarów i jeszcze… oczywiście rozmiarów. Tych IXsów przed eLką, to naprawdę musiałoby na niego doszyć wiele. Bardzo, ale to bardzo bardzo wiele.

Ale opisać TO?

Nie można było.

Nie istniały słowa, nawet zlepione cuzamen do kupy, to jakoś nie oddawały onej wielkości tego cuda wszelakiego złotnictwa, czy raczej srebrnictwa, bo ona z czernionego miejscami srebra była. Niczym z plątaniny wielkich, dziwnie nieokiełznanych korzeni, podziemnych bardzo i mrocznych, albo krzaków, o których ktoś zapomniał i teraz stał przed nimi i dumał, że może łatwiej będzie zalać to cemenetem i jakoś uformować z tego inny świat, bo satelity toto już ma?

Wielka…

Ale wiedzieli, że na nią będzie pasować, jednak… dlaczego?

Po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co do pory roku, wciąż wiosna…

LOL

Tak wiem, niby oczywiste, ale trzeba przyznać, że dość chłodno. Może i słonko wali, ale jednak nocami wciąż 5 stopni, czasem mniej, a to już druga połowa maja. Nie narzekam, bo przecież wiecie, że wolę zimno, ale jednak, jest to dziwne. Opóźnienie wegetacyjne na Wyspie, w miejscu, które chełpi się specyficznym klimatem i zim nie miewa zimnych, gdzie figi rosną i tak dalej… no nagle, wiecie, nagle jest zimne. Pomijam fakt, że wciąż puste. Nie narzekam, znowu…

Ale wiem, zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie tracą kasę.

Tracą możliwości i…

No właśnie, nie wiadomo co będzie po „i”. Czy w ogóle cokolwiek? Jak północ dalej będzie podnosić raban, może w końcu otworzą granice, podobno Niemcy układają się z Francją i Danią, no ale… ile to będzie trwało? Pewno wiecie, do lata… do lata, do lata… ja tam piechotą nie będę szła…

Wolałabym je trochę ominąć, no chyba, że będzie zimne.

LOL

Ale… na pewno wiem jedno, siedząc na Wyspie człek spogląda na te dziwne rzeczy inaczej. Widząc ludzi w Szwecji, nie widzi żadnego zagrożenia i tak dalej. Pewno, są rękwiczki i płyny do dezynfekcji, ale zachowania ludzi raczej bardziej mniej przerażone. Jakieś takie…

… no nie, nie wyluzowane, ale zwyczajne.

Mniej przerażające.

Wiosna na Wyspie wchodzi w ten czas, w którym zieleń staje się dorosła.

Wiecie, w większości traci oną swoją puszystość i jasność, kwiaty zniknęły, pojawiają się nowe… po prostu wszystko przemija, a przez ten cały pokręcony 2020, to jakoś to nas wszystkich omija.

Jakby ten rok nie istniał.

Urodziny nieświętowane, nie żebym zmuszała kogoś do świętowania, ale jednak niektórzy lubią. A jak nie poświętują sobie, to wiecie, nie czują przemijania. Może to i fajny pomysł na wieczną młodość?

No wiecie…

Mentalne zrąbanie liczbowe?

Cyfrowe?

No ale… sąsiad psychopata, który nienawidzi trawy u siebie i na działce obok, wiecie, ten z minimalistycznego domku, gdzie macie domek i oną trawę dookoła krótko przyciętą, znowu tańczy z kosiarką. Zaczynam serio myśleć, że po pierwsze to on ma jakiś kompelks, właściwie powinnam cytnąć tutaj Shreka…

Powinnam?

Nie wiem, ale ona paranoiczna potrzeba krókości trawy, dekapitacja stokrotek i tak dalej… no sorry człowieku, ale nie wytłumaczysz mi tego alergią. Tosz to nawet nie trawa ino gentycznie zrąbane gówno, które polewasz innym gównem i wszelako gówno… bo wiecie, u nas takie ekologie, że…

Koniec na dziś, za bardzo klnę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korona Wiedźmia Wielce… została wyłączona

Pan Tealight i Mewa…

„No stoi.

No stoi i chyba dycha, albo i dwie dychy, może trzy nawet dla niej warta moja lodówka. Oczywiście w ichniej, mewiej walucie. Wiecie, tu kupa, tam jajo, pięć patyczków i ono błyszczące coś, co od mew dostały…

Ale kurde, ona ino stoi.

Stoi niczym wredna rzeźba, o którą nikt nie prosił, o którą nikt się nie ubiegał, trofeum, rozumiecie… bardziej jak dar od teściowej, który to musisz ciągle trzymać blisko okna, bo małpa, znaczy teściowa wyżej wymieniona, wiecie, darczyńca niechętny, tudzież wredna kichawa, co to dobre wiedziała co robi, no ona często przechodzi, a jak ją widzi, to wiecie, nie wchodzi do środka i tak dalej…

Stoi.

Dobra, wiem, iż chce jeść.

Cokolwiek, kiedykolwiek, znaczy najlepiej od razu, teraz, nagle, bo przecież ona chce i tyle. Chce jeść. Bo zwyczajowej, może i wrednej srasznie, Turyścizny nie ma, jaja lepiej wykarmić za kradzione, niż… z drugiej strony, przecież za ptasi perfomrmance trzeba zapłacić, no, więc niech płacą, jedzeniem niech płacą, a nie wirusy wymyślili, gdy świat tutaj…

… się jajeczni.

Stoi… patrzy się.

Przechyla łeb, bo wiadomo, wiecie, ona nie może tak na wprost, jak człek, jak uczyli, że uczciwie, ale tak z boku musi… dziwnie…

Patrzy się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mój listonosz, to teraz Królewna Śnieżka.

Znaczy nie, wróć…

… ta blond taka, no któraś z nich, serio. Nie widzieliście gładszej skóry, włosów tak białych do ramiom rozwiewanych przez wiatr, który chyba ma na stałe zamontowany w okolicy ramion…

Nie, nie wygląda jak Ken.

Szczupły i wysoki, raczej jest elfi…

No na pewno z jakiejś bajki, no!!! Wiecie jak ja się czuję, jak przychodzi by coś, ekhm, doręczyć tak osobiście. No jak Kopciuch, który nie dostąpi przemiany, bo Matka Chrzestna go olała!!! Wiecie, nawet nie te brzydkie siostry, bo jakoś na złości i wściekłości mi zbywa, ogólnie mówiąc, to jakoś takoś…

Już wolałabym te podłogi szorować.

Ale bez pakowania się w kieckę i dynię.

No i szklane pantofle? Serio?!!! Toż to tak bardzo sprzed zeszłej epoki! Serio. I ta moda chyba już nie wróci. Choć mają te prześwitujące z plastiku, co nogi w nich cuchną… bleeee… może kryształowe? Hmmm… może takie z kyanitu? Może jednak bym się wtedy zdecydowała, no nie wiem.

Poza tym, z nowości, rzeźbę mam.

Ruchomą!!!

A wiecie… czasy nastały jakie nastały, knajpy pozamykane, ludzie ino ukradkiem żarcie z nich wynoszą, bezczelniaki totalne. Nie żeby zeżreć na zewnątrz, podzielić się z innymi, przecież wszyscy jesteśmy naturą, wszyscy a wszyscy i winniśmy sobie pomagać… czyli się dokarmiać, no!!!

… ale ludzie nie słuchają. Biorą ono żarcie, wciąż ciepłe, pachnące i ciągną je do swoich aut albo i domów od razu, w tych plastikach cholernych, wiecie jak to jest z człowiekami. I nie dzielą się z biednymi, przywyczajonymi do nie do końca darmowej wyżerki. Bo przecież, nie oszukujmy się, mewy to rozrywka. Mewy robią tutaj za konferansjerów. mewy ucza się waszych języków i tak dalej… budzą was, może i o barbarzyńskiej porze, no ale… jednak są onym głosem morza.

Razem z falami.

… więc bidulki głodują.

Bo co do ryb, to wiecie, łowić nie wolno, pasą się ino foki, których jeść nie wolno, a które mogą rozpierdalać ekosystem i nagle… nagle mam mewę. Przyznaję, że kilka razy człek coś wyćpał, bo karmi wrony, więc i mewy, wiadomo się załapią… no i jedna chyba uznała, że zostanie naszą rzeźbo-kurą!!!

Stoi na płociku od tarasu i się glapi.

Podchodzi do otwartych drzwi i gulga, albo jak ptactwo domowe, wiecie, no takie dźwięki wydaje!!! Żeby nie było, własną wronę też mamy. Malutka taka, ale jaka zadziorna!!! Jak mewa dorwie się do żarcia pierwsza, to ta ją w dupsko… widzicie, kiedyś wrony nie tykały mew, jakoś tak, nie były aż tak agresywne…

Ale wiecie, czasy się zmieniły.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mewa… została wyłączona

Pan Tealight i Zły Balonik…

„No zły był i tyle.

Wściekły jak najgorszy zarazem zarazek, wirus i teściowa niezaproszona na ślub swej córki jedynaczki… czy coś w ten deseń. Albo wiecie, koleś, co to miał kupon na promocję i mu mówią, że ona promocja ino dla dzieci, a on na to, że to dyskryminacja, albo ogólnie mówiąc… wiecie…

Wkurwiony, wkurzony i wszelako podminowany, niczym wiecie, babeczka czekająca na wyprzedaż, do której się niestety nie może podłączyć, bo jej internet dziwnie zbyt powolnie chodzi, no i już jej ten kolor szminki, na który tak bardzo polowała, niczym lew na łanię, kuźwa już wykupili…

Wiecie, jak te dzieciaki, które nagle się dowiadują, że wakacje odwołane, a cała ta kwarantanna, chociaż miała być ino izolacją, to tak właściwie był pic na wodę, a teraz w lato chodzić będą musiały do szkoły… albo Pan Tealight, któremu ktoś kubeczek nadgryzł, bo widać, widocznie głosny był…

Czerwony, jebany balonik.

Którego nikt nie chciał.

I dlatego zły był, bo wieie, on taki nieekologiczny wszelako i jeszcze sznureczek może się zaplątać w zwierzątka i tak dalej…

Zły…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, no to jest w Malmö, a raczej pod miastem, taka tam galeria handlowa. A jak wiecie, jeśli chodzi o galerie handlowe, to ja „like a virgin”. Pewno, że bywałam niegdyś w jakichś, ale jednak, kiedy to było… i sorry, ale one mniejsze wtedy były i jakoś takoś, no wiecie, takoś jakoś… a to coś, cała architektura, cała barwność, cała… no dobra, trochę duszno było, ale ponieważ to był taki czas bardzo małoludziowy, to wiecie, człek se zrobił wycieczkę architektoniczną.

Serio.

Naprawdę można pójść w takie miejsce nie na shopping.

Nie żebym nie kupila kubeczka z zimowej kolekcji, który przecenili na 25 koron szwedzkich, co jest śmieszną sumą na takic cudny kubeczek, a ja wiecie… kalendarz julowy robię cały rok, bo żyję tylko dla grudnia, więc…

No więc chodzi o oną galerię.

Mieści się toto zaraz obok genialnej rzeźby ludzkiej, męskiej dokładnie, głowy, czy raczej pół głowy bo tyłoczaszki nie ma, na okrągłym rondzie usytuowanej. Serio. Obok zaraz dziwny pond, widać, że ludzie od architektury zieleni wciąż jeszcze nad czymś tutaj pracują, no ale… ale jednak ta głowa.

Przejeżdżaliśmy obok niej tyle razy…

I kilka dni temu, po raz pierwszy… okazało się, że on pluje.

Dokładniej, to z us cieknie mu na niewielką wysokość dziwnie geometryczny strumień, który… nie do końca wiem, gdzie spada, bo wiecie, obserwacje z auta nie pozwalają na dokładniejszą eksplorację, ale poczekajcie no… ja kiedyś jakoś tam dotrę i se ją sfocę. Promise!!!

W ogóle Malmö, jak wspominałam wczęśniej, to skarbnica wszelkiej artystycznej myśli… a jeśli chodzi o rzeźby to już mega!!!

Aczkolwiek mają też graffiti wybitne.

O tym na moim galleriowym blogu, jakby co.

Znaczy będzie…

Ale… jedziemy koło głowy. Nie łypie na nas, czyli gites, godni jesteśmy dostąpienia onych wrót barwnych… niebieskich, żółtych, zielonych i czerwonych… i jeszcze szklanych, choć to chyba pleksi, czy coś? Metalowe obramowania… niby zwyczajowa rzecz, piętra, parkingi, sklepy, z których każdy jakoś stara się zachęcić kupujących, niektóre mają nawet one cudne okna, przepiękne, ale oczywiście wychodzące nie na świat, ale na ścieżki, uliczki, po których przechdzają się ludzie…

I wszędzie sztuka.

Ale właściwie całe to miejsce, to sztuka. Może i nowoczesna, ale w pewnym miejscu, jeśli tylko uda się wam akurat dostać tam bez innych ludzi, jest widok, który czaru. Bo przecież wysadzone odbijającym wybrane krzywizny materiałem ściany sprawiają (gięte szkło), jakbyście byli w zamku z obrazów Dalego…

Wiecie… roztapiąjące się zegary…

Na zewnątrz jest jakaś kładka, ale nie wiem, czy można tam wyjść, czy to tylko tak sobie, by dodać trochę drewna, dla kontrstu…

A sklapy… no jak sklepy.

LOL

Sorry, nie znam się. Za to bardzo popularna w Szwecji jest zwykła samoobsługa. Czyli komputerek, zakupy, sam skanujesz, sam się drukujesz, no i wychodzisz. Hmmm… z jednej strony super, nie wiem, ale nie potrzebuję opieki przy wyborze gaci, jednakowosz… takie to Terminatorowe!

Polecam!

Czy ja wspomniałam jak to się nazywa? Pewno tak… zresztą, kiedyś pisałam o tym miejscu, małpim gaju z roślinami, oranżerią właściwie w środku, zieleniami, ech… to trza zobaczyć. Naprawdę. I głowę też.

Emporia, to jedno z największych centrów handlowych w Skandynawii? Serio Wiki? Kosztowała 2 miliardy koron? Szwedzkich oczywiście… Rany! No ale, architekci, a dokładniej architekt, to Gert Wingårdh z Wingardh arkitektkontor. Właściciwleme jest firma/spółka Steen & Strom.

Hmmm…

PS. Rzeźba nazywa się „Matka”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zły Balonik… została wyłączona

Pan Tealight i Korzeń Niepamięci…

„Miała go.

Znalazła…

A może tak naprawdę to on ją do siebie wzywał, to on ją nęcił… to tak naprawdę oną ją ku sobie przowołał i jakoś tak, wiecie, wprowadził się do jej przepastnej kieszeni. Sam. Bez żadnego pytania, bez walizki, żony i dzieciaków, zresztą, po co mu miało być coś takiego, w końcu i tak on był od niepamiętania.

Prawdziwego.

Korzennego.

Korzeń Niepamięci wyglądał odrobinkę jak mandragora i to z oczami. Aczkolwiek milczący był, niewrzaskliwy i ogólnie małoruchliwy, to jakoś tak ciążył… dziwnie ciążył wszelakim zapomnieniem, które może i byłoby teraz bardzo przydatne? Może mogłoby być uciążliwe, ale jednak, gdyby wiedziała to, co zapomniała, zapomniała całkiem świadomie, dzięki niemu, może wtedy…

Ale jeśli nie pamiętała, była oną niepamiętającą duszą… to może to i lepiej? W końcu, co z oczu to z serca, co z mózgu, to i lżej na głowie, a doczepy do włosów czasem dziwnie się układają… Że doczepy to nie to samo? Znaczy skąd wiecie? A może akurat one wspomagają myślenie? Bo wszelakie podchody na pewno!

Oj tak!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło.

Zimno…

Pogoda nieźle szaleje, susza dopieka. Jasność nocy zmienia człowiekowi postrzeganie rzeczywistości i nierzeczysiwstości, ale najgorsze jest to, jak patrzą na ciebie ludzie. Dziwnie. Jakbyś był wcielonym złem.

Czy w moich oczach też jest takie przerażenie?

Nie wiem.

Na promie ludziom już wolno siedzieć bliżej. Ogólnie mówiąc wszystko trochę się jakoś takoś unormalnia, czy jak to zwał, ale… nie wiem. Nadal można siedzieć w samochodach, ale kurcze, bez urazy, tak pizga, że nie wiem kto to wytrzymuje. Ale jakby co, to wiecie, opcję mrożenia nadal macie dostępną.

Nadal też mniej wpuszczają na prom…

Nadal sprawdzają dokumenty, teraz dokument musi być ze zdjęciem i to koniecznie, więc, no wiecie, jest stres. Zawsze… nawet jeśli wiesz, że kurna nic złego nie robisz, to jakoś tak dziwnie na ciebie działają one mundury.

Bardzo dziwnie.

Może to coś w DNA?

Nie wiem…

Ale jak już o tym mowa, to w Szwecji spokojniej.

Zielono, żółte pola, ogólnie mówiąc ruch większy, wiecie, jakby byli i u nas i u nich raczej sami miejscowi, a nie Turyścizna. Tak jakoś milusio, naturalnie, natura ogólnie włada, drzewa puchate zielenią…

I nawet jadąc oną autostradą, dookoła żółte pola, zielone, puchate drzewka, po prostu bajka. Na szczycie gdzieś tam czarny wiatrak, po prawej jakieś stare gospodarstwo, w oddali cudownej, pośród miodowej samotności, w oddali, która sprawia, że wiesz, iż jakoś tak, no tak jakoś bez ludzi fajnie jest.

Oj są potrzebni, pewno, ale…

Na codzienność…

Nie wiem.

Rozumiem jedno, samotność. Tak, dla wielu to koszmar, ale dlaczego nikt nie rozumie tych, którzy jej pragną? Którzy ją rozumieją i potrafią tak… no dosadnie tak, zwyczajnie… zabawiać się sami ze sobą. Albo samych siebie, wiecie, to może troszeczkę lepiej brzmi? Ekhm… LOL

Ale.

Żeby nie było.

Na promie ludzie już się rozluźniają, to raczej zasługa Szwecji i tego pociągu, który to zawsze żegna prom. Bo wiecie, oni mają tam taki pociąg słodki, w kolorze opakowania czekolady Milka. Naprawdę. Jak się na niego patrzy, może lekko trochę bardziej pastelowy jest, to po prostu…

Jakoś człek się w sobie uśmiecha.

Nawet, jak go informują głośno, że wiatr się zerwał, fale będą będzie bujać, bójcie się ludzie, uważajcie, siedźcie po środku, bo tutaj buja najmniej, a ty ich nie słuchasz, rebel jeden, siadasz u szczytu promu, obok okna, jakbyś niczego się nie bał i wiecie co… chyba same Morskie Bogi się z tego uśmiały i nie bujało w ogóle. No ja już nie wiem, albo kaptajn geniusz, abo po prostu…

Po prostu i tak wiedzieli, że zesramy się ze strachu po zjeździe z promu i kontroli. Już nie wiadomo, czółko do kontroli, nerka, czy żółciowy woreczek, co go nie mam, rozpłynął się był, więc trudno będzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korzeń Niepamięci… została wyłączona

Pan Tealight i Lato…

„Chciało wleźć wcześniej, ale Wiosna, co to w tym roku była dość kryjąca się, ale i pulsująca kwiatami i pączkami, i rzucająca się obecnie na jabłonie… skopała mu dupę i tyle z tego było.

Ale tak to jest, jak zaczynasz z wojując, niską dziewuszką!

I to taką z kucykami króciutkimi, czeresienkami ciemnymi u nich, wiecie, takimi na gumeczkach takich, czeresienkami rzezanymi z drewna, pięknie barwionymi, chociaż przecież jak już, to powinna mieć wyłącznie kwiaty czereśni, a nie od razu iść w owoce… jakaś była taka podejrzana.

Wiecie…

Ale to chyba tak ze wszystkimi dziewczynkami jest, czyż nie?

Wiecie, małe, takie dziwnie niewinne i to niezależnie od wagi, ale kucyki muszą być, niczym odzwierciedlenie diabelskich rogów, wszelakich wściekłości demonicznych i pomocnych innym cudów.

Hmmm…

A Lato… cóż… mali chłopcy często czasem bywają dość onieśmieleni małymi dziewczynkami. Naprawdę onieśmieleni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mecze, bez publiki, już od razu dostępne, 11go maja otwarte zostają też duże sklepy i centra handlowe, związki sportowe, wszelkiego rodzaju zabawy nadworne, wiecie… te od kasy robienia, nie oszukujmy się, o nic innego tu nie chodzi. 18go maja otwarte zostaną bary, biblioteki, restauracje, no i duzi mają wracać do szkoły. A! I kościoły oraz ogrody zoologiczne dla zmotoryzowanych… eeee… to u nas kurna takie coś jest? W tak małym kraju? Serio, kurna, smrodzić zwierzątkom, jaki w tym sens? No naprawdę, podobno nawet zyrafowie są?

Hmmm…

Nie wiem, ale na pewno zwierzaki se od ludzi odpoczęły te kilka miesięcy.

No ale…

Co do najważniejszego, czyli granice, no to… powiedzą pierwszego czerwca, ale wiecie, może powiedzą wcześniej, jak się ludzie będa dalej zachowywać tak grzecznie jak się zachowują… i tutaj mnie po prostu krew zalewa, bo po pierwsze to ludzie się nie zachowują, bez urazy, są grzeczni, ale spora część ma to wsio w dupie. U nas oczywiście widać oną grzeczność bardziej, ale…

Jednakowoż…

… intryguje mnie, jak można użyć takich słów w stosunku do ludzi. Do państwa! Kurna chata, no sami pomyślcie… jak się będziecie zachowywać, to wam pozwolimy na wakacje, na sklepy i knajpy i może ucałowanie dupy syrence!? Jak to brzmi? Jakby nie było jakiejś choroby, ale przeprowadzano trening posłuszeństwa? Demokracja? Hej, tak bardzo!!! No serio… to wygląda dziwnie.

Wiosna w pełnym rozkwicie.

… jabłonie i ostatnie kwietne drzewa puszą się płatkami.

No po prostu pewno bajka, ale wiecie, alergicy myślą inaczej, ci zamknięci w domach też… prawie 70 osób, podobno zainfekowanych na Wyspie, też zapewne w dupie ma ostro oną wiosnę…

… i tak dalej.

Serio…

Szczerze.

Zaczynam się zastanawiać, kiedy ludzie se zaczną w łeb walić. Naprawdę. Bo to wszystko, te polityczne przepychanki, cały ten cyrk, niewiadoma wielka, ciągłe zmienianie zdania, rodziny rozdzielone, które wcale nie chcą być ze sobą, ae jednak wiecie, mogą przecież pomarudzić…

21:15, a na zewnątrz wciąż jasno… i tak naprawdę ona ciemność, taka cudowna, otulająca, wybaczająca, nadejdzie dopiero po lecie… dopiero wtedy nastanie jakieś wytchnienie od tego walącego słońca i suszy… znaczy, wiecie, może? Bo z tą pogodą to teraz w ogóle nie wiadomo jak będzie. Na pewno nie tak, jak drzewiej bywało. Oj nie. Na pewno nie tak, jak kiedyś, na pewno…

Na pewno wiemy jedno.

Niepewność włada światem.

I to panuje doprawdy nie jako miłościwa królów, która przymyka oko na występki dzieciątek poddanych, ale wredny i skrupulatnie okrutny, stosujący wszelakie nienormy i tortury… zwykły, śmierdzący tyran.

Nic dziwnego, że ludzie się zbroją.

A tak, poczta prześwietla przesyłki poszukując… broni. Głównie noży w typie sprężynowców, wielkich maczet, wszelkich ostrzy, których w Danii Duńczyk mieć nie może. Nie.

I nie może przy sobie nosić!!!

No… chyba że zapłaci.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lato… została wyłączona

Pan Tealight i Wzdęcie…

„Znaczy…

Wiecie, to zawsze jest problem, prawda. I zawsze wiadomo, iż coś z tego wylezie. Albo pierd, albo coś, co może zaskoczyć… Na szczęście tym razem nie Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, ale kogoś, kto dotąd naprawdę, nigdy właściwie…

… nie sprawiał problemów…

Bo widzicie, coś się podziało z Mikołajami!

I to wszystkimi.

No dobra, czasem chłopaki rzeczywiście coś upędzili i były problemy, ale jakoś Sklepik z Niepotrzebnymi wdychał w siebie opary, wdychał w siebie one dziwności, neutralizował pewne zapachy i ogólnie był pomocny i całkowicie po ich stronie, a jednak… kurcze, a jednak to ich ono wzdęcie dopadło.

Leżeli w podziemiach, w onej niesamowitej szarości, ciemności, zimności… czy co tam który sobie umyślił, bo wiecie, każdy miał jednak swoją grotę, ale salonik i Pokój Do Niespodzianek wspólny. W końcu raczej nie mieli przed sobą sekretów… a przynajmniej nie mieli ich wielu.

Wiecie…

Nie oceniajmy.

No i tak sobie warzyli różne rzeczy. To z prawej mieszali, to z lewej, czasem dodali to, czasem tamto, a czasem karmili tym nawet i siebie… nie że tylko innych, całkiwem nieświadomych takich. No i chyba ten ostatni eliksiri im jakoś takoś nie do końca wyszedł. Naprawdę. I ich wydął…

I teraz leżeli, jęczeli i wszelako wyglądali baloniasto.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noc, dzień, dzień i noc…

Właściwie na Wyspie pewno wszystko jak wszędzie indziej, ale jednak, bardziej jak na wsi, no przynajmniej w Gudhjem… wiecie, cicho, na szczęście, świetliście do 21ej co najmniej, bo już się one jaśniejsze noce gdzieś tam budzą… a potem ciemno, bez świateł, bez aut, bez ludzi…

Dziwnie?

Nie wiem, inaczej nie umiem.

Muszę mieć ciszę. Po prostu muszę. Spokojność wielką i szczególną, którą wypełniam własnymi dźwiękami, ale nie w nocy. No dobra, mam zrąbane zatoki, więc tak, zdarza mi się chrapać, czy raczej dusić, bo jeszcze leki… wiecie, kto w dzisiejszych czasach nie ma takich problemów?

Ale poza tym cisza.

I czekanie, aż ciemność wróci.

I cholerna pełnia…

Też tak macie, że pełnia was wyprowadza z równowagi? Albo nie śpicie, albo śpicie i dziwne macie sny, albo was spowalnia, albo daje kopa energetycznego. Nigdy nie waidomo… a może to tylko tak ze mną? Kto to wie? Ktoś przeprowadzał badania? Ale wiecie, takie na sporej liczbie królików wszelako doświadczalnych i ludzkich oczywiście. Muszę poszperać, może i są takie badania…

Jak nie, trzeba to nadrobić.

Z rozróżnieniem na płcie i rasy.

Ale noc i dzień, dzień, noc…

To one wyznaczają coś, co oznacza się jako działania czas i spania. A przecież jakoś tak, wciąż w zawieszeniu, kto tam wie kiedy pracować, a kiedy nie? Ludzie się sypią nerwowo, więc może niektórzy naprawdę w końcu zrozumieją, że są zwierzami nocnymi, a inni, że bez światła nie mogą w ogóle i nadrabianie roboty nocami, to serio nie jest dla nich? Może ludzie poznają siebie, albo choć…

Dadzą sobie na to szansę?

Nie…

Co ja się oszukuję. No weźcie. Nic się nie zmieni, Homo sapiens novinkus jest skazany na bycie sobą i tyle. Homo sapiens sapiens będący w odwrocie po prostu siedzi na progu i łka… bo znowu powtarzają błędy, które złamały przeszłości, znowu robią to samo… jakby Einsteina nie słuchali.

Albo wysłuchali i stwierdzili, iż jeśli są skazani na ono powtarzanie, no to już przy nim pozostaną. Bo przecież to coś znajomego, więc po co dodawać sobie stresu? Może i mają rację, może Neandertalczyk znowu ginie… z całym łbem pomysłów na wystrój wnętrz i wszelaką działalność charytatywną?

Kto to wie?

Nie wiem, ale przestaję tolerować słońce.

Tak, światło. Tak, dla zdjęć to magia po prostu, ale jednak, jakoś tak da mnie, człowieka, ciała, oczu w szczególności…

… to ból.

Co się dzieje?

Może już się rozpadam… zmieniam w ten cały magiczny pyłek i jacyś potomkowie Dzwoneczka zmiaatają moje szczątki i wciągają to nosami? No co, trza zachować humor, nawet jeśli on trochę grobowy taki. Ale nie cmentarny, bo jeśli o to chodzi, to widziałam drugi pogrzeb na Wyspie… znaczy, odbywa się ich zapewne więcej, ale dla mnie to było dość szokujące, bo ludzie byli ubrani na czarno. Kurde, pewno przyjezdni, czy coś? Przecież tutaj nikt się nie ubiera… nikt o to nie dba!

Hmmm…

Pełnia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wzdęcie… została wyłączona