Pan Tealight i Zamyślony Skibet…

„No i wyrąbał.

Widzicie, tak to jest. Wymyślacie sobie one różne dziwactwa, idioctwo kompletne kwitnie i buzuje i tak to się kończy… a on, on tylko się zamyślił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer w wietrze…

No dobra, nawet w miejscach lekko osłoniętych, bo całkiem nie ma wcale, to jest chwiejnie. Za to w miejscach kompletnie odsłoniętych… pełzasz. Ludzie raczej unikają dłuższych wycieczek, ale ci psychiczni – czytaj „ja” – z powodu onej słonecznej pogody wychodzą. Bo przecież to wietrzne światło jest takie osobliwe. Niby pewne, pełne, ale też zimowe i niskie wciąż. Takie z jednej strony bursztynowe i miejscami przyciężkie, a z drugiej tak bardzo tłuste i dokarmiające.

Oj tak, słońce o tej porze roku, ono wietrzne, jest jak najbardziej kaloryczne. Ale nie bójcie się, spokojna wasza nieostrzyżona! Nie tyje się od niego. No może trochę rysy łagodnieją i twarz lekko odzmarszcza się, ale…

No co, nie może być kaloryczne?

Ech, człek wychodzi, chwieje się na stopniu, odbiera od listonosza paczkę, zamyka ją w domu, dziękuje Bogom Wietrznym, że najmocniejszy sztorm dopiero nadejdzie, więc pocztę przywieźli, a potem idzie. I chociaż może nie do końca wlecze się równym krokiem, czasem podbiega, często kuca, zgina się i leży, bo tutaj jagódka, tam też głogu ostatnie pączki i róża…

… i te kolce i zarośla i trawy.

Światło ma używanie, bo i liście wciąż przecież leżą na ziemi. Lekko potraktowane nocnym mrozem. Są i pojedyncze kałuże, bo chociaż lało, to ziemia wciąż jakaś taka nie do końca błotnista. Twarda być nie może bo mrozu tyle co na lekarstwo, tylko by skleić pojedyncze liście, no i jeszcze ubarwić niektóre kałuże. I jeszcze może poszaleć miejscami z jakimiś tam kształtami, jakby zatrzymanymi w powietrzu, niesionymi wcześniej przez wiatry, kropelkami kichnięć olbrzymów.

No co…

Wyobraźnia!!!

Wyspa przymusza do tworzenia baśń i opowieści.

Legend, mitów, religii… a co. Wiecie ile u nas kościołów? No wszędzie są. I to nie tylko te wielkie, czy też te zamienione w zwykłe domy, ale przede wszystkim te kapliczki, zbory, ci ludzie przybywający tutaj pragnący zbawić nasze pogańskie, wietrzne dusze. Dusze inne, dziwne, pokręcone… Dusze zasolone, wypełnione falami morza, zamieszane, wstrząśnięte, wiedzące tak naprawdę czego chcą.

Będące tego pewnymi!!!

Ale też Wyspa zdaje się domagać tworzenia bogów, bóstw i wszelakich takich. Archontów tu na pęczki, wszelkich kapłanów i im podobnych. Jakby każdy miał w sobie jakąś boskość. Nie żeby było się czym chwalić, w końcu jak każdy ma, to wiecie, nie ma się czym chwalić, co nie? No nie ma…

… tosz to taka zwyczajność oklepana.

I tylko jak w dach wali tak, że człek ma wrażenie, że zaraz go nie będzie, to wiecie… to strach nagle nadchodzi i opatula człowieka gęstym, mało puchatym kokonem. Niby zwyczajność, niby norma, ale jednak. Ten strach zdaje się naukowej duszy taki mocno nie na miejscu. Bo przecież wie, bo przecież wiadomo, że to sztorm, coś, co już było tyle razy, co naprawdę nie jest nowością, a jednak…

… jest pierwotność.

Dziwna.

Może dlatego ona boskość, ono gromadzenie się ludzi jest potrzebne? A może jest w tym coś innego? No wiecie, coś takiego, co dla tego miejsca jest jak najbardziej zwyczajne też… czyli kage!!! No i kawa. Bez ciasta i kawy się nie obędzie. Ale jak już i kawa i ciasto jest, to po prostu bosko jest.

Każdy przyjdzie…

A może ludzie się nudzą?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zamyślony Skibet… została wyłączona

Pan Tealight i Bursztynek…

„Marzył się jej.

Śniła o nim.

Pragnęła go, a on uparcie, kompletnie i twardo, choć żywica z niego, wiekowa, aczkolwiek ino żywica i to bez robaczka nawet czy innego zezwłoka… No odmawiał współpracy. Może i mogła mu zagrozić, ale jaki miałoby to sens? Zresztą, jej sławetny Wyrzut Sumienia od razu by się uruchomił.

Chciała…

Ale Wyspa od zawsze raczej kamienista bardziej niż piaszczysta, bardziej ostra w niektórych miejscach, niż tylko łagodna, no wiecie… nie miała na stanie. Znaczy, żeby nie było, jak najbardziej występował w formie piaszczystej, drobinkach drobiniastych, mikroskopijnych i tak dalej… ale w formie takiej, jak sobie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tęskniła, to nie.

Nienta i nada!

Ale przecież nie można jej było tak nadziei odbierać, a i erozja ostatnio Wyspę podgryzała mocno w tych dwóch miejscach, gdzie się gryźć dawała, więc wiecie, Wiedźma Wrona szukała. Łaziła, pląsała między falami, wodorostami, zezwłokami innych gatunków i wszelakimi głazami… z bolącą nogą, co to ją wiecie, nadwyrężyła, bo postanowiła zostać na starość szkieletem idealnym…

… szukała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Fale i wiatr.

Jest w tym świecie coś takiego, że bez wiatru robi się w człowieku pusto. Że łatwo się uzależnić nie tylko od zmian pogody, od onej różnorodności, dziwności. Od tego, że jednocześnie pada, świeci i wieje i grzmi i pierun wie co jeszcze, ale jeśli chodzi o wiatr, staje się on częścią życia.

Najpierw sprawdzasz skąd wieje, bo jak z tej strony, to wariujesz, jak z tej, jesteś szczęśliwy, jak na najlepszych prochach i tyle. Prosta sprawa. Ale, z której storny zawsze jest okay, a z której zwykle kijowo? Ech, tego każdy się uczy metodą prób i błędów. Z jednej strony, od tej, gdzie szczyt naszego dachu, to wieje ostatnio sporadycznie. Nie żebym tęskniła, bo wtedy zwiewa nam dach…

… ale jednak…

… dziwne…

Bursztynów też u nas nie ma. Może gdzieś tam głębiej, gdzieś tam, gdzie kurcze wiecie, nie docierają skały i tak dalej, łapać je przed rozbiciem, Wysnuwać niczym różnorakie korale z tych kłębów wodorostów? A może jednak, w końcu mamy diamenty na Wyspie, więc czemu nie bursztyny. Tak, one diamenty są diamentami nie do końca, ale tak się je zwie, więc może i bursztyny się u nas pojawią.

Kiedyś.

Bo ja chcę, mi się marzy…

W jakiejś logicznej ilości, no wiecie.

Nie tak, że jednak drobina na wszystkich, bo te drobiny są w piasku. LOL

… i wieje…

Wiatr zdaje się szeptać i śpiewać, opowiadać i wtrącać w rozmowy. Nie chodzi tylko o ten szum, walenie, o one pięści powietrza, ale o coś więcej. O coś uchwytnego, ale może nie do końca przetłumaczalnego? A może zatraciliśmy umiejętność porozumiewania się z nim? Może? W końcu to coś dość pierwotnego, a ona pierwotność nas zawodzi. Serio. Wcale, a wcale nie słuchamy naszego śmieciowego DNA.

Choć… może ci co słuchają, to szaleńcy?

No to jestem jednym z nich.

Siedzę sobie pod oknem na taras, patrzę na krople i czuję wiatr. Głównie dlatego, że zwyczajnie okna nieszczelne, drzwi też i tak dalej, ale by utrzymać ten wiecie, poetycki nastrój, to utrzymujmy, że słucham…

… że czuję.

Czasem, gdy jadę samochodem, to zastanawiam się, czy są inni. Inni ludzie za tymi płotkami – sporadycznymi, żywopłotami, za ścianami i oknami, za własnymi snami i marzeniami… pragnieniami, które olewają ich chcenia. Czy są tam tacy jak ja? Bo ja bym nie chciała by byli… wolę być one and only! Mieć wyłączność na ono wietrzne szaleństwo. Naprawdę je mieć!!!

I już!!!

W końcu czemu nie?

Wolno mi!!!

Wolno?

Wolno patrzeć na fale, dotykać wiatru, osalać się, czerpać z onych minerałów, może i trochę szaleć, może i trochę nie do końca być stabilną i emocjonalnie i oczywiście wiecie, no stercząc na skałach czy na piasku… ale przecież to tylko fale i wiatr, więc coś jak najbardziej normalnego!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bursztynek… została wyłączona

Pan Tealight i Kopalnia Wstydu…

„Pojawiła się.

Nie tyle zapadnia, co raczej takie gustowne wejście w czymś, co wcześniej było skałą. Zdobione przepięknie, naprawdę, granulat, wtopione kamyczki, rzezanie, perełeczki, glitter… no po prostu posh!!! Jakby ktoś serio chciałby się pokazać, ale wiecie, podpisu chyba nie było, chociaż może był. W końcu zaczęli badać te wrota dopiero od kilku minut. A może i kilku godzin? Kto to wie… zdawały się coraz bardziej czarowne z każdym dotknięciem, z każdym spojrzeniem, jakby…

… karmiły się nimi.

Były kamienne, no musiały być, ale jednak i były metalowe, stopione ze wszelkimi żyłami wszystkich rud, potraktowane szkiełkami, wszelakimi pyłkami, żywicami… a nawet i kościanymi okruchami zgrabnie połączonymi w maleńkie stokrotki przy takim czymś na kształt okienka…

Może ktoś na nich patrzył stamtąd?

Bo oni jakoś bali się zajrzeć.

Nie żeby akurat ich jakoś odstręczało gapiostwo i wścibstwo zwyczajowe, ale jednak samo okienko umazane było jakimś tlącym się, cuchnącym smarem, jakby ktoś dopiero co skończył układać w witrażyk z bzykającymi się jednorożcami… no serio, jednorożcami. I tak, widocznie się bzykającymi. Serio, wszystko było widać i organy i te tam kopyta, i ogon uniesiony i ogólnie mówiąc bardziej 69…

A skąd wiedzieli, że to Kopalnia Wstydu… no błagam. Wielki neon był widoczny z kilometr od tego miejsca. Nie dość, że jadowicie zielony, to jeszcze pulsujący, połyskujący i rzucający co kilka minut w niebo fajerwerki układające się w fioletowe i purpurowe serduszka.

Kurcze, ciekawe dlaczego.

Bardziej reklama burdelu niż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I wieje i pada. I ciepło…

To ciepło jest naprawdę dziwne. Z jednej strony jest ciepło i tak, pokazali w telewizji, że ma być 124 stopnie… intrygujące. Pewno, że się rąbneli, ale internet nie pozostawił na nich suchej nitki. Hihihi. No ale z drugiej strony, w człowieku, może przez ten wiatr, jest zimno. Koce na noc konieczne.

Ale nic to, ma być słońce wkrótce.

Chociaż, z drugiej strony, no wiecie przecież, że uwielbiam te deszczowe, wietrzne dni. Najwięcej się wtedy pracuje, najwięcej można zrobić… poza zdjęciami, ale podejrzewam, że gdybyśmy mieli ciemnię, tudzież studio, to wiecie… a tak, można zabrać się za badania, pisanie, tworzenie i malowanie.

Tylko co wybrać?

W końcu, jest jeszcze czytanie!!!

No dobra, jeśli chodzi o czytanie, to patrzcie to wyszło!!! Aaaaa!!! Nie wiedziałam nawet, że jest kolejna część, ale tak to jest, jak człowiek wypisuje się z newsletterów i takich tam, a Empik czy inne księgarnie podsyłają wam ino śmieci…

Tak, istnieją książki śmieci, no ale… szczególnie rozglądając się po księgarni w stolicy, ekhm, jakby to powiedzieć, chyba zmienili to w sklep z wystrojem domu, placem zabaw dla dzieci, niewielką ilością pamiątek oraz tymi urządzeniami, co to nic o tym nie wiem, wiecie, Alexa i jej podobne. No tak wygląda nasza księgarnia w stolicy!!! Przerażająco. Chociaż patrząc na ceny książek tutaj… kogo stać na czytanie? Ludzie czekają w kolejkach w bibliotece na daną pozycję, ale czy kupują? Na wyprzedażach tak, ale coś pachnącego, cudnego, nowego…

… sporadycznie.

Ale tutaj nówka kosztuje ponad 200 koron.

Czytanie czytaniem, no ale… żyć trzeba też innymi rzeczami.

Tylko, że te inne rzeczy są straszne i dorosłe i nie chcę ich. Nie chcę!!! Nie chcę wcale!!! I tyle. Koniec tematu.

Tak, nie oszukujmy się, Wyspa pozwala być dzieckiem bardziej wolnym tworem. Oczywiście, że płaci się za to cenę. Jesteś zamknięty na niewielkim skrawku ziemi. Mi to odpowiada, czuję się tutaj bezpieczna, niestłamszona, ale też i ludzie są tacy jak wszędzie indziej, a czasem i gorsi się zdają, bo wiecie… Skandynawowie zawsze mieli być tacy milusi i kochani i tak dalej… i wtedy nagle te wolne duchy obrywają po tyłkach. Powrót, naprawienie pewnych stosunków człowiek-świat i inne tam, jest już dziwny. Często niewykonalny. Samotność tutaj jest namacalna i akceptowalna.

Chociaż raczej mocno nieekonomiczna.

I tutaj są ludzie tak ukierunkowani finansowo, że są w stanie zrobić z innych kupę. I tutaj ludzi się nie słucha, ale… ja tutaj jestem dla ciszy, przyrody, helleristningerów i jeszcze czegoś nienamacalnego. I to wszystko sprawia, że sorry, ale nawet po tych dziesięciu ponad latach, to jakoś tak mnie ludzie… mało obchodzą. Bolą, potrafią podejść i powiedzieć coś, ale też nie zwracają uwagi na to jak się ubierasz i to jest wolnością. Naprawdę gigantyczną wolnością. Pewno, że sporo rzeczy trzeba sprowadzać z zagranicy, ale zaskakująco OGROMNEJ ILOŚCI rzeczy nie wysyłają za granicę. A nawet jeśli wysyłają to firmy kurierskie i PostNord wam to zatrzymają na kontynencie i wyzwą was od Narni. I tyle… uczycie się to znosić dla fal i świętego czasem spokoju.

No chyba, że wielki pies nagle, a dokładniej coraz częściej na was wyskoczy, czy was pogryzie, to nadal policja ma to gdzieś. Tak, gaz pieprzowy będzie już można mieć w domu, noży sprężynowych nie. Ostatnio zatrzymali paczkę gościowi na granicy i ma zabulić 3 tysiące. No cóż… Jak ktoś ma porady, poza bezpieczna pozycją, na psy gryzące, to ja chętnie przyjmę!

Naprawdę…

Jedno wiem na pewno, Wyspa nie jest dla każdego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kopalnia Wstydu… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Szafa…

„Tak naprawdę podejrzewał to od dawna.

I nie nie chodziło o jej rozmiary, bo w końcu w tak niskiej, to wiecie… raczej chodziło mu o ten umysł dziwny i pokrętny, pamiętliwość, łatwość wyłapywania znaczeń. O te dziwne skojarzenia, niedopowiedzenia, a jednak dziwną wszystkiego świadomość. Zamknięte oczy, a jednak widzenie. Wykrzykiwanie wszystkiego tak bardzo głośno, tak mocno, z całej duszy, a jednak…

… milczenie.

Tak… podejrzewał, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki jest oną przeznaczoną Wyspie Szafą. Opisywaną w księgach, które składały się z koślawych zapisków tych, którzy odcyfrowywali papirusy, tabliczki pokrzywione i połamane, skrolle wszelakie oraz tkaniny, których na szczęście nikt nie uprał.

Bo wiecie, zdarzało się.

Podejrzewał, że jest onym dziwnym pojemnikiem, który nie do końca musiał być człowiekiem. No bo przecież jak to. Ale też… nie była ni Przedwieczną ni Prawieczną, nie żeby jakaś między nimi wielka różnica była, wiecie… ale może Samorodnym Bóstwem była? Własnym Ubóstwieniem, Kompletnie Nieświadomym Tego, co zrobiło. No wiecie.

Głupiutkim w tej sferze?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje i pada.

Leje i wali powietrznymi kulami.

Ej, ale piękny snestorm by był, ale wiecie, ciepło jak kurde na wiosnę!!! Bezeceństwo ogromne!!! A człowiekowi pragnienie śniegu w duszy gra. Pewno, jak nagle pogoda spada z pięciu stopni na prawie minus dwa, to nie pada, nie wieje. Nic. Kurcze blade niedopieczone, no!!!

Jak tak można?

Spogląda człek na zapłakane niebo i oczywiście, jak zwykle, no przecież kurcze, no oczywiście wychodzi słonko, bo tutaj i deszcz i słońce i szarość w tym samym momencie. Bo jak… u nas all included. Czemu nie. Czemu się rozdrabniać na dni z jednolitą pogodą? No czemu? W końcu więcej to lepiej…

Chyba?

No mniejsza, wieje tak, że nawet kosze dobrze zabezpieczone zdmuchuje, fale jak słonie, nawet tupią i trąbią, więc wiecie, jakoś tak strasznie. Ale to w końcu poprawnie taki wietrzny czas, co nie? Nic dziwnego. Może poza brakiem onego chłodu, ale z drugiej strony, może by tak cebulki wysadzić. Bo te kwiatki tak fajno wyglądają na wiosnę. No wiecie, jak wyłażą z gleby oczywiście.

Ale na razie wieje i leje.

Wali i pada.

A śniegu wciąż nie ma.

Człek nawet się nie obejrzał, a tu już połowa stycznia!!!

Nie wiem kto tutaj zrobił ten czas taki ponownie przyspieszony, no ale. Przecież nic na to nie poradzę. Leci i tyle. Wszystko i wszyscy się starzeją, poza Halle Berry, no ale. Z nią to chyba jakiś wampiryczny gość pakt jakowyś podpisał.

Naprawdę.

Jeżeli chodzi o to, co u nas, poza pogodą, to oczywiście świnie.

Tak, i u nas boją się onego świńskiego świństwa. Boją się i będą budować mury i zasieki, wszelakie zagrody i inne tam, coby one świnie dzikie, niegdyś zwane dzikami, nie dostały się do Wielkiego Królestwa Danii. Wiecie, no i nie napsuły mięska, bo przecież Dania świńskim świństwem, znaczy produktem, stoi. Gdyby tak pomór padł na raciczki i tak dalej, one ryjki i uszka, to wiecie, byłaby buba.

I to wielka.

Część ludzi się boi, część jakoś tak, no po prostu to olewa, a jeszcze inni zastanawiają się o co w tym wszystkim chodzi? Bo wiecie, najpierw były ptasie grypy, potem pomór wołowiny, a teraz co… równowaga w naturze? No i serio? Że kiełbasami karmią one świnie? Naprawdę? Kto je karmi kiełbasami? Ech… świnie lepiej mają niż człowiek zwykły. W końcu człowiek też wciąż chory, więc…

Ciekawe, jak to wszystko się rozwinie, no ale…

Czy ktokolwiek słucha ludu? Za demokracji to chyba w ogóle nie. W końcu to demokracja, więc jak każdy gada, to wiecie, w końcu się olewa szmery, poszumy i wszelakie bleblania. I oczywiście jakieś tam dziwne teorie.

A śniegu wciąż nie ma, a gdyby był, to może i zaraza by padła?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Szafa… została wyłączona

Pan Tealight i Bezknocia świeczka…

„… a może raczej wałek wosku?

No wiecie, jak nie ma knota, to czy nie jest to wałek? A może jednak istnieją i one bezknocie? Może?

Chyba nie „może”, a raczej na pewno.

No to dowiedzcie się, że istnieją. Oto tajemnica większa, niż prawdziwy rozmiar noszonych ciuchów przez wyfotoszopowane modelki. Oto wieść, legenda, mit i tak dalej. Oto coś, o czym nie powinniście rozmawiać z innymi i to nigdy. Naprawdę nigdy, bo czasem dzieją się złe rzeczy.

Naprawdę złe.

Otóż istnieje plemię Bezknocich Świeczek. Tych, które odmawiają płonięcia. I to naprawdę we wszelakich kształtach, kolorach a i nawet aromatach. Tak, nawet te drogie, zapachowe świeczki, należały do onego plemienia. Grupy, społeczności może… bo nie rodziny. Co to to nie. Nie lubiły być nazywane rodziną. Nie miały ni matki i powiązań wosku między sobą. Nie płodziły dzieci…

Po prostu pojawiały się i już.

I po wszystkiemu.

Niechciane, inne, wyklęte spośród tych dobrych i „przydatnych”. Ale też noszące w sobie Wielką Tajemnicę, która doprawdy sprawiała, że inaczej spoglądało się na te zwyczajowe tealighty, klockowate, bloki, cienkie i grubsze, wotywne i te cudowne, z pszczelego wosku. Te z wosków roślinnych, dziwne, te pachnące, smarujące nawet, a i te pływające, bo i takie istniały przecież…

Po jej poznaniu nic już nie było tylko światłem, zapałką i migotaniem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chlebowy Kamień.

Jest sobie taki kamień w wysokim lesie, ale też i tuż przy polu, niby z dala od drogi, ale niebyt, wciąż słuchać tutaj morze, ale wiecie, też i nie na piasku… pomiędzy szyszkami, sadzonkami mniejszymi iglaków, i tymi wysokimi, majestatycznymi sosnami o pniach tak prostych, że aż po prostu człek się krzywy czuje.

Kamień chlebowy…

A tak, pachnie świeżo upieczonym chlebem według legendy, ale kto to czuje? Ja czuję… i coś jeszcze. Ofiarę z dziewicy, niejednej, bo wiecie, dawno dawno dawno temu dziewice były jednak tak jakoś bardziej dostępne, ale teraz, no wiadomo, takie czasy, że no szok. Deficyt dziewicowy! I co tutaj w ofierze bóstwom składać, gdy wiatry wieją, gdy deszcze chłoszczą?

No co?

Tak wiem, tutaj głównie krew i tłuszcz, masło czy też smalce jakoweś, ale jednak dobrze pomyśleć o starych dobrych dziewicach ofiarnych. Bo czemu nie. Nie ma to jak zafałdować one welony światów równoległych. Bo te internetowe to wiecie, falują cały czas, cokolwiek zrobicie. Nie ma boja!!!

Ech, co za czasy.

Bezdziewicze.

Ciekawe, czy kiedyś wrócimy do tych innych? Spoglądając na historię, nasz czas już się załamuje. Wiecie, jak ono Imperium Rzymskie, Bizancjum, czy Egipt niegdyś taki trendy. Nie tylko w wymiarze snorklingu.

Ale…

Spacer do Chlebowego Kamienia to cudowna sprawa.

Po pierwsze możecie najpierw zahaczyć o plażę. Zatrzymać się na parkingu, przy okazji posortować i wyrzucić śmieci, a potem pójść lasem, lub między domkami na jedną z najciekawszych z piaszczystych plaż. Z jednej strony taką wiecie, lekko ogarniętą, ograniczoną, uczłowieczoną, a z drugiej, widziałam tam gołego Świętego Mikołaja, więc wiecie, wszystko się może zdarzyć.

Ale to może wam skonsumować masę czasu, a o tej porze roku słonko jak już jest, to trwa kilka godzin tylko, więc wiecie… olejmy plażę, zachwyćmy się lasem, bo czadowy i z wąwozem, a potem, a potem przez drogę i do iglastego zagajnika. I w miejsce, które jest dziwnie ciche, odcięte od reszty świata, jakieś takie bardziej święte… jakieś takie niesamowicie magiczne.

Ścieżka jest prosta, niedługa, chyba, że pójdziecie dalej, a łatwo, między te proste sosny, niesamowite, pachnące, z igliwiem chrzęszczącym pod podeszwami butów, z szyszkami, z których może jedną weźmiecie do domu, a ona potem się otworzy i przyjdzie wam do głowy zasadzenie, czy raczej zasianie ich… bo mi często przychodzi, więc wiecie, mamy te małe choineczki. Oj mamy…

A potem kamień.

Płaski, pełen dziurek, niektórzy byli tu przed wami, pozostawili swoje życzenia, pieniążki, jakoś tak wiecie, uwierzyli. Zróbcie to samo. Nissery wezmą je i jeśli się im spodobacie, spełnią je, a jeśli nie, przynajmniej nie skopią wam dupska. Bo wiecie, ze skrzatami/gnomami nigdy nie wiadomo.

Nigdy!!!

PS. Wracając do domu możecie zahaczyć o sklep a to oznacza Rønne i kościół na rondzie. To jest naprawdę bardzo śmieszne i zasłaniające widok. To jest… gorsze niż mi się wydawało. Naprawdę!!! Czekam na pełnię sezonu i wypadki.

Naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezknocia świeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Nieświadome marzenie…

„No widzicie, łaziło sobie po ulicy Marzenie, łaziło, łaziło, łaziło, ale żeby nie było, na prawach ruchu drogowego się znało, więc nie że środkiem drogi, czy coś w ten sposób, ale jednak… no łaziło.

Znaczy, że bez celu, wiecie, tak sobie…

Tup tup tup.

Takie małe było, włochate, krągłe, o małych dolnych łapkach i krótkich, nie do końca chyba zdolnych się objąć górnych. I czapeczkę miało z pomponem, w kolorowe szlaczki i porcięta, kurteczkę chyba też, lecz rozpietą, widać ciepło mu było w onej futrzanej osobowości… i tak wiecie, sobie chodziło.

Tak naprawdę, może miało jakiś cel, ale było go kompletnie nieświadome.

Kompletnie.

Może i w tych ruchach, czapeczce i chwiejącym się pomponiku, w tym, jak latały nad nim mewy, ale jednak nie obsrywały go, jakby chroniły, jakby były strażniczkami… w onej drodze, którą wybrało, może i całkiem przypadkowej, a może jednak przeznaczonej mu? No przecież, któż to może wiedzieć?

Kto widział ostatnio takie łażące sobie marzenie, które nie pragnie spełnienia, ale chce sobie tylko nieświadomie łazić. Nieświadomie dychać i może świadomie zjeść dwie tabliczki białej czekolady z truskawkowymi sprinklesami, bo lubiło akurat takową? I jeszcze drzemka może? Bo jak się tak chodzi, to nawet marzenie się męczy… i ma pragnienia. Nie marzenia…

Nie… marzenia marzeń nie mają.

No nie! To byłby kanibalizm!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Arnager.

Tak, tutaj wiele się zmieniło. Naprawdę wiele i nie chodzi tylko o fale, które ponownie skradły plażę, ale przede wszystkim o oną ścianę.

Pamiętacie aferę związaną z obsuwającym się domem, potem collapsem i wszelakim problemem państwowo-lokalno-dziwnym. No więc, obecnie, na miejscu onej ściany znowu stoi dom. Nowoczesny klocek, na razie szary z dużą ilością szkła i pracowników, z zagraconym frontem i tyłem przylegającym do pasma ziemi, które ma zabezpieczać. Jak bardzo gruba jest tamta ściana?

Jakie przypory zastosowano?

Czy to się nie powtórzy?

Czy odważyłabym się tam zamieszkać?

Nie…

Ale, przynajmniej mają widok na molo. Czy raczej drogę drewnianą prowadzącą do portu, który w Arnagerze jest oddalony od płyciutkiego brzegu. Wiadomo, logiczne. Ale ono samo molo, drewniane szaleństwo, jest po prostu obecnie niesamowite i całkowicie niedostępne oczywiście. Gdzieś w połowie stoi urocza pomarańczowo-czerwona maszyna, ale oczywiście w weekend nic się nie dzieje. Choć przy domu ruch… widać priorytety są różne. Widać zebrana na molo kasa nie obejmowała robót szybciejszych.

Szkoda, bo tęsknię za tym spacerem, za wkradaniem się pod one drewniane szczebelki, czy też… no wiecie, po prostu dziwnych zdjęć z góry…

I tej niebieskości morza i zieleni…

Ale nawet gdyby molo działało, morze zabrało przecież plażę.

No tak, znowu tylko kilka kamieni i wąski pasek idealnego piasku… i idąc w stronę wapiennych klifów… ech, niewielka niespodzianka. Bo jakoś tak, no wiecie, kiedyś próbowałam i trochę się mocząc, dopływając, da się dojść do stolicy, ale jednak nie tym razem. Tym razem tylko do krawędzi Arnageru i tyle. Dalej zaczyna się skała i morze i niesamowita erozja.

Chciałoby się zostać tutaj i się gapić, chociaż zimno, mokro i twardo, to jednak spoglądanie na to jak fale zjadają wapień, jakie tworzą z niego niesamowite struktury… to naprawdę wciąga. Bo już nie ma kupek wapiennych klocków, są tylko gładkości biało-szare, idealnie odbijające błękit nieba. Bo wiecie, słońce świeci, niebo prawie bezchmurne, no po prostu bajka…

I jeszcze to światło!!!

To był idealny czas.

By patrzeć.

By zauważyć czas zmiany. Zmiany i na górze i na dole. Bo morze pewnikiem się cofnie… może? A może nie? Może w rzeczywistości to miejsce zostanie jeszcze bardziej zżarte? Przecież poprzez swoją miękkość, jest jakby pierwsze do odstrzału, więc… spoglądanie na oną dolną prostotę skały i klocki na górze…

Wiesz, że natura może wszystko.

Zresztą wiedziałeś wcześniej.

Tylko, czy to cię przeraża? Czy odczuwasz strach przed naturą? Czy pradawne bóstwa właśnie uzyskały miejsce by znowu rozwinąć skrzydła i macki?

No więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieświadome marzenie… została wyłączona

Pan Tealight i Kamień Rozstań…

„Dawałeś go komuś i już.

Tak po prostu, naturalnie i nagle, bez łez i bólu… było po wszystkim. Jeśli tylko byłeś pewnym, bo jeżeli nie, jeśli tliła się w tobie jakaś upierdliwa i wszystkopsująca iskierka niepewności, to wiecie, było po wszystkim.

Obrywałeś.

I to mocno.

Ale legenda onego przedmiotu się rozmyła, zanikła, aż w końcu pamiętała ją wyłącznie jedna osoba. Wiedźma Wrona Pożarta. A pamiętała ją po prostu dlatego, że czytała. I choć była psychiczna z każdej strony oraz wymiaru, to jednak nie wszystko zapominała. upierdliwie pamiętała więcej, niż się wielu wydawało.

A Kamień?

Był dość zwyczajny.

Niewielki, bardzo gładki krzemień, na którym rysy układały się w pradawne runy i jeszcze wcześniejsze hieroglify i sigile. Tak naprawdę niegdyś aż nadmiernie wykorzystywany, był przedmiotem bardzo zmęczonym, znużonym i cholernie niecierpiącym swojej roboty, więc odpowiadało mu to, że Wiedźma Wrona Pożarta używa go wyłącznie do głaskania, tulania i krzesania.

To było dobre.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Fale…

Plaża, której nie ma… oto spacer jedyny taki.

Wietrzny.

Niby mieliśmy to dwa lata temu, po raz pierwszy wtedy poziom wody podniósł się o kilka metrów i trochę nas zniknęło. Ale jednak tym razem nikt nie ostrzegał. Nie walił w internetowe czy inne tam medialne dzwony. Nikt nie mówił, że będzie tak samo, a może i nawet gorzej? Bo to, co zobaczyłam w środę, to było piekło. To było straszne, ale i fascynujące zarazem. Wiedziałam, że wieje, chciałam zrobić określone zdjęcia, ale nagle się okazało, że ono miejsce, z którego je robię nie istnieje więcej. Zalane… podobnie jak cały port. Tym razem nie można było dostać się nawet na falochron. No chyba, że samobójczo, ale nie wtedy… nie dla mnie.

W porcie dwie łódki, na wydłużonych cumach, łopoczące się, omiatane falami i oczywiście oblewane wodą, ale… wodą, która dostawała się tutaj spoza falochronu. Z tego miejsca, gdzie kamienie, ale ich nie ma, jest morze.

I tylko morze.

Rodzina łabędzi z dwójką wyrostków, które już za chwilę zabłysną tą oszałamiającą bielą postanowiła schować się w porcie w Melsted, ale nie tyle w porcie jak zwykle, gdzieś przy wlocie, ale aż tutaj przy drodze.

Daleko od morza.

Bardzo daleko.

Chwieją się na falach, są tak bardzo niepewne. Po raz pierwszy widziałam tak zaniepokojone łabędzie.

Naprawdę.

Ale jeżeli nie mogę zrobić zdjęć jakie chciałam, tych rozbryzgujących się kropel, onych fal walących w betonowe nabrzeże, to po prostu trzeba było jakoś zmienić plan. Bo zdjęcia muszą być. Wiatr przywiał też niskie, ale zarazem rzadko tak głębokie, sepiowe prawie światło, któremu nie mogłam pozwolić odejść, a miałam może godzinę, może dwie? Na pewno nie dłużej… światło ucieka.

… więc ruszyłam obrzeżem plaży.

Ostrożnie, chociaż nie oszukujmy się, oczywiście, że wróciłam do domu mokra do pasa. Bo po prostu tak już jest. Chcesz dobre zdjęcie, przybierasz dziwną pozę i trzaskasz. Ubierasz się na cebulę i po prostu, zwyczajnie się brudzisz, mokniesz… bo masz obsesję dobrego zdjęcia. Niesamowitego. Perfekcyjnego ujęcia, które sprawi, że będziesz chciała następnego.

A ta Wyspa ma światło, które jest wyjątkowe i wielu o tym wie, ale niewielu odważa się pomokrzyć, zmarznąć, pochwiać, wywalić. Dwie osoby z psami, jedna samotna, szybko uciekająca w dal, a ja… a ja widzę dziwne morze. Dziwne. W większości to błękity, niebieskości i szmaragdy, ale jednak jest i ta brunatno-bursztynowa masa, ten pas, na którym karmią się ptaki. Mewy i kaczki, które podskakują, gdy przybiega nowa fala, ale jednak zaraz siadają karmiąc się. Jakby naprawdę były aż tak głodne, że gotowe są umrzeć dla onej sterty mocno aromatycznych śmieci.

Naprawdę mocno.

Dzień później pasa żywieniowego już nie było. Wszystko pojawiło się na wąskim kawałku plaży, który się pojawił z powrotem. Nie było też mew, były skały i mniejsze fale, wciąż niebezpieczne, wciąż duże, ale już nie tak bardzo niesamowite. Wzbudzające respekt, ale jednak… łagodniejsze.

I były te kaczki.

A tak, tym razem były kaczki, które nie chciały do wody. Wzbraniały się przed nią, nie chciały zamoczyć łap, ogonów, piór i dziobów, jakby… coś było nie tak. Jakby… to nie było ono wczorajsze morze. Czyściejsze jest dla nich gorsze? Nie wiem, ale spoglądanie na rządek kaczek sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać bardziej nad tym wszystkim dookoła nas. Jakby mi już nie było dość, kurcze no!!!

Kaczki w końcu odleciały. Nie osiadły na falach. Przez chwilę zbliżały się do morza, pozwoliły mu się obmyć, ale w końcu uciekły.

Nie wiem dlaczego…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamień Rozstań… została wyłączona

Pan Tealight i Samotny Kamień…

„Właściwie, to nie był taki samotny. Był kamieniem, to nie dało się ukryć, pradawnym menhirem, znakiem, ale jednak miał u swych stóp inne, omszałe, poddańcze maluchy i ją, która odwiedzała go, słuchała, przynosiła opowieści, o które nie zahaczył wiatr… po prostu go widziała.

Widziała.

Bo innym jakoś umykał.

Zwykle gdzieś na krańcach widzenia, tam gdzie wróżki pokazywały języki, gdzie krasnale świeciły nieprzyzwoitymi częściami ciała… gdzie światy otwierały i wietrzyły swoje wnętrzności, powiewały welony, zjadane były ofiary…

Wiecie, w tym miejscu, gdzie tak naprawdę nie było nikogo i byli wszyscy, a jednak ludzie, jakoś je omijali. Zajęci religią i nauką, brakiem otwartości, zamykaniem się coraz bardziej. Coraz bardziej… coraz… Ale może to i lepiej, bo o czym miałby z nimi rozmawiać. Bo wiecie, wszyscy chcieli od razu zdjęć, komentarzy, wielkich historii, wszelakich opowieści, najlepiej drastycznych, najlepiej z rodzinnymi problemami…

Najlepiej.

A on chciał właściwie tylko milczeć. Czasem coś zaszeptać. Czasem być dotkniętym, ale tylko w onych specyficznych miejscach i ona… ona o tym wiedziała. Wiedziała jak i kiedy i po co, jakby była z rodziny.

Jakby coś ich łączyło…

Jakby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarość…

Głęboka, przepotężna, cudowna.

Miękka i bardzo nastrajająca… przynajmniej mnie – pozytywnie. Jakoś tak zwalniająca z obowiązków, dzięki czemu wpadam w taki kosmiczny pęd ku kreatywności, ku wszelakiemu zajęciu, że aż mnie to przeraża. A przecież szarość, zima, powinna być wypoczynkiem? Tylko co zrobić z kimś, kto jest tak połamany i kiepsko posklejany, że nie toleruje lata? Że tak naprawdę woli zimno i najlepiej śpi jak mu zimno i ogólnie… przecież zawsze można się przykryć…

Zawsze można poskakać i jest cieplej.

A zzimnić się jest trudno, więc…

Szarość.

Piękna i niesamowita. Niedoceniana, na pewno. Gdzieś tam krążąca na krawędziach obrazu, lub plącząca się między nogami. Szarość mocna, ciężka, przytłaczająca nawet, wtedy dobrze się przespać bardziej, ale jakoś nie widzę siebie siedzącej tylko w łóżku. Nosi mnie przez oną szarość. A tej zimy ona szarość jest jakaś większa, jakaś potężniejsza, jakaś taka, bardziej niesamowita… niewymowna. Nie do opisania. Jakoś, jakaś taka bardziej wymowna, zaznaczająca swoją obecność.

Jakby chciała być zauważona.

Opisana i pochwalona.

Nie wiem co jest z oną szarością. Brakiem światła i wszelkiej jasności. Z tym niepojawianiem się właściwie dnia. Przeciwnością prawie pełnego światła przez okres wczesnego lata. Nie jesteśmy daleką Północą, a jednak i u nas coś takiego się zdarza. I w tym roku jest bardziej widoczny.

Bardziej…

A potem wicher, wiater, sztorm…

Oj tak, ostatnie dni dały nam popalić. Wiatr z tej i tamtej. Sztorm, wysokie fale i nagle… nagle nie ma plaży. Co prawda tylko na dzień, ale jednak jej nie ma. Nie ma portu, nie ma niczego, nie można właściwie ustać, czy nawet znaleźć takiego miejsca, poza domem, w którym da się zachować równowagę. Po prostu, zwyczajnie stać i nie uginać się, nie przewracać.

To dziwne uczucie, gdy te kule powietrza uderzają w dom. Niby nic sie nie dzieje, bo przecież to tylko powietrze, ale jednak czujesz strach. Boisz się. Nie wiesz czego, czy też kogo, ale odczuwasz ten pierwotny strach, który zapewne poprowadził naszych przodków na drogę ku religijności… ale ja nie chcę tworzyć nowych bóstw. Mamy ich już wystarczająco dużo, naprawdę.

Wierzyć w końcu trzeba w siebie.

W końcu.

Tak mocno, do końca, nawet jeśli wieje, nawet jeśli wydaje się, że zaraz dach odleci i ktoś wciąż puka w drzwi i jeszcze oczywiście te dziwne dźwięki, pomruki, jakby stada potworów chciały się dostać do środka. Jakby coś naprawdę pragnęło wejść, ale nie może, nawet jeśli uchylisz drzwi, nawet jeśli…

Ten wiatr jest dziwny. Ten wiatr jednak nie przynosi niepokoju. Ten wiatr, to coś więcej, coś mocnego, ale też nie niepokojącego. Jakiegoś, takiego naprawdę mistycznego. Co sprząta wszelkie potwory przeszłości, przegania złe zachcianki, wprowadza nowe, dobre marzenia, oczywiście i odpycha to, co złe, co naprawdę niesamowicie niszczące, co… jakoś tak wyzwala. Do końca…

Prawdziwie.

Dziwny wiatr.

Nieczęsty.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotny Kamień… została wyłączona

Pan Tealight i Wasza Niskość…

„No właściwie tak…

Właściwie tak powinni się do niej zwracać. Bo choć i jej tytuł był dziwny, pokrętny i tak dalej, to jednak zapewne był i nie do końca honorowy… koronowany i tytularnie zapisany w annałach… to jednak. Szczególnie w takim świecie, gdzie ludzkość raczej mierzyła się wyżej i bardziej, gdzie jakoś tak wszyscy całowali chmury, a ona wciąż jeszcze kamienie… i odmawiała wzrostu…

To dlaczego nie?

No dlaczego wszyscy mają być wysocy? Naprawdę? Dlaczego ma w życiu być jakaś równość? Przecież ona lubiła być niższa. Kochała to. Po prostu nie mogłaby bez tego życiu. wlezienie na stołek sprawiało, że czuła się źle. Gorzej, miała nawet od razu mdłości i lęk wysokości, więc…

Była niska.

Niska i nie dumna z ciebie, bo w końcu na ile była to je zasługa? A może i była? Może naprawdę dyrygowała swoim życiem? Może sama zaprogramowała się na taki rozmiar? Nie no… byłaby wtedy chudsza przecież, ale jednak ona niskość, to wiecie, była dla niej ważna. Jakoś bez niej nie byłaby sobą. A czym by była, gdyby nie była sobą… może kimś, kto naprawdę jest wielki?

Ogromny?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I już.

To jak? 2019?

Znowu trzeba się uczyć pisać daty, choć już nie jak kiedyś. Kiedyś to były problemy, ale dziś telefon pewno was sam poprawi, czyż nie? Mnie papier raczej tylko wysłucha i zaufa mi, że wiem co piszę.

Ale czy ja wiem?

No nic tam, Postrzelali, poszaleli, zjedli wysokie ciastka, wypili i co teraz? Styczeń. Miesiąc wszelakiego „niewiadomoco”. Taki gdzieś pomiędzy wszystkim i niczym. Taki, w którym nie wiadomo, czy coś będzie czy nie będzie? A może jednak nic nie będzie? Oj jedno wiadomo, miesiąc minie szybko… i już. Będzie po nim, potem luty i marzec i już wiosna, więc wiecie, ludzie będą się…

… cieszyć…

I tylko mi ckni się za tymi długimi mrocznościami, za onymi dniami, które były nocami prawie, za tym szarościowym otoczeniem, za oną puchowatością wiatrów. Tak wiem, tylko i wyłącznie mi. Ale to dobrze, lubię swoją wyjątkowość, bo jest tylko i wyłącznie moja. I już!!! Lubię nie być jak inni. Dlatego postaram się wykorzystać oną wygasającą szarość i ciemność, one powoli wydłużające się dni, nakarmić się oną ciemnością i wszelakim deszczowym chłodem… no bo chyba będzie ten chłód, co? Bo jak na razie to 5, 6 stopni to norma!!!

Szok!!!

Gdzie moje mrozy?

No gdzie?

Gdzie ta zima?

Tia…

Ależ oczywiście, że nie zapomniałam o wyjątkowym klimacie Wyspy, który sprawia, że śnieg jest tutaj bardziej niż sporadyczny, że mrozy i zimno to sprawa naprawdę wyjątkowa, a jak już, to nie niżej niz zero, czy jeden… niestety. Tak wiem, figi, wino i tak dalej, ale jednak…

… ckni mi się za zimami.

Zimami takimi pod moją normę.

Ale z drugiej strony, kto to może wiedzieć jak będzie za tydzień, czy dwa? Kolejne trzęsienie ziemi, znowu coś spadnie z nieboskłonu, znowu coś zaleje, zatopi, znowu… ech ta depresja, ładnie pisze. Nie widzi żadnego światła, z drugiej strony, kto to powiedział, że ino światło niesie pocieszenie?

Może to mit?

No nic to…

… chodźmy nad morze, może i szare, miejscami błękitne i alabastrowo szmaragdowe, wietrzne na pewno. A jednak tak bardzo przyciągające. Tak bardzo hipnotyzujące. Tak bardzo niesamowite. Tak bardzo… nie umiem już bez niego żyć. Czy wietrznie, czy mroźno, czy ciepło, czy słonecznie, jakoś tak, no nie umiem bez niego żyć. Jakby po prostu było to coś, co jak tlen z azotem potrzebne mi do oddychania. Wybaczcie niewyliczanie innych składników, ale wiecie, w dzisiejszych czasach pierun wie jakie one są. No wiecie, te smogi i tak dalej. Do nas też to dociera. Po prostu trochę bardziej rozwiane i przetrzepane, to jednak wciąż smogowe.

Ech…

Ziemia to kula i tyle.

Co jeden wypuści, wszyscy mają…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wasza Niskość… została wyłączona

Pan Tealight i Killer bez ofiary…

„No widzicie… nie tak, że nie miał wprawy, nie tak, że nie wiedział jak to robić, że nagle nabył jakiegoś krwiowstrętu, czy coś. Nie. On po prostu jakoś tak nie miał ostatnio weny. Ani żadnej intrygującej ofiary.

A on wolał intrygujące.

Bo widzicie, w każdym zawodzie zwyczajnie nadchodzi taki moment, kiedy nie chcecie już kroić każdego tak samo. Nawet wprowadzenie tych tam szeleczek, łańcuszków, kuleczek, agrafek, ssących żuczków, pięknych pasteli, gryzących olei, paseczków ze skóry naturalnej, myszek, węgorzy czy też gryzących mrówek. Wiecie, onej różnorodności, zgapiania z książek, kopiowania sławnych, w końcu bycia onym sławnym z imieniem krzyczącym z listów gończych…

Ale nie…

… on chciał czegoś, czegoś takiego, co naprawdę by zaznaczyło, naznaczyło jego życie. Takiej ofiary, która sprawiłaby, że jego codzienność pełna flaków krwi, wypróżnionych pęcherzy i tak dalej, wiecie… w końcu stanie się czymś więcej. Może i nawet innym. Nie żeby nie lubił swojej pracy, bo lubił. Te krzyki, ten strach, wnętrza czaszek, oczka w zalewie, które potem sprzedawała tej dziwnej staruszce z Przekątnej… to wszystko czyniło go spełnionym cżłowiekiem, ale…

… ale chciał czegoś…

Czegoś, co załomotałoby jego światem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ten czas po świętach, nawet takich nieświętowych, ale wiecie, spędzonych na luzie, wypoczynkowych, spacerowych, bardziej szalonych może i w onej spokojności i pragnieniu wyspania starzejących się kości… no więc ten czas jest naprawdę dziwny. Nie tylko dla kogoś, kto nie znosi Sylwestra podobnie jak Wielkanocy i Dnia Matki. Nie tylko, jak się okazuje zgodnie z badaniami, nie tylko…

Podobno istnieje nawet coś takiego jak depresja poświąteczna. Nie tylko dla tych, co to się objedli, czy też wciąż zbyt wiele jedli, tudzież, no wiecie, myślą już o tym by jakoś tak znowu wrócić na oną zwyczajową swą drogę. Na oną znajomą, pełną rytuałów… a może nie? Może zamroczeni oną noworocznością, wielką obietnicą, że z nowym rokiem będzie lepiej, świeżej i wszelako inaczej…

Nie wiem.

Wiem jedno, nie cierpię tego czasu.

Zawsze staram się go zapracować, zaspacerować, jakoś tak poudawać, że coś się nie skończyło, coś się nie zmieniło, coś wciąż jeszcze jest… jak było, ale przecież nikt mi nie zabroni, nikt mnie nie zmusi? Może mogę się schować? Może mogę jednak odpuścić i nie zwracać na to wszystko uwagi?

Przecież jestem wariatem!!!

… więc mi wolno?

Czy mi ktoś zabroni? Ale kto mógłby mi zabronić? Przecież tyle języków na świecie, zawsze mogę powiedzieć, że tego nie uznaję…

Że nie rozumiem.

No ale…

Jak się okazało, w dzień przed onym Sylwestrem ludzie rzucili się do sklepów. I to tak tłumnie, że szok. Nie byli tacy nawet przed Wigilią. Co mnie trochę zaskoczyło. Naprawdę zaskoczyło. Bo te tłumy, te flaszki, no i kompletny brak pieczywa, które oczywiście szło do pieca, ale wiecie, kto ma czas czekać na bułki?

Tym bardziej, że słońce wyszło…

… nagle wyszło. Nagle zamrugało, nagle nadało całemu Nexø oną niesamowitą barwę. Oną błękitność, niebieskości i kobaltowości. I jeszcze te poświaty i oną głębokość i wszelką połyskliwość. Coś w tym wszystkim zawsze mnie porusza. Ten łyk słońca w szarości dnia, ten błysk, ta moc…

Niesamowita.

A potem znowu szarość i tyle.

I kocham tę szarość. To moja szarość, zimowa szarość. To coś, co jest potrzebne. Coś, co uspokaja. Coś, co sprawia, że człek zwalnia, jeśli tylko ma taką umiejętność jeszcze w sobie. Jeśli tylko sobie pozwoli. Nawet jeżeli potrzebuje do tego onych flaszek i ciasta… bo jak pewno wiecie na Sylwestra je się specjalne ciasto. Takie, podobne trochę do sękacza, piętrowe, ale oczywiście całkiem inne. Kruche, pełne marcepana i polane oczywiście cukrową glazurą. Do tego jeszcze figurki na szczęście i strzelanie… tak, ale w moim zakątku na szczęście nie aż tak.

Ale jest.

Podobnie jak masa burżujstwa z Kopenhagi, co to się zjechała i wiecie, bryluje swoimi drogimi autami. I jeszcze surferzy… serio? Co wy tutaj robicie? Ja rozumiem, że wiatr i fale, w końcu z promami znowu problemy, ale jednak?

Naprawdę?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Killer bez ofiary… została wyłączona