Pan Tealight i Fatalny Ślizg…

„No dobra… Okrutna Ślizgawka nie przedstawiła się najpierw.

Nie okazała swego ducha, nie zażądała bilecików, zaproszeń, ni mgnieniem nie okazała, że jest czymś więcej, niż kolejnym, wyspowym głazem. Nie że trollem, ale wiecie, głazem zwykłym… i potem, uszkodziła Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane

Wprost.

Celnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: Robert M. Wegner – … człowiek. No wiem, opisywałam niegdyś swoją fascynację każdym z tomów, ale teraz, gdy próbuję przywrócić choć część ze swoich książkowych, zniszczonych zbiorów, wiadomo było, że on będzie priorytetem.

Bo ten pisarz to złoto, bursztyn, diamenty…

No wiecie, te wszelkie drogie gówna, których może jakoś sama nie potrzebuję, ale inni uznają za niezbędne, wiecie Chanele i Gucci, czy co tam… powinno się mówić Wegnery! No serio, bo torebki pikowanej mi nie trza…

Ale jego tak!!!

Musiałam, na wszelki wyapdek jak najszybciej, przywrócić na półkę.

Bo widzicie, są książki, właściwie w tym przypadku cykle, które… no ech, pozozstawiają w człowieku taką żałość, która wylewa się, gdy sięga po inne książki. Żałość, że nie dają mu tego, co dał Wegner. Onej spójności, a jednak rozkraczności, onej osobliwości, pełni bohaterów, ale też braku ciężkości, choć przecież tego człek się spodziewa po fantasy w twardej oprawie, pięknie wydanej, która jest cegłą. No wiecie…

Dużo stron… lubić to.

W tym przypadku, ponieważ o kolejnych książkach już się wypowiadałam, powiem tylko, że to trzeba mieć. Przeczytać, a jeszcze lepiej przetłumaczyć na wiele języków. Oną piękność słów, składania zdań, opowiadania, oną umiejętność tkania nici… nie treść, ale obraz, który niby oglądacie po kolei od prawej do lewej, ale jednak często przeskakujecie, bo coś was tam zaintrygowało, coś tam, no i… ech…

Do tych książek się wraca.

Czyta je od nowa i odkrywa coś nowego.

Za każdym razem…

ErichsensGaard

No tak, wiecie, wciąż czerwiec, co to był muzealnie sponsorowany. Potem lipiec z darmowymi przepłynięciami na małe wyspy… hmmm, ciekawe czy na Leso też mnie to będzie dotyczyć? Tylko jak oni wliczą przejazd przez całą Danię?

LOL

Takie czasy, że kurna się ludzi z wysp traktuje… jak zwierzątka w klatkach, wiecie, osobniki do oglądania dla Turyścizny. Nie pierwszy raz zresztą. I zapewne, zaprawdę powiadam wam, iż nie ostatni, oj nie. Ale… miało być o pogodzie, wiecie, wstęp taki. LOL Otóż jest koszmar. Ponad tydzień mglistości, havgus koszmarny, jednocześnie ukrop i zimne powiewy. To zawsze oznacza ból głowy i wszelakie nosowe problematyczności. Moje zatoki po prostu puchną i nienawidzą mnie serdecznie. Naprawdę, wysłały list.

No ale, mamy oną dziwną pogodę.

Mglistości, podobno nawet padało… tak, nie padało tylko w pasie od Ro do Svaneke. Czyli i u nas, za to w Teglkasie się ziemia obsunęła. Niby to się zdarza, niby nic wielkiego, ale jednak… u nas nic a u nich leje? Przecież to nie jest coś wielkiego, znaczy wiecie, no Wyspa nie jest gigantyczna, a jednak…

… ech, pogoda dziwna.

I wciąż nie pływałam…

Nie wiem co mnie odpycha od wody…

Sąsiadka za to codziennie biega i się zanurza. A potem wyłazi, co uznaję serio za stracony czas, bo jak już wlazłeś, to po prostu pływaj, zmęcz się, zmarznij, nasól czy co tam sobie robisz… bo przecież już się rozebrałeś, przywlokłeś ręcznik, ściągnąłeś kolczyki… a tak, nie wszyscy mają ich ponad 30… LOL, może to o to chodzi?

Nie wiem.

COŚ wisi w powietrzu, pływa w wodzie, coś…

Strach?

Ale miało być muzeum.

I będzie.

W środku Rønne znajduje się… hmmm, chyba należy to nazwać raczej posiadłością niż domem, w końcu mamy tu i dom i obejście i nawet drewnianą wygódkę, która pewno wciąż by działała, ale wiecie, rynsztoki lubimy czyste. LOL Specyfiką onego domu jest nie tylko rodzina, w której każdy coś tam robił, czyli wiecie, jak to drzewiej bywało, ale przede wszytskim, a może li i tylko… ogród. Niesamowity, bajkowy ogród, jeśli tylko pozwolicie sobie w niego zagłębić, poznać wszystkie jego części i elementy. Może trochę już poniszczony, może niektóre drzewa już zniknęły, domy dookoła się pobudowały, ale jeśli człek pomyśli…

A dostaje broszurę, która one myślenie wspomaga…

No to wtedy macie raj w mieście.

Swój własny, prywatny. Taki, że nie potrzeba nic więcej, jak ktoś lubi zamknięcie, introwertyzm i wszelaką samotność, a jednocześnie kocha tworzyć, żyć w ciszy, ptasznym gwarze… i jeszcze ma ul nawet… no bo jak ogród, to wiadomo, lepiej mieć… i jeszcze chce spokoju, więc ma murek, więc jakoś tak, no wiecie…

Cudowny ogród.

Nie dlatego, że wielki i dziki, wprost przeciwnie, uporządkowany i spokojny. Tu jedzenie, tu więcej jedzenia, wiadomo, że przetrwanie to rzecz kluczowa, ale też one krzaczki, wąskie uliczki i jeszcze… ech, jak byliśmy muzyka towarzysząca spacerowi była po prostu „spot on”. Spokojna, lekko romantyczna, zapach jaśminu, płatki na ziemi…

Ech…

Tak, to jak najbardziej miejsce dla tych, co lubią staorcie i antyki. Ale też miejsce dla tych, co kochają podpatrywać innych. Albo… miejsce dla tych, co chcą się czegoś napić i przegryźć w onym specyficznym klimacie. Bo ten klimat się wyczuwa. Jakby nad wszystkim rozpostarto ogromną kulę. Jakbyście byli elementem śnieżnej kuli, ino, że późnowiosennej, prawie już letniej bo byliśmy w Kupałę… na zewnątrz duchota, skwar, dziwna mglistość i jeszcze one zimne podwiewy, a tutaj, inny świat. Oto, jak zrozumieć potrzebę sadzenia drzew i krzaków wszelakich, kwiatów oraz pozwalaniu ogrodom na odrobinę dzikości, w której świetnie mieszczą się pszczoły… i wiecie co, słychać je… kurcze…

… no tak.

Miejsce oczywiście ma swój zapach, który nas z Chowańcem trochę przeraża, ale to nasze zboczenie, po przejściach z Pleśniową Chatką, po prostu wiemy, że dla nas nigdy więcej starego, antyków, loppemarketów i tak dalej. Po prostu nie… ale nie każdy jest taki, więc na pewno ktoś zakocha się w tych lustrach, lampach, wystroju wnętrz, przeszłości, z jednej strony nie aż tak dalekiej, a jednak… coś zbudowane w 1806 roku, to jednak dwieście lat… urde, ale ten czas zapiernicza, no weźcie, serio…

No tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fatalny Ślizg… została wyłączona

Pan Tealight i Przesyłka dla Mirmiłka…

„Nie, żeby ktoś go znał.

Wiecie, nikt nie wiedział o co kaman!

Kim był Mirmiłek?

Gdzie mieszkał, czym się zajmował i czy to on zostawił ten niebieski, plastikowy worek pełen śmieci w śmietniku Wiedźmy Wrony Pożartej? Bo wiecie, choć paczka przyszła zaadresowana do niego, ale na adres Sklepiku z Niepotrzebnymi, jakoś tak worek, z napisem Mirmiłek… znalazł się u niej.

No i kurna, to imię…

Bez urazy, ale trochę dziwnie zbyt miękkie, by brać je na serio.

I jakoś tak bez nazwiska… że co, jak Cher? No nie, weźcie, ona to Królowa Muzy, a on… nieznany, choć może minięty kiedyś? W końcu może go znała, ale się ukrywał? Może był ten, który wyjadał ziarna z karmnika nim dobrały się do niego ptaki? Może mieszkał w jednej z Żółtych Wszetecznych Szop? A może… ale wtedy, kurcze, dlaczego paczka dla niego zaadresowana była…

Nie tu?

… lecz tam.

Nie, nie otworzyli jej. Po prostu położyli ją pod sosną, jedną z tych, no wiecie, onych wielkich i obwieszczających i… czekali. Sprawdzali, obstawiali parasolem… i po tygodniu, przesyłka zniknęła.

Bez śladu.

Bez papierka, potwierdzenia, czy kawałaka sznurka, który świadczył by o tym, że ktoś ją rozpakował na miejscu.

Albo pożarł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Więcej…

Najważniejszą częścią Naturmuseum jest dla mnie jednak ono dno morskie… wiecie, pofałdowana część kamieniołomu, z dwoma wodnymi oczkami, która urzeka wprost wszelaką cudownością struktury, barwą, gładkością…

… no bajka!

Znajdziecie tutaj odciski wszelakich zaprzeszłych działań geologicznych i biologicznych, ale najważniejsze są te ślady na piasku, które skamieniały i widziały Ekwador. No wiecie, pamiętacie jak to było? Pangea, Laurazja, Gondwana i te sprawy… he he he, no pewnie, że nie pamiętamy, ale jako jedność ze Wszechświatem się wciąż zmieniającym, to zbudowani jesteśmy z tego, co było, z tego, co jest i z tego, co będzie…

Choć…

Człek przeszedł przez one skaliste pastwisko, przez one miliony lat w postaci wodospadu, zauważył krystalizację, a teraz nagle stoi na dnie, które jest zwyczajnie fascynujące. Nie możesz go przestać fotografować, żałujesz, że nie masz więcej cieniorobnych narzdzi, ale to by trzeba całą sesję zrobić… dlaczego tutaj ludzie nie robią sobie sesji ślubnych? Przecież to taka moc…

… 540 milionów lat winno gwarantować wieczną miłość.

Chociaż, co ja tam o tym wiem?

Hmmm…

Do tego odcisk meduzy, którego, przyznaję, nie znaleźliśmy. No zawsze jest coś, do czego można powrócić… może przy bardziej mglistej pogodzie. Ech, jakie to muszą być zdjęcia, no wiem, lekki monotematyzm, ale te fale są po prostu hipnotyzujące. Widzisz, dotykasz, stoisz na tym. Wiesz przecież, że Ziemia to staruszka, ale tryzmająca się super… chociaż patrząc na wszystko, to czy jest staruszką, czy dopiero młodą dorosłą?

Nie wiem…

Niewielkie zawirowania, wypustki, idealne kolistości…

To miejsce po prostu urzeka.

Możnaby siedzieć, turlać się po tym z jednego końca na drugi i znajdować za każdym razem coś nowego, coś dziwnego, coś… a może to tylko ja? Na pewno rodzinie mieszkającej w tym domku ponad onym dnem morskim, raczej nie uśmiecha się ta cała turyściznowość właściwie na ich posiadłości.

Ale to teren chroniony.

Muszą nas znosić… albo mogą wykorzystać. Sklepik? Knajpka? Przyznam, że starsi państwo chyba czegoś takiego szukali, kompletnie niezainteresowani obsesyjnym macaniem tak starych spraw jak te pomarszczone, morskie wspomnienie.

Jak dla mnie, lepsze niż muzuem i za darmo, bo dojdziecie tutaj z wielu meijsc. Szosę widać, dwa inne gospodarstwa zaraz obok no i…

Bautasteny.

Muszę przyznać, że słyszałam o nich, ale jako że raczej trudno je datować, wiecie epoka brązu, epoka żelaza, tysiąc w tą czy tamtą… nie wiadomo, czy tylko zaznaczały jakiś teren, czy jednak stały by upamiętnić zmarłych, nieczyszczone, nawet nie jestem pewna czy czasem nie kryją tam pod oną warstwą wszelakich narośli jakichś helleristningerów… aż mnie korci, by chwycić za szczotkę, ale wiecie, nie mam nic pod ręką…

Jeden stoi zwrócony ku powierzchni morskiego dna, jakby zadawał zbyt wiele pytań, drugi, wypchnięty w pole i od razu nasuwa się podejrzenie, że jako iż był to kamieniołom, ktoś mógł sobie niektóre z kamieni zwyczajnie, wiecie, „pożyczyć” i tyle. Bo coś tu, w tym miejscu jest. Coś świętego, zapomnianego, coś a raczej COŚ.

Ciekawe, czy nie były częścią największego z kamiennych kręgów na Wyspie.

Wszystko możliwe.

Wszystko…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przesyłka dla Mirmiłka… została wyłączona

Pan Tealight i Wron Albinos…

„Pojawił się nagle, zapukał, dziobem oczywiście, lekko zakrzywionym, lekko dziwnie nieistniejącym, bo prawie przezroczystym… no i poprosił o farbowanie. Jakby kurde ktokolwiek tutaj robił we wroniej fryzjerni. Wiecie, nikt nigdy nie, no nawet jak na sobie to zawsze wychodziło dziwnie, a tutaj tak się obcym zajmować, co to jeszcze może cię w oczko jedno czy drugie dziobnąć.

Czy coś w ten deseń…

Albo i je wydłubać i połknąć w całości.

A potem obgryźć kości, sprosić robaczki i innych padlinożerców…

Niby wyglądał milusio i tak, dalej, ale jednak… ale jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, jakoś się bała. Karmiła wrony. Karmiła Śpiących Bogów. Nawet trolle i skrzatowstwo leśne, ale jednak ten osobnik… bo widzicie, jeśli chodzi o rozmiar, to on wielki był!!!

I jak tutaj w ogóle gadać z takim?

Nie żeby się nie dało, nadawał w kilku językach, przez szybę się rozumieli, ale wyobraźcie sobie ono białe oko spoglądające na was przez szybę, którą dziobem mógłby ot tak, po prostu, puknąć…

Bała się…

Kim był?

Czego naprawdę chciał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Morze spacerowe…

Częścią darmową Naturmuseum jest spacerownik. No dobra, wiecie, parkujecie i idziecie za muzeum. Gdzie was ścieżka poprowadzi jeśli tylko dobrze wygooglaliście sobie mapkę, to zobaczycie, iż ścieżki są dwie, krótka i dłuższa.

Tym razem tylko krótka, sorry, słońce i wiatr, i babskie przypadłości, oraz całe to łażenie po nazbyt głośnym wnętrzu muzeum, mnie wykończyło. Strasznie mocno. Wyjście na zewnątrz naprawdę było odetchnięciem. Do tego krowinki na polu… normalność, nawet z tym dziwacznym dinozaurem po lewej stronie, zamkniętym miejscem dla dzieciaków i restauracją, bo wiecie, wciąż wirus i tyle, chociaż, tak szczerze, ludzie dziwnie tak lgną do innych ludzi AKA mnie! Dlaczego? No napradę?

Dlaczego tak musicie blisko wszystko…

… zawsze?

Ale…

Słońce, wiatr, dziwna pogoda, raz za gorąco, raz za zimno, ale ścieżka śliczna, do starego kamieniołomu… po jednej stronie wysokie trawy i barszcz, no worries zwykły barszcz, nieparzący, a po drugiej widok na Wyspę. Na tę jej część, której chyba jeszcze nie widzieliśmy. Nigdy nawet, serio… znaczy byliśmy tu, ale człek myślał, że wsio zamknięte, jakoś strzeżone, bo przecież… no wiecie, ludzie…

Ale nie…

Otwarte…

Wszystko dla człowieków, więc idziemy.

Na kamienie. Ma być Kura i Kogut. Przy jednym jest dupna ślizgawka, którą oczywiście wypróbowaliśmy na Instagramie filmik. Ślizgawka – Skridebanen – naturalna w 100%, ale szczerze zalecam ostrożność przy lądowaniu… w przypadku niskich osób można telemarka zaliczyć zbyt dalekiego.

Ekhm…

Kogut i Kura.

Dwa głazy polodowcowe. Do tego trochę drzewek, cisza, spokój, już nawet aż tak nie słychać disco ze stadionu… w końcu spokojność jakaś.

Milusio.

Jednak, mimo wykształcenia muzealnego przyznaję, wolę te większe cichsze, a już najlepiej te drzewne, ale przyznaję, iż autoportret Enoka Mogensena, ponad stuletni czy imię wyrzezane w kamieniu przez Hjalmara Bolmgrena, to coś takiego… widzicie, człek nagle przestawia się z tej nowoczesności i przypomina sobie jak to na początku zeszłego wieku bywało i… wie, że praca tutaj, to nie były fotki na instagrama.

Klintebakken, bo tak zwie się ogólnie to miejsce, naprawdę potrafi przypomnieć, jak to było kiedyś… i to nie tylko 540 milionów lat temu, bo człek w końcu dociera do onego dziwnego miejsca, wodospadu czarnej skalistości… mijając one znaki kamieniarskiej przeszłości, nie do końca wiedząc, czy dobrze idzie, czy nie…

Idzie i widzi ten wodospad skał.

To jest naprawdę niesamowita kombinacja barw, poyskiwań i struktury. inspiracja dla tych, co tworzą i tych, co na przykład nie mają pomysłu na to, jakie se ściany walnąć w domu… idźcie w miliony lat temu. Serio! Wygląda to megalitycznie! Chociaż nie jest przecież takie, to w końcu tylko kawałeczek, a jednak niesamowity…

Co do Koguta i Kury, to wiecie, stoją se dwa głazy i tyle.

Nazwy ino mają zabawne.

I tak, każdy próbuje je poruszyć, bo przecież u nas to już wsio polodowcowe trzeba macnąć i próbować wprawić w ruch, co nie?

Ech!!!

I teraz wiesz już dlaczego ludzie tak bali się zsyłki do kamieniołomów… Chociaż, no tak ładnie tu mieli i skamielinki były… dobra, żartuję. No oczywiście, że żartuję. Szczerze. Wiadomo, praca jak praca, ale jednak kamienie tłuc…

Oj rany!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wron Albinos… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny Kret…

„No kurde, bo widzicie, on rył w powietrzu.

W mglistości wszelkiej Havgusa tworzył tunele i zawirowania…

I składy.

Bo wiecie, wiedział, że to wciąż ona Bogini Pandemia władała tym światem, więc wolał być przygotowany naprawdę na wszystko. Wszelakie wszystko. Nie ominąć żadnego niebezpieczeństwa, od razu gryźć, chować się, wszelako walczyć o swoje miejsce na ziemi, ale też… czasem może się dzielić?

No wiecie, jebany altruista.

Albo ściemniacz.

Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała na niego, na one korytarze tworzące niesamowite, artystyczne kształty w onej mglistości, ale też, wciąż nie rozumiała, jak on chce to wszystko przechować? Jak to ma przetrwać, jeśli havgus zniknie? Czy on zniknie wrazz nim, a może tylko przesuną się za welon…

Będą, ale nie do końca.

A może po prostu zniknie? Może nie wie, ale czy winna go informować o znikającej właściwości Havgusa? Może nie powinna się wtrącać, szczególnie teraz, gdy wszyscy tacy… mocno podenerwowani…

Gdy tacy spięci…

… więc tylko patrzyła i notowała w sobie inspiracje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

NATURMUSEUM

Nie, żeby nie było… nie okazało się, iż jestem dziedziczką i nagle na wszystko mnie stać, ani nie otworzyli muzeów, ale… dla ludzi posiadających pewne ubezpieczenie w pewnej firmie, po pobraniu odpowiedniej apki wsie muzea są za darmo!!!

YAY!!!

I kurde… problem jest, bo to tylko w czerwcu.

… więc planując tylko w weekendy, no sorry, nie dość, że blogi, to jeszcze brak pewnych umiejętności i odległość, no i brak telefonu, tudzież wsparcia, wiecie, niektórzy mają serio przesrane… więc planując co i kiedy można zobaczyć, stwierdziliśmy, że zaczniemy od Naturbornholm. Bo sorry, ale prawie 300 DKK za parę z pluszowym niedźwiedziem, to raczej trochę sporo. Przynajmniej dla nas. Tym bardziej, że chodzi jednak o geologię i paleontologię, a archeologa i informatyka z trochę innymi pasjami trudno tym zafascynować… choć trochę, nie oszukujmy się, nauka to nauka, zawsze, ale to zawsze wciąga!

Zawsze…

Ale, zaczynamy od początku. Dojazd jest łatwy, wycięte drzewa, ogromny trawnik, do tego odgłosy ze stadionu, pewno jakaś pierwsza pokoronowa imprezka… choć Corona wciąż jest, to jednak, wiecie, ludzie mają dość, Turyścizna wlała się i w dupie ma obostrzenia, żadnych odstępów, nawet w kolejce tylko nieliczni przestrzegają naklejonych paseczków… pewno, dostaną pouczenie, ale… podobno na dniach mamy się otworzyć na Polskę, na razie wykopali żeglarzy z Polski ze Svaneke. Wiecie, prawo to prawo, to że ma się zmienić za kilka dni…

Miało być o muzeum?

Miało… no więc, trudno przegapić oną ogromną bryłę. Ciekawie zaprojektowaną, trochę mi się kojarzy z Abu Simbel, choć statuy żadnej nie ma poza żabą… ale jednak, no i trochę jakby droga procesyjna, naprawdę wali Starożytnym Egiptem, a gdy się zbliżycie, ściany mogą was naprawdę zafascynować.

Ta siatka, te kamienie, wiecznie pizgający wiatr…

Włazi człek, pokazuje apkę i już może wejść, na szczęście na podłodze są odciski stópek – naklejone – i dziwny zakręt między dziwne skały, mewy w górze, kiepsko się czuję, ciemność nagle, ruchomy chodniczek, powinno być ostrzeżenie dla tych klaustrofobicznych i tych, co źle reagują na zmieniające się światła.

Naprawdę…

Poza tym nic do widzenia… jest ciemność, dwa zdjęcia, w górze światło, jakbyście szli norą myszy, jakby ona podziemna podróż miała prowadzić – znowu jak w Starożytnym Egipcie – ku oświeceniu… i prowadzi.

Spojler alert!

Jak już przemęczycie ten dywanik…

… można po nim po prostu iść, co naprawdę polecam, bo serio możliwe, że dobry to znak, iż postanowili to zmienić, może na coś ciekawszego… może coś bez onego wiatru w twarz na końcu, białego światła i jeszcze żagla? Nie wiem… ale, w końcu człek dociera do onej części muzealnej bardziej…

I są tu okienka i są zabawki dla dzieci i dziwna przestrzeń, jakieś takie pokręcone, zagubiające cię poczucie, uczucie, ustawienie wszystkiego… rodzaje skał, rodzaje gnejsów, granitów, niby człek o tym wie, ale szczerze go zastanawia, czy kogokolwiek to interesuje? Na dodatek, pomieszczenia, kolejne części wystawy nie są dźwiękoszczelne, zwykle patrzycie w górę i widzicie oną ogromność, gigantyczność wprost, budynku, niewykorzystaną…

I dziwny strach mnie złapał i jakoś tak…

Jestem niska, muzeum jest nastawione na dzieci, a jednak, nawet ja nie dosięgłam łbem do niektórych okienek, ale, zapomniałam… po wyjściu z tunelu łapią was i dają film, fajny film, warto obejrzeć, choć trzęsienie przyprawiło mnie o mdłości, ale mnie każde trzęsienie przyprawia, więc… w środku znajdziecie jeszcze jedno miejsce z filmem, wiecie, można posiedzieć, obejrzeć, ale… przez ten brak dźwiękoszczeności, jakoś tak… wciąż słyszałam ino wrony!!!

Co to ja w domu jestem, czy jak?

No weźcie no!

Dobra, były małe żółwie, jakieś skamieliny… a potem, niby miały być dinozaury, ale przyznaję się, że poza obejrzeniem wielkiego i mapki z helleristningerami… odpuściłam. Ciągłe wrzaski dzieci i wszelaki hałas, nie wiem… może rzeczywiście to ino dla dzieci? Może naprawdę? Ale ja lubię skały, serio!!!

Kocham kamyczki…

… może zmienione muzeum będzie lepsze?

Może w końcu się zdecydują, dla kogo są, kto jest odbiorcą… bo takie dzieci przecież nie przeczytają tych tekstów, a dorośli… mają to gdzieś. Wydaje się, że w muzeach Duńczycy lubią puścić dzieciaki wolno, jak psy na wybiegach i siedzieć w knajpie… restauracji, kafeterii, jak zwał tak zwał, a one latają, fruwają, wrzeszcząco i hałasująco, biegają, wkurwiają…

Jeśli o mnie chodzi, nie polecam, ale sklepik mają fajny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny Kret… została wyłączona

Pan Tealight i Mleko Bogów…

„… się było i rozlało.

Wiecie, zbił się ten dzbanuszek niebieski, ten w granatowe kształty wiekuiście się zmieniające, z krowią mordką ten, ukochany przez wszystkich, co go tak sporadycznie używali… od święta… i z tymi no… elementami żeńskimi, no wiecie, nie żeby faceci ich nie mieli, niektórzy mają, ale czy dają mleko? Czy zostały przeprowadzone badania? Pan Tealight coś tam szukał w onych nowomodnych Internetach, ale ich Bóstwa doprawdy nie do końca były dla niego zrouzumiałe.

… więc nie dyskryminując, elementy chyba już nie są żeńskie? Chociaż, jak tak mocniej, po krowiemu pomyśleć, to krowy aż tak nie mają chyba z tym problemu i po prostu jakoś takoś, jedne mają te tam, a inne mają ino taki węższy patyczek, wiecie, woreczek, dmuchana rękawiczka gumowa i…

… no co?

Pan Tealight naprawdę miał na nie ochotę, nie żeby do herbaty. Co jak co, ale onej angielskiej bawarki nie trawił. Z czasem, a jak każdy wie miał go w sobie wiele, to jakoś tak, no po prostu nie… znaczy spróbował raz, ale był to taki koszmar, no i wtedy te wulkany wybuchnęły, więc jakoś takoś, po prostu jednak wolał nie próbować po raz kolejny. Wiecie, może to jego ten Efektowany Motyl na cel sobie obrał? W końcu to dziwny byt był, więc czemu nie… nie uznawał jego Pradawności, zbliżonej do jego własnej, więc wiecie… no jakoś tak…

Się rozlało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mleko.

Mleko dookoła.

A gdy człek wstawał, było słońce. I gorąco było i duszno i wiecie co… i ngale nic z tego. Coś nagle się zmieniło, człek to odczuwa gdzieś w środku i nagle, na przykład wyłażąc z kibla, no wiecie, ciemność…

Bo za oknami mleko.

I dziwny ziąb, gryzący właściwie.

Havgus znowu.

A miał być deszcz. A miało być mile pochmurnie, a może jednak słońce miało być, kurcze, juz człek nie wie, bo prognoza pogody zmienia się często. Znaczy wiecie, ta dostępna on line. Nie, że człek ma tutaj jakąś stację pogodową i sam przewiduje co tam się narodziny aurowo następnego dnia… no i…

Havgus.

Zielone pole… biel nad nim, biel dookoła, biel wszędzie i ona oczojebna zieleń polna jakoś tak się przez to przesmykuje. Jakoś tak się pokazuje. Jakoś tak… przesmykuje przez krople w powietrzu i jeszcze bardziej się zieleni.

Wszystko.

Nawet ono mleko…

Ale to zimno, wkradające się do domu przez każdą szparę, a przecież to już koniec czerwca, czy to zwyczajowe, jak zwykle, czy jednak nie? Nie wiem… nie pamiętam. Rok temu były rzepakowe havgusy, ale teraz, już dawno po rzepaku…

I drzewa przekwitły.

I prawie lato?

Nie no, lato…

Granice otwarte dla wybrańców i Niemcy podobno seryjnie poszaleli. Na granicy takie kolejki, prom wykupiony, więc podobno nie można nawet mieć nadziei na wszelaką, jakąś, no wiecie, spontaniczną przejażdżkę… ale tak szczerze, to podobno i tak trzeba mieć dowody na wykupione co najmniej 6 noclegów, więc…

Co to za spontan?

Nie wiem…

Teraz podobno mają być w lipcu darmowe wycieczki, ale tylko na one, wiecie, na małe wyspy? Hmmm? Ciekawe jak to całe rozdawnictwo się sprawdzi? W końcu pamiętajmy, że „państwo nie posiada własnych pieniędzy”. Małgośka miała rację. Ale nikt jej nie słucha. Wszystkim się wydaje, że o tamto państwo lepsze niż moje, a w rzeczywistości wszystkie lecą jak za jakimś, odgórnie narzuconym grafikiem. przyspieszyć rozwój, jebnąć w ekonomię…

Biedny i tak będzie biedny.

Bogaty się wzbogaci.

To się nie zmienia.

Ale havgus, on wciąż jest taki… dziwny. Jak, wiecie, filmy o zombie… gdy z mgieł nage wylaniają się potwory, albo mgły wielkiego Avalonu, tudzież inna wszelaka magia. Albo, one welony podnoszace się z czasie sabatów. Stoisz przed nim, jesteś w nim, obok, w środku, gdzieś poza i nage część ciebie oddaje się onemu zjawisku.

I więcej…

I dziwniej.

Masz wjechać do Gudhjem, temperatura zmienia się w ciągu sekundy z 25 stopni na 18… normalność… otacza cię mleko.

Ale już jesteś tutaj, bezpieczny, w domu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mleko Bogów… została wyłączona

Pan Tealight i Trochę Żyjątek…

„Eeee no trochę było ich zbyt wiele.

Właściwie ino o to chodziło, że było ich wiele, naprawdę wiele i jeszcze były dość sporawe, no i na dodatek… w ogóle były nie tam, gdzie powinny.

Wszędzie.

Malutkich, pełzających i latających, gryzących, wżerających się, podskórnie działających, oraz takich, które doprawdy wiedziały jak się do kogoś przyczepić. Tak naprawdę. I na zawsze… wiecie, bo gdy Żyjątka się zakochały, to na zawsze, do końca i nadparanormalnie.

Po prostu.

Najwierniejsze w miłości.

I… żywotności.

Tudzież, no wiecie, kontakt karmiciel i żrący… tak też to działało. Feedersi tacy i tyle. Nie żeby taka miłość była gorsza, no wiecie, w końcu każdy kto kocha, to jednak trochę traci na umysłowości, nie oszukujmy się.

Miłość, to jednak niemózgowa sprawa… chemia znaczy jak najbardziej, ale wiecie, rozumek raczej nie…

Działa?

Przecież każdy potrzebuje miłości, no i to jeszcze w tych czasach, czyż nie są one Żyjątka idealnym symbiontem?

Alien?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W oddali słychać szum morza.

Dziwna cudowność, która, gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, wieki temu, zdawała się być drzewną burzą… w oddali słychać szum morza, a ty człowieku plewisz podjazd, bo nie chcesz używać randapów i innych skurczysyństw. Tak, oczywiście, że okoliczni mają cię za idiotę, tuzież niedouczone CUŚ, ale…

… plewisz…

A morze szumi.

Dżwięki tutaj są takie dziwne.

Niektórzy się do nich przyzwyczajają, inni znowu odkrywają, że zawsze za nimi tęsknili, a jeszcze inni, uciekają. Nie da się inaczej. Bo dźwięki włażą w człowieka i jakoś takoś zmieniają i twoją muzykę. Oną wewnętrzną nutę, która niegdyś była znajomą, ale od jakiegoś czasu zupełnie do ciebie nie pasowała, więc zrobiłeś ten krok i spotkałeś oną Wyspę… zakochałeś się, może i przeprowadziłeś i nie możesz już żyć bez fal, wiatru i mew…

Po prostu.

Dla ciebie to jest zwyczajne.

Że już nie możesz.

Zmieniłeś się, znaczy, wiesz, że to Ona dokonała onej zmiany, ale jednak, jakoś tak próbujesz sobie wmówić, że może sam jakoś do tego dorosłeś… nie, szybko tracisz takie zapatrzenie w siebie i od razu, zwyczajnie przyznajesz jej rację.

To Ona.

Wyspa cię zmieniła.

Nawet twoją wewnętrzną muzykę, nawet one drgania, pragnienia i marzenia i jeszcze, jakoś tak… coś wzbudziła, obudziła… nowego, a może tylko uśpionego, coś, co miałeś w sobie, ale bez Niej w życiu byś tego nie poruszył nawet. Nie zauważył, nie… no wiecie, pominął na zawsze…

Plewisz…

Zwyczajowa robota.

Nie ma co, człek ma dom, musi plewić… nie, chcce raczej, bo ma w sobie oną dziwną moc, która mu wmawia, że idealność jest drogą jedyną, nawet jeśli pedantyczność nie należy do twoich zachowań wyuczonych, wiesz, że ją w sobie masz.

Masz.

No i wsio czyste i wyplewione tak pięknie wygląda i brzmi…

Bo nagle wszystko dla ciebie brzmi. I wiatr i ptaki i trawa wzrastająca, kropla rosy zagubiona, za spadająca, czy też mniej romantyczny, ale jakże ludzki, wiecie, smark z nosa… nie oszukujmy się. Coś leci. I też muzyczy. Co za miejsce, że wszystko ma jakąś melodię? Co za miejsce z tej Wyspy?

Kurcze no!!!

Ja wiem, że te linie geomantyczne i tym podobne…

Ale…

Zwyczajowe czynności tak naprawdę stają się nie mniej czy więcej zabawne i wszelako uświęcone przez to, że co chwilę możesz sobie spojrzeć w morze. Wciąż czujesz zmęczenie, nie latasz nad ziemią, nic z tego… nie czujesz się mniej zmęczony, czy bardziej skory do roboty, pragniesz piękna, ale jednak… to morze, ten dźwięk…

Szumi…

Brzmi.

Nie jesteś sam…

I choć właśnie użarła cię mrówka, nic to, bo morze szumi… i choć wiatr urywa łeb i wiesz, że będziesz migrenę miał zapewnioną, to i tak… ten szum, ten kolor, ona ciągła zmienność morza, jest cudowna!!!

Na zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trochę Żyjątek… została wyłączona

Pan Tealight i Morska Kapustka…

„Podobno dobra była na kasę.

Na wszelakie podstawy magiczne, na zaklęcia i te i tamte…

Ale też wiecie, tak zwyczajnie, no podstawowo, to mogliście sobie ją do sałatki na świeżo, czy suszoną… ale, wszyscy o tym zapomnieli. Znaczy, no prawie wszystkim, bo Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane coś tknęło i pochyliła się nad lekko ino poruszającym się lustrem morza, odważnie, wpatrzyła się w oną neonową drążącość i zapytała, czy można, czy naprawdę i za ile i jak…

Zapytała.

Nikt tego nie robił.

Nikt jej, zwykłej, morskiej roślinności ni o pozwoleństwo ni o zdanie nigdy nie pytał, no w ogóle, to było coś, co się nie wydarzyło i nigdy nie miało się zdarzyć i w ogóle, maskując wzruszenie i starając się nie zczerwienić…

Była zaskoczona… a potem powiedziała jej o wszystkim.

Wszystkim.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Autostopem przez galaktykę” – … no tak. Najpierw był film. Wiem, dziwnie, ale nie mogłam dostać książek! Serio! No i ten film, bez urazy, ale to jedno z onych dzieł, które uwielbiam i tak, głównie przez Marvina!

No co, depresyjne drzwi są boskie!!!

Ale… co do książki, to wiecie, jest taka jak film, ino trochę dziwna. Bo rozdzialiki są króciutkie jak… no wiecie, bardzo króciutkie i nagle, te same słowa, te same zdania, może niektóre elementy ino odmienne lekko, a jednak…

Nie wiem.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie mogę się w nią wczuć. Bez urazy. Słowa tworzą intrygujący, fascynujący świat, komiczne sytuacje, wszelakie osobowości, które zwyczajnie aż proszą się o scenariusz i… no tak, to trochę bardziej scenariusz niż powieść, ale… wydaje mi się, iż to tylko i wyłącznie dlatego, że najpierw obejrzałam film.

Moja wina.

Wydanie piękne. Tłumaczenie super!

Polecam!!!

Słońce, trochę deszczu i już czerwiec.

Kiedy to wszystko minęło? Znowu tłoki w sklepach, znaczy tłok w sklepach, nie że ciągle siedzę w jakimś samochodowym z częściami… no co, tam nie dają tłoków? LOL Ale… oczywiście nikt nie zachowuje jakiś tam środków ostrożności, podobno otwarte granice hordy Niemców szturmują, bilety na promy wykupione…

No nie wiem.

Ech…

Zobaczymy jak to będzie.

Chociaż, przyznam się, że nie do końca wiem, czy chcę to wszystko oglądać. Trza będzie się chować przez dwa miesiące jak zwykle i tyle… jak na razie pogoda sprzyjające, nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie pływałam. Ale jakoś… albo wiatr, lbo zimno nocą, albo jakoś tak człek kicha… no wiecie…

Ale…

Czerwiec, początek lata prawie, więc trzeba po prostu się odważyć i skoczyć, co nie? Na bombę… no może nie, bo przecież u nas raczej niewiele bezpiecznych miejsc do skakania… LOL raczej szczerze bym odradzała. Ale… niektórzy naprawdę próbują. W końcu mamy tutaj wszelakie sporty, wiecie, są i te falowe, niebezpieczne, znaczy na deskach, jest i inna deska i…

No deski są.

A na nich ludzie…

Trochę to zabawne.

Hmmm…

To wszystko, co się dzieje, tak naprawdę… jakoś dziwnie się dzieje. Niby niektórzy granice otwierają, ale nie wszyscy. Co mnie fascynuje, to w jaki sposób inni przejadą przez zamknięte granice, by dostać się do onych krain otwartych?

No wiecie…

Oficjalnie otwarci jesteśmy dla „wybrańców”. Norwegia podobno ino dla Skandynawii… spora część wciąż domaga się kwarantann, ale czy ktoś się podejmie kontrolowania tego? Bo nie oszukujmy się, ale, przecież świat się kręcić musi, a taki świat, jaki stworzyliśmy, oparty na otwartych granicach, cóż, nie istnieje już…

Ta dam!

Na dodatek nawet Empik podwyższył realizację zamówień z 24 godzin na 6-8 dni!!! Daczego? Przecież podobno wsio w Polsce okay? A może nie… nie wiem, boję się wiadomości wszelakich, uciekam od nich, nie chcę wiedzieć, jakoś… mam dość. Więcej, nie oszukujmy się, po prostu się boję, bo nic nie wygląda tak, jak powinno. Wiecie, jajko jak jajko, pomidor jak pomidor, nawet nie pachną już jak należy…

A może to ja nie znam onych nowych aromatów?

Wiem jedno, manipuacja ludźmi dzięki onym social mediom i tym podobnym, zapewne i telewizji czy co tam teraz jest, powtarzane te same zdania nawet w tak zwanych influencerskich vlogach, blogach i tym podobnych sprawia, że mój brak wiary ino się utwierdza. Czyli, jestem ofiarą onego chłopca, co to krzyczał, że wilk czy pożar, i znowu teraz może zacząć krzyczeć, ale tyle razy wpuścił mnie w maliny i jeżyny, że…

Odpuszczam.

Muszę zająć się sobą.

Swoją rodziną.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morska Kapustka… została wyłączona

Pan Tealight i Zielony Kolejny Na Szczęście…

„Jaka to kurna była presja!!!

No serio!!!

Rodzisz się powoli, niby odłamek ino z czegoś większego, ale jednak… potem lata, wieki szlifowania o wszelakie dna i wydobywania z siebie onych zielonkawości i lekkich tknień czerwieni i jeszcze kryształowych spęknięć. Po prostu perfekcyjność, pasująca do dna dłoni. Gładkość idealna…

Tak…

Pracował nad tym…

I oczywiście nad sobą. Nad swą siłą i wszelaką umiejętnością szczęściodawania… no wiecie, w końcu był zielony. Taki już się narodził, taki się odłamał, miliony lat w środku skrywał, klasery na znaczki, pamiętniki, zapisy takie i owakie, oraz albumy pełne zdjęć… by tylko wiedzieć, co to szczęście.

Ale jednak…

Ale jednak, wciąż był w tym wszystkim zielony. Leżąc na plaży pełnej innych większych i mniejszych kawałków wszelakich skał, przybyłych z falami, wydobytych z dna, narzuconymi przez prące ziemie i wiatry, wstrząsy i potrząśnięcia, a może i Kamienne Wróżki… bo były takie, nader muskularne dziewoje. Seryjnie. Ich siłownie to były dzieła sztuki kamieniarskiej! Ale zwykły człek nie mógł ich oglądać. Zresztą, lepiej żeby nawet nie wiedział i o nich… to trochę za wiele…

… dla ludzkości, wiecie…

Ale, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go podniosła, to wiedział, że tym razem będzie łatwiej. Bo ktoś, kto właściwie nigdy nie był szczęśliwy, może łatwo zostać uszczęśliwiony…

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żarcie.

Lody i kebaby!!!

To jedna z tych rzeczy, na których się nie znam. Znaczy, no wiecie, byłam gdzieś w knajpie, której już nie ma, wiele lat temu na obiedzie. Potem odkryłam, że podany mi sos był tym samym, który można było nabyć w pobliskim sklepie i trochę mną trząsnęło. Raczej, szczerze mówiąc, zwyczajnie człowieka nie stać. Restauracja to coś drogiego, albo nie wartego swej ceny i tyle. Ale też, wiecie, zwiedziłam ino dwa czy trzy przybytki na Wyspie, więc nie oceniajmy tak całego miejsca.

Może i są fajne knajpy…

Z knajp wiem ino tyle, rodzą się i umierają szybko. Zwykle tak, wiecie, sezonowo. Najpierw, jak ze wszystkim, wielkie ogłoszenia, chwalenie w gazetach, wszelakie pienia nim ktokolwiek cokolwiek zeżarł, a potem…

Koniec.

Zmienność jest wyspową sprawą.

A raczej słomiany zapał, czy jakoś tak. Wiecie, ile można znieść knajp na metr kwadratowy! Otwierają kolejną w Gudhjem w miejscu, gdzie był historyczny już sklep elektryczny. Na pamiątkę nabyliśmy lampkę, artystyczną całkowicie… czarny klocek drewniany i wielka żarówka do niego.

I tyle… piękne to jest, pasuje, ale wiecie…

Smutno po sklepie będzie.

Ech…

Dodatkowo w wiatraku, który mam nadzieję wyremontują przy okazji, a który chwalebnie też został takoś jakoś sprzedany nie do końca, też ma być knajpa. Jak byliście w Gudhjem, to wiecie, że są zaraz obok siebie. Poza tym, na przeciwko jest knajpa, co to niegdyś była piracka, ale ludzie się oburzyli, że Jolly Roger tam wisi i… właściciel się zmienił i tyle… potem zaraz w dół naleśnikarnia, knajpa tajska, czy coś w ten deseń, oczywiście sławetna na rogu numerowa i jeszcze…

… i jeszcze w porcie i…

No dobra, nie znam się.

Co do ryb, to jest rybak, który przypływa do portu, ale wiecie, przypływa w czasie, gdy zwykły, eeee… człowiek, jest w robocie i tyle. Możesz się obyć świeżą rybką. A rybka polecam, bo wiecie, to rybka taka dla leniwych. Już sfiletowana i jeszcze na tacce, coby ludzie się czuli jak w sklepie… a grill w porcie też jest, więc jak ktoś chce na grilla, to może, a jak kogoś suszi, to wiecie… suszi, nie?

LOL

Tak, sławetnie na sushi też się nie znam.

Poza tym, że są robaki…

Ale… nie o tym miało być. Miało być o odkryciu sezonu, właściwie czymś co odkrył Chowaniec, no wiecie, mięso… otóż, ma on nie tylko dostęp, ale wgląd do wszelkich kucharzy na Wyspie. Źle to brzmi, że ma wgląd, ale do pracy zamawiają żarcie. No i od jednego nie było to nic fajnego, ale od innego… hmmm… No i akurat, jak stwierdziliśmy, że raz w roku można na drogie lody – prawie 30 DKK za gałkę, ale wiecie, 3 już się lepiej opłaca – czyli Kalas Bornholm… no więc były zajebiste. Tak wiem, temat zmieniam. Ale seryjnie, rabarbar smakował jak rabarbar, podobnie truskawki, no i granat, zwyczajnie bajka!!!

Ale ta firma chyba ani razu mnie nie zawiodła.

No i te widoki jakie mają, w ogóle, to Sandvig w końcu…

Mniejsza…

… chodziło o to, że na przeciwko tym razem zaparkował Bornholm Pa Hjul, którego spotkać możecie w różnych miejscach Wyspy a i w Ystad. I wiecie co… hamburger piękny. Ideolo, wsio na miejscu, łącznie z robieniem kotlet, koleś po prostu widać od razu, że to szef kuchni, co nie chce pracować w wielkiej restauracji, ale sam dla siebie, wiecie, bez presji… i był mega. Tak twierdzi Chowaniec. Co do hot doga… ech, no dobra, mam problem z mięsem. Nie lubię, nie smakuje mi, no i jeszcze mi po nim dziwnie flaki działają, ale…

Coś mnie tknęło.

Widzieliście kiedyś perfekcyjny obraz?

Taki, w którym wszystkie kolory działały, gdzie naprawdę wsio śpiewało i pasowało, nawet posypane parnmezanem i nie w bule, ale we wrapie grubszym, pełnoziarnistym, co nie dał wypłynąć sokom, ale też nie namiękł strasznie i jeszcze kiełbaska… nie papier, ale mięso z przyprawami!

Prawdziwymi i warzywa i sos… ale nic ciężkiego, żadne majonezy, nie, żaden chamski keczup, nie… po prostu… dobra, no i cena, za wielki obiad, bo wrap rozmiaru talerza, więc się zwykły człek najje oną piękną, artystyczną kreacją, kiełbaskę itp… a wiem ile kosztują te kiełbaski, płacicie ino 50 DKK.

A, zapomniałam, że tam bekon jeszcze był.

Kurde…

Nie, oddałam Chowańcowi

Polecam strasznie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielony Kolejny Na Szczęście… została wyłączona

Pan Tealight i Smok z patyka…

„Na piaskowej plaży…

… bo wiecie, w rzeczywistości one wszelakie plaże są różniste. Bardzo bardzo różniste i bardzo, a nawet nadzwyczaj nadzwyczaj różnorodne. I zmienne jeszcze są. W pewnym momencie piaszczyste, a potem znowu kamieniste, tłukące stopy, urywające głowy jak tylko zawieje, głazowate nawet są…

I tak naprawdę, to one same nie mają pojęcia o tym, jakie będą dziś, jutro, co gorsza, nie wiedzą, gdzie i kto mieszka, kto o ich istotności, dizajnie i tak dalej, zawiaduje… nie wiedzą i wiecie co? Wcale im to nie przeszkadza. Ona niewiedza. Nie męczy ich niepewność, bo zadufane lekko w sobie, a może raczej asertywne, jeśli chodzi o plażo shaming, to one jakoś tak zawsze się sobie podobają…

Bo przecież zawsze są piękne.

Zawsze.

Czy ze sobą współzawodniczą? Możliwe… ale tak naprawdę, każda z nich uważa, iż jest tylko jedna jedyna taka, a nawet, może li i jedna prawdziwa. Wiecie, piaszczysta, piękna, biała cudownie, mięciutka, ale nie obsypująca się i nie waląca piachem w oczy, więc… po co w ogóle o tym myśleć…

Lepiej je podziwiać.

I leżącego na jednej z nich, w onej miękkości piaszczystej…

Smoka z Patyka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus time!

Wciąż jeszcze, a raczej tak się wydaje, że wciąż jeszcze, w końcu to jego czas, nadal. Rok temu gdy kwitły rzepakowe pola sprawił, że przez tydzień nie można było oddychać, a pranie wieszane na zewnątrz zmieniało się w cuchnące szmaty… ale ona żółć w powietrzu, wszelakie połyskiwanie, dziwność i zimność i gorąc…

I teraz, przez chwilę, świat zasnuła biel.

Havgus napływa dziwnie złowrogo… czasem to tylko zimno, czasem linie wrzątku i gryzącego chłodu… no i biel, mglistość, ale nie do końca znajoma. Za każdym razem dziwnie nowa, zaskakująca, zmuszająca do badań… smakowania onej inności, która odbiera horyzont. Czasem na dzien czy dwa, czasem, jak teraz, tylko na chwilę.

Jakby zwyczajnie tylko chciał o sobie przypomnieć.

Na wszelki wypadek.

Przez kilkanaście minut świat, który dotąd był bardzo słonecznym, ciepłym dniem, zmienia się w mleczną gęstość. I chłód. Nie żebym narzekała, ale jak nagle człek przebywa po drugiej stronie Wyspy i wraca do domu i nagle ma wjechać w oną biel, to zdarza się mu zatrzymać na onym skraju, ideaalnej granicy i dotknąć ją…

… jakby się miały wypełnić, wiecie, one opowieści o skrywanych miasteczkach i zmakach, wyspach i krainach wszelkiej magiczności…

Jakby…

Nic za nią nie istniało.

Za onym welonem chłodu.

Wszystko dookoła znika jeśli jesteś w śordku.

Dla tych na zewnątrz, to ty znikasz i kot Schroedingera jest nagle namacalnym eksperymentem. Bo przecież Gudhjem tak jest, ale jak go nie widać, to czy jest na pewno, a drzewo w lesie, czy dźwięk wydało, wiecie… mgła, to też jakoś oddziaływuje na człowieka. Coś z nim robi, nie tylko nagle odbiera zdolność widzenia dalej, więcej, ale przede wszystkim otula, chroni, zamyka, zabiera tylko dla siebie.

Chciwa.

Niechcąca się dzielić.

Havgus jest mocą magiczną. Nie no, pewno że jest to też opisane, zwyczajowe zdarzenie fizyczne, miejscami chemiczne, może i biologiczne… no wiecie, natura, chyba że ktoś tam ma maszynkę i wypuszcza se takie mgliste puffki… ale poza tym jest w nim magia. Raz człek cuje się przerażony, innym razem znowu, w końcu zrozumiany.

W domu.

Chciany i naprawdę zaopiekowany.

Czy można w ogóle tak powiedzieć? Że człowiek jest zaopiekowany? No wiecie, z czasem przebywanie we mgle zmienia człowieka.

Nawet jak havgus nie tyle go pożera, co wdziera mu się otwartymi drzwiami i oknami prosto do domu. Do jego miejsca. Jego ostoi i bezpieczeństwa. Do jego królestwa, czy też raczej, tak se człowieku myślałeś, a tak naprawdę, to nic z tego… nigdzie nie jesteś ni bezpieczny ni odcięty… i nic nie jest twoje do końca.

Na amen z pacierzem!!!

PS. Myślicie, że w końcu mi piwonie zakwitną? Bo podobno padać ma…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smok z patyka… została wyłączona

Pan Tealight i Pierworodny…

„Nie człowiek.

No nie…

Przecież to by było za proste, naprawdę!!! I nie siódmy siódmego, czy jakieś inne matemtyki. Nic z tego. Po prostu Pierworodny. Myśl największa. Genialny eksperyment, jednakowo i świnka doświadczalna i swój własny plan i jeszcze największa niepewność, bo przecież pierwszy, choć…

Niepierwszy.

Ale jednak ten, który jako pierwszy wyszedł z onej… ekhm, miejscówki, o której serio wielu myśleć nie chce, choć dla jeszcze innych stanowi, jest, oną najważniejszą osobowość. Oną idealność… oną…

Pragnienie.

Tak, zawsze pragnienie, ale i odraza.

Bo przecież wszystko zależy od okoliczności, wszystko zależy od tego jak co się składa, rozkłada i jak bardzo chce. I nie chce. I czy na pewno dobrze się zasiało… myśl i pragnienie, niepewność i odraza, oraz coś, co można odrzucić i na tym się uczyć. I na tym się ubogacać, ale też…

I to poświęcić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachody słońca, wschody słońca…

Jeden dzień względnej pochmurności, choć i tak jednak słońce wylazło i zaczęło napierniczać, ale trochę popadało. Czy jeden dzień w miesiącu wystarczy takiej wilgotności? Nie sądzę, ale wiecie, lepszy rydz niż muchomor, chociaż…

To też zależy.

Ale wiecie, ten dźwięk kropel łomoczących o dach i ściany, naprawdę był mega, jednak to, że ziemia wlaściwie nawet nie wydaje się tknięta wilgocią, to jakoś tak, trochę, no wiecie, kiepsko mocno. Ale może w nocy… może przed tymm wiatrem, który znowu ma nadejść, może jakoś kurcze, no wiecie, jakoś jednak popada mocniej?

Ostatnie lata naprawdę nas nie rozpieszczają deszczem.

Naprawdę.

No i jeszcze Turyścizna.

Ech, przyznam się, że nie tęskniłam. Na dodatek pewne rzeczy się tak mocno i dziwnie pozmieniały, że naprawdę, jakoś tak u nas w Gudhjem… smutnawo. I już nawet nie chodzi o wycięte drzewa i przepiękne krzaki koło muzeum, ale przede wszystkim, o wszystko. Naprawdę… ogólny smutek i nerwowość. Z jednej strony każdy jakoś się stara, z drugiej, przyjezdni nie respektują naszych obaw i strachu…

Ten sezon będzie pamiętny.

Miejmy nadzieję, że jakoś jednak…

No wiecie, da się przeżyć. Mieliśmy kolejny długi weekend, teraz już ciurkiem robota bez świąt, ale… dla blogera to raczej nie ma wolnego. Nawet takiej idiotki, która na tym nie zarabia, wiecie, wiekuiste prace społeczne. A może… może naprawdę robię to tylko i wyłącznie dla siebie?

Egoistycznie w pełni?

Wschody słońca, zachody słońca…

Przyznaję, że z mojego domku, prawdziwego domku, wciąż nie do końca odmalowanego i wcale nie umeblowanego, to wiecie, raczej jakoś je widać. Panoramicznie. Po jednej stronie wschoy, po drugiej zachody, one wszelakie pomarańcze, ostre, palące słońce, a potem fiolety i róże wszelakie… cudowne. Ale…

Bo ja chcę pochmurności.

Bo męczy mnie, że o 22giej wciąż jest jasno i mnie to wykańcza.

Strasznie.

Wiadomo, każdy jest inny, jednemu pasuje jasno innemu ciemno, chociaż, nie oszukujmy się, jestem w mniejszości strasznej. Tej, co kocha zimę i może jesień, tej wielbiącej pochmurności i wszelakie cienie, chowającej się i gdyby mogła wybrać, to wiecie, właściwie niewidzialnej, aczkolwiek… cóż, wciąż kobieta, więc zmienną jest.

LOL

No dobra, ale jednak nie aż tak.

Wiecie co mnie jednak mega zaskoczyło, iż przyznanie się do tego, że czeka się na zimę, że kocha się zimę, to jakoś tak ludzie wrzeszczą na człowieka. Od razu hejt się podnosi w internetach. No serio? Co za debilność w tych social mediach? Nie no, pewno że zdaję sobie sprawę, że boskim hejtem w dzisiejszych czasach, to można oberwać za totalnie wszystko, ale jednak pogoda? Serio? Tak to razi twoje uczucia religijne, czy rasę, że kocham zimę?

Rany Mariany!!!

Ech ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierworodny… została wyłączona